Jestem w dupie. Wylecę ze studiów, to jest prawie pewne. Nie potrafię się zabrać za zrobienie projektu zaliczeniowego, który muszę wysłać do dzisiaj do północy. Mam materiały, mam wszystko, poza umiejętnością zrobienia tego i skupieniem, którego na prawdę teraz potrzebuję. Może ja jestem po prostu za głupia na te badziewne studia? Nic nie rozumiem ze wzorów, które mam do tego wykorzystać i nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Może to jest znak, że czas powoli się pakować, wracać do domu i znaleźć sobie jakąś pracę nie wymagającą wykształcenia? Może zrobię sobie książeczkę sanepidowską i zostanę kasjerką w biedrze albo kelnerką/barmanką w jakiejś spelunie. Sukces i spełnienie zawodowe gwarantowane.
Pogoda też nie dopisuje. To dla mnie pierwsze takie Boże Ciało, kiedy leje i jest zimno. Nie nastraja mnie to pozytywnie i nie dodaje energii do działania.
No i ta paląca tęsknota...
czwartek, 30 maja 2013
środa, 29 maja 2013
Dobrze!
To był dziwny dzień... Dopełnieniem byłby teraz sms albo telefon od Pana X. Ale to już zaczęłabym się martwić i to poważnie.
A wszystko zaczęło się od pilatesu na który musiałam pójść, bo niestety , 6 wf do odrobienia i to w tydzień, to chyba byłoby niewykonalne.
Tak więc, pomimo swojej szczerej niechęci wyjścia z domu, zebrałam się, poszłam, zrobiłam co do mnie należało i wyszłam z zajęć. Pod wydziałem spotkałam znajomych z grupy. Zauważyli mnie i zawołali. Poczułam się bardzo miło. Pogadaliśmy chwilę i wszyscy poza A. się rozeszli. Ja też miałam iść, ale okazało się, że wyżej wymieniony A. czeka na wf. Pomyślałam, co mi tam, i tak nie mam nic innego do roboty, to posiedzę z nim, a później pójdziemy na ten wf razem, bo może w końcu zajęłabym się ogarnianiem życia i wf'ów. To miało być szaleństwo, bo nigdy wcześniej nie grałam w ping ponga :D Siedzieliśmy sobie tak i rozmawialiśmy. Jest bardzo spoko człowiekiem, więc czas minął nam bardzo szybko. Niestety, kiedy poszliśmy na zajęcia, jego nauczyciel odmówił przyjęcia mnie. Że niby u niego się nie odrabia. Trudno. Byłam już przebrana, więc pomyślałam, że może coś innego się znajdzie. Wtedy podszedł do mnie jakiś typ i powiedział, że na górze jest unihokej. Stwierdziłam, czemu nie, zobaczę czym tak Pan X. się podniecał cały rok. I tym sposobem poznałam najbardziej zajebistą grę świata <3 Co dziwne byłam w tym świetna! Na wszystkie gry, w które grałam i byłam beznadziejna, tu rządziłam! To była bramka za bramką w moim wykonaniu! I co ważne poznałam nowych ludzi. Oczywiście to były takie znajomości na jeden raz, ale może ktoś z nich powie mi głupie 'cześć' na wydziale.
Z masą pozytywnej energii wyszłam z zajęć. Roznosiło mnie po prostu. Idąc w stronę osiedla, zaczepił mnie chłopak z ulotkami i zaczął coś tłumaczyć o wakacjach. Bawiłam się tą sytuacją. Na koniec poprosił mnie o... zdjęcie z nim. Oczywiście zgodziłam się, w końcu trzeba pomagać innym w wykonywanej pracy ;) No i może jego przystojny kolega mnie do tego trochę przekonał.
Do mieszkania wróciłam w bardzo wesołym humorze. Cieszyło mnie, że pomimo iż nie ma już Pana X. to nie spędziłam całego dnia sama w swoim pokoju, a nawet poznałam innych ludzi.
Było już po 16, więc postanowiłam poleniuchować chwilę. I wtedy stała się kolejna, szokująca rzecz. Moja rodzona siostra napisała do mnie. Czemu nie wracam do domu i takie pierdoły. Dziwne w tym wszystkim jest to, że my ze sobą nie rozmawiamy ot tak, tylko w sytuacjach, jak jedna potrzebuje czegoś od drugiej. Więc mega mnie to zaskoczyło. Pogadałyśmy chwilę i wysłałyśmy sobie parę piosenek (!).
Nadal nie ogarniam tego wszystkiego co się działo , ale cały dzień chodzę szczęśliwa. W końcu. Dzięki A. wiem też, jaki mam plan na życie. Okazało się, że po moim kierunku mogę zrobić magistra z psychologii społecznej, czyli nie muszę nic kombinować! Wszystko ładnie się układa i to jest fajne. Oczywiście mam już tęsknotę w sercu za Panem X., ale wierzę głęboko w to, że się spotkamy w niedługim czasie. Nie będę do niego pisać ani dzwonić. Niech w końcu sam się odezwie! Tylko, że jeżeli najdzie go na to ochota dzisiaj, to to będzie taka wisienka na torcie, ukoronowanie dzisiejszego, dziwnego dnia.
A wszystko zaczęło się od pilatesu na który musiałam pójść, bo niestety , 6 wf do odrobienia i to w tydzień, to chyba byłoby niewykonalne.
Tak więc, pomimo swojej szczerej niechęci wyjścia z domu, zebrałam się, poszłam, zrobiłam co do mnie należało i wyszłam z zajęć. Pod wydziałem spotkałam znajomych z grupy. Zauważyli mnie i zawołali. Poczułam się bardzo miło. Pogadaliśmy chwilę i wszyscy poza A. się rozeszli. Ja też miałam iść, ale okazało się, że wyżej wymieniony A. czeka na wf. Pomyślałam, co mi tam, i tak nie mam nic innego do roboty, to posiedzę z nim, a później pójdziemy na ten wf razem, bo może w końcu zajęłabym się ogarnianiem życia i wf'ów. To miało być szaleństwo, bo nigdy wcześniej nie grałam w ping ponga :D Siedzieliśmy sobie tak i rozmawialiśmy. Jest bardzo spoko człowiekiem, więc czas minął nam bardzo szybko. Niestety, kiedy poszliśmy na zajęcia, jego nauczyciel odmówił przyjęcia mnie. Że niby u niego się nie odrabia. Trudno. Byłam już przebrana, więc pomyślałam, że może coś innego się znajdzie. Wtedy podszedł do mnie jakiś typ i powiedział, że na górze jest unihokej. Stwierdziłam, czemu nie, zobaczę czym tak Pan X. się podniecał cały rok. I tym sposobem poznałam najbardziej zajebistą grę świata <3 Co dziwne byłam w tym świetna! Na wszystkie gry, w które grałam i byłam beznadziejna, tu rządziłam! To była bramka za bramką w moim wykonaniu! I co ważne poznałam nowych ludzi. Oczywiście to były takie znajomości na jeden raz, ale może ktoś z nich powie mi głupie 'cześć' na wydziale.
Z masą pozytywnej energii wyszłam z zajęć. Roznosiło mnie po prostu. Idąc w stronę osiedla, zaczepił mnie chłopak z ulotkami i zaczął coś tłumaczyć o wakacjach. Bawiłam się tą sytuacją. Na koniec poprosił mnie o... zdjęcie z nim. Oczywiście zgodziłam się, w końcu trzeba pomagać innym w wykonywanej pracy ;) No i może jego przystojny kolega mnie do tego trochę przekonał.
Do mieszkania wróciłam w bardzo wesołym humorze. Cieszyło mnie, że pomimo iż nie ma już Pana X. to nie spędziłam całego dnia sama w swoim pokoju, a nawet poznałam innych ludzi.
Było już po 16, więc postanowiłam poleniuchować chwilę. I wtedy stała się kolejna, szokująca rzecz. Moja rodzona siostra napisała do mnie. Czemu nie wracam do domu i takie pierdoły. Dziwne w tym wszystkim jest to, że my ze sobą nie rozmawiamy ot tak, tylko w sytuacjach, jak jedna potrzebuje czegoś od drugiej. Więc mega mnie to zaskoczyło. Pogadałyśmy chwilę i wysłałyśmy sobie parę piosenek (!).
Nadal nie ogarniam tego wszystkiego co się działo , ale cały dzień chodzę szczęśliwa. W końcu. Dzięki A. wiem też, jaki mam plan na życie. Okazało się, że po moim kierunku mogę zrobić magistra z psychologii społecznej, czyli nie muszę nic kombinować! Wszystko ładnie się układa i to jest fajne. Oczywiście mam już tęsknotę w sercu za Panem X., ale wierzę głęboko w to, że się spotkamy w niedługim czasie. Nie będę do niego pisać ani dzwonić. Niech w końcu sam się odezwie! Tylko, że jeżeli najdzie go na to ochota dzisiaj, to to będzie taka wisienka na torcie, ukoronowanie dzisiejszego, dziwnego dnia.
wtorek, 28 maja 2013
koniec.
To koniec. Zostawił mnie. Dosłownie. Tak bez pożegnania, bo świrowałam dziś przed nim jarzębinę i byłam sfochana. A myślałam, że to wczorajszy dzień był zły. A tu taka niespodzianka. Poniedziałek był jedynie najbardziej żenującym dniem mojego istnienia, a nie czymś takim...
A wszystko układało się już tak dobrze... Spotykaliśmy się u niego, żeby razem się pouczyć. I było... uroczo. Po prostu uroczo i słodko. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Raz ugryzł mnie w nos ;) Innym razem oparł swoją brodę na mojej głowie. Ach ten jego zarost... Wygląda w nim tak seksownie...
Na juwenalia też poszliśmy razem. I to on mi to zaproponował. Powiedział też, że jak z nim nie pójdę, to powie wszystkim, że jestem z gimnazjum (tak to jest wyglądać na 16 lat) i mnie nie wpuszczą. Było świetnie. Dopóki nie zobaczył, że palę. Wkurzył się bardzo. A później nastąpiła bardzo żenująca rzecz - spotkanie z K. Pan X. nie ukrywał swojej niechęci do niego, co było dziwne, bo w końcu są (?) kumplami. Dziwne też było to co zrobiliśmy - bo na K. czekałyśmy z P ponad 1.5 godziny. Miał przyjść w umówione miejsce, ale się nie zjawiał. Więc jak tylko Pan X. wrócił od swoich znajomych, do których wyrwał się na czas jednego koncertu (i wtedy właśnie zobaczył mnie z fajką), zdecydowaliśmy, że się zmywamy. Napisałam to K. ale w odpowiedzi dostałam desperacki telefon żebym została. Więc zostałam. Po kolejnych dziesiątkach minut, zdecydowaliśmy, że to nie ma sensu i poszliśmy do wyjścia. My z Panem X, przodem, P. z tyłu. I nagle zniknęła nam. Okazało się, że spotkała K. przy wejściu/wyjściu. Podeszliśmy więc. I co? W ogóle nie wszedł. Jak tylko to usłyszeliśmy, wraz z Panem X. w idealnej synchronizacji odwróciliśmy się i poszliśmy. Zawróciliśmy jednak po P. W drodze powrotnej poczułam się ignorowana. Ta dwójka dogadywała się ze sobą świetnie, a ja byłam tam po nic. Zrobiło mi się przykro. W końcu dotarłam do mieszkania i siedziałam z P. do 3 rano bo spóźniła się na wcześniejszy autobus.
