poniedziałek, 29 kwietnia 2013

A Ty jakim zwierzakiem jesteś?

Jestem strusiem. Kiedy robi się źle, ja chowam głowę w piasek i uciekam od problemu. Wniosek więc nasuwa się sam - jestem najprawdziwszym strusiem.
Tym razem miałam możliwość, więc uciekłam do domu i teraz tego żałuję. Powinnam była zostać w Katowicach i porozmawiać z Panem X, bo najbliższa okazja ku temu pojawi się dopiero za około tydzień. Tak więc, czeka mnie mniej więcej 7 dni męki. I tu już nawet nie chodzi o to, że nie mogę wytrzymać, żeby powiedzieć mu co czuję (bo ciągle nie wiem czy powinnam, no i tym bardziej jak to zrobić), ale o to, że ja przeżywam teraz coś, czego nawet nie umiem nazwać. To nie jest kombo. A może jest? Spokojnie siedzę sobie, delektując się nudą i zaczynając mieć wyrzuty sumienia, że powinnam zabrać się za psychologię albo historię socjologii, kiedy nagle czuję, że mój brzuch pełny jest miliona fruwających jak szalone, motyli. Zaczynam więc myśleć o nim (to jest nieuniknione) i o tym jak mu powiem o tym, co czuję. I zaczynam wtedy płakać. A) ze wzruszenia, B) bo boli mnie to, że jedną z wersji tego co mu powiem jest to, że nie możemy się spotykać. Muszę się wtedy położyć krzyżem na podłodze i pokontemplować. Tylko, że to coraz mniej pomaga. Ciekawe, jak daleko to zajdzie przez tydzień. Jedno jest pewne. Nigdy nie czułam do nikogo tak dużo, jak czuję do niego. NIGDY. Nie wiedziałam nawet, że tak można. Dlatego teraz pozostaje podjąć mi decyzję, czy powiedzieć mu o tym wprost. Spytałam go ostatnio po raz kolejny czy powinnam. Usłyszałam, że jeżeli uważam, że to coś zmieni, to tak, a jeżeli nie, to żebym nie komplikowała sobie bardziej życia. Tylko skąd mam wiedzieć, czy to coś zmieni? To nie ode mnie zależy, bo gdyby tak było, to nie pisałabym tego teraz. Wszystko zależy od niego. Jak zawsze. Jestem taką laleczką, której on mówi co robić. Ale tak w sumie... mi to nie przeszkadza. Zawsze myślałam, że to ja jestem od dominowania. W poprzednim związku, rządziłam byłym tak, że teraz aż mi głupio. Ale jemu to pasowało. A teraz nie mam nic do powiedzenia i nie jest mi jakoś kosmicznie źle. Wręcz przeciwnie. I źle się wyraziłam. Oczywiście, że mam coś do powiedzenia, i to dużo, tylko to do niego należy ostateczna decyzja. I nawet jak ja mam szansę ją podjąć, to zawsze mu ją oddaję. Chyba po prostu znalazłam w nim kogoś silniejszego, kto może się mną zaopiekować jak prawdziwy mężczyzna, dlatego całą władzę powierzam mu.
No bo np. ten nieszczęsny K. Oczywiście, że odbyłam z nim rozmowę. Jasne, że ja go wyjebałam (w ogóle tego wieczoru wystąpiłam jako 'Miss Nothing - heartbreaker'). Ale czułam, że jest taki sam jak mój były, że za bardzo będę nim rządzić. A ja mam dosyć bycia mężczyzną w związku. MĘŻCZYZNĄ. Bardzo wrażliwa, potrzebująca czułości, drobna kobietka, była pytana o partnera zwrotem 'gdzie twoja kobieta?' (oczywiście tak w żartach, ale to idealnie pokazuje jak wyglądał mój poprzedni związek). I czuję, że z nim byłoby tak samo. I pozostaje też sprawa tego, że nie ufam mu już. Bo podczas rozmowy powiedział mi, że wie od początku o tym co czuję do Pana X. No cholera jasna. Kto się tak zachowuje? Już nie mówię, że powinien mi o tym powiedzieć (choć powinien), tylko, że wiedział też, że ja podobam się Panu X., a mimo to ciągle podbijał do mnie! Jaki przyjaciel tak robi ja się pytam?! Tak więc pomimo tego, że, jak powiedział pewnej Pani M., bardzo mnie kocha (creepy), to nic z tego nie będzie. Nie pomogą jego łzy (!), przekonywanie. Nie będę z kimś do kogo nic nie czuję, i komu nie będę potrafiła zaufać.

A czemu uciekłam? Właśnie przez sytuację z K. i Panem X. Bo myślałam, że kolejny raz mnie wyjebał. Słowo klucz - myślałam. Jak byłam pod Krakowem napisał mi smsa, że chce wiedzieć jaki miałam problem i zaproponował pomoc.
Nie wiem więc jak to z nami jest... Czy to że mu powiem coś zmieni? No bo skoro wie, co czuję i ciągle chce być przy mnie, pomagać mi itd. to czy to nic nie znaczy? U każdego normalnego człowieka pewnie by znaczyło, ale należy pamiętać, że On nie jest normalny!

Ale póki co, tyle dni przede mną. Może jednak rzucę się w wir nauki i zabiorę się za tą nieszczęsną psychologię, skoro tak bardzo chcę mieć 5? Może to pomoże mi zapomnieć? O ile będę mogła się skupić ;)

PS.
Jedna z 'piosenek mojego życia', która opisuje idealnie to co się dzieje w mojej głowie i sercu:
I'm trying to forget that I'm addicted to you!





 PS2.
 Może ja powinnam zmienić nazwę bloga za 'Pan X story'? Żarcik. W końcu kiedyś o nim zapomnę, albo przestanie być tak ważny. A blog zostanie ;)

piątek, 26 kwietnia 2013

Jak w kalejdoskopie

Szczerze mówiąc myślałam, że będzie gorzej. Mój płacz, jego pretensje i kolejne odrzucenie. Okazało się, że było całkiem w porządku. Powiedziałam mu o wszystkim co zaszło między mną, a K. od czasu parapetówki. Próbował namówić mnie, żebym się jednak zastanowiła i może zgodziła na tą kolejną randkę. Przekonywał mnie, że K. to na prawdę fajny facet i takie tam. Ja jednak patrząc mu w oczy odmówiłam i powiedziałam, że to byłoby nie fair. Po kilku podejściach wytłumaczyłam mu dlaczego. Mianowicie, powiedziałam, że czuję coś do kogoś innego. Spytał mnie wtedy, czy powiedziałam to tej osobie. Odparłam, że tak. Chwilkę jeszcze o tym pogadaliśmy, jednak nic konkretnego nie powiedziałam. Znowu patrzył na mnie z czymś dziwnym w oczach. Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę i poszedł do siebie. Wtedy uświadomiłam sobie, że chyba jednak nigdy nie powiedziałam mu wprost co czuję. Owszem, naciskałam na niego, żeby coś takiego mi powiedział, ale sama tego nie zrobiłam. Tak więc napisałam mu to. Oczywiście ciągle nie mówiłam, że to o niego mi chodzi. W odpowiedzi przeczytałam, że czasem warto to powiedzieć, bo to swojego rodzaju deklaracja. Powiedziałam mu więc, ze nie zrobię z siebie większej idiotki, bo wiem, że ten facet tego nie odwzajemnia, więc wiem, że nic z tego nie wyjdzie. Nie odpisał mi już.

Kolejnego dnia spotkaliśmy się. Mieliśmy obejrzeć film, jednak jak to z nim bywa, nawet nie zaczęliśmy. Pomimo to odniosłam wrażenie, że domyślił się, że o niego chodziło mi poprzedniego dnia (no brawo, jakby tego nie wiedział, to byłby totalnym idiotą) i zaczął próbować podpuścić mnie, żebym to powiedziała. Oczywiście, że nie zrobiłam tego. Co więcej, spytał czy rozmawiałam już z K. Kiedy odpowiedziałam, że nie, kazał mi to zrobić NATYCHMIAST. Rzecz jasna, nie posłuchałam go :D

W środę z kolei, zadzwonił do mnie, żebyśmy olali wykłady i wybrali się do centrum handlowego. Nie musiał mnie nawet namawiać. Nawet jakby chciał się wybrać ze mną do piekła na piechotę, to ja powiem tak. W sumie to chyba już dawno rozpoczęliśmy tą naszą podróż... Anyway. Kiedy szliśmy i doskonale nam się gadało, zadzwonił do mnie K. Chciał się umówić. Pan X. to słyszał. Słyszał też, jak odmawiam. Nie widziałam jego miny wtedy, byłam zbyt zażenowana telefonem od K. i tym że Pan X. śmiał się z tego jak odebrałam, żeby jeszcze zwracać uwagę na to, jakie miny robi kiedy odmawiam K. A później zaplanował, że pójdziemy na pizze.
I to był piękny dzień.
Wieczorem, kiedy spotkałam się z Ol, zaczęłyśmy słuchać starych piosenek. Podczas Aerosmith - 'I don't wanna miss a thing', pomyślałam o Nim i stałam się jedną wielką emocją, a w moim brzuchu fruwało miliony motylków. I wzięło mi się to znikąd. I to było cudowne uczucie. Przez bite 4 godziny czułam, że za chwilę wyrosną mi skrzydła i polecę. To jest uczucie nie do opisania. Byłam wtedy taka szczęśliwa.
To samo czułam na drugi dzień rano. I po południu. Było mi tak dobrze do wieczora. Wtedy to napisałam do niego, czy chce film, o który mnie poprosił wieczór wcześniej. Odparł, że nie dzięki, muszę się spakować i schować laptopa. A była godzina 18. Poczułam wściekłość. Wyjebał mnie po raz kolejny, a ja sama dałam mu na to przyzwolenie. Tak więc w odpowiedzi dostał 'spierdalaj' w ładniejszej formie, składające się z całego zdania złożonego.
Tak więc od dzisiejszego poranka, to zdecydowanie nie jest mój dzień. Obudziłam się z piosenką Roxette w głowie i poszłam na uczelnię i zdecydowałam, że mam na niego po prostu wyjebane. Irytował mnie tym co i w jaki sposób mówił. Ba, samą swoją obecnością mnie denerwował!
Tylko, że jak zwykle, kiedy ja odpuszczam, to on nie może. Podchodził do mnie. Zaczepiał. Rozmawiał. A ja dzielnie trzymałam dystans. Nawet kiedy przytulał mnie na pożegnanie, przytrzymał mnie tak dłużej, ale ja nie odwzajemniałam tego uścisku.

Cóż. Jak się to wszystko poukłada zobaczymy wieczorem. Idę do R. na wielką imprezę i mam już w głowie plan. Chcę porozmawiać z K, a kiedy będzie po wszystkim napisać do Pana X. i spytać go, czy wie, że o niego mi chodziło, kiedy mówiłam o uczuciach do innego mężczyzny.
Z jednej strony bardzo się boję, ale z drugiej nie mogę się już tego doczekać! Bardzo bym chciała powiedzieć mu w końcu o swoich uczuciach. Tylko co, jak po raz kolejny mnie wyjebie....? Pozbieram się po tym? Mam na to cały weekend majowy, z daleka od niego ;)


A tu wyżej wspomniana piosenka:

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Może być gorzej?

No i stało się. Pan X. wie. Sam mi to dziś powiedział. Za chwilę ma przyjść do mnie i mamy o tym porozmawiać. Boję się. Ale w sumie... Skoro wie i nadal się o mnie martwił wczoraj i dzisiaj, to chyba nie jest źle? Ba, dzisiaj przyniósł mi mój ulubiony przecierowy sok! Pamiętał jaki! Co prawda zrobił to na moją prośbę, bo wyleguję się w łóżku z anginą, ale jednak! Sam zaproponował pomoc! Nie zmienia to jednak faktu, że pomimo, że się troszczy, to WIE. Nie wiem skąd. Prawdopodobnie od ich wspólnego kumpla, który widział mnie z K, ale pewna nie jestem. Może K. sam mu powiedział? Nie wiem. Przestało już być zabawnie. Zamierzam mu powiedzieć wszystko. To jak było i co czuję. Ale myślę, że wolę powtórzyć dzisiejszą nieprzespaną noc, z kilkoma omdleniami, dreszczami i innymi takimi niż mu to powiedzieć. Miałam już przecież nie naciskać... Ale był taki... Poważny, kiedy mi mówił, że wie. Widziałam, że go to boli. Więc jestem mu to po prostu winna. To, że jak zwykle kupa z tego wyjdzie, to nic. Tak to jest jak się ciągnie 2 sroki za ogon...

niedziela, 21 kwietnia 2013

Historia życia c.d.

Kiedy byłam małym dzieckiem, mama zawsze powtarzała, że nie ładnie jest oszukiwać. Więc co powinnam zrobić teraz, kiedy okłamuję sama siebie? Bo oczywiście, że dostałam smsa. I oczywiście ze poszłam. I jasne jest też, że wcale z nim nie skończyłam. A dzisiaj znowu cierpię. Nie dlatego, że mnie skrzywdził. Przeciwnie. Jest czułym i troskliwym człowiekiem. A ja jestem tchórzem. Kręcę się w kółko w poszukiwaniu odpowiedzi, które są tuż pod moim nosem. Powinnam dać sobie z nim spokój i dać szansę K. -> tak mówi mi głowa. Tylko co jeśli serce mówi, że powinnam czekać? Że on jednak chce być ze mną, tylko się boi i po prostu powinnam dać mu czas. Nie wiem już sama, co w tym wszystkim jest prawdziwe, a co sobie wmawiam.

We wtorek było bardzo uroczo. Opalałam się na jego balkonie, a on postawił sobie moje stopy na swoim torsie i popatrzył mi głęboko w oczy. To był jeden z tych momentów, kiedy mały elf, który jest we mnie i odzwierciedla moje uczucia i emocje, miał ochotę po prostu wyfrunąć ze szczęścia. Moje serce biło bardzo szybko, a ja rozkoszowałam się tą chwilą. Później było... miło :p I kiedy wyszliśmy na miasto, a ja wspominałam moment w którym rzucał mnie na łóżko, zrobiło mi się dosłownie słabo. Byłam bardzo szczęśliwa. Każdy, nawet najkrótszy moment z nim mnie uskrzydla. Jestem tego pewna i świadoma. Heh, głupie środowe tłumaczenie mi przez niego logiki (z której swoją drogą okazało się, że jestem mistrzem, chociaż bałam się jak głupia) przyprawiało mnie o zawroty głowy, kiedy tak mówiąc mi jak postawić odpowiednio nawiasy, patrzył mi głęboko w oczy i się uśmiechał. Czułam, że powinnam chwytać co jest i zachłysnąć się tym co mamy w danej chwili. Szkoda, że już na drugi dzień jak zwykle namieszałam.

Jeżeli wcześniej nie wspominałam Pan X. ma przyjaciela, wspomnianego już K., który mnie podrywa, a ja nie potrafię mu odmówić. Wszystko zaczęło się na mojej parapetówce. Tak teraz jest ten moment, w którym dokończę historię swojego życia. A więc kontynuując. Z K. poznaliśmy się w listopadzie (czy jakoś tak) dzięki mojemu boskiemu X. Później wychodziliśmy razem tylko na imprezy, nie gadaliśmy za dużo, bo zawsze miałam wrażenie, że moja R. mnie przyćmiewa. Heh nawet kiedy Pan X. powiedział mi co do mnie czuje, ja ze zdziwieniem powiedziałam mu, że myślałam, że jeżeli coś będzie, to pomiędzy nim, a R. Ale odbiegam od tematu, nieładnie xd.
Tak więc, kiedy urządzałam parapetówkę, pomyślałam 'hmm dlaczego by go nie zaprosić?'. R mi przyklasnęła, więc jak pomyślałam tak zrobiłam. I wszystko było fajnie. Powiedzmy. Pan X. zaprosił innego kumpla i głównie na nim się skupiał, a ja siedziałam na podłodze i śmiałam się ze swoimi znajomymi. Podobno kiedy przyszedł K. ja pojaśniałam. Podobno. Wstyd się przyznać, ale pamiętam fragmenty tego wieczoru, więc szczegóły opowiadał mi kumpel, a nie wiem na ile można mu wierzyć.
Po pewnym czasie, Pan X. i jego kumpel postanowili olać moją imprezę i wyszli mniej więcej o 22. Trochę się załamałam. Opowiedziałam o wszystkim co mnie łączy z panem X naszemu wspólnemu kumplowi z grupy - T.  To był błąd mojego życia. Do dzisiaj się boję, że się wygada przed Panem X. Ale idąc dalej. Po tym jak T. zebrał się do wyjścia, a ja go odprowadziłam, wróciłam do pokoju, ale znajomi nie chcieli puścić mnie, żebym usiadła na łóżku. Kumpel - Ł, zaproponował mi, żebym usiadła na kolanach K. Ten podchwycił to i po chwili sam mnie sobie posadził na tych nieszczęsnych kolanach. I od tego momentu pamiętam wszystko, chociaż wolałabym nie. Siedziałam i miziałam go po szyi. Rozmawialiśmy. Pytałam się go, czy mu się podobam. I w pewnej chwili mieliśmy 'moment' i zaczęliśmy się całować. Nie myślałam wtedy o Panu X, co było do mnie niepodobne. Poszliśmy do łazienki. Posadził mnie na szafce pod lustrem i krótko stwierdził, że 'Pan X go zabije'. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Nie chciałam wtedy myśleć o Panu X. Uspokoiłam go więc mówiąc, że powiedział mi, że nic do mnie nie czuje. I tak oto pozbyłam się z siebie bluzki. Oczywiście do niczego nie doszło. Na całe szczęście. Pamiętam, że kiedy całował mnie po szyi czułam dreszcze. I, że obiecał mi randkę w Krakowie.
Rano niewiele pamiętał, ale to zostało w jego pamięci. Po tym wieczorze pisaliśmy do siebie. Umówiliśmy się nawet na prawdziwą randkę (!). Rozmawiało nam się cudownie. Nie wiedziałam jedynie co zrobić na pożegnanie, więc przytuliłam go po prostu.

Ogólnie przez cały okres świąt Wielkanocnych byłam z nim w kontakcie. Pokazał mi te same filmiki, które w sekrecie pokazał mi Pan X, więc musiałam udawać blondynkę, że nigdy ich nie widziałam. Co do Pana X w tamtym okresie.... Cóż, po  randce z K. był dla mnie oschły. Kiedy wróciłam do domu, nie odzywaliśmy się do siebie przez 10 DNI. To był nasz rekord. Było mi tak okropnie, że miałam policzone to na godziny. On pierwszy się do mnie odezwał. O 9.30 rano. Napisał, czy wiem, kiedy zaczynamy zajęcia. Odpisałam po 1.5 godz. Sekundę później zadzwonił. R. podobnie jak O. stwierdziły, że nie wytrzymał i się stęsknił. I znowu miałam go w głowie. Zabawne jest to, że wieczór wcześniej podjęłam decyzję, że kończę z nim i daję na poważnie szansę K. Cóż. rano wiedziałam już, że nic z tego.

Na jego prośbę spotkaliśmy się w czwartek po moim powrocie do Katowic. Poszliśmy tradycyjnie na wspólne zakupy. Tak bardzo za nim tęskniłam przez ten czas świąt, ale mimo wszystko nie potrafiłam pozbyć się ściany, którą sama między nami wybudowałam. Ale trwało to kilka dni. Tydzień później leżałam już w jego ramionach, dając mu przyzwolenie na to, żeby dostał wszystko czego chciał. Nie było to takie jak spodziewałam się, że będzie, a już na pewno nie spodziewałam się, że po wszystkim rozpłaczę się z emocji. To go przeraziło. Dosłownie. Powiedział, że nie zrobimy już tego więcej. Wytrzymał 4 dni, ale ja się nie zgodziłam. Przez te 4 dni było... Uroczo? Tak to dobre słowo. Po prostu się spotykaliśmy. W piątek po południu spacerowaliśmy, a wieczorem wymienialiśmy smsy, w sobotę zadzwonił, bo chciał wyjść ze mną na zakupy, a później zaproponował wspólne zrobienie obiadu (uwielbiam z nim gotować *.*). I pomimo, że w sobotę wychodząc od niego z mieszkania pokazałam mu język i trzasnęłam drzwiami, w niedzielę zadzwonił do mnie, żebym wyszła z nim na gofry. Oczywiście, że się zgodziłam. Nie umiem mu odmówić. Strasznie dobrze nam się rozmawiało. Spędziliśmy tyle czasu na rozmowie, że poszliśmy jeszcze na pizze, a później do niego. Oczywiście nic nie zaszło. Ani wtedy, ani w dniach poprzednich. Nie całował mnie, nie przytulał. I już myślałam, że może faktycznie, nie chce zacząć od początku, a jedynie chce, żebym była jego przyjaciółką (chociaż to, że ciągle proponował mi wyjścia wcale na to nie wskazywało), kiedy przyszedł wtorek i w końcu się pocałowaliśmy. Kiedy teraz to piszę, wydaje mi się to wszystko takie... magiczne.

A teraz wracam do tego jak wszystko popsułam. To był czwartek. Siedzieliśmy pod uczelnią. Ja rozmawiałam z koleżankami, on z kumplami. W pewnym momencie usłyszałam jak mówi, że przyjeżdża dziś do niego na piwo K. Nie mogłam się powstrzymać i patrząc na R. wybuchłam śmiechem. Podobnie ona. Kiedy zostałyśmy same, zaczęłam panikować. Co jeśli K. przyjdzie po niego pod uczelnię? Co jeśli mu powie? Co w ogóle oni oboje wiedzą? Wiedziałam, że będzie źle. Godzinę później, dostałam smsa od K. Zwykłe 'co tam?'. Postanowiłam wykorzystać sytuację i postarać się z nim umówić. Tak, dokładnie. Bo byłam w dziwnej sytuacji. Po balkonie u Pana X. miałam napisać K. przemowę, w której mówię mu, że nie powinnam się z nim spotykać. Trochę nie wyszło, bo kiedy tylko weszłam do domu, zobaczyłam paczkę od niego, a w niej... pół kilo mojej ulubionej, karmelowej, czekolady i list. To było słodkie. Dosłownie i w przenośni. Nie wiedziałam co zrobić, więc postanowiłam zaczekać z przemową. Czwartek jednak zmusił mnie do podjęcia radykalnych kroków. Zmanipulowałam więc go tak, że zaprosił mnie na imprezę, na którą miał iść. Myślałam, że to o to piwo z Panem X. chodzi. Miał podać mi szczegóły po spotkaniu na które był umówiony.

Wszystko 'układało się po mojej myśli'. Miałam spotkać się z Panem X. i K i pilnować ich obu. Po zajęciach, czekając z R. (nie wiem w sumie na co) i innymi znajomymi,  podszedł do mnie Pan X. Chciał przyjść po coś do mnie do mieszkania, jednak R. szybko uświadomiła mu, że może załatwić to na uczelni. Nie był tym zachwycony, ale przecież nie będzie się wpraszał. Chciało mi się śmiać. Kiedy w końcu zdecydował się załatwić to co miał, spytał wszystkich, ale patrząc prosto na mnie 'Kto ze mną idzie?'. Powtórzył pytanie kilkakrotnie, ponieważ nie było odzewu. Ja tylko stałam i patrzyłam mu w oczy udając, że wcale mnie nie obchodzi to, że to pytanie skierowane jest jedynie do mnie. W końcu ugiął się, i powiedział do mnie wprost 'chodź ze mną.'. Przegrał tą naszą mini walkę, więc przystałam na jego prośbę. Później zostaliśmy w trójkę i nikt nie chciał nigdzie iść. Pan X. czekał na K. i narzekał, że nie wie, co się z nim dzieje, bo nie odpowiada na jego wiadomości. Poczułam się bardzo zabawnie, bo w końcu to ja wiedziałam, gdzie jest i co robi jego kumpel. W końcu się rozeszliśmy. Spotkanie K. też się skończyło. I wtedy nadszedł czas armagedonu. Okazało się, że są 2 imprezy. Jedna, teraz - piwo z Panem X. i druga, później- ta na którą mnie zaprosił. Byłam strasznie zestresowana. Myślałam, że umrę. Już orszak anielski widziałam. Szczególnie, kiedy K. przestał odpisywać. A później zadzwonił. Nie wiedziałam czy odebrać. Ale w końcu zaryzykowałam. Umówiliśmy się, że razem pojedziemy na tą imprezę, jednak nie zrozumiałam czy Pan X. też idzie. I to było straszne.
Kiedy poszłyśmy z R. na spotkanie z nim, nie wiedziałyśmy, czy będzie sam, czy z panem X. Oczywiście mój życiowy pech postanowił się ze mną przywitać, bo okazało się, że K. nie jest sam. Nie wiedziałam co mam zrobić, jak się przywitać. Najchętniej bym uciekła. Ale podeszłam, MACHNĘŁAM RĘKĄ i powiedziałam zwykłe 'hej'. Zaczęliśmy gadać. Pan X. był wściekły. Nawet R. to zauważyła. Nie zamienił ze mną ani jednego słowa, ani się nie pożegnał. To było okropne. Wiedziałam, że namieszałam. Ale to co zrobiłam później....

Na imprezie było spoko. Piliśmy piwo i gadaliśmy. Później poszliśmy do klubu. Tam tańczyłam z K. To był mój błąd. bo później zaczął mnie całować. Wiedziałam, że nie jest dobrze. Nie tylko dlatego, że może sobie coś pomyśleć, ale też dlatego, że w głowie siedział mi ciągle Pan X.

Po imprezie pojechaliśmy do domu R. Miałyśmy spać razem, ale ostatecznie zasnęła ze swoim nowym 'przyjacielem'. Byłam więc skazana na kanapę w kuchni i K. Przytulał mnie. A rano poszedł ze mną do mieszkania. Mega nie wiedziałam jak mam się zachować. W końcu uratowała mnie konieczność wyjścia na uczelnię.

Kiedy tylko pożegnałam się ('no to pa') z K. zaczęłam żałować tego co się wydarzyło. Nie byłam w stanie z nikim rozmawiać. Chciało mi się płakać. Pan X. mnie olewał, ale kiedy zobaczył jak źle jest ze mną, strasznie się tym przejął. Zostawił kumpli i podszedł do mnie, takiej biednej, skulonej pod ścianą na korytarzu, małej dziewczynki. W jego oczach widziałam troskę i strach. Chciał wiedzieć co mi jest, a ja nie chciałam mu powiedzieć. Wpatrywaliśmy się w siebie przez całe długie minuty. Był przerażony. Nie wiedział jak mi pomóc, bo nie chciałam powiedzieć co się stało. Najpierw spytał czy w domu jest okay, później czy ktoś zrobił mi krzywdę. Zaprzeczyłam. Nie chciałam z nim o tym rozmawiać. Po wykładzie, kiedy czekałam na S. siedząc sobie grzecznie na ławce, podszedł do mnie w towarzystwie T. Usiadł obok i zaczął przytulać i pytać co mi się stało. Nie wytrzymałam. Powiedziałam, że jestem okropnym człowiekiem i siebie nienawidzę. Spytał komu co zrobiłam. Odpowiedziałam, że nie chcę z nim o tym rozmawiać. Ciągle mnie przytulał. Był bardzo czuły. I jeszcze te jego przestraszone, zmartwione oczy... T z kolei uśmiechał się do mnie kretyńsko i znacząco. Odprowadzili mnie pod blok. Pan X. próbował mnie rozbawić. Nie powiem, udało mu się na chwilę. Na koniec objął mnie i powiedział, że wraca na weekend do domu, ale jeżeli będzie mi źle, to mam do niego napisać, albo zadzwonić. T oczywiście dalej miał ten swój idiotyczny uśmiech na twarzy.
Kiedy wróciłam do mieszkania, podłączyłam rozładowany telefon do ładowarki i niemal natychmiast usłyszałam znajomą melodię przychodzącego połączenia. To była R. Powiedziała, że martwiła się, że nie odbieram, więc zadzwoniła do Pana X., bo myślała, ze jesteśmy razem. Ten z kolei, spytał jej co mi jest i kazał porozmawiać ze mną, a najlepiej przyjść do mnie, bo sam nie może.
To było słodkie. Czułam, że mu zależy. Zaskoczył mnie też tym, że wysłał mi smsa z pytaniem co mi jest. Nie wiem tylko, czy to było już po tym, jak się pożegnaliśmy, czy na wykładzie i dopiero później go dostałam. Tak czy inaczej odpisałam. Powiedziałam, żeby się nie martwił, bo postaram się nie zrobić sobie krzywdy...
Szczerze?  Bardzo podoba mi się w takiej troskliwej wersji. Dzisiaj planuję napisać do niego i spotkać się z nim jak wróci z pracy. Chcę powiedzieć mu co czuję.

Ale czy zdobędę się na odwagę? Nie chcę już na niego naciskać, ale chyba nie mam wyboru...


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Żale

Kiedy wiem, że jest ze mną na prawdę źle? Kiedy leżę krzyżem na podłodze, z laptopem obok i tekstem w rodzaju 'thanks for acting like u care and making me feel like i was the only one', w tle. Cały makijaż płynie mi po twarzy. A przecież trzeba za chwilę wstać i wyjść do bankomatu po pieniążki na czynsz. Tylko co, jak nie ma na to siły? Znając życie przejmuję się niczym. Jutro będę pewnie szaleć ze szczęścia. A może nawet dzisiaj? Nie, dzisiaj nie. Dzisiaj usłyszałam po raz kolejny 'nie', więc również uczynię to moją ewentualną odpowiedzią.

Podczas moich głębokich rozmyślań na podłodze doszłam do wniosku, że zaczynam żałować, że się przespaliśmy ze sobą. A mówiłam mu, że to się jeszcze bardziej skomplikuje. Ale z drugiej strony, skoro to wiedziałam, to czemu to zrobiłam? Głupie serce -> oto mój powód. A co, jeśli bym się go pozbyła? Serca oczywiście I wszelkich uczuć? Czy nie łatwiej by mi było przeżywać dzień za dniem, widując go w towarzystwie innych kobiet? Albo przestać przejmować się tym, że ciągle daje mi nadzieję? Nie znam jego zamiarów i szczerze, to poznać już nie zamierzam. Oficjalnie, to już jest koniec z nim.










Tylko teraz pojawia się takie pytanie. Kogo ja chcę tym oszukać? Chyba najbardziej samą siebie.

sobota, 13 kwietnia 2013

Litania ;)

Chyba jestem potworem. Błąd. Nie chyba, a na pewno. Tak łatwo przychodzi mi granie z uczuciami innych, tylko po to, żeby nie być samotna. Strasznie się tego boję. Jak na ironię, uświadomił mi to człowiek, przez którego żyję w ciągłym strachu o to. Bo co się ze mną stanie jak mnie zostawi za kilka dni, tygodni, miesięcy? O latach nie mówię. W ogóle, zastanawiam się, czy może mnie zostawić, skoro na dobrą sprawę nie jesteśmy razem? Zranić, owszem, bo robi to notorycznie, ale zostawić? Chyba tak, skoro ja się czuję z nim związana. I siedząc tak sobie na tym moim parapecie, myślę o tym, co nas łączy. Czy w ogóle coś NAS łączy. Chciałabym, żeby ktoś mi na to pytanie odpowiedział, jednak nikt nie potrafi. Wiem tylko, że kompletnie zwariowałam na jego punkcie i trwa to od listopada.

Na początku byliśmy tylko znajomymi z grupy. Okazało się, że mieszkamy obok siebie, potrafimy gadać godzinami o wszystkim i o niczym, więc nasze kontakty były dość częste (wspólne wyjścia na uczelnię, zakupy, piwo). A ja wtedy miałam chłopaka, który nie był o to zazdrosny. Poznałam ich nawet ze sobą. Zorientowałam się, że coś jest nie tak, kiedy Mr. X zaprosił mnie do swojej rodzinnej miejscowości na koncert (czy coś w tym stylu). Żeby nie było, nasza wspólna znajoma miała tam ze mną pojechać. Jednak nie mogła. A ja, zamiast ratować swój ówczesny, rozpadający się związek, pojechałam do Niego, jak wspomniałam - sama. Co więcej, okłamałam chłopaka, wrócę na noc, ale w razie co, będę spać u koleżanki, która tam mieszka. Już wtedy wiedziałam, że kłamię.
Idąc dalej. Odstawiona jak na randkę i mega zestresowana, pojechałam. Odebrał mnie na dworcu. Widziałam w jego oczach, że podoba mu się jak wyglądam. Mieliśmy chwilę, więc poszliśmy do Niego. Poznałam wtedy jego mamę i siostrę. Nie mogłam uwierzyć, że tak drobna, niepozorna kobietka na prawdę jest z nim spokrewniona.
Posiedzieliśmy chwilkę, a później udaliśmy się na ten nieszczęsny koncert. Tam jadłam mu z ręki. Dosłownie.
A później, tak jak miałam to w głowie, zaproponował mi nocleg u siebie, tłumacząc to tym, że jest za późno na powrót. Oczywiście przystałam na tą propozycję.
Nie ważne jak to zabrzmi, ale nie spaliśmy całą noc ;) I była to jedna z lepszych nocy mojego życia. Nie, do niczego nie doszło. Po prostu oglądaliśmy dobre filmy, śmialiśmy się, jedliśmy ciastka i piliśmy herbatę. Wtedy też pokazał mi pewne bardzo zabawne filmiki, które nagrywał ze znajomymi. Chyba lubi jak się śmieję... Ważne jest też to, że nikt poza nimi i mną o nich nie wie (a przynajmniej tak mi mówił).
 Tak więc spędziliśmy sobie uroczą noc, a rano udaliśmy się oboje do tego przeklętego, wielkiego miasta, w którym oboje mieszkamy na czas studiów.

Po drodze na osiedle, zdarzyła się pewna sytuacja, która bardzo nas zażenowała. Otóż, członek pewnej sekty dał nam kadzidełka i życzył upojnej nocy (oczywiście chciał za te kadzidła pieniędzy, ale hola hola! Jesteśmy biednymi studentami, więc dostaliśmy je za free). To było dziwne. Szczególnie fragment o upojnej nocy. Nie wiedzieliśmy, jak mamy się zachować. Podłapaliśmy więc to i żartowaliśmy ile wlezie. Teraz jak na to patrzę, to się dziwię, jak bardzo musieliśmy wyglądać na ludzi czujących do siebie miętę, że aż inni to widzieli? Bo żeby nie było, nie tylko ten typek. Jedna z moich przyjaciółek zasugerowała mi, żebym trzymała się od Pana X z daleka, bo coś z tego wyniknie, a przecież ja mam chłopaka, z którym chcę spędzić resztę życia. Oczywiście, jednym uchem mi to wleciało, drugim wyleciało.

Wracając do sprawy. Myślałam, że po przyjściu do mieszkania, spędzę resztę dnia z chłopakiem, tak jak mu obiecałam. Jednak Mr. X czuwał. Zadzwonił do mnie, że chce się przejść i czy mam ochotę. Jako, że mój biedny chłopak jak zwykle najwięcej uwagi poświęcał swojemu komputerowi, zgodziłam się. I tak oto, spędziliśmy w swoim towarzystwie 24 najcudowniejsze godziny.

A kilka dni później zerwałam z chłopakiem.
Mr. X był przy mnie wtedy. Pocieszał mnie, jak na 'przyjaciela' przystało.

A za kilka kolejnych dni mnie pocałował.

Pamiętam to jakby to było wczoraj.Po jakimś filmie zaczęliśmy się łaskotać. Było kilka momentów, kiedy leżałam na plecach a on trzymał moje ręce nad głową, mocno przyciśnięte do materaca i pytał: 'I co teraz?'. Ja odpowiadałam, że poddaję się i starałam się odwracać wzrok, bo nie mogłam znieść jego spojrzenia. Za bardzo mnie to wszystko pociągało. I w końcu stało się. Za którymś razem w takiej sytuacji, po prostu pochylił się nade mną i dotknął swoimi ustami moich. To było coś tak pięknego i niesamowitego, że do tej pory czuję w swoim brzuchu motyle, kiedy o tym myślę (teraz, podczas pisania też). Chwilę później piliśmy dobre whisky i całowaliśmy się jeszcze więcej. Kiedy spytałam go, czemu to zrobił, odpowiedział, że nie chciał już dłużej czekać, bo jest pewny swoich uczuć do mnie (do tej pory nie wiem, czy to była prawda, czy po prostu piękne kłamstwo). Ustaliliśmy, że chcemy spróbować, ale póki co, z racji tego, że świeżo zerwałam z chłopakiem, nikomu o tym nie powiemy. Szczerze? Nie ogarniałam całej tej sytuacji, więc zgodziłam się. Teraz widzę, że to był błąd. Powinno nas nie obchodzić, co inni myślą. Ja to chyba już wtedy czułam, dlatego też, podczas gdy on poszedł po whisky, ja złamałam naszą umowę i napisałam szybkiego smsa o tym co się stało, do mojej przyjaciółki z innego, wielkiego miasta. Była zła. Uważała, że powinnam wrócić do mojego byłego, ale ja już wiedziałam, że na to za późno.

Kiedy wróciłam do mieszkania, poszłam od razu do łazienki. Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze i nie mam pojęcia kiedy, ale na moich policzkach pojawiły się łzy. Osunęłam się po ścianie i płakałam. Nie rozumiałam tego co zrobiłam. Ale było już po fakcie. Nie wiedziałam czego chcę.

Z dnia na dzień było mi coraz lepiej. Widziałam pierwszy raz w życiu, że ktoś tak bardzo mnie pragnie i troszczy się o mnie. Przy nim czułam się nie tylko, po raz pierwszy raz w życiu, jak atrakcyjna kobieta, ale też czułam z nim wyjątkową bliskość. Był jedną z 2 osób, które wiedziały, że robię sobie krzywdę. Pamiętam też jego reakcję kiedy mu powiedziałam. To było przed tym wszystkim, jeszcze kiedy byliśmy tylko przyjaciółmi. Siedzieliśmy w KFC (och jak romantycznie) i powiedziałam mu. Patrzył na mnie i nie wierzył. Widziałam w jego oczach zaskoczenie, przerażenie, zmartwienie i ból. I tak patrząc prosto w moje oczy, wziął mnie wtedy bez słowa za rękę i gładził mnie po niej. Wtedy poczułam tą bliskość. Wiedziałam, że zawsze mogę mu zaufać, że przy nim jestem bezpieczna. Obiecałam sobie też, że dla niego nigdy więcej się nie skrzywdzę. Gdyby tylko wiedział, że to właśnie przez niego, później to robiłam...

Nasza wspólna relacja, w postaci ukrywanego związku (uuhuhuhu jaka konspiracja) trwała może 2-3 tygodnie. W międzyczasie bardzo dużo rozmawialiśmy i to właśnie wtedy powiedział, że od śmierci, gorsze jest być samotnym. Bardzo to było smutne i piękne. Później dopiero zobaczyłam, jakim jest nieszczęśliwym człowiekiem. Ale było już za późno, bo to było po tym jak już się rozstaliśmy.

A jak do tego doszło? Otóż. Mr. X to osoba bardzo impulsywna. Jak ja. I któregoś pięknego popołudnia, kiedy gotowaliśmy sobie wspólnie obiadek, zaczął robić mi wyrzuty, że poznał mnie w momencie kiedy miałam chłopaka. Gdzie on tu widział problem? Nie wiem. Zdenerwowałam się i oczywiście doszło do kłótni. Pogodziliśmy się, ale następnego dnia oznajmił mi, że zachował się egoistycznie i miałam rację, że się zezłościłam. I, że nie powinniśmy być teraz razem. Czułam się jakby ktoś mnie uderzył. Wiedziałam też, że nie będę potrafiła się z nim przyjaźnić - a tego właśnie chciał. Spróbowałam jednak sprostać jego oczekiwaniom. Po tygodniu stwierdziłam, że to jednak niemożliwe. Powiedziałam więc o wszystkim mojej najlepszej, ale jednocześnie najbardziej szalonej, przyjaciółce z grupy. Oczywiście, ona też wiedziała, że coś z nas będzie. Tak więc, obmyśliła genialny plan upicia go, a później szczerej rozmowy. Oczywiście plan zrealizowałyśmy od razu. Poszłyśmy do Niego z odpowiednim trunkiem i misją życia. Oczywiście, to my się upiłyśmy. Jednak, on też całkiem trzeźwy nie był i całe szczęście moja kochana R. wyciągnęła parę rzeczy od niego. Otóż. Podobno nie chciał mnie zranić, dlatego to skończył. Ubzdurał sobie, że rani ludzi, a zależy mu, więc nie chce zrobić tego mi. Podobno prawie płakał. Podobno był zrozpaczony. Nie widziałam tego. Byłam w innym pokoju. Później do mnie przyszedł i leżeliśmy sobie ramie przy ramieniu, w kompletnej ciszy.
Później R. była już tak pijana, że musieliśmy ją odprowadzić. Kiedy wracaliśmy, wyciągnęłam od niego, że myślał, że jestem tą jedyną. To było piękne. I bolesne. Ale dało mi siłę, na walkę, którą toczę do dziś. Bo wiem, co do niego czuję. Z dnia na dzień coraz bardziej się w nim zakochuję, ale również co raz bardziej wątpię, że odwzajemnia moje uczucia, i te wszystkie piękne chwile i słowa, które sprawiały, że moje serce dostawało skrzydeł, były po prostu bez znaczenia.
A ja postawiłam na niego wszystko. Dałam mu WSZYSTKO czego chciał.
- Pragnął mojej przyjaźni, bo byłam dla niego ważna i nie chciał mnie tracić. Dostał to.
- Weszliśmy w układ o nazwie 'friends with benefits'. Było mi ciężko ale w tym trwałam. Nie zgodziłam się jedynie na bonus w postaci seksu. Do czwartku.
- Byłam przy nim zawsze kiedy tego chciał i potrzebował.
- Wyprowadziłam się od byłego.
Kilkakrotnie, kiedy dawał mi znaki, że jednak mu zależy, ja próbowałam przemówić mu do rozsądku, że jednak może powinniśmy być razem. Ciągle jednak otrzymywałam taką samą, odmowną, odpowiedź. W końcu, jakiś miesiąc temu, miałam tego dosyć. Byłam pijana. Chciałam, żeby wybrał. Wszystko, albo nic. Oczywiście, że wybrał drugą opcję. To było uczucie nie do opisania. Nie mogłam nic wtedy zrobić. Czułam się, jakby brakowało mi powietrza. Nie mogłam oddychać. Topiłam się. Chciałam wyjść, rzucić się na ziemię i leżeć tak aż do śmierci. To co czułam wtedy jest na prawdę bardzo trudne do pojęcia. Po tym nie odzywaliśmy się do siebie 5.5 dnia. To był, do niedawna, nasz rekord. Oczywiście, to on pierwszy podszedł i zagadał, a ja jestem głupia, bo mu wybaczyłam. I później znowu się przyjaźniliśmy i 'spotykaliśmy' się, ale bez układu. Bo jak to określił 'nie powinnam wierzyć we wszystko co mówi'. Pewnego wieczoru, kiedy to powiedział nie wytrzymałam. Powiedziałam mu, że myśli jedno, mówi drugie, robi trzecie. Usłyszałam jedynie, że nie potrafi się zdecydować. I tego już było za wiele. Zatrzasnęłam się w jego łazience i płakałam. Kiedy wyszłam przytulił, mnie, pocałował w głowę i przeprosił. I to, po raz kolejny, miał być nasz ostatni raz, ale jak zwykle nie wyszło.

W międzyczasie zrobiłam parapetówkę. A dokładniej tego samego dnia, kiedy pogodziłam się z Panem X. I wtedy się to wszystko pokomplikowało jeszcze bardziej.

Ale od tego zacznę już kolejnego posta, bo zrobiła mi się z tego niezła litania ;)

środa, 10 kwietnia 2013

No bo, kto to wie i ogarnie?

Dlaczego w życiu nie może być tak, że wszystko układa się po naszej myśli? Dlaczego nie znamy odpowiedzi na najbardziej nurtujące nas pytania? Dlaczego osoba na której nam zależy, nie potrafi tego docenić, a żaden, nawet najbardziej misterny plan nie wypala?

Jak to się dzieje, że nagle, po najlepszym dniu, przyjdzie ten najgorszy, albo nawet najlepiej rozpoczęty dzień, skończy się fatalnie. Pech? Możliwe. Albo po prostu ta nieprzewidywalność, która nadaje naszemu życiu.... no właśnie czego? Magii? Bo jak inaczej nazwać to, że, jak śpiewa w jednej ze swoich piosenek Anita Lipnicka, 'Wszystko się zdarzyć może'. Bo czasem dzieje się coś takiego, co wyjdzie poza ramy tego mojego życiowego schematu. I wtedy na prawdę jestem zaskoczona. Ale to chyba dobrze, bo życie powinno zaskakiwać, codziennie przynosić nam coś nowego, jakąś naukę, albo chociażby nową, małą przyjemność. Tylko jak to się jest, że najczęściej kopie nas w dupę, wodzi za nos i śmieje się nam prosto w twarz? Czym takim mu podpadliśmy?

Ostatnio bardzo często zastanawiałam się nad tym wszystkim. I do niczego mądrego nie doszłam. Poza tym, że mój los chyba bardzo mnie nie lubi. Wiem, sama też jestem sobie winna, bo zamiast żyć sobie teraz jak księżniczka (w co prawda dosyć ekhem, toksycznym związku), to żyję jak żebraczka, łaknąc uczucia i bliskości człowieka, który jest największym wyzwaniem mojego życia? Z tronu spadłam do rynsztoku, przez własne durne serducho i tą idiotyczną chęć zrobienia ze swojego życia serialu. Tak właśnie. To jednocześnie smutne, dziwne, ale też dosyć ciekawe, ta moja zachcianka. I na pewno nie jest normalna. Bo kto przy zdrowych zmysłach ma ochotę namieszać sobie konkretnie w życiu, tylko dla odrobiny czegoś nowego? Jakiegoś nowego doznania, szaleństwa? Chyba potrzebuję tej życiowej magii w większym stopniu niż przeciętny człowiek. Tylko dlaczego? I dlaczego to wszystko kończy się fatalnie?
Usłyszałam ostatnio od przyjaciółki hasło: 'Jeśli nie jest dobrze, to to nie jest koniec. Na końcu zawsze jest dobrze.' Ale czy tak jest naprawdę? I co oznacza ten 'koniec'? Czy jest to jedynie mały punkt w naszej podróży, czy może coś wielkiego? Hasełko wisi oczywiście na mojej ścianie, i codziennie kiedy patrzę na nie, rodzi się we mnie na nowo nadzieja. Tylko, że zawsze, kiedy jest już tak dobrze, czyli zbliżam się do jakiegoś końca, nagle to wszystko wyślizguje mi się z rąk i rozbija na milion drobnych kawałków, których pozbieranie zajmuje całą wieczność, a złożenie tego wszystkiego wydaje się niemożliwe. Skąd mam czerpać siłę i cierpliwość, żeby dążyć do ułożenia tego od początku? Czemu po prostu nie będzie dobrze? Może ja za dużo mieszam i wymagam od życia? Ale dlaczego by nie? Dlaczego nie tańczyć z losem tanga i nie walczyć z nim o swoje? Może po oceanie łez wylanych w tym tańcu, jako osoba starająca się o dominację, to w końcu ja będę prowadzić? Kto wie, co się stanie...;)