Chyba jestem potworem. Błąd. Nie chyba, a na pewno. Tak łatwo przychodzi mi granie z uczuciami innych, tylko po to, żeby nie być samotna. Strasznie się tego boję. Jak na ironię, uświadomił mi to człowiek, przez którego żyję w ciągłym strachu o to. Bo co się ze mną stanie jak mnie zostawi za kilka dni, tygodni, miesięcy? O latach nie mówię. W ogóle, zastanawiam się, czy może mnie zostawić, skoro na dobrą sprawę nie jesteśmy razem? Zranić, owszem, bo robi to notorycznie, ale zostawić? Chyba tak, skoro ja się czuję z nim związana. I siedząc tak sobie na tym moim parapecie, myślę o tym, co nas łączy. Czy w ogóle coś NAS łączy. Chciałabym, żeby ktoś mi na to pytanie odpowiedział, jednak nikt nie potrafi. Wiem tylko, że kompletnie zwariowałam na jego punkcie i trwa to od listopada.
Na początku byliśmy tylko znajomymi z grupy. Okazało się, że mieszkamy obok siebie, potrafimy gadać godzinami o wszystkim i o niczym, więc nasze kontakty były dość częste (wspólne wyjścia na uczelnię, zakupy, piwo). A ja wtedy miałam chłopaka, który nie był o to zazdrosny. Poznałam ich nawet ze sobą. Zorientowałam się, że coś jest nie tak, kiedy Mr. X zaprosił mnie do swojej rodzinnej miejscowości na koncert (czy coś w tym stylu). Żeby nie było, nasza wspólna znajoma miała tam ze mną pojechać. Jednak nie mogła. A ja, zamiast ratować swój ówczesny, rozpadający się związek, pojechałam do Niego, jak wspomniałam - sama. Co więcej, okłamałam chłopaka, wrócę na noc, ale w razie co, będę spać u koleżanki, która tam mieszka. Już wtedy wiedziałam, że kłamię.
Idąc dalej. Odstawiona jak na randkę i mega zestresowana, pojechałam. Odebrał mnie na dworcu. Widziałam w jego oczach, że podoba mu się jak wyglądam. Mieliśmy chwilę, więc poszliśmy do Niego. Poznałam wtedy jego mamę i siostrę. Nie mogłam uwierzyć, że tak drobna, niepozorna kobietka na prawdę jest z nim spokrewniona.
Posiedzieliśmy chwilkę, a później udaliśmy się na ten nieszczęsny koncert. Tam jadłam mu z ręki. Dosłownie.
A później, tak jak miałam to w głowie, zaproponował mi nocleg u siebie, tłumacząc to tym, że jest za późno na powrót. Oczywiście przystałam na tą propozycję.
Nie ważne jak to zabrzmi, ale nie spaliśmy całą noc ;) I była to jedna z lepszych nocy mojego życia. Nie, do niczego nie doszło. Po prostu oglądaliśmy dobre filmy, śmialiśmy się, jedliśmy ciastka i piliśmy herbatę. Wtedy też pokazał mi pewne bardzo zabawne filmiki, które nagrywał ze znajomymi. Chyba lubi jak się śmieję... Ważne jest też to, że nikt poza nimi i mną o nich nie wie (a przynajmniej tak mi mówił).
Tak więc spędziliśmy sobie uroczą noc, a rano udaliśmy się oboje do tego przeklętego, wielkiego miasta, w którym oboje mieszkamy na czas studiów.
Po drodze na osiedle, zdarzyła się pewna sytuacja, która bardzo nas zażenowała. Otóż, członek pewnej sekty dał nam kadzidełka i życzył upojnej nocy (oczywiście chciał za te kadzidła pieniędzy, ale hola hola! Jesteśmy biednymi studentami, więc dostaliśmy je za free). To było dziwne. Szczególnie fragment o upojnej nocy. Nie wiedzieliśmy, jak mamy się zachować. Podłapaliśmy więc to i żartowaliśmy ile wlezie. Teraz jak na to patrzę, to się dziwię, jak bardzo musieliśmy wyglądać na ludzi czujących do siebie miętę, że aż inni to widzieli? Bo żeby nie było, nie tylko ten typek. Jedna z moich przyjaciółek zasugerowała mi, żebym trzymała się od Pana X z daleka, bo coś z tego wyniknie, a przecież ja mam chłopaka, z którym chcę spędzić resztę życia. Oczywiście, jednym uchem mi to wleciało, drugim wyleciało.
Wracając do sprawy. Myślałam, że po przyjściu do mieszkania, spędzę resztę dnia z chłopakiem, tak jak mu obiecałam. Jednak Mr. X czuwał. Zadzwonił do mnie, że chce się przejść i czy mam ochotę. Jako, że mój biedny chłopak jak zwykle najwięcej uwagi poświęcał swojemu komputerowi, zgodziłam się. I tak oto, spędziliśmy w swoim towarzystwie 24 najcudowniejsze godziny.
A kilka dni później zerwałam z chłopakiem.
Mr. X był przy mnie wtedy. Pocieszał mnie, jak na 'przyjaciela' przystało.
A za kilka kolejnych dni mnie pocałował.
Pamiętam to jakby to było wczoraj.Po jakimś filmie zaczęliśmy się łaskotać. Było kilka momentów, kiedy leżałam na plecach a on trzymał moje ręce nad głową, mocno przyciśnięte do materaca i pytał: 'I co teraz?'. Ja odpowiadałam, że poddaję się i starałam się odwracać wzrok, bo nie mogłam znieść jego spojrzenia. Za bardzo mnie to wszystko pociągało. I w końcu stało się. Za którymś razem w takiej sytuacji, po prostu pochylił się nade mną i dotknął swoimi ustami moich. To było coś tak pięknego i niesamowitego, że do tej pory czuję w swoim brzuchu motyle, kiedy o tym myślę (teraz, podczas pisania też). Chwilę później piliśmy dobre whisky i całowaliśmy się jeszcze więcej. Kiedy spytałam go, czemu to zrobił, odpowiedział, że nie chciał już dłużej czekać, bo jest pewny swoich uczuć do mnie (do tej pory nie wiem, czy to była prawda, czy po prostu piękne kłamstwo). Ustaliliśmy, że chcemy spróbować, ale póki co, z racji tego, że świeżo zerwałam z chłopakiem, nikomu o tym nie powiemy. Szczerze? Nie ogarniałam całej tej sytuacji, więc zgodziłam się. Teraz widzę, że to był błąd. Powinno nas nie obchodzić, co inni myślą. Ja to chyba już wtedy czułam, dlatego też, podczas gdy on poszedł po whisky, ja złamałam naszą umowę i napisałam szybkiego smsa o tym co się stało, do mojej przyjaciółki z innego, wielkiego miasta. Była zła. Uważała, że powinnam wrócić do mojego byłego, ale ja już wiedziałam, że na to za późno.
Kiedy wróciłam do mieszkania, poszłam od razu do łazienki. Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze i nie mam pojęcia kiedy, ale na moich policzkach pojawiły się łzy. Osunęłam się po ścianie i płakałam. Nie rozumiałam tego co zrobiłam. Ale było już po fakcie. Nie wiedziałam czego chcę.
Z dnia na dzień było mi coraz lepiej. Widziałam pierwszy raz w życiu, że ktoś tak bardzo mnie pragnie i troszczy się o mnie. Przy nim czułam się nie tylko, po raz pierwszy raz w życiu, jak atrakcyjna kobieta, ale też czułam z nim wyjątkową bliskość. Był jedną z 2 osób, które wiedziały, że robię sobie krzywdę. Pamiętam też jego reakcję kiedy mu powiedziałam. To było przed tym wszystkim, jeszcze kiedy byliśmy tylko przyjaciółmi. Siedzieliśmy w KFC (och jak romantycznie) i powiedziałam mu. Patrzył na mnie i nie wierzył. Widziałam w jego oczach zaskoczenie, przerażenie, zmartwienie i ból. I tak patrząc prosto w moje oczy, wziął mnie wtedy bez słowa za rękę i gładził mnie po niej. Wtedy poczułam tą bliskość. Wiedziałam, że zawsze mogę mu zaufać, że przy nim jestem bezpieczna. Obiecałam sobie też, że dla niego nigdy więcej się nie skrzywdzę. Gdyby tylko wiedział, że to właśnie przez niego, później to robiłam...
Nasza wspólna relacja, w postaci ukrywanego związku (uuhuhuhu jaka konspiracja) trwała może 2-3 tygodnie. W międzyczasie bardzo dużo rozmawialiśmy i to właśnie wtedy powiedział, że od śmierci, gorsze jest być samotnym. Bardzo to było smutne i piękne. Później dopiero zobaczyłam, jakim jest nieszczęśliwym człowiekiem. Ale było już za późno, bo to było po tym jak już się rozstaliśmy.
A jak do tego doszło? Otóż. Mr. X to osoba bardzo impulsywna. Jak ja. I któregoś pięknego popołudnia, kiedy gotowaliśmy sobie wspólnie obiadek, zaczął robić mi wyrzuty, że poznał mnie w momencie kiedy miałam chłopaka. Gdzie on tu widział problem? Nie wiem. Zdenerwowałam się i oczywiście doszło do kłótni. Pogodziliśmy się, ale następnego dnia oznajmił mi, że zachował się egoistycznie i miałam rację, że się zezłościłam. I, że nie powinniśmy być teraz razem. Czułam się jakby ktoś mnie uderzył. Wiedziałam też, że nie będę potrafiła się z nim przyjaźnić - a tego właśnie chciał. Spróbowałam jednak sprostać jego oczekiwaniom. Po tygodniu stwierdziłam, że to jednak niemożliwe. Powiedziałam więc o wszystkim mojej najlepszej, ale jednocześnie najbardziej szalonej, przyjaciółce z grupy. Oczywiście, ona też wiedziała, że coś z nas będzie. Tak więc, obmyśliła genialny plan upicia go, a później szczerej rozmowy. Oczywiście plan zrealizowałyśmy od razu. Poszłyśmy do Niego z odpowiednim trunkiem i misją życia. Oczywiście, to my się upiłyśmy. Jednak, on też całkiem trzeźwy nie był i całe szczęście moja kochana R. wyciągnęła parę rzeczy od niego. Otóż. Podobno nie chciał mnie zranić, dlatego to skończył. Ubzdurał sobie, że rani ludzi, a zależy mu, więc nie chce zrobić tego mi. Podobno prawie płakał. Podobno był zrozpaczony. Nie widziałam tego. Byłam w innym pokoju. Później do mnie przyszedł i leżeliśmy sobie ramie przy ramieniu, w kompletnej ciszy.
Później R. była już tak pijana, że musieliśmy ją odprowadzić. Kiedy wracaliśmy, wyciągnęłam od niego, że
myślał, że jestem tą jedyną. To było piękne. I bolesne. Ale dało mi siłę, na walkę, którą toczę do dziś. Bo wiem, co do niego czuję. Z dnia na dzień coraz bardziej się w nim zakochuję, ale również co raz bardziej wątpię, że odwzajemnia moje uczucia, i te wszystkie piękne chwile i słowa, które sprawiały, że moje serce dostawało skrzydeł, były po prostu bez znaczenia.
A ja postawiłam na niego wszystko. Dałam mu WSZYSTKO czego chciał.
- Pragnął mojej przyjaźni, bo byłam dla niego ważna i nie chciał mnie tracić. Dostał to.
- Weszliśmy w układ o nazwie 'friends with benefits'. Było mi ciężko ale w tym trwałam. Nie zgodziłam się jedynie na bonus w postaci seksu. Do czwartku.
- Byłam przy nim zawsze kiedy tego chciał i potrzebował.
- Wyprowadziłam się od byłego.
Kilkakrotnie, kiedy dawał mi znaki, że jednak mu zależy, ja próbowałam przemówić mu do rozsądku, że jednak może powinniśmy być razem. Ciągle jednak otrzymywałam taką samą, odmowną, odpowiedź. W końcu, jakiś miesiąc temu, miałam tego dosyć. Byłam pijana. Chciałam, żeby wybrał. Wszystko, albo nic. Oczywiście, że wybrał drugą opcję. To było uczucie nie do opisania. Nie mogłam nic wtedy zrobić. Czułam się, jakby brakowało mi powietrza. Nie mogłam oddychać. Topiłam się. Chciałam wyjść, rzucić się na ziemię i leżeć tak aż do śmierci. To co czułam wtedy jest na prawdę bardzo trudne do pojęcia. Po tym nie odzywaliśmy się do siebie 5.5 dnia. To był, do niedawna, nasz rekord. Oczywiście, to on pierwszy podszedł i zagadał, a ja jestem głupia, bo mu wybaczyłam. I później znowu się przyjaźniliśmy i 'spotykaliśmy' się, ale bez układu. Bo jak to określił 'nie powinnam wierzyć we wszystko co mówi'. Pewnego wieczoru, kiedy to powiedział nie wytrzymałam. Powiedziałam mu, że myśli jedno, mówi drugie, robi trzecie. Usłyszałam jedynie, że nie potrafi się zdecydować. I tego już było za wiele. Zatrzasnęłam się w jego łazience i płakałam. Kiedy wyszłam przytulił, mnie, pocałował w głowę i przeprosił. I to, po raz kolejny, miał być nasz ostatni raz, ale jak zwykle nie wyszło.
W międzyczasie zrobiłam parapetówkę. A dokładniej tego samego dnia, kiedy pogodziłam się z Panem X. I wtedy się to wszystko pokomplikowało jeszcze bardziej.
Ale od tego zacznę już kolejnego posta, bo zrobiła mi się z tego niezła litania ;)