Tak czy inaczej, następnego dnia również wybrałam się na juwenalia. Rzecz jasna, z Panem X, ale tym razem tylko we dwoje :3 Najpierw poszliśmy na obiad, a później na before w plenerze (czyt. na przystanku autobusowym). Na samych juwenaliach byliśmy krótko. Zadzwonił do niego kumpel, który przyjechał, żeby się z nim spotkać. Pan X. pytał mnie kilkakrotnie, czy na pewno chcę tu być. Wiedziałam, że chce się spotkać z kumplem, więc konsekwentnie odpowiadałam mu, że nie. Głupio by mi było zmuszać go do zostania ze mną. Oczywiście, było mi trochę smutno, ale co tam.
Koło 23 dostałam smsa. Od Niego. To był szok. Okazało się, że ten kumpel poprosił go o bycie świadkiem na ślubie. I ot tak po prostu, chciał się ze mną tym podzielić. Zrobiło mi się cieplej w serduszku, kiedy pomyślałam, że napisał właśnie do mnie, taki zestresowany, mówiąc mi o tym i dzieląc się swoimi obawami. Czułam, że znowu jesteśmy blisko.
W niedzielę znowu się widzieliśmy. Tym razem uczyliśmy się razem do dzisiejszego egzaminu, plus ja na wczorajsze kolokwium (które cudem zdałam). Oczywiście śmialiśmy się dużo i świrowaliśmy ;)
Pogodziłam się też tego dnia z R. Tak, po raz pierwszy w życiu się pokłóciłyśmy. Znaczy, ona się na mnie obraziła o to, że podobno się z niej śmiałam i osądzałam, razem z Panem X. Oczywiście to było wielkie nieporozumienie. Tak czy inaczej, już wszystko jest dobrze. Cieszę się z tego bardzo, bo to jedna z tych znajomości, na których mi zależy najbardziej.
W poniedziałek, czyli dzień mojego upokorzenia, R. nie przyszła na zajęcia, bo stwierdziła, że rzuca studia. Byłam więc sama, bo z Sz, po tym co mi powiedziała, nie zamierzam się już 'przyjaźnić'.
Tego dnia mieliśmy tzw. trening interpersonalny. Najpierw było ćwiczenie przypominające grupową terapię psychologiczną, w którym mieliśmy odsłonić swoje poglądy, osobowość, ogólnie siebie. I to było nic. Później się zaczęło... Mieliśmy wcielić się w wylosowaną rolę i przeprowadzić monolog na kartce. Ja trafiłam na kobietę, która nie może znaleźć sobie partnera. Pomyślałam, że z moimi doświadczeniami wyjdzie mi arcydzieło. Opisałam więc sporą część swoich przemyśleń na temat Pana X. i naszej sytuacji. Byłam zadowolona z siebie. Wyszło ładnie. Zadowolenie jednak poszło sobie gdzieś daleko ode mnie, kiedy kobieta prowadząca trening podzieliła nas na grupy, a ja trafiłam oczywiście do jednej z Panem X. Co gorsze, każdy z nas miał przeczytać swoje wypracowanie grupie, a pozostali mieli zgadnąć co to za sytuacja. Kiedy przyszła moja kolej na czytanie, czułam, że robię się czerwona. Byłam tak zażenowana jak nigdy. Dziękowałam Bogu, kiedy ćwiczenie się skończyło i mogłam wrócić na miejsce, daleko od Pana X. Oczywiście, pech tego dnia postanowił zostać ze mną na dłużej. Przy kolejnym zadaniu, mieliśmy wypisać 12 swoich pozytywnych cech. Następnie, ponownie, zostaliśmy podzieleni na grupy. I ja oczywiście, po raz kolejny, trafiłam na Pana X. Nie wiedziałam, czy mam śmiać się, czy płakać. Ale pomyślałam, lajtowo, nie wiem o co chodzi, może będzie dobrze. Jednak zażenowanie i dziwna atmosfera między nami nie chciały nas opuścić. W ćwiczeniu chodziło o to, żeby przypisać każdemu z grupy 2 pozytywne cechy. A następnie je przeczytać. Nie sprawiło mi trudności napisanie czegoś pozytywnego o Panu X. tak, żeby to było normalne. Ale jemu o mnie chyba odwrotnie. Kiedy przyszła kolej na czytanie moich cech przez grupę, milczał. W końcu, gdy wszyscy przeczytali, upomniałam się o jego 2 cechy. I wtedy właśnie zaczął świrować jarzębinę. Powiedział, że przeczyta mi tylko jedną. Kiedy zaczęłam mówić, żeby się nie wygłupiał i czytał drugą, zrobił się czerwony i zmyślił jakąś inną na poczekaniu. Aż ciekawi mnie co było na jego kartce. Tak więc z treningu nie wyszło nic dobrego. Chciałam się później zakopać gdzieś pod ziemią i nigdy nie odkopywać, ale niestety nie mogłam, bo nie mam łopaty ;( Tyle przegrać. Nie no dobra, jest jedna pozytywna rzecz z tego wszystkiego - zakolegowałam się z S. Nie wiedziałam wcześniej, że jest taka spoko. Wydawała się... taka nie dla mnie xd. To jak wygląda, sprawia, że odnosi się wrażenie, że jest pusta. A tu okazało się inaczej. Jest sympatyczna i w porządku.
Po treningu poszłam napisać kolokwium. Tam z kolei zaczęłam rozmawiać z P. i z Ł. (który swoją drogą, przegrał zakład i wisi mi piwo ;d). Okazało się, że oni też są spoko! Jak to jest, że zaczęłam poznawać swoją grupę dopiero pod koniec roku?! Może to to, że zostałam bez przyjaciółki przy boku sprawiło, że zmusiłam się do kontaktów z innymi, żeby nie siedzieć i nie milczeć? (No bo przecież nie samym Panem X. żyje człowiek xd) Tak czy inaczej, teraz czuję się tam pewniej. Czuję, się po prostu lubiana.
Po moich SMSowych przygodach i zaliczeniu na 3 udałam się do Pana X. z resztą materiałów na egzamin. I wtedy się zaczęło. A raczej skończyło. Nasze słodkie dni. Pouczyliśmy się chwile, Pan X. zaczął opierać swoją brodę na mojej głowie, a później położyłam się na jego kanapie. Byłam bardzo zmęczona po takim dniu i nie mogłam już usiedzieć. Oczywiście nadal wytrwale go przepytywałam z materiału. Widziałam jak na mnie patrzył. To nie było zwykłe przyjacielskie spojrzenie. I nie myliłam się. Po pewnym czasie podszedł do mnie i chciał mnie dźgać (tak, wróciliśmy w juwenalia do tego), ale się opanował. Usiadł za to koło moich nóg i objął je. Następnie pochylił się nade mną i pocałował. A później zaczął mówić, że chciałby wrócić do takiego stanu rzeczy jaki mieliśmy. Bez uczuć. Jestem głupia i zgodziłam się. Był ogień. Tyle ognia, że niemalże wybuchł pożar. Jednak do niczego konkretnego nie doszło. Nie chciałam z nim niczego tego dnia robić. Uraziłam tym jego ego. Próbowaliśmy się jeszcze uczyć, ale trochę nam nie szło. Wrócił do całowania mnie. Powiedział, że jestem zbyt seksowna, żeby siedzieć ze mną w jednym pokoju. Oczywiście poza ogniem było też trochę słodyczy. Leżąc koło siebie i przytulając się, ugryzł mnie w nos. Spytałam czemu to zrobił. Odpowiedział, że podoba mu się mój nosek ;) Niestety, wieczór skończył się tragicznie. Po kolejnej jego próbie namówienia mnie na coś więcej, i mojej odmowie, coś się z nim stało. Nie wiem o co mu chodziło, ale nie miał już humoru. Milion razy pytałam go o co mu chodzi. Mówił, że o nic. Zebrałam więc swoje rzeczy i zaczęłam wychodzić. Zajęło mu dłuższą chwilę przyjście do przedpokoju, a zawsze robi to od razu. Powiedziałam mu więc na do widzenia, że nie umie tak dobrze udawać jakby chciał. Nie odpowiedział. Na moje 'pa' również nie od razu zareagował. Po fajnym wieczorze zostały mi jedynie wspomnienia i ogromny, bolesny ślad na ramieniu, po jego zębach, który za pare dni będzie wielokolorowym siniakiem.
Gdy wróciłam do domu napisałam mu smsa, że żałuję że wyszłam, i że chciałabym naszego układu. Odpowiedział mi, że to była propozycja jednorazowa. Poczułam się, jakby ktoś mnie uderzył. Wiedziałam, ze to jest jego reakcja obronna, znam już go na tyle dobrze, że wiem, kiedy coś takiego stosuje, ale mimo wszystko. Dzisiaj więc, byłam na niego obrażona, chociaż jemu powiedziałam, że oczywiście wszystko jest w porządku. Ale nie odzywałam się do niego, nie śmiałam z jego żartów, nie reagowałam na zaczepki. I to był mój błąd. Szkoda, że o tym wtedy nie wiedziałam.... Kiedy przyszłam na egzamin, doszły mnie plotki, że on w ogóle do niego nie podchodzi. Nie chciałam w to wierzyć, przecież wczoraj uczyliśmy się razem. Dwie minuty po tym jak się dowiedziałam, zadzwonił telefon. To on się dobijał. Niestety, plotki okazały się prawdą. Powiedział, że od dzisiaj kończy studia i wraca do domu. Rozmawiając z nim czułam jak łzy płynął mi do oczu. Nie chciałam płakać, tym bardziej, ze T. i A. patrzyli na mnie. To było straszne. Nie mogłam nic mówić, bo głos mi się załamywał. Porozmawialiśmy chwilę i naszym jedynym pożegnaniem było 'pa'. Później zadzwonił do mnie i pytał o egzamin. Zawaliłam i nie rozmawialiśmy zbyt długo.
Kiedy wracałam do domu zaczęłam płakać. Zjebałam cały dzień, przez co nawet się tak na prawdę nie pożegnaliśmy. Czułam się jak kupka nieszczęścia. Zostawił mnie. Miłość mojego życia odeszła bez pożegnania. Samotność i bezradność, która mnie ogarnęła były nie do opisania. Czułam ból w całym ciele. Było mi źle. Chciałam krzyczeć. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie będzie go już przy mnie. Jestem sama. Najpierw R. teraz On.
Wieczorem napisałam mu smsa. Przeprosiłam za jarzębinę którą dziś odstawiłam. Powiedział, że może mi wybaczy. Ton żartownisia mu się włączył. Poczułam się lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że godzinę przed tym zdążyłam zadzwonić do domu i powiedzieć, że jutro wracam, czym wprawiłam rodziców w lekką panikę, bo słyszeli, że płaczę. Plus spakowałam się nawet. Teraz czuję, że muszę zostać. Nie wiem po co. Jego już nie ma, nikogo nie ma.
Ale może, to że się nie pożegnaliśmy znaczy, że wcale nie musieliśmy? Może spotkamy się niedługo? Moja mama twierdzi, że krótko wytrzyma w domu. Mam nadzieję. Bo gdyby to był koniec... Nawet nie chcę o tym myśleć.
A wszystko układało się już tak dobrze... Spotykaliśmy się u niego, żeby razem się pouczyć. I było... uroczo. Po prostu uroczo i słodko. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Raz ugryzł mnie w nos ;) Innym razem oparł swoją brodę na mojej głowie. Ach ten jego zarost... Wygląda w nim tak seksownie...
Na juwenalia też poszliśmy razem. I to on mi to zaproponował. Powiedział też, że jak z nim nie pójdę, to powie wszystkim, że jestem z gimnazjum (tak to jest wyglądać na 16 lat) i mnie nie wpuszczą. Było świetnie. Dopóki nie zobaczył, że palę. Wkurzył się bardzo. A później nastąpiła bardzo żenująca rzecz - spotkanie z K. Pan X. nie ukrywał swojej niechęci do niego, co było dziwne, bo w końcu są (?) kumplami. Dziwne też było to co zrobiliśmy - bo na K. czekałyśmy z P ponad 1.5 godziny. Miał przyjść w umówione miejsce, ale się nie zjawiał. Więc jak tylko Pan X. wrócił od swoich znajomych, do których wyrwał się na czas jednego koncertu (i wtedy właśnie zobaczył mnie z fajką), zdecydowaliśmy, że się zmywamy. Napisałam to K. ale w odpowiedzi dostałam desperacki telefon żebym została. Więc zostałam. Po kolejnych dziesiątkach minut, zdecydowaliśmy, że to nie ma sensu i poszliśmy do wyjścia. My z Panem X, przodem, P. z tyłu. I nagle zniknęła nam. Okazało się, że spotkała K. przy wejściu/wyjściu. Podeszliśmy więc. I co? W ogóle nie wszedł. Jak tylko to usłyszeliśmy, wraz z Panem X. w idealnej synchronizacji odwróciliśmy się i poszliśmy. Zawróciliśmy jednak po P. W drodze powrotnej poczułam się ignorowana. Ta dwójka dogadywała się ze sobą świetnie, a ja byłam tam po nic. Zrobiło mi się przykro. W końcu dotarłam do mieszkania i siedziałam z P. do 3 rano bo spóźniła się na wcześniejszy autobus.
Tak czy inaczej, następnego dnia również wybrałam się na juwenalia. Rzecz jasna, z Panem X, ale tym razem tylko we dwoje :3 Najpierw poszliśmy na obiad, a później na before w plenerze (czyt. na przystanku autobusowym). Na samych juwenaliach byliśmy krótko. Zadzwonił do niego kumpel, który przyjechał, żeby się z nim spotkać. Pan X. pytał mnie kilkakrotnie, czy na pewno chcę tu być. Wiedziałam, że chce się spotkać z kumplem, więc konsekwentnie odpowiadałam mu, że nie. Głupio by mi było zmuszać go do zostania ze mną. Oczywiście, było mi trochę smutno, ale co tam.
Koło 23 dostałam smsa. Od Niego. To był szok. Okazało się, że ten kumpel poprosił go o bycie świadkiem na ślubie. I ot tak po prostu, chciał się ze mną tym podzielić. Zrobiło mi się cieplej w serduszku, kiedy pomyślałam, że napisał właśnie do mnie, taki zestresowany, mówiąc mi o tym i dzieląc się swoimi obawami. Czułam, że znowu jesteśmy blisko.
W niedzielę znowu się widzieliśmy. Tym razem uczyliśmy się razem do dzisiejszego egzaminu, plus ja na wczorajsze kolokwium (które cudem zdałam). Oczywiście śmialiśmy się dużo i świrowaliśmy ;)
Pogodziłam się też tego dnia z R. Tak, po raz pierwszy w życiu się pokłóciłyśmy. Znaczy, ona się na mnie obraziła o to, że podobno się z niej śmiałam i osądzałam, razem z Panem X. Oczywiście to było wielkie nieporozumienie. Tak czy inaczej, już wszystko jest dobrze. Cieszę się z tego bardzo, bo to jedna z tych znajomości, na których mi zależy najbardziej.
W poniedziałek, czyli dzień mojego upokorzenia, R. nie przyszła na zajęcia, bo stwierdziła, że rzuca studia. Byłam więc sama, bo z Sz, po tym co mi powiedziała, nie zamierzam się już 'przyjaźnić'.
Tego dnia mieliśmy tzw. trening interpersonalny. Najpierw było ćwiczenie przypominające grupową terapię psychologiczną, w którym mieliśmy odsłonić swoje poglądy, osobowość, ogólnie siebie. I to było nic. Później się zaczęło... Mieliśmy wcielić się w wylosowaną rolę i przeprowadzić monolog na kartce. Ja trafiłam na kobietę, która nie może znaleźć sobie partnera. Pomyślałam, że z moimi doświadczeniami wyjdzie mi arcydzieło. Opisałam więc sporą część swoich przemyśleń na temat Pana X. i naszej sytuacji. Byłam zadowolona z siebie. Wyszło ładnie. Zadowolenie jednak poszło sobie gdzieś daleko ode mnie, kiedy kobieta prowadząca trening podzieliła nas na grupy, a ja trafiłam oczywiście do jednej z Panem X. Co gorsze, każdy z nas miał przeczytać swoje wypracowanie grupie, a pozostali mieli zgadnąć co to za sytuacja. Kiedy przyszła moja kolej na czytanie, czułam, że robię się czerwona. Byłam tak zażenowana jak nigdy. Dziękowałam Bogu, kiedy ćwiczenie się skończyło i mogłam wrócić na miejsce, daleko od Pana X. Oczywiście, pech tego dnia postanowił zostać ze mną na dłużej. Przy kolejnym zadaniu, mieliśmy wypisać 12 swoich pozytywnych cech. Następnie, ponownie, zostaliśmy podzieleni na grupy. I ja oczywiście, po raz kolejny, trafiłam na Pana X. Nie wiedziałam, czy mam śmiać się, czy płakać. Ale pomyślałam, lajtowo, nie wiem o co chodzi, może będzie dobrze. Jednak zażenowanie i dziwna atmosfera między nami nie chciały nas opuścić. W ćwiczeniu chodziło o to, żeby przypisać każdemu z grupy 2 pozytywne cechy. A następnie je przeczytać. Nie sprawiło mi trudności napisanie czegoś pozytywnego o Panu X. tak, żeby to było normalne. Ale jemu o mnie chyba odwrotnie. Kiedy przyszła kolej na czytanie moich cech przez grupę, milczał. W końcu, gdy wszyscy przeczytali, upomniałam się o jego 2 cechy. I wtedy właśnie zaczął świrować jarzębinę. Powiedział, że przeczyta mi tylko jedną. Kiedy zaczęłam mówić, żeby się nie wygłupiał i czytał drugą, zrobił się czerwony i zmyślił jakąś inną na poczekaniu. Aż ciekawi mnie co było na jego kartce. Tak więc z treningu nie wyszło nic dobrego. Chciałam się później zakopać gdzieś pod ziemią i nigdy nie odkopywać, ale niestety nie mogłam, bo nie mam łopaty ;( Tyle przegrać. Nie no dobra, jest jedna pozytywna rzecz z tego wszystkiego - zakolegowałam się z S. Nie wiedziałam wcześniej, że jest taka spoko. Wydawała się... taka nie dla mnie xd. To jak wygląda, sprawia, że odnosi się wrażenie, że jest pusta. A tu okazało się inaczej. Jest sympatyczna i w porządku.
Po treningu poszłam napisać kolokwium. Tam z kolei zaczęłam rozmawiać z P. i z Ł. (który swoją drogą, przegrał zakład i wisi mi piwo ;d). Okazało się, że oni też są spoko! Jak to jest, że zaczęłam poznawać swoją grupę dopiero pod koniec roku?! Może to to, że zostałam bez przyjaciółki przy boku sprawiło, że zmusiłam się do kontaktów z innymi, żeby nie siedzieć i nie milczeć? (No bo przecież nie samym Panem X. żyje człowiek xd) Tak czy inaczej, teraz czuję się tam pewniej. Czuję, się po prostu lubiana.
Po moich SMSowych przygodach i zaliczeniu na 3 udałam się do Pana X. z resztą materiałów na egzamin. I wtedy się zaczęło. A raczej skończyło. Nasze słodkie dni. Pouczyliśmy się chwile, Pan X. zaczął opierać swoją brodę na mojej głowie, a później położyłam się na jego kanapie. Byłam bardzo zmęczona po takim dniu i nie mogłam już usiedzieć. Oczywiście nadal wytrwale go przepytywałam z materiału. Widziałam jak na mnie patrzył. To nie było zwykłe przyjacielskie spojrzenie. I nie myliłam się. Po pewnym czasie podszedł do mnie i chciał mnie dźgać (tak, wróciliśmy w juwenalia do tego), ale się opanował. Usiadł za to koło moich nóg i objął je. Następnie pochylił się nade mną i pocałował. A później zaczął mówić, że chciałby wrócić do takiego stanu rzeczy jaki mieliśmy. Bez uczuć. Jestem głupia i zgodziłam się. Był ogień. Tyle ognia, że niemalże wybuchł pożar. Jednak do niczego konkretnego nie doszło. Nie chciałam z nim niczego tego dnia robić. Uraziłam tym jego ego. Próbowaliśmy się jeszcze uczyć, ale trochę nam nie szło. Wrócił do całowania mnie. Powiedział, że jestem zbyt seksowna, żeby siedzieć ze mną w jednym pokoju. Oczywiście poza ogniem było też trochę słodyczy. Leżąc koło siebie i przytulając się, ugryzł mnie w nos. Spytałam czemu to zrobił. Odpowiedział, że podoba mu się mój nosek ;) Niestety, wieczór skończył się tragicznie. Po kolejnej jego próbie namówienia mnie na coś więcej, i mojej odmowie, coś się z nim stało. Nie wiem o co mu chodziło, ale nie miał już humoru. Milion razy pytałam go o co mu chodzi. Mówił, że o nic. Zebrałam więc swoje rzeczy i zaczęłam wychodzić. Zajęło mu dłuższą chwilę przyjście do przedpokoju, a zawsze robi to od razu. Powiedziałam mu więc na do widzenia, że nie umie tak dobrze udawać jakby chciał. Nie odpowiedział. Na moje 'pa' również nie od razu zareagował. Po fajnym wieczorze zostały mi jedynie wspomnienia i ogromny, bolesny ślad na ramieniu, po jego zębach, który za pare dni będzie wielokolorowym siniakiem.
Gdy wróciłam do domu napisałam mu smsa, że żałuję że wyszłam, i że chciałabym naszego układu. Odpowiedział mi, że to była propozycja jednorazowa. Poczułam się, jakby ktoś mnie uderzył. Wiedziałam, ze to jest jego reakcja obronna, znam już go na tyle dobrze, że wiem, kiedy coś takiego stosuje, ale mimo wszystko. Dzisiaj więc, byłam na niego obrażona, chociaż jemu powiedziałam, że oczywiście wszystko jest w porządku. Ale nie odzywałam się do niego, nie śmiałam z jego żartów, nie reagowałam na zaczepki. I to był mój błąd. Szkoda, że o tym wtedy nie wiedziałam.... Kiedy przyszłam na egzamin, doszły mnie plotki, że on w ogóle do niego nie podchodzi. Nie chciałam w to wierzyć, przecież wczoraj uczyliśmy się razem. Dwie minuty po tym jak się dowiedziałam, zadzwonił telefon. To on się dobijał. Niestety, plotki okazały się prawdą. Powiedział, że od dzisiaj kończy studia i wraca do domu. Rozmawiając z nim czułam jak łzy płynął mi do oczu. Nie chciałam płakać, tym bardziej, ze T. i A. patrzyli na mnie. To było straszne. Nie mogłam nic mówić, bo głos mi się załamywał. Porozmawialiśmy chwilę i naszym jedynym pożegnaniem było 'pa'. Później zadzwonił do mnie i pytał o egzamin. Zawaliłam i nie rozmawialiśmy zbyt długo.
Kiedy wracałam do domu zaczęłam płakać. Zjebałam cały dzień, przez co nawet się tak na prawdę nie pożegnaliśmy. Czułam się jak kupka nieszczęścia. Zostawił mnie. Miłość mojego życia odeszła bez pożegnania. Samotność i bezradność, która mnie ogarnęła były nie do opisania. Czułam ból w całym ciele. Było mi źle. Chciałam krzyczeć. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie będzie go już przy mnie. Jestem sama. Najpierw R. teraz On.
Wieczorem napisałam mu smsa. Przeprosiłam za jarzębinę którą dziś odstawiłam. Powiedział, że może mi wybaczy. Ton żartownisia mu się włączył. Poczułam się lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że godzinę przed tym zdążyłam zadzwonić do domu i powiedzieć, że jutro wracam, czym wprawiłam rodziców w lekką panikę, bo słyszeli, że płaczę. Plus spakowałam się nawet. Teraz czuję, że muszę zostać. Nie wiem po co. Jego już nie ma, nikogo nie ma.
Ale może, to że się nie pożegnaliśmy znaczy, że wcale nie musieliśmy? Może spotkamy się niedługo? Moja mama twierdzi, że krótko wytrzyma w domu. Mam nadzieję. Bo gdyby to był koniec... Nawet nie chcę o tym myśleć.
poniedziałek, 20 maja 2013
Gesty
Mówi się, że gesty znaczą więcej niż słowa. Cóż, moim zdaniem nie ma stwierdzenia bardziej trafnego i prawdziwego niż to.
Byłam na prostej drodze do wyleczenia się z Pana X. Tak właśnie BYŁAM. Wszystko przez te cholerne gesty.
Byliśmy razem na imprezie urodzinowej u kumpla. Było nudno i beznadziejnie, ale nie skupiam się na tym, bo nie ma co przeżywać. Bardziej zależy mi na interpretacji zachowania mojego pojebanego X. Kiedy jechaliśmy w autobusie było spoko - gadaliśmy i śmialiśmy się. Wszystko było okay, dopóki nie doszliśmy na działki i spotkaliśmy resztę ludzi. Wtedy totalnie mnie olewał. Bolało, ale pomyślałam, co tam, nie jesteśmy razem, nie przejmuję się, nie muszę go słuchać i wyciągnęłam fajki. Nawet nie patrzyłam na Jego minę kiedy zobaczył, że znowu palę. Co go to obchodzi?
Gadałam z innymi ludźmi, ale nie czułam się tam dobrze.
Później zaczęła się burza. Schowaliśmy się więc wszyscy do altanki. Pan X. usiadł na przeciwko mnie i... totalnie mnie unikał. Zajęłam się więc sobą. Zaczęłam zacieśniać więzy z A. i jego dziewczyną. Okazali się całkiem spoko. Razem paliliśmy, a A. wrobił mnie w picie wódki, na którą od 2 tygodni nie mogę patrzeć. Niestety musieli wyjść wcześniej. Wtedy zostałam sama i strasznie się nudziłam. Niby gadałam trochę z G. i z T., ale to było bardziej na zasadzie mówienia czegokolwiek. W międzyczasie, Pan X. zdążył się już upić. Oczywiście nie gadaliśmy wcale (no może poza małym epizodem, kiedy wyszłam do łazienki, a on za mną, ja minęłam go bez słowa, ale stałam przed altaną, więc jak wracał, to zagadał), więc tym bardziej krępujące było dla mnie jego spojrzenie. Bo wgapiał się we mnie jak sroka w kość. To było dziwne. Po pewnym czasie przysiadł się do mnie jakiś koleś i zaczął rozmawiać. Z jego zachowania podczas imprezy wywnioskowałam, że mu się podobam, tak więc ciągnęłam rozmowę. I wtedy to zauważyłam. Pan X. nie dość, że nas obserwował, ale też podsłuchiwał! Ja na prawdę nie wiem, o co temu człowiekowi chodzi.
Później zaczęły się rozmowy na tematy polityczne. Nigdy nie biorę udziału w tego typu konwersacjach, więc kiedy już wszyscy zaczęli przekrzykiwać siebie nawzajem, wyszłam na zewnątrz. Siedziałam na kamieniu, bo wszystko inne było mokre, i grałam na telefonie. Siedziałam góra 10 min, gdy usłyszałam jak Pan X. pyta ludzi o to, gdzie jestem. Nie minęła minuta, jak stał koło mnie, z tym dziwnym spojrzeniem o nazwie 'za chwilę cię pocałuję' i pytał czemu tu siedzę. Pogadaliśmy chwilę zanim wszedł z powrotem do środka. Ja chwilę posiedziałam i też wróciłam, jednak ktoś już siedział na moim miejscu. Rzuciłam więc pytanie o to gdzie mam siedzieć. Typ któremu się podobałam wskazał mi miejsce koło siebie. Ja jednak kazałam podsunąć się jakiemuś innemu człowiekowi na to miejsce, a sama siadłam koło G., który z nudów też zaczął grać na telefonie. Siedziałam więc tam i się nie odzywałam. Czasem zerknęłam na Pana X., który też się nudził. Nie mogliśmy niestety wrócić do domu, bo koło 23, kiedy to komunikowaliśmy się z Panem X. na migi przez stół, mówiąc sobie, że jest chujowo i chcemy wracać, sprawdził autobusy i okazało się, że najbliższy mamy... przed 5 rano. Musieliśmy więc tam siedzieć.
W końcu, typ siedzący koło mnie i ten któremu wpadłam w oko, zdecydowali się zmywać. Pożegnałam się więc z nimi, a miejsce koło mnie na kanapie zajął nie kto inny, tylko boski X, po czym zażądał koca i przykrył nas nim. I tak sobie siedzieliśmy, stykając się ciałami, pod kocem. Bardzo chciałam oprzeć na nim głowę, ale nie wiedziałam, czy mogę sobie na to pozwolić, więc po prostu tego nie zrobiłam. Ale już wtedy, wszystkie emocje zaczęły wracać...
Za jakiś czas zrobiliśmy się bardzo senni i zdecydowałam, że idziemy spać. Przenieśliśmy się więc do środka i położyłam się na rozłożonej kanapie. Obok mnie położył się oczywiście Pan X. Niestety G. również chciał się położyć, więc musieliśmy zrobić mu miejsce. Kanapa była tak wąska, że ja i Pan X. mieściliśmy się idealnie, jednak żeby zmieścił się też G. musieliśmy się trochę ścisnąć. I tak podczas tego naszego układania się, nagle poczułam rękę X. na mojej talii. To był jego pierwszy odruch, kiedy odwróciłam się plecami do niego - objęcie mnie w talii i przyciągnięcie do siebie. Oczywiście trwało to sekundy, bo albo zorientował się, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, albo przez leżącego koło nas G. Tak czy inaczej, wtedy wróciło wszystko. Moje serce waliło jak oszalałe, i gdy Pan X. tak sobie leżał przytulony do mnie, jestem pewna, że to czuł. Całkowicie odechciało mi się spać. Niestety nie leżeliśmy sobie za długo w ten sposób, bo idiota T. wyciągnął moje marzenie, żeby z nim posiedział na zewnątrz. Kretyn. Doskonale wie, co czuję do niego i zamiast mi pomóc, to przeszkadza. Ale nic. Oczywiście Pan X. się zgodził i wyszedł, a ja poleżałam chwilę i poszłam za nimi.
T. spytał nas czy wierzymy w prawdziwą miłość. Dowiedziałam się, że Pan X. tak, z kolei on dowiedział się, że ja nie, bo miłość jest chujowa. Nie wiem czemu tak powiedziałam, ale powiedziałam.
W końcu, przed 4 zebraliśmy się i poszliśmy na autobus. Pan X. zasypiał po drodze. To było słodkie, ten wyraz spokoju na jego twarzy i zmęczenie, kiedy go specjalnie budziłam. Kiedy w końcu dotarliśmy na osiedle, umówiliśmy się, że zadzwoni do mnie jak będzie szedł coś zjeść. Tak też zrobił. Poszliśmy na pizze. Było jak zwykle fajnie i miło. Umówiliśmy się, że ściągnę mu 'Ojca chrzestnego' i przyniosę. Tak też zrobiłam. Oczywiście coś za coś, więc z powodu ogromnego gorąca na dworze, zażądałam lodu. Cóż, jak mogłam przewidzieć, kostka zamiast wylądować w szklance wylądowała pomiędzy moimi piersiami. Jak go bawiło to, że mi ją tam wrzucił, i że krzyczałam później.
U Pana X. posiedziałam jakieś 4 godziny! Rozmawialiśmy i to było fajne. W końcu bez tych wszystkich dodatków. Znaczy oczywiście, chciałam żeby do czegoś doszło, ale cieszyłam się z tego, że możemy sobie po prostu porozmawiać. W końcu nawet pary nie żyją samym seksem (znaczy jakbyśmy byli parą, to pewnie to byłaby nasza ulubiona i bardzo często powtarzana czynność, no ale są też inne rzeczy przecież i nie jesteśmy też razem). Po pewnym czasie zaczął mnie specjalnie denerwować. Zaczęłam go więc bić i dusić poduszką. Sukienka, którą miałam niestety ograniczała mi ruchy, ale dawałam radę. Co ciekawe, Pan X. specjalnie mnie prowokował. A co jeszcze ciekawsze, to zauważyłam jak na niego działam poprzez zwykłe, no może trochę większe niż normalnie, zbliżenie mnie do niego.
Po pewnym czasie, nasza zabawa przyjęła trochę niebezpieczny obrót. Najpierw Pan X. ugryzł mnie w łokieć. Za jakiś czas, kiedy pochyliłam się, żeby go dusić, położył mnie na sobie, chwytając za włosy i przyciągając moją głowę do siebie, co było bardzo erotycznym gestem (takie tam nasze... upodobania xd). Myślałam, że spłonę. Chciałam się na niego rzucić wtedy i całować bez opamiętania. On chyba też, bo za moment powiedział, że zaczynam go denerwować. Stwierdziłam, że pomimo, że chcę żeby do czegoś doszło, to nie jest ten moment. Zebrałam się więc i wyszłam.
Słowa to są tylko słowa. Co z tego, skoro mówi mi, że mnie nie chce, skoro to co robi i jego ciało, są zupełnie innego zdania? Teraz w ogóle nie jestem pewna, czy to prawda, że mnie nie chce, tym bardziej, ze powiedział mi, że czasem mówi rzeczy, które nie są prawdziwe, ale chce żeby ludzie w nie wierzyli. Chyba więc przypatrzę się temu co robi. Jedno jest pewne, jak już da sobie spokój ze zwykłą przyjaźnią ze mną, czeka nas seks życia. Póki co, będę po prostu przyglądać się temu co robi, a nie słuchać tego co mówi. Bo powiedzieć, to sobie można wszystko, a zrobić już nie bardzo. Więc, to co robisz ma większe znaczenie niż to co mówisz. I dlatego właśnie, zakochałam się w nim od nowa.
Byłam na prostej drodze do wyleczenia się z Pana X. Tak właśnie BYŁAM. Wszystko przez te cholerne gesty.
Byliśmy razem na imprezie urodzinowej u kumpla. Było nudno i beznadziejnie, ale nie skupiam się na tym, bo nie ma co przeżywać. Bardziej zależy mi na interpretacji zachowania mojego pojebanego X. Kiedy jechaliśmy w autobusie było spoko - gadaliśmy i śmialiśmy się. Wszystko było okay, dopóki nie doszliśmy na działki i spotkaliśmy resztę ludzi. Wtedy totalnie mnie olewał. Bolało, ale pomyślałam, co tam, nie jesteśmy razem, nie przejmuję się, nie muszę go słuchać i wyciągnęłam fajki. Nawet nie patrzyłam na Jego minę kiedy zobaczył, że znowu palę. Co go to obchodzi?
Gadałam z innymi ludźmi, ale nie czułam się tam dobrze.
Później zaczęła się burza. Schowaliśmy się więc wszyscy do altanki. Pan X. usiadł na przeciwko mnie i... totalnie mnie unikał. Zajęłam się więc sobą. Zaczęłam zacieśniać więzy z A. i jego dziewczyną. Okazali się całkiem spoko. Razem paliliśmy, a A. wrobił mnie w picie wódki, na którą od 2 tygodni nie mogę patrzeć. Niestety musieli wyjść wcześniej. Wtedy zostałam sama i strasznie się nudziłam. Niby gadałam trochę z G. i z T., ale to było bardziej na zasadzie mówienia czegokolwiek. W międzyczasie, Pan X. zdążył się już upić. Oczywiście nie gadaliśmy wcale (no może poza małym epizodem, kiedy wyszłam do łazienki, a on za mną, ja minęłam go bez słowa, ale stałam przed altaną, więc jak wracał, to zagadał), więc tym bardziej krępujące było dla mnie jego spojrzenie. Bo wgapiał się we mnie jak sroka w kość. To było dziwne. Po pewnym czasie przysiadł się do mnie jakiś koleś i zaczął rozmawiać. Z jego zachowania podczas imprezy wywnioskowałam, że mu się podobam, tak więc ciągnęłam rozmowę. I wtedy to zauważyłam. Pan X. nie dość, że nas obserwował, ale też podsłuchiwał! Ja na prawdę nie wiem, o co temu człowiekowi chodzi.
Później zaczęły się rozmowy na tematy polityczne. Nigdy nie biorę udziału w tego typu konwersacjach, więc kiedy już wszyscy zaczęli przekrzykiwać siebie nawzajem, wyszłam na zewnątrz. Siedziałam na kamieniu, bo wszystko inne było mokre, i grałam na telefonie. Siedziałam góra 10 min, gdy usłyszałam jak Pan X. pyta ludzi o to, gdzie jestem. Nie minęła minuta, jak stał koło mnie, z tym dziwnym spojrzeniem o nazwie 'za chwilę cię pocałuję' i pytał czemu tu siedzę. Pogadaliśmy chwilę zanim wszedł z powrotem do środka. Ja chwilę posiedziałam i też wróciłam, jednak ktoś już siedział na moim miejscu. Rzuciłam więc pytanie o to gdzie mam siedzieć. Typ któremu się podobałam wskazał mi miejsce koło siebie. Ja jednak kazałam podsunąć się jakiemuś innemu człowiekowi na to miejsce, a sama siadłam koło G., który z nudów też zaczął grać na telefonie. Siedziałam więc tam i się nie odzywałam. Czasem zerknęłam na Pana X., który też się nudził. Nie mogliśmy niestety wrócić do domu, bo koło 23, kiedy to komunikowaliśmy się z Panem X. na migi przez stół, mówiąc sobie, że jest chujowo i chcemy wracać, sprawdził autobusy i okazało się, że najbliższy mamy... przed 5 rano. Musieliśmy więc tam siedzieć.
W końcu, typ siedzący koło mnie i ten któremu wpadłam w oko, zdecydowali się zmywać. Pożegnałam się więc z nimi, a miejsce koło mnie na kanapie zajął nie kto inny, tylko boski X, po czym zażądał koca i przykrył nas nim. I tak sobie siedzieliśmy, stykając się ciałami, pod kocem. Bardzo chciałam oprzeć na nim głowę, ale nie wiedziałam, czy mogę sobie na to pozwolić, więc po prostu tego nie zrobiłam. Ale już wtedy, wszystkie emocje zaczęły wracać...
Za jakiś czas zrobiliśmy się bardzo senni i zdecydowałam, że idziemy spać. Przenieśliśmy się więc do środka i położyłam się na rozłożonej kanapie. Obok mnie położył się oczywiście Pan X. Niestety G. również chciał się położyć, więc musieliśmy zrobić mu miejsce. Kanapa była tak wąska, że ja i Pan X. mieściliśmy się idealnie, jednak żeby zmieścił się też G. musieliśmy się trochę ścisnąć. I tak podczas tego naszego układania się, nagle poczułam rękę X. na mojej talii. To był jego pierwszy odruch, kiedy odwróciłam się plecami do niego - objęcie mnie w talii i przyciągnięcie do siebie. Oczywiście trwało to sekundy, bo albo zorientował się, że jesteśmy tylko przyjaciółmi, albo przez leżącego koło nas G. Tak czy inaczej, wtedy wróciło wszystko. Moje serce waliło jak oszalałe, i gdy Pan X. tak sobie leżał przytulony do mnie, jestem pewna, że to czuł. Całkowicie odechciało mi się spać. Niestety nie leżeliśmy sobie za długo w ten sposób, bo idiota T. wyciągnął moje marzenie, żeby z nim posiedział na zewnątrz. Kretyn. Doskonale wie, co czuję do niego i zamiast mi pomóc, to przeszkadza. Ale nic. Oczywiście Pan X. się zgodził i wyszedł, a ja poleżałam chwilę i poszłam za nimi.
T. spytał nas czy wierzymy w prawdziwą miłość. Dowiedziałam się, że Pan X. tak, z kolei on dowiedział się, że ja nie, bo miłość jest chujowa. Nie wiem czemu tak powiedziałam, ale powiedziałam.
W końcu, przed 4 zebraliśmy się i poszliśmy na autobus. Pan X. zasypiał po drodze. To było słodkie, ten wyraz spokoju na jego twarzy i zmęczenie, kiedy go specjalnie budziłam. Kiedy w końcu dotarliśmy na osiedle, umówiliśmy się, że zadzwoni do mnie jak będzie szedł coś zjeść. Tak też zrobił. Poszliśmy na pizze. Było jak zwykle fajnie i miło. Umówiliśmy się, że ściągnę mu 'Ojca chrzestnego' i przyniosę. Tak też zrobiłam. Oczywiście coś za coś, więc z powodu ogromnego gorąca na dworze, zażądałam lodu. Cóż, jak mogłam przewidzieć, kostka zamiast wylądować w szklance wylądowała pomiędzy moimi piersiami. Jak go bawiło to, że mi ją tam wrzucił, i że krzyczałam później.
U Pana X. posiedziałam jakieś 4 godziny! Rozmawialiśmy i to było fajne. W końcu bez tych wszystkich dodatków. Znaczy oczywiście, chciałam żeby do czegoś doszło, ale cieszyłam się z tego, że możemy sobie po prostu porozmawiać. W końcu nawet pary nie żyją samym seksem (znaczy jakbyśmy byli parą, to pewnie to byłaby nasza ulubiona i bardzo często powtarzana czynność, no ale są też inne rzeczy przecież i nie jesteśmy też razem). Po pewnym czasie zaczął mnie specjalnie denerwować. Zaczęłam go więc bić i dusić poduszką. Sukienka, którą miałam niestety ograniczała mi ruchy, ale dawałam radę. Co ciekawe, Pan X. specjalnie mnie prowokował. A co jeszcze ciekawsze, to zauważyłam jak na niego działam poprzez zwykłe, no może trochę większe niż normalnie, zbliżenie mnie do niego.
Po pewnym czasie, nasza zabawa przyjęła trochę niebezpieczny obrót. Najpierw Pan X. ugryzł mnie w łokieć. Za jakiś czas, kiedy pochyliłam się, żeby go dusić, położył mnie na sobie, chwytając za włosy i przyciągając moją głowę do siebie, co było bardzo erotycznym gestem (takie tam nasze... upodobania xd). Myślałam, że spłonę. Chciałam się na niego rzucić wtedy i całować bez opamiętania. On chyba też, bo za moment powiedział, że zaczynam go denerwować. Stwierdziłam, że pomimo, że chcę żeby do czegoś doszło, to nie jest ten moment. Zebrałam się więc i wyszłam.
Słowa to są tylko słowa. Co z tego, skoro mówi mi, że mnie nie chce, skoro to co robi i jego ciało, są zupełnie innego zdania? Teraz w ogóle nie jestem pewna, czy to prawda, że mnie nie chce, tym bardziej, ze powiedział mi, że czasem mówi rzeczy, które nie są prawdziwe, ale chce żeby ludzie w nie wierzyli. Chyba więc przypatrzę się temu co robi. Jedno jest pewne, jak już da sobie spokój ze zwykłą przyjaźnią ze mną, czeka nas seks życia. Póki co, będę po prostu przyglądać się temu co robi, a nie słuchać tego co mówi. Bo powiedzieć, to sobie można wszystko, a zrobić już nie bardzo. Więc, to co robisz ma większe znaczenie niż to co mówisz. I dlatego właśnie, zakochałam się w nim od nowa.
piątek, 17 maja 2013
Lepiej
W końcu. Po tylu dniach w końcu jest lepiej. Nie wiem jak to się stało.
Wczoraj było okropnie, nie widziałam już nadziei. Wszystko było nijakie. Wyciągnęłam R. do maka, żeby nie mieć tych głupich myśli. To było nasze pożegnanie z tym miejscem xd. R. objadła się tak, że musiałyśmy po drodze zatrzymywać się milion razy, bo myślała, że się zrzyga. Ale na piwo po maku miejsce znalazła. Na piwo zawsze znajdzie się miejsce ;) Poszłyśmy więc pić nad Rawę. Jak dwa żule. Ale co tam.
W międzyczasie pisałam z Panem X. Był na mnie wściekły za to, że nie poszłam na kolokwium. Pisał, że jak ZACZYNAMY (!) rozwiązywać jeden mój problem, ja na to miejsce znajduję 4 inne, i że nie potrafi mi pomóc. Spytałam go więc, czy uważa, że moi znajomi mają na mnie zły wpływ. Dostałam jednoznaczną odpowiedź. Tak jakby mi tego wcześniej już nie mówił.
Dzisiaj natomiast pytał mnie milion razy jak tam u mnie. Zlewałam go. Nieładnie. Po południu napisałam więc do P. czy nie wybrałaby się ze mną na zakupy. Trafiłam w idealny moment, bo podobno akurat wychodziła z uczelni i to był jej jedyny piątek, kiedy na niej była. Tak więc, wybrałyśmy się w poszukiwaniu prezentów dla naszych kumpli, bo jutro obie idziemy na urodziny. Ona do Krk ja do TG. Po godzinach rozważań, co byłoby prezentem doskonałym, stanęło na prezencie po prostu dobrym, czyli zwykłej wódce. Oczywiście, ja swoją jakoś upiększę ;)
Tak czy inaczej, z P czułam się po prostu... normalnie. Jak dawna ja, sprzed tych wszystkich atrakcji. Wróciłam więc do mieszkania spokojna. Postanowiłam zmienić swoje życie. Napisałam więc, po raz kolejny, dziś do Pana X. z pytaniem co dzisiaj robi, a gdy dostałam odpowiedź, powiedziałam mu, że mam ochotę coś porobić, żeby nie palić z nudów. Poszliśmy więc na spacer. Chyba był zadowolony z tego, że zabrałam się już za to wszystko. Pochwaliłam mu się też tym, że zamiast połowy paczki, wypaliłam 1 papierosa (no dobra 2, ale nie musi o tym wiedzieć xd). Chodziliśmy sobie tak po mieście i rozmawialiśmy. Oczywiście bywały momenty ciszy, ale nie przeszkadzało mi to. Znaczy, no może trochę tak, ale to jest facet - oni nie mówią za wiele przy swoich dziewczynach. I tego właśnie nie rozumiem, bo nie jestem jego dziewczyną. Anyway. Przypomniał mi się też bardzo żenujący moment, kiedy to we wtorek (?), jak czekałam na niego i w końcu się doczekałam, podszedł do nas pan żul i spytał go czy jestem jego dziewczyną. Pan X. zrobił się tak czerwony i zawstydzony jak nigdy. Było to jednocześnie żenujące i zabawne. Bo to nie pierwszy raz, kiedy ktoś bierze nas za parę. W sylwestra np. było to samo, chociaż dziewczyna widziała nas pierwszy raz w życiu, a my nawet nie gadaliśmy zbyt dużo ze sobą. To mnie zadziwia. Ale koniec już, koniec o Nim!
W końcu jest lepiej. Siedzę na parapecie i nie chcę skoczyć. Nawet coś zjadłam (!) i obejrzałam. Ciekawe ile taki stan się utrzyma. Oby jak najdłużej. Nie przejmuję się nawet tym, że brakuje mi kasy. A brakuje, to mało powiedziane. Tak trochę nie mam za co żyć. Ale co tam. Póki co, zachwycam się widokiem z okna ;)
Wczoraj było okropnie, nie widziałam już nadziei. Wszystko było nijakie. Wyciągnęłam R. do maka, żeby nie mieć tych głupich myśli. To było nasze pożegnanie z tym miejscem xd. R. objadła się tak, że musiałyśmy po drodze zatrzymywać się milion razy, bo myślała, że się zrzyga. Ale na piwo po maku miejsce znalazła. Na piwo zawsze znajdzie się miejsce ;) Poszłyśmy więc pić nad Rawę. Jak dwa żule. Ale co tam.
W międzyczasie pisałam z Panem X. Był na mnie wściekły za to, że nie poszłam na kolokwium. Pisał, że jak ZACZYNAMY (!) rozwiązywać jeden mój problem, ja na to miejsce znajduję 4 inne, i że nie potrafi mi pomóc. Spytałam go więc, czy uważa, że moi znajomi mają na mnie zły wpływ. Dostałam jednoznaczną odpowiedź. Tak jakby mi tego wcześniej już nie mówił.
Dzisiaj natomiast pytał mnie milion razy jak tam u mnie. Zlewałam go. Nieładnie. Po południu napisałam więc do P. czy nie wybrałaby się ze mną na zakupy. Trafiłam w idealny moment, bo podobno akurat wychodziła z uczelni i to był jej jedyny piątek, kiedy na niej była. Tak więc, wybrałyśmy się w poszukiwaniu prezentów dla naszych kumpli, bo jutro obie idziemy na urodziny. Ona do Krk ja do TG. Po godzinach rozważań, co byłoby prezentem doskonałym, stanęło na prezencie po prostu dobrym, czyli zwykłej wódce. Oczywiście, ja swoją jakoś upiększę ;)
Tak czy inaczej, z P czułam się po prostu... normalnie. Jak dawna ja, sprzed tych wszystkich atrakcji. Wróciłam więc do mieszkania spokojna. Postanowiłam zmienić swoje życie. Napisałam więc, po raz kolejny, dziś do Pana X. z pytaniem co dzisiaj robi, a gdy dostałam odpowiedź, powiedziałam mu, że mam ochotę coś porobić, żeby nie palić z nudów. Poszliśmy więc na spacer. Chyba był zadowolony z tego, że zabrałam się już za to wszystko. Pochwaliłam mu się też tym, że zamiast połowy paczki, wypaliłam 1 papierosa (no dobra 2, ale nie musi o tym wiedzieć xd). Chodziliśmy sobie tak po mieście i rozmawialiśmy. Oczywiście bywały momenty ciszy, ale nie przeszkadzało mi to. Znaczy, no może trochę tak, ale to jest facet - oni nie mówią za wiele przy swoich dziewczynach. I tego właśnie nie rozumiem, bo nie jestem jego dziewczyną. Anyway. Przypomniał mi się też bardzo żenujący moment, kiedy to we wtorek (?), jak czekałam na niego i w końcu się doczekałam, podszedł do nas pan żul i spytał go czy jestem jego dziewczyną. Pan X. zrobił się tak czerwony i zawstydzony jak nigdy. Było to jednocześnie żenujące i zabawne. Bo to nie pierwszy raz, kiedy ktoś bierze nas za parę. W sylwestra np. było to samo, chociaż dziewczyna widziała nas pierwszy raz w życiu, a my nawet nie gadaliśmy zbyt dużo ze sobą. To mnie zadziwia. Ale koniec już, koniec o Nim!
W końcu jest lepiej. Siedzę na parapecie i nie chcę skoczyć. Nawet coś zjadłam (!) i obejrzałam. Ciekawe ile taki stan się utrzyma. Oby jak najdłużej. Nie przejmuję się nawet tym, że brakuje mi kasy. A brakuje, to mało powiedziane. Tak trochę nie mam za co żyć. Ale co tam. Póki co, zachwycam się widokiem z okna ;)
czwartek, 16 maja 2013
Równia pochyła.
Jak to jest, że z dnia na dzień zamiast coraz lepiej jest coraz gorzej? I czemu nie potrafię sobie dać pomóc?
We wtorek wieczorem przyszło kolejne załamanie. Tym razem poważne. Zastanawiałam się, czy nie skoczyć z balkonu. Mieszkam na 19 piętrze, więc szanse na to, że bym to przeżyła są żadne. Teraz już myślę o tym codziennie w chwilach kiedy mój mózg sam się wyłącza. Tak, opanowałam tą sztukę. Siedzę sobie po prostu na parapecie i patrzę na osiedle wyprana ze wszystkich emocji. Mój mózg również robi sobie odpoczynek i boję się, że pewnego razu kiedy przyjdzie taki moment, po prostu to zrobię.
Zdałam sobie też sprawę z tego jak żałosna jestem. Moim najlepszym przyjacielem jest człowiek, którego kocham miłością wielką i prawdziwą, wykraczającą miliony kilometrów poza uczucie jakim darzy się zwykłego przyjaciela. Plus on o tym wie. Plus zadzwoniłam do niego we wtorek w nocy, obudziłam go, tylko po to, żeby powiedzieć mu, jak mi jest źle. A było okropnie. Pierwszy raz się tak bardzo pocięłam i wypaliłam pół paczki papierosów. Ale najgorsze jest to, że kiedyś faktycznie to przynosiło ulgę i odprężenie, a teraz to wszystko się zmieniło. Nie poczułam ani jednego ani drugiego, jedynie ogromny, ogarniający moje ciało ból.
Oczywiście mój Pan X. kazał mi się uspokoić, przestać wymyślać i iść spać. Zdenerwowałam się i rozłączyłam. Zadzwonił do mnie ponownie dopiero rano. A przecież do tej pory już dawno mogłabym nie istnieć. Nie chciałam z nim rozmawiać. Stwierdziłam, że to co zrobiłam było żenujące i postanowiłam nie odbierać. Nie dawał jednak za wygraną. Po 5 telefonach przyszedł sms od niego. Był zły. W końcu, kiedy już mu odpisałam, zadzwonił po raz kolejny. Chciał przyjść i porozmawiać ze mną. I tak zrobił.
Siedziałam więc i po raz kolejny płakałam przed nim. Mówiłam wszystko. Że moja przyjaciółka potrzebuje pomocy a ja nie potrafię jej jej dać, co czyni ze mnie potwora. Że nie umiem podejmować dobrych decyzji. Nawet nie umiem dobrać sobie znajomych. Że nie wiem co mam robić z życiem, bo te studia to chyba kompletna porażka i nie widzę siebie po nich. Że dla każdego jestem idealną rozrywką, a nie kimś. I w tym momencie przytulił mnie. Przytulił i wyszeptał 'przepraszam'. Spytałam go czemu. Nie chciał powiedzieć, ale w końcu wydusił, że dlatego, że się ze mną przespał. Nie użył słowa przeleciał, przeruchał czy innego, jak to miał w zwyczaju. Użył tego słowa. Powiedziałam mu, że nie o niego mi chodziło (no może go trochę okłamałam), i że nie musi mnie przepraszać za to, bo też tego chciałam. Zapytał mnie więc, jak to wszystko postrzegałam, naszą relację. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie wiem. Spytałam jego o to samo. I odpowiedź brzmiała identycznie jak moja. Później doszłam do wniosku, że pogubiliśmy się w tym po prostu.
Kiedy zobaczył moją rękę powiedział tylko 'no chyba Cię dziecko pojebało'.
Był zły.
Mimo to, nawet kiedy już się uspokoiłam przytulał mnie i całował. Oczywiście nie lecieliśmy sobie w ślinę, ale tak po przyjacielsku. Tak po prostu, kiedy pocieszasz kogoś. W jego ramionach czułam się tak bezpiecznie jak nigdy przedtem. Uwierzyłam, że będzie dobrze. Pomógł mi bardzo. Powiedział co powinnam zrobić z tym wszystkim i sam się tym zajął. Tak na dobry początek.
Powiedziałam mu też, że chcę skończyć z cięciem się i paleniem. Musiałam mu więc obiecać, że więcej nie zrobię sobie krzywdy. A co do palenia, to otworzył okno i wyrzucił mojego ostatniego papierosa. Szkoda, że kilka godzin później kupiłam sobie nową paczkę.
Kiedy zakończył moją 'terapię', a ja byłam już względnie spokojna i opanowana i nastawiona na to, że wszystko będzie dobrze, postanowiliśmy przejść się do maka. Przebrałam się więc z szarych, szerokich dresów i koszulki Pink Floyd (tak właśnie go przyjmowałam, plus zapuchnięte od płaczu oczy) w sukienkę. Położyłam się na łóżku a ten... klepnął mnie po tyłku. I jak on może mówić o tym, że go nie kopię xd
Tak. Po maku miałam misję naprawienia wszystkiego. I zaczęłam to robić. Po telefonie do matki wszystko się spieprzyło. Powiedziałam jej, że chcę zmienić studia, albo zacząć drugi kierunek i usłyszałam, żebym nie wymyślała. I całą litanię.
W końcu jednak się uspokoiłam i poszłam uczyć się na kolokwium. Siedziałam sobie jak zwykle na swojej ławce. Nie mogłam się na tym skoncentrować, tak więc dzisiaj nie poszłam w ogóle na to kolokwium. Co gorsza mój Pocieszyciel spytał, czy nadal palę. Bez sensu było go okłamać, więc się przyznałam. Powiedział, że mi nie da się pomóc i odszedł. Uświadomił mi tym, że moje życie jest równie żałosne jak ja.
I teraz nie wiem co mi się dzieje. Nie wiem co zrobić z rękami, nogami. Czy mam stać, leżeć czy siedzieć. W mojej głowie jest chaos. Papierosy nie pomagają. Miałam wielką ochotę się pociąć, ale nie wiem czy to by coś dało, skoro przestało mi pomagać. Drapałam się więc. Znowu chciałam skoczyć. Napisałam mu o tym, jednak nie odpowiedział. Siedziałam więc na parapecie w pogłębiającej się apatii. Pomimo upału było mi tak zimno, że założyłam polar. Nie wiem czemu, ale coraz częściej jest mi bardzo zimno, chociaż temperatura na dworze jest bardzo wysoka. Może przez to, że nie jem? Może osłabiłam już swoje ciało do tego stopnia, że nie jest w stanie wytworzyć odrobiny ciepła? Albo może to moje skute lodem serce mi na to nie pozwala?
Tak czy inaczej, jest coraz gorzej. I chcę się z tego wyplątać, na prawdę. Jedynym problemem jest to, że nie potrafię.
We wtorek wieczorem przyszło kolejne załamanie. Tym razem poważne. Zastanawiałam się, czy nie skoczyć z balkonu. Mieszkam na 19 piętrze, więc szanse na to, że bym to przeżyła są żadne. Teraz już myślę o tym codziennie w chwilach kiedy mój mózg sam się wyłącza. Tak, opanowałam tą sztukę. Siedzę sobie po prostu na parapecie i patrzę na osiedle wyprana ze wszystkich emocji. Mój mózg również robi sobie odpoczynek i boję się, że pewnego razu kiedy przyjdzie taki moment, po prostu to zrobię.
Zdałam sobie też sprawę z tego jak żałosna jestem. Moim najlepszym przyjacielem jest człowiek, którego kocham miłością wielką i prawdziwą, wykraczającą miliony kilometrów poza uczucie jakim darzy się zwykłego przyjaciela. Plus on o tym wie. Plus zadzwoniłam do niego we wtorek w nocy, obudziłam go, tylko po to, żeby powiedzieć mu, jak mi jest źle. A było okropnie. Pierwszy raz się tak bardzo pocięłam i wypaliłam pół paczki papierosów. Ale najgorsze jest to, że kiedyś faktycznie to przynosiło ulgę i odprężenie, a teraz to wszystko się zmieniło. Nie poczułam ani jednego ani drugiego, jedynie ogromny, ogarniający moje ciało ból.
Oczywiście mój Pan X. kazał mi się uspokoić, przestać wymyślać i iść spać. Zdenerwowałam się i rozłączyłam. Zadzwonił do mnie ponownie dopiero rano. A przecież do tej pory już dawno mogłabym nie istnieć. Nie chciałam z nim rozmawiać. Stwierdziłam, że to co zrobiłam było żenujące i postanowiłam nie odbierać. Nie dawał jednak za wygraną. Po 5 telefonach przyszedł sms od niego. Był zły. W końcu, kiedy już mu odpisałam, zadzwonił po raz kolejny. Chciał przyjść i porozmawiać ze mną. I tak zrobił.
Siedziałam więc i po raz kolejny płakałam przed nim. Mówiłam wszystko. Że moja przyjaciółka potrzebuje pomocy a ja nie potrafię jej jej dać, co czyni ze mnie potwora. Że nie umiem podejmować dobrych decyzji. Nawet nie umiem dobrać sobie znajomych. Że nie wiem co mam robić z życiem, bo te studia to chyba kompletna porażka i nie widzę siebie po nich. Że dla każdego jestem idealną rozrywką, a nie kimś. I w tym momencie przytulił mnie. Przytulił i wyszeptał 'przepraszam'. Spytałam go czemu. Nie chciał powiedzieć, ale w końcu wydusił, że dlatego, że się ze mną przespał. Nie użył słowa przeleciał, przeruchał czy innego, jak to miał w zwyczaju. Użył tego słowa. Powiedziałam mu, że nie o niego mi chodziło (no może go trochę okłamałam), i że nie musi mnie przepraszać za to, bo też tego chciałam. Zapytał mnie więc, jak to wszystko postrzegałam, naszą relację. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie wiem. Spytałam jego o to samo. I odpowiedź brzmiała identycznie jak moja. Później doszłam do wniosku, że pogubiliśmy się w tym po prostu.
Kiedy zobaczył moją rękę powiedział tylko 'no chyba Cię dziecko pojebało'.
Był zły.
Mimo to, nawet kiedy już się uspokoiłam przytulał mnie i całował. Oczywiście nie lecieliśmy sobie w ślinę, ale tak po przyjacielsku. Tak po prostu, kiedy pocieszasz kogoś. W jego ramionach czułam się tak bezpiecznie jak nigdy przedtem. Uwierzyłam, że będzie dobrze. Pomógł mi bardzo. Powiedział co powinnam zrobić z tym wszystkim i sam się tym zajął. Tak na dobry początek.
Powiedziałam mu też, że chcę skończyć z cięciem się i paleniem. Musiałam mu więc obiecać, że więcej nie zrobię sobie krzywdy. A co do palenia, to otworzył okno i wyrzucił mojego ostatniego papierosa. Szkoda, że kilka godzin później kupiłam sobie nową paczkę.
Kiedy zakończył moją 'terapię', a ja byłam już względnie spokojna i opanowana i nastawiona na to, że wszystko będzie dobrze, postanowiliśmy przejść się do maka. Przebrałam się więc z szarych, szerokich dresów i koszulki Pink Floyd (tak właśnie go przyjmowałam, plus zapuchnięte od płaczu oczy) w sukienkę. Położyłam się na łóżku a ten... klepnął mnie po tyłku. I jak on może mówić o tym, że go nie kopię xd
Tak. Po maku miałam misję naprawienia wszystkiego. I zaczęłam to robić. Po telefonie do matki wszystko się spieprzyło. Powiedziałam jej, że chcę zmienić studia, albo zacząć drugi kierunek i usłyszałam, żebym nie wymyślała. I całą litanię.
W końcu jednak się uspokoiłam i poszłam uczyć się na kolokwium. Siedziałam sobie jak zwykle na swojej ławce. Nie mogłam się na tym skoncentrować, tak więc dzisiaj nie poszłam w ogóle na to kolokwium. Co gorsza mój Pocieszyciel spytał, czy nadal palę. Bez sensu było go okłamać, więc się przyznałam. Powiedział, że mi nie da się pomóc i odszedł. Uświadomił mi tym, że moje życie jest równie żałosne jak ja.
I teraz nie wiem co mi się dzieje. Nie wiem co zrobić z rękami, nogami. Czy mam stać, leżeć czy siedzieć. W mojej głowie jest chaos. Papierosy nie pomagają. Miałam wielką ochotę się pociąć, ale nie wiem czy to by coś dało, skoro przestało mi pomagać. Drapałam się więc. Znowu chciałam skoczyć. Napisałam mu o tym, jednak nie odpowiedział. Siedziałam więc na parapecie w pogłębiającej się apatii. Pomimo upału było mi tak zimno, że założyłam polar. Nie wiem czemu, ale coraz częściej jest mi bardzo zimno, chociaż temperatura na dworze jest bardzo wysoka. Może przez to, że nie jem? Może osłabiłam już swoje ciało do tego stopnia, że nie jest w stanie wytworzyć odrobiny ciepła? Albo może to moje skute lodem serce mi na to nie pozwala?
Tak czy inaczej, jest coraz gorzej. I chcę się z tego wyplątać, na prawdę. Jedynym problemem jest to, że nie potrafię.
sobota, 11 maja 2013
Dupa.
Jak to jest, że nic nigdy nie idzie po mojej myśli? Czemu ten pierdolony Wszechświat czy inny Bóg po prostu nie mogą RAZ mnie wysłuchać?
Bo oczywiście, wróciłam już do Kato. Odebrał mnie z dworca Pan X. Kiedy się spotkaliśmy, to było między nami trochę dziwnie, ale nie w złym tego słowa znaczeniu. Ja byłam mega zestresowana. Hah, już nawet kiedy widziałam go z okna autobusu, przeżegnałam się, czym rozbawiłam swoją koleżankę, natomiast kiedy szliśmy, dostałam ataku śmiechu. Nie mogłam się uspokoić, a on zastanawiał się na głos, czy coś brałam albo piłam w autobusie. Oczywiście, że nie. To on na mnie tak działa. Jak narkotyk (nawet mamy taki swój skrót z R - kiedy myślę o nim na uczelni, mówię jej, że ćpam). I pomimo tego, że po tej nocy, której ostatnio tak się bałam (na całe szczęście minęła spokojnie), i tego, że na drugi dzień miałam nie wiem czemu, po prostu wyjebane, kiedy go zobaczyłam, wszystko wróciło.
Tak więc, kiedy wracaliśmy, a on zaprosił mnie do siebie na piwo, zgodziłam się bez wahania. Poszliśmy do mojego mieszkania, ja wzięłam szybki prysznic, a on szukał sobie czegoś w internecie. Dzięki Bogu czyściłam ostatnio historię haseł wyszukiwanych, więc nie dowiedział się o mojej obsesji na punkcie jego byłej ;)
Później poszliśmy do niego. I stało się to o czym marzyłam od początku weekendu majowego (o czym wiedział i oczywiście mnie poinformował, a ja rzecz jasna zaprzeczyłam xd) - kochaliśmy się. I tym razem było inaczej. Kiedy się rozbieraliśmy, robiliśmy to w bardziej romantyczny sposób. Nie tak jak zwykle - hop i koniec. Teraz było to coś. Jakaś magia w tym wszystkim. I kiedy się kochaliśmy liczył na ten romantyzm z mojej strony. Powiedział mi to.
Tak więc, kiedy wychodziłam z jego mieszkania, po 1.5 godz. zajebistych i niezapomnianych doznań, powiedziałam mu, żeby przypomniał sobie, co powiedziałam mu przed feriami, bo tego właśnie chcę. Nie wiem czy to zrobił, ale na drugi dzień było między nami ok. Podświadomie czułam, że zbliża się moment, w którym powinnam powiedzieć co czuję. On publicznie zachowywał się w stosunku do mnie tak jak na początku naszej znajomości, czyli bez dystansu, ciągle był obok, często mnie dotykał. Co więcej, wychodziliśmy razem, bo on tego chciał. Plus ten jego wyraz twarzy chwilami... Tak bardzo widziałam w jego oczach uczucie.Sytuacja wydawała się więc idealna i prosta - powiedziałabym mu o swoich uczuciach, a on tym razem nie wyjebałby mnie. Marzenia.
We wtorek coś zaczęło mi się dziać. Po kolokwium z historii (które nie wiem jak mi poszło, niby odpowiedziałam na wszystkie pytania, ale wiadomo - liczy się jakość, nie ilość) wyszłam pod wydział z R. Zobaczyłam Pana X. Był ze znajomym i pomimo, że również mnie widział, nie podszedł do mnie, nie zagadał, nic. Poszedł gdzieś z kolegą. Ale to nie było ważne. Bo jak tylko go zobaczyłam, ja poczułam w sobie tak wiele uczuć, że nie mogłam wytrzymać. Powiedziałam tylko do R, że będę płakać i rozpłakałam się. Ot tak. To było przedziwne.
Mój dzień upłyną właśnie w ten sposób. Płakałam. Siedziałam na huśtawkach i płakałam. Nie obchodziło mnie, że ktoś to widzi. Miałam w sobie tyle emocji, że musiałam je jakoś wyrzucić. Czułam też, że nie chcę być sama. Napisałam więc do Pana X. żebyśmy się gdzieś przeszli. Oczywiście zrobiłam to w sposób 'nie chcę ci się narzucać, ale cholernie chcę się z tobą zobaczyć'. Zaproponował, żebym przyszła do niego i później gdzieś pójdziemy. Podświadomość krzyczała mi, po co chce żebym przyszła. Ale taka zapłakana poszłam i tak. Wystarczyło, że przekroczyłam próg jego mieszkania, a już mnie całował. Ten człowiek jest niesamowity.
Oczywiście na pocałunkach się nie skończyło. I tym razem też było cudownie. Czułam tą bliskość między NAMI. Ale później coś się stało. Wychodząc powiedział, że to co robimy jest złe i musimy z tym skończyć. I wtedy mój dobry humor, który zawitał do mnie na moment, prysł jak bańka mydlana, a zamiast niego pojawił się na nowo płacz. Pan X. nie wiedział o co chodzi i chciał się dowiedzieć, jednak nie pozwalałam mu. Wiedziałam jednak, że to jest TEN DZIEŃ. Zaczęłam więc powoli mówić o uczuciach. Ale bardzo powoli i niewiele. Powiedziałam, że nie chcę się z nim spotykać w wakacje i po. Zaczął się denerwować wtedy.
A później poszliśmy do Silesii.
I tak siedząc sobie w maku powiedziałam mu, że mam kombo. Wychodząc zaczęło lać, więc miłym gestem, dał mi swoją bluzę <3
A później poszliśmy do mnie do mieszkania. On sprawdzał coś na necie, a ja nie miałam pojęcia, co mam ze sobą zrobić. Nie wiedziałam, gdzie położyć rękę, nogę, gdzie i jak usiąść, a kiedy przez przypadek mnie dotknął, to przebiegł mnie dreszcz. Wiedziałam, że muszę mu powiedzieć. Więc to zrobiłam. Powiedziałam wszystko co czuję do niego. On nie chciał mi powiedzieć nic. W końcu po moim jęczeniu, z wielkim zdenerwowaniem, tak na odwal się, powiedział, że nic nie czuje. Oczywiście dostałam w tym momencie ataku. Płakałam jak szalona, ale wyrzucałam z siebie słowa jak w transie. To było przedziwne. Stał zebrany do wyjścia, ale nie wychodził. Nie wiedział co ma zrobić. W końcu usiadł ponownie i powiedział mi, że to co zrobiłam było najodważniejszą rzeczą na świecie, i że podziwia mnie, bo on nigdy by się na to nie zdobył. W głowie miałam światełko nadziei, że może powie teraz to co chcę usłyszeć. Ale niestety, podtrzymywał tylko to, co powiedział wcześniej.
Znowu dostałam ataku. Ustaliliśmy, że nie będziemy rozmawiać. Bolało. Fizycznie też. Kiedy wstał do wyjścia po raz kolejny, ciągle nie ruszał się z miejsca. Patrzył na swoją bluzę, której w koniec końców nie wziął. Nie wiem ile by stał i co zrobił, ale ja wstałam i powiedziałam, że odprowadzę go do drzwi. Tak też zrobiłam, a kiedy je zatrzasnęłam, poddałam się tej ogarniającej mnie rozpaczy. Zastanawiałam się, czy myślał później o tym wszystkim.
Nie wiedziałam co mam zrobić, zadzwoniłam więc do R. Płakałam w słuchawkę. Pocieszała mnie i powiedziała, że przyjdzie niedługo. Później napisałam do O. Przeszłyśmy na skajpa i płakałyśmy obie. Bo ja na prawdę nie rozumiem, czemu on taki jest. Wg moich obserwacji opartych na intuicji i psychologicznych gównach, to coś do mnie czuje. Tylko po co miałby mnie ranić i okłamywać, że nie? Skoro nie chciał mi nigdy zrobić krzywdy, to czemu ciągle się tak zachowywał i w końcu, właśnie przez to mnie zranił?
Koło 20 przyszła Ol. i R. i postanowiłyśmy upić się na smutno. Miałyśmy 1.4 l wódki i smutną muzykę. Pomimo to... śmiałyśmy się! Nie wiedziałam, co jest nie tak, przecież powinnam tu płakać i leżeć krzyżem, a śmiałam się jak wariatka. Przyznałam się też R. że z Pan X to był mój pierwszy. Wkurzyła się porządnie na niego.
Na drugi dzień, koło 11 poszłyśmy do maka, bo miałyśmy mega kaca, a u nas wygląda to tak, że musimy wtedy jeść ;). Zamówiłyśmy sobie całą tacę jedzenia i tak konsumowałyśmy. Ja ciągle byłam w dobrym humorze, do tego bardzo ładnie ubrana (a co!). Bałam się tylko zostać sama. Czułam, że kiedy to nastąpi, to to wszystko wybuchnie. Wracałam więc do mieszkania pełna obaw. I nie wiem jakby to się potoczyło, gdyby nie to, że PRZYPADKOWO GO SPOTKAŁAM. Szedł z S., czyli z (teoretycznie) moją koleżanką. Nie wiedziałam czemu szli razem, ani gdzie. Kiedy mnie zobaczył machnął mi. Ja powiedziałam tylko 'Cześć S.' i poszłam dalej. Dziwne było, że nie zatrzymali się ani nic. Cóż. Ważne jest to, że po tym dostałam ataku. Siedziałam na ławce, próbowałam uczyć się logiki i nie rozumiałam co czytam bo za bardzo płakałam. I podczas kiedy wyglądałam najbardziej niekorzystnie, czyli smarkałam, on przeszedł koło mnie po raz kolejny. Nie odezwał się ani słowem, minął mnie ot tak po prostu. To jeszcze bardziej mnie zdołowało. Nie mogłam już wytrzymać. Napisałam do Ol., że bardzo chcę iść do Silesii. I poszłyśmy. Pijąc sobie frappe niespodziewanie poczułam ogromne nerwy. Tak znikąd. Wiedziałam, że się nie uspokoję. Napisałam więc w tajemnicy przed wszystkimi do tego dupka, z pytaniem czy odzywamy się do siebie. Po wymianie kilku smsów doszliśmy do wniosku, że tak, ale nie możemy przeginać w żadną stronę. I później było już dobrze. Dzwonił nawet do mnie próbując wytłumaczyć mi logikę przez telefon ;)
Na drugi dzień było na początku trochę dziwnie, ale później już ok. Wieczorem znowu na siebie wpadliśmy na osiedlu. Tego dnia miałam bardzo dużo energii w sobie. Ale wiedziałam, że to nie jest dobrze. Nie wiedziałam, jak mam ją spożytkować. Chciałam zrobić sobie krzywdę, bo wiedziałam, że to właśnie ją rozładuje i przyniesie mi ulgę. Całe szczęście (?) skończyło się na tym, że dla uspokojenia kupiłam sobie paczkę niebieskich LM'ow, a później poszłam z P. na Mariacką i szalałam w towarzystwie niejakiego Mateusza (hahahahahahaha), który przysiadł się do nas, a później z dwoma 40 letnimi mężczyznami, którzy stawiali nam alkohol. Było zabawnie. Czułam się dobrze. Taka wolna od problemów.
Niestety, w piątek nie było już tak różowo. Dupka nie było na zajęciach. Normalnie by mi o tym powiedział, a teraz... Zabolało. A później okazało się, że to będzie pierwszy dzień, kiedy zostanę sama. No i zaczęło się. W końcu to wszystko pękło i wybuchło. I tak sobie leżę od wczoraj, pogrążona w depresji życia, słuchając smutnych piosenek i płacząc jak bóbr.
A miało być tak pięknie.... :(
Bo oczywiście, wróciłam już do Kato. Odebrał mnie z dworca Pan X. Kiedy się spotkaliśmy, to było między nami trochę dziwnie, ale nie w złym tego słowa znaczeniu. Ja byłam mega zestresowana. Hah, już nawet kiedy widziałam go z okna autobusu, przeżegnałam się, czym rozbawiłam swoją koleżankę, natomiast kiedy szliśmy, dostałam ataku śmiechu. Nie mogłam się uspokoić, a on zastanawiał się na głos, czy coś brałam albo piłam w autobusie. Oczywiście, że nie. To on na mnie tak działa. Jak narkotyk (nawet mamy taki swój skrót z R - kiedy myślę o nim na uczelni, mówię jej, że ćpam). I pomimo tego, że po tej nocy, której ostatnio tak się bałam (na całe szczęście minęła spokojnie), i tego, że na drugi dzień miałam nie wiem czemu, po prostu wyjebane, kiedy go zobaczyłam, wszystko wróciło.
Tak więc, kiedy wracaliśmy, a on zaprosił mnie do siebie na piwo, zgodziłam się bez wahania. Poszliśmy do mojego mieszkania, ja wzięłam szybki prysznic, a on szukał sobie czegoś w internecie. Dzięki Bogu czyściłam ostatnio historię haseł wyszukiwanych, więc nie dowiedział się o mojej obsesji na punkcie jego byłej ;)
Później poszliśmy do niego. I stało się to o czym marzyłam od początku weekendu majowego (o czym wiedział i oczywiście mnie poinformował, a ja rzecz jasna zaprzeczyłam xd) - kochaliśmy się. I tym razem było inaczej. Kiedy się rozbieraliśmy, robiliśmy to w bardziej romantyczny sposób. Nie tak jak zwykle - hop i koniec. Teraz było to coś. Jakaś magia w tym wszystkim. I kiedy się kochaliśmy liczył na ten romantyzm z mojej strony. Powiedział mi to.
Tak więc, kiedy wychodziłam z jego mieszkania, po 1.5 godz. zajebistych i niezapomnianych doznań, powiedziałam mu, żeby przypomniał sobie, co powiedziałam mu przed feriami, bo tego właśnie chcę. Nie wiem czy to zrobił, ale na drugi dzień było między nami ok. Podświadomie czułam, że zbliża się moment, w którym powinnam powiedzieć co czuję. On publicznie zachowywał się w stosunku do mnie tak jak na początku naszej znajomości, czyli bez dystansu, ciągle był obok, często mnie dotykał. Co więcej, wychodziliśmy razem, bo on tego chciał. Plus ten jego wyraz twarzy chwilami... Tak bardzo widziałam w jego oczach uczucie.Sytuacja wydawała się więc idealna i prosta - powiedziałabym mu o swoich uczuciach, a on tym razem nie wyjebałby mnie. Marzenia.
We wtorek coś zaczęło mi się dziać. Po kolokwium z historii (które nie wiem jak mi poszło, niby odpowiedziałam na wszystkie pytania, ale wiadomo - liczy się jakość, nie ilość) wyszłam pod wydział z R. Zobaczyłam Pana X. Był ze znajomym i pomimo, że również mnie widział, nie podszedł do mnie, nie zagadał, nic. Poszedł gdzieś z kolegą. Ale to nie było ważne. Bo jak tylko go zobaczyłam, ja poczułam w sobie tak wiele uczuć, że nie mogłam wytrzymać. Powiedