piątek, 31 stycznia 2014

Co to w ogóle było?

"wróciłeś
nie całkiem
lecz słowami
znowu od początku
uczysz mnie
jak płakać z miłości
nigdy niespełnionej"
                                                         -Natalia Gaweł


Niesamowity dzień. Spotkałam chyba wszystkich, których niespodziewałam się spotkać.
No i wydaje mi się, że zdałam statę, ale to pewnie jest bardzo złudne. Poszłam na egzamin w ogóle nie przygotowana. Znaczy, coś tam czytałam, ale zasiadłam do tego o  23, bo do 17 pisałam pracę zaliczeniową na metody, później mi się nie chciało, a później poszłam do roboty, tak więc trochę to olałam. 
Już poranek był dziwny. Najpierw stwierdziłam, że chyba mnie pojebało wczoraj wieczorem i nie wiem co miałam w głowie, nastawiając budzik na 8, skoro mam na 10. Później zadzwoniła do mnie siostra z prośbą o pomoc przy pracy na maturę z polskiego. Jestem dla niej za dobra i się zgodziłam. Okazało się  też, że wzięłam pustą paczkę fajek, więc nie miałam jak się odstresować przed testem.
Następnie egzamin. J. też pomyliła godziny, tylko że na jej niekorzyść - spóźniła się pół godziny :p.
Po wszystkim, A. (przez którego zostałam dziś skomplementowana za wygląd), zaproponował, że chętnie podzieli się fajkami. No to poszłam z nim zapalić. Poczęstował mnie nawet żujżujem :p
Postałam z nim chwilę, później z J., i w międzyczasie umówiłam się z P. na huśtawkach. Byłam strasznie głodna, więc zmyłam się z wydziału i poszłam pod ścianę płaczu licząc, że mam coś na koncie. Pierwszy raz się nie przeliczyłam. W sumie nie wiedziałam, że aż tyle. W duchu modliłam się o 100 zł a tu taka niespodzianka :) I like it.
Stwierdziłam, że wpadnę na chwilę do mieszkania. Wchodząc do bloku zauważyłam wychodzącego z niego kumpla Pana X. To było dziwne. Ja gapiłam się na niego, on na mnie i nie wiedziałam czy powiedzieć mu 'cześć', czy nie. Na szczęście, on powiedział to pierwszy, więc odpowiedziałam i spytałam co tu robi. Okazało się, że z dziewczyną byli w serwisie komputerowym na dole. 
To rozpoczęło mojego mindfucka. W mieszkaniu posiedziałam dosłownie parę minut, bo P. napisała, że już idzie. Poszłam więc w miejsce, w którym się umówiłyśmy - na huśtawki. Tyle co siadłam, zobaczyłam że idzie ON. Nie od razu go poznałam. Dopiero, kiedy zauważyłam, że nie zamierza iść chodnikiem, tylko zmierza na teren zielony prosto w moim kierunku, domyśliłam się, kto to. Nie wiedziałam co mam zrobić. Najchętniej bym stamtąd uciekła, ale to by było głupie. Myślałam więc, że mu się roześmieję prosto w twarz. Nie ułatwiało mi zachowania powagi to, że szedł uśmiechając się, no i cała nasza sytuacja. Kiedy powiedział 'cześć', mnie totalnie zatkało. Widziałam, że po nim całkowicie spłynęła moja akcja, moje esemesy, wszystko. Chciał się przekonać, czy jestem obrażona i jak bardzo. Zajęło mi więc chwilę wykrztuszenie z siebie prostego 'hej'. Rozmowa była... miła? Okazało się, że istnieje sprawiedliwość na tym świecie - 2 tygodnie temu rozwalił sobie ścięgna w ręce, wylądował w szpitalu i był tam tydzień. Miło, że dał znać. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie ja mu to zrobiłam. Ale pomijając. Na koniec, zanim odwróciłam się od niego mówiąc dwukrotnie oschłym tonem 'nara', powiedział, żebym mu się pokazała kiedyś w ombre, które miałam zrobić. Ja nie ogarniam tego człowieka. Poważnie. Czekałam tylko na moment, w którym coś powie o wisiorku, a zamiast tego dowiedziałam się o jego sesji, pielęgniarkach w szpitalu i innych gównach. I znowu czuję się rozbita. Wrócił. To wszystko się znowu zacznie. Widziałam w jego wzroku, że mu się ciągle podobam. Jeszcze nie skończyłam się leczyć po ostatnich ranach, które mi zadał, a już planuje zadać kolejne. I ja mu na to pozwolę. Znowu go dopuszczę do siebie, albo sam wejdzie niespodziewanie do mojego serca, zagrzeje tam się trochę i je zmiażdży po raz kolejny. Ot, dla zabawy.

W drodze do galerii spotkałam pomkę, a w galerii chłopaka, którego P. nie chciała spotkać, bo od pół roku trzyma pożyczone od niego magazyny. A na sam koniec jakiś facet podszedł do mnie i do niej, jak stałyśmy na fajce i pytał czy nie jesteśmy z Top Model, mówił, że nas kocha i chciał nam śpiewać 'sto lat'. 
Chory dzień.

A makro nie zdałam. Ale pogadałam z facetem o Melu Gibsonie :)

wtorek, 28 stycznia 2014

obłęd

Milion wypalonych papierosów, jeden za drugim, bicie serca jak u przestraszonego, schwytanego, dzikiego zwierzątka, chęć szalonego krzyku, a w głowie milion niewykształconych do końca myśli. To właśnie czuję. I to jest obłęd. Przez moment chciałam się pociąć. Przyniosłam sobie nawet sprzęt do tego. Całe szczęście przeszło mi. Nie do końca, ale wystarczająco, żeby nie skakać z balkonu.

 Nie rozumiem tego, że nie pisze. Zawsze jak o kimś pomyślę, to ta osoba nagle się odzywa. Zawsze. Jak gdybym przywoływała tą osobę myślami. A ON nie.
W niedzielę byłam nawet w kościele, ale gówno to dało. Nic się nie zmieniło. Ani nie przestałam o nim myśleć (a chyba nawet zaczęłam bardziej), ani się nie odezwał. Pocieszeniem dla mnie jest to, że ten pterodaktyl lajkuje cytaty w stylu: "Kochająca osoba popełnia prawie zawsze ten błąd, że nie czuje, kiedy druga strona przestaje kochać." To znaczy, że nie są razem. Bo jaki szczęśliwy człowiek coś takiego lubi? Też to zlajkowałam i po raz kolejny poczułam się dziwnie, że zarówno ja i ona myślałyśmy przy tym o tej samej osobie. Bo, że tak jest to jestem pewna. Ona jest dziewczyną, więc wiem jak myśli. 

Dzisiaj najgorszą rzeczą jest to, że jutro mam egzamin ustny z makro. I nie jestem w stanie się uczyć. Przejebałam wszystkie dni, które poświęciłam na naukę. Robiłam dosłownie NIC. I jak zwykle jestem w dupie. Bardziej zależy mi na tym, żeby się odezwał, niż na tym, żebym zdała i to mnie zgubi, bo nie mogę przestać o tym myśleć...

niedziela, 26 stycznia 2014

Choroba psychiczna.

To już jest choroba psychiczna. Siedzę sobie w pracy/idę chodnikiem i nagle pojawia się ON. W każdym przechodzącym obok mężczyźnie. Każdy z nich ma JEGO twarz. A ja zaczynam wariować i mówić sobie 'uspokój się, przecież widzisz, że to jest jednak zupełnie inny człowiek'. Podobnie jest z zapachami. Nie ważne co robię, niespodziewanie czuję w głowie ten specyficzny zapach jego ciała, i każdy inny zapach mi się z nim kojarzy. Nie rozumiem tego. Jednocześnie wracają wspomnienia, a od tego do płaczu jest już tylko jeden krok. I wcale mi nie przeszkadza, że właśnie jestem w pracy i patrzy na mnie dziesiątki ludzi. Łzy same napływają do oczu. Gdzieś we mnie jest nadzieja, że jeden z przechodzących mężczyzn na prawdę okaże się nim, podejdzie i.... No właśnie. Co wtedy? Udam, że go nie znam i jest po prostu klientem albo minę go bez słowa? Chciałabym, ale chyba nie umiem. Chociaż w sumie zależy od dnia i tego co mi akurat strzeli do głowy. Może to będzie jeden z tych dni kiedy go nienawidzę, więc po prostu uderzę go w twarz? Ale równie dobrze może być to jeden z dni tęsknoty i pójdę z nim gdzie tylko mnie zaprowadzi.

Dzisiaj na przykład mam dzień tęsknoty. Walczę ze sobą, żeby do niego nie napisać. Wiem, że jak się odezwę, to to będzie najgłupsza rzecz jaką mogłabym zrobić, bo wiem, że powinnam mieć nastawienie 'nie to nie, będziesz jeszcze żałował'. Tylko, że przez te moje sny ON ciągle siedzi w mojej głowie i nie chce z niej wyjść. I chcę go odzyskać. Nie wiem po co, po prostu czuję, że jesteśmy sobie przeznaczeni, i że muszę to zrobić. I ja go jeszcze będę miała. Co więcej, my się nawet oślubimy w końcu. Sam do mnie wróci. Po prostu muszę być cierpliwa i żyć sobie swoim życiem, a w końcu dostanę to, czego tak bardzo pragnę.
Mam przeczucie, że wystarczy tylko, że pojawię się znowu w jego życiu i namieszam mu w głowie, jak on do tej pory mi. Będę najlepszą koleżanką na świecie. Zniosę to, że jest (?) z tym pterodaktylem. Wystarczy, że będę.

Ja się powinnam udać na leczenie. Albo egzorcyzmy od razu.

czwartek, 23 stycznia 2014

Niech coś się stanie!

Dlaczego to wszystko po prostu ode mnie nie odejdzie? Cały ból i myśli. Nawet w nocy oboje mi się śnią. Nie zajdę za daleko z tak zniszczoną psychiką. Nawet nauki nie mogę już ogarnąć.
Potrzebuję go zobaczyć. Bez niej. I tylko tyle.
Chcę wiedzieć jak się zachowa, czy znowu będzie mnie unikał i nawet się nie przywita. Nie mogę znieść tego, że byłam dla niego nikim. Moje serce nadal przyspiesza kiedy o nim myślę. Ja już byłabym nawet skłonna go przeprosić za to co zrobiłam i powiedziałam, tylko, że to nic nie da. Może się odezwie, ale nie wyciągnie z tego lekcji i za jakiś czas historia się powtórzy. To nie ja mam być tą, która wyciągnie rękę. Z drugiej strony bardzo boję się tak czekać i nic nie robić... No bo jakbyśmy spędzali ze sobą czas, to ta mała dziwka poszłaby w zapomnienie (na zawsze albo na jakiś czas) a tak, to pewnie widują się codziennie, w każdej wolnej chwili. Jak ja i on rok temu.
Ja już tego nie umiem dłużej znieść. Nawet nie mogę o tym z nikim porozmawiać, bo każdy albo ma już dosyć, albo przed resztą utrzymuję, że jest w porządku. Zostałam więc sama ze swoimi myślami, snami i potrzaskanym sercem. I zupełnie nie wiem co mam zrobić, żeby go spotkać. Nawet nie wiem czy powinnam. Rozum mówi mi, że nie. Pomęczę się z rok i może przeżyje. Tylko co to będzie za życie. Serce też ma już dosyć. Jest dosłownie w kawałkach, krwawi i nie umie się posklejać. Tylko że, spośród miliona tych części, jest jedna taka, która mówi, żebym się nie poddawała i jedna taka, która tęskni i nie pozwala zapomnieć.
Jestem po prostu głupia, ale liczę, że jednak się po sesji odezwie. Jak nie, to cóż. Będę czekać do wiosny i ciepła, bo wtedy będzie można wyjść i posiedzieć na osiedlu bez większych podejrzeń.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

'Questions, problems, answers, I've got none.'

Ostatnimi czasy zrobiłam się bardzo religijna. Co noc modlę się do Boga o to, żeby w końcu się odezwał. A przecież nie wierzę ani w jedno, ani w drugie.
Proszę też wszechświat o to, żebyśmy znowu na siebie wpadli.
I nic.
Moje prośby giną gdzieś pomiędzy miliardami próśb innych ludzi.
Czym sobie zasłużyłam na takie odtrącenie? Czemu każdy jest głuchy na moje wołanie? Czemu tak mało dla wszystkich znaczę?

Niby udaję przed wszystkimi, że poszłam naprzód, że jest mi lepiej i już zapominam. Wcale tak nie jest, ale się do tego nie przyznam.
W pewnym sensie czuję się inaczej niż w październiku. Jakbym wiedziała, że tym razem to jest koniec, ale tak na poważnie i że muszę się pożegnać z Nim i wszystkimi wspomnieniami. Tylko, że z drugiej strony nie chcę, żeby to się tak kończyło. Jakbyśmy nigdy się nie znali i jakby to wszystko nie miało miejsca. Wiem, że jest skurwysynem, któremu nie zależy, ale co ja poradzę na to, że dla Niego jestem zdolna przecierpieć wszystko? Mam różne akcje i odpały na te świństwa które mi robi, ale koniec końców, zawsze jestem w stanie mu wybaczyć, jeżeli wiem, że wróci. Bo to, że wracał jednak coś znaczyło. Teraz boję się, że będzie inaczej. I tego nie chcę. Nie dlatego, że go potrzebuję, bo tak już nie jest. Po prostu czuję się zrobiona w chuja. Myślałam, że w pewnym stopniu mu zależy. W końcu był prawie zawsze przy mnie, kiedy go potrzebowałam. Tyle się między nami wydarzyło... Dużo za dużo jak na to, żeby tak sobie odejść.

Nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić. Chciałabym znaleźć sposób na to, żeby się z nim skontaktować, ale to nasze spotkanie i odbudowanie relacji, pozostanie na zawsze naiwną mrzonką. On tego nie chce. Gdyby było inaczej, już dawno by się odezwał. I to boli najbardziej.

W mojej głowie jest tylko jedno pytanie: dlaczego. Nic więcej tam nie ma.

sobota, 18 stycznia 2014

Nic nie rozumiem, bo to jest bez sensu

No i nic się nie stało. Nigdy się już  do mnie nie odezwał, chociaż się złamałam i napisałam. Wiedziałam, że tak będzie. Może było zbyt emocjonalnie?
Napisałam mu 2 wiadomości:
1. 'Mam nadzieję, że podobała Ci się moja mała, urocza niespodzianka i że zdążyłeś ją już wykorzystać zgodnie z instrukcją :) wgl chciałabym z Tobą ostatni (?) raz pogadać bo myślę, że mogłeś źle zrozumieć mój gest. Ale pewnie a) nie masz czasu b) właśnie się za coś zabrałeś c) czytasz książkę d) już nigdy mi nie odpiszesz.'

<2 godziny bez odpowiedzi>

2. 'No i właśnie o tym chciałam pogadać: przez ostatni miesiąc ciągle wybierałeś opcję d. Po tym jak myślałam, że już nigdy się nie odezwę znowu Ci zaufałam i chciałam się z Tobą TYLKO KOLEGOWAĆ ale Ty najwidoczniej masz gdzieś mnie jako koleżankę. Tylko nie wiem po co to wszystko zaczynałeś od nowa skoro tak to zniszczyłeś. A ja serio przez ten miesiąc potrzebowałam bardzo porozmawiać bo lekarz itd. No trudno. Przynajmniej się przekonałam jaki jesteś na prawdę i jak bardzo 'szanujesz' mnie, to co Ci mówię i jak bardzo Ci 'zależy' na naszych relacjach'.

Zero odzewu. To jest jak grochem o ścianę. Mógł w końcu zaprzeczyć, ale tego nie zrobił. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle mnie znielubił, odciął się. Znaczy mam parę teorii, ale to wszystko i tak jest bez sensu. No bo co mi po tym, jak nawet on z nią był tylko przez święta, a później znowu chciał wrócić do mnie? Sytuacja jak przez wakacje i początkowe miesiące roku akademickiego, więc prawdopodobne. Plus, jego wpatrzony w chodnik wzrok, gdy mnie z nią mijał. Jakby nie chciał, żebym się o tym dowiedziała. No i najważniejsze, jej lajki na fejsie, do smutnych, miłosnych cytatów (jestem chora i sprawdziłam wszystkie wpisy na profilu, który też lubię, i powiem szczerze, bardzo to dziwne uczucie, kiedy zdaję sobie sprawę, że obie klikamy 'lubię to' myśląc o tej samej osobie).
Zero w tym sensu i logiki i nadziei na przyszłość. Staram się zapomnieć i jednego dnia mi to lepiej wychodzi, a innego gorzej.
Pomimo, że wiem, że powinnam to zostawić, to nie umiem. Staram się, na prawdę, tylko że, coś we mnie siedzi, co mówi mi, żebym tego nie robiła. W takich chwilach, albo w tych kiedy o nim myślę, rozmawiam ze sobą w głowie. Mówię do siebie 'spokojnie, nie myśl o tym, uspokój się' i tak kilka razy. W sumie pomaga. Nie myślę tak obsesyjnie o nim, ale podświadomie czekam dnia, aż się spotkamy. Specjalnie wychodzę z mieszkania o takich godzinach, żeby mieć szansę na niego wpaść. Jeszcze mi się to nie udało, ale nie poddam się. I tak już zmanipulowałam naszym wspólnym znajomym, żeby razem pić, więc liczę, że spotkamy się wcześniej, bo inaczej będzie strasznie żenująco.

Najgorsze z tego wszystkiego jest to uczucie, które mnie wypełnia. Nie umiem być do końca szczęśliwa. Nie ważne, czy z kimś rozmawiam na całkiem inny temat, czy śmieję się do rozpuku - ono we mnie jest i mnie kłuje. Dosłownie. Ściska mnie za każdy pojedynczy kawałeczek serca i przypomina, że nie mam prawa do pełni szczęścia, bo tyle straciłam.  Był dla mnie wszystkim, a ja byłam dla niego nikim. Ot, osoba którą się kiedyś znało, idealna na chwile nudy.

Znajomość z tym człowiekiem mnie zniszczyła. Nigdy już nie zaufam żadnemu facetowi, nie zaangażuję się w nic tak mocno, i wątpię, że kogoś równie silnie pokocham. To było TO COŚ, czego nie wolno w życiu przegapić. Szkoda, że okoliczności nam nie sprzyjały. Może, gdyby były inne, to teraz nie pisałabym tego, tylko siedziała z nim w pracy, zachwycona tym, co robi? Cóż, czasu nie cofnę i muszę żyć tym co jest. Pewnego dnia, to wszystko odejdzie ode mnie i będę znowu wolnym człowiekiem. Chyba, że wcześniej się z nim spotkam i to wszystko się zacznie od nowa.
Jestem mistrzem autodestrukcji i komplikowania sobie życia.

niedziela, 12 stycznia 2014

Niedziela

Dzień komba ostatecznego. Aż sobie melisę kupiłam, żeby pić. Całkiem fajnie wycisza i uspokaja.
W pracy chyba nie wysiedzę. Już teraz mi się wszystko przewraca w brzuchu i w głowie, więc ja nie wiem co to będzie jak tam pójdę (bo to jest miejsce, gdzie mam czas przemyśleć 10 razy swoje życie).
Trochę smutno, że się nie dowiem, jak zareagował, bo nie napisze, ale z drugiej strony to może i lepiej? Chyba, że sama go podpuszczę i się odezwę. W końcu w środę to zrobiłam. Nie mogłam ryzykować, że zajrzy do skrzynki za miesiąc czy dwa. Odpisał mi w sekundzie: 'o kurcze, co to za niespodzianka'. Powiedziałam mu, żeby sprawdził to się dowie. Poinformował mnie wtedy, że super, ale dopiero w niedzielę wraca. I na tym konwersacja się skończyła, bo przekazałam, co miałam do przekazania, więc na chuj drążyć temat. Później wpadłam na to, że mogłam dodać, że nie musiał mi się tłumaczyć z tego, kiedy wraca, bo to już nie jest moja sprawa ani przedmiot zainteresowań, ale no trudno. Najważniejsze, że to otworzy.
Znalazłam też coś, co pomaga mi o tym wszystkim nie myśleć - zakupy! Nigdy nie spodziewałam się, że potrafią one tak odmóżdżyć. W czwartek kupiłam sobie koszulę i koszulkę, a wczoraj mój wymarzony zapach Avril Lavigne Forbidden Rose. Z moich planów poprawy humoru pozostało mi jeszcze zrobić sobie ombre. Wtedy całkiem to skończę. W końcu włosy, to jednak mój łącznik z przeszłością i zawsze lekka zmiana bardzo pomaga. Tym razem będzie dosyć odważnie i już nie mogę się doczekać :)
Zdziwiło mnie w tym wszystkim, że odcięłam się od niektórych ludzi. Np. od R. To jest akurat uzasadnione, bo dostawałam przez nią głupawki, ale nie gadam też z O. Może dlatego, że bagatelizuje to wszystko i mówi mi przykre rzeczy? Co prawda P. czasem też mi powie, ale jednak są one w trochę innym wydaniu i mnie motywują, albo je zlewam.

Kurcze, mam straszny mętlik w głowie, za dużo kontrastowych rzeczy chcę zrobić w związku z moją obecną sytuacją:
1) napisać do Niego
2) zapomnieć o nim
3) rozbić mu związek
4) kolegować się z nim

Nie potrafię żyć bez kontaktu z tym człowiekiem, ale wiem, że strasznie mnie to niszczy. Ciągle liczę, że on w końcu znormalnieje, przejrzy na oczy i będziemy razem. Bo ja mu wszystko wybaczę. Może nie od razu, ale z czasem to przyjdzie. Bo wiem, że jest jedyną osobą na tym świecie, która da mi szczęście.

To wszystko jest takie trudnee :( Najgorsza jednak jest ta niewiedza, co mam teraz zrobić, bo każda z opcji jest zła :(

środa, 8 stycznia 2014

Przegrałam

Jest z nią. Szli za rękę. Widziałam. I usłyszałam dźwięk mojego pękającego serduszka. Nikt mnie nie zniszczył tak jak on. Czuję się pusta w środku. I to, że szedł ze spuszczoną głową, co nie jest w jego stylu, niczego nie zmienia. Wybrał ją. Ja przegrałam.
Wiem, że go uśmierciłam, ale widząc to wszystko, jego żywego, zabolało. I boli dalej, jak cholera.
Po tym wszystkim zrobiłam rzecz, która przyszła mi do głowy i spotkała się z wielką aprobatą ze strony Ol. i P. Zerwałam z szyi wisiorek od niego (na początku chciałam go rzucić w krzaki albo do rzeki, ale dobrze, że się powstrzymałam), włożyłam w kopertę, napisałam krótką notkę 'wsadź se to w dupe/daj ukochanej, niepotrzebne skreślić), którą dołączyłam do wisiorka, kopertę zakleiłam, podpisałam 'dla skarbeńka :*', dodałam całuska, i poszłam do jego bloku. Najpierw upewniłam się, czy jest w mieszkaniu. Był. Następnie wysłałam Ol. na jego piętro, żeby sprawdziła nr. mieszkania. Bardzo się bałam, że on mnie nakryje na tym wszystkim. Ol. też, ale jednocześnie chciała, żeby się to stało, bo nawrzeszczałaby na niego i dała mu w twarz. Ja też bardzo chciałam to zrobić. P. mówiła, że powinnam nawet pójść do niego do mieszkania i zrobić scenę. Stwierdziłam, że to by była już przesada. Ale wracając. Ol. w końcu zjechała z powrotem na parter, podała mi nr., poszłyśmy do skrzynek na listy i wrzuciłam swój prezencik w odpowiednią. Nie mogę się doczekać, aż to zobaczy. I tak gówno zrobi, ale mam nadzieję, że go zaboli.
Po całej akcji postanowiłam się upić. Z resztą jak zwykle w takich momentach.
No i dokładnie jak w październiku zablokowałam myślenie o tym. Może i dobrze, bo chyba bym umarła.
Jak można być takim skurwysynem? Jak można było mnie tak zwodzić i oszukiwać przez cały czas?
Najchętniej bym go zabiła. Tak serio. Ją też. Obojgu, ale w szczególności jej, życzę śmierci. Niech wpadnie pod tramwaj/autobus czy dostanie jakiejś choroby i umrze. Jeżeli on ją kocha, to wtedy będzie wiedział co ja czułam, kiedy straciłam jego. Ale on jej nie kocha. Nie potrafi żywić takich uczuć do innych ludzi za wyjątkiem siebie.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Hipotetycznie najgorszy rok ever

To będzie beznadziejny rok. Tak coś czuję. Nic się nie zmieni, a jak zmieni to na gorzej.
Pan X. umarł. Jest zimnym trupem w mojej głowie. A przynajmniej staram się żeby tak było.
Nie rozmawialiśmy ze sobą praktycznie przez całe święta, poza jednym epizodem, po kilkunastu dniach milczenia, kiedy napisałam do niego, czy ma nr. do P. (bo rozwaliłam telefon i ten sms do niego to był akt desperacji, bo musiałam się z nią skontaktować. Ale już wtedy pokazał, jak bardzo ma mnie w dupie. W sylwestra to samo. Dał mi jasno do zrozumienia, że nic ciekawego nie ma do roboty, ale wszystko będzie ciekawsze niż impreza u mnie. Od tamtego czasu cisza... A jestem na 99,9% pewna, że wrócił do Kato. Tak więc zmuszona zostałam do poczynienia kroków drastycznych i ostatecznych. Nie żyje. Muszę tylko zdecydować jak umarł i sobie to wszystko ładnie wkręcić.

Tylko czemu tak się stało? Przed świętami było idealnie. Spotykał się ze mną, chodził po sklepach mierząc swetry dla mojego ojca, dał mi przepiękny prezent - wisiorek z nieskończonością (pomimo wielkiej chęci kupienia mi pierścionka, co bardzo mnie rozbawiło, stwierdził, że wie co ten symbol znaczy i mu się podoba) i czekoladki (ale nie takie zwykłe, no bo gdzież). Nawet zaczęłam podejrzewać, że skoro tak się spotykamy, jest cud miód, to wszystko jest na dobrej drodze, nie siedzimy u niego w mieszkaniu, bo chce trochę zwolnić i nie uprawiać koleżeńskiego seksu, i w końcu nam to pyknie. A tu jak zwykle zaskoczył mnie. Może jak się będę nastawiać na najgorsze z jego strony, to w końcu coś wyjdzie. Co ja mówię. Na nic się nie nastawiam, bo on nie żyje.
Czuł coś do mnie za życia, tego jestem pewna. Kiedy uprawialiśmy seks, powiedziałam mu, że nie jestem jego. Widziałam, że go to zabolało i chciał mi później udowodnić, że się mylę. Po wszystkim powiedziałam, że to był odpoczynek od poczytalności. Zrobiło mu się przykro.
W ogóle co to był za wieczór. Już w sklepie, kiedy zastanawiałam się jaki sok wybrać, czułam jego obecność za mną, całą sobą. Jakbyśmy byli razem, to chyba byśmy poszli do jakiejś łazienki i się ruchnęli. Te iskry w przestrzeni między nami dało się dosłownie poczuć na własnej skórze, jestem tego pewna. Jak już szliśmy do tego sklepu, to miałam plan ruchnięcia się z nim. Tak więc, kiedy wracaliśmy, zrobiłam tak, żeby mnie do siebie zaprosił. Oczywiście nie obyło się bez focha i dziecięcej kłótni, ale cel został osiągnięty. No bo skoro zaprosił mnie wcześniej do siebie (odmówiłam), to miałam czarno na białym to, czego on oczekuje i mogłam się wprosić.
Po wszystkim dostałam nawet obiecane kakałko, bo przed w ogóle nie było o tym mowy. Ta jego niecierpliwość... On nie może wytrzymać jak ja mieszam herbatę, to co mówić, żeby poczekał aż wypiję.
Dobrze tak sobie to powspominać te miłe chwile, które i tak się nie powtórzą, bo się nie odezwie już nigdy.
 Ach.

A u lekarza okazało się to, co przypuszczałam. Policystyczne jajniki. Ale szansę na dziecko mam, jupi! Ogólnie wszystko jest w porządku, muszę jeszcze tylko odebrać wyniki cytologii, żeby mieć 100% pewność, no i zrobić kolejne badania hormonalne.

Umarła mi też świnka morska :((( Moja kochana Dżudżu :( W święta miałyśmy pożegnanie. Ale cóż, była stara i chyba na coś ostatnio chorowała. Tyle śmierci mnie otacza... To jest aż straszne. 

Przez to wszystko stwierdzam, że skoro ten rok zaczął się w taki parszywy sposób, to taki będzie już do końca. Smutek :(

środa, 1 stycznia 2014

Nowy Rok

Każdy Nowy Rok to nowe plany, które i tak nie wyjdą, albo postanowienia, których i tak nie dotrzymam.
Pomimo to, również w tym roku postanowiłam wymyślić coś, co chcę zmienić w tym nadchodzącym roku. Moje główne postanowienia dotyczą oczywiście Pana X.
No właśnie, Pan X.
 Przez praktycznie cały miesiąc nie miałam komputera a wydarzyło się całkiem sporo, min. zrobiliśmy TO ponownie. I było całkiem inaczej. Ale o tym innym razem. O tym, że ponownie wydawało mi się, że coś z tego wyjdzie, a jak zwykle gówno wyszło, też.
 Tylko ja wiem, jak czuję się w tej chwili, tego pierwszego dnia nowego roku. Za nic w świecie nie chcę czuć się w ten sposób w inne dni roku. Musi być lepiej. MUSI. BĘDZIE! Innego wyjścia nie ma. Nie mam zamiaru siedzieć codziennie z kieliszkiem wina musującego (bądź zwykłego, najlepiej kadarki) w ręce, z miską chipsów, czekoladą i pudełkiem chusteczek obok, chlipiąc ileś godzin, śpiewając smutne piosenki, wpatrując się przy tym w Jego zdjęcie i robiąc sobie krótki odpoczynek od tego wszystkiego poprzez sprawdzanie na fejsbóku komu z jego znajomych dała lajki ta frajerka jego ex i odwrotnie, oraz odpowiednio wszystko analizując, dorabiając sobie ideologię. NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIEEEEEEE!!! Ten rok nie może tak wyglądać! On musi być lepszy. Nie mogę być dłużej tak słaba i myśleć o nim. Ma mnie w dupie. Koniec, kropka. W tym roku poznam kogoś nowego, w kim się zakocham, i kto będzie wart tej miłości. On zostaje w 2013 roku. Wiem, że takie postanowienie miałam też rok temu, ale wtedy była inna sytuacja.
Teraz nie będę już naiwną idiotką.
Tylko czemu myśląc w ten sposób, czuję w sercu, że sama siebie próbuję przekonać, choć i tak nic z tego nie wyjdzie?
Nie chcę chyba żyć.
Poważnie.
Mam tego wszystkiego dosyć. Nigdy się od niego nie uwolnię, choćbym nie wiem jak się starała. Nigdy nie będę z nikim szczęśliwa, bo nie potrafię o nim zapomnieć i zaangażować się w coś nowego.
Jestem nieszczęśliwa.
Smutek wypełnia mnie po brzegi, od stóp, po sam czubek głowy, w ten pierwszy dzień nowego roku.

A jutro idę do lekarza.
Z jednej strony bardzo bym chciała, żeby doktorka powiedziała, że coś mi jest i na to umrę w przeciągu powiedzmy miesiąca, a z drugiej modlę się, żeby tak nie było, bo boję się fizycznego bólu.
Mały tchórz ze mnie.
Ale to rozwiązałoby wszystkie problemy. Zdążyłabym się ze wszystkimi pożegnać i to wszystko by się raz na zawsze skończyło. Bo to jest jedyne rozwiązanie tej sytuacji: śmierć. Moja czy jego - to nie jest ważne. Tylko jeżeli któreś z nas umrze, to to się zakończy. Z jednej strony chcę żyć, i wolałabym żeby to on zginął, ale z drugiej nie umiałabym żyć bez niego, ze świadomością, że już nigdy go nie zobaczę. Za bardzo go kocham.
To wszystko jest takie skomplikowane. Dlaczego? Dlaczego to nie zostało w 2013 roku? To jest jakaś moja kara, czy o co chodzi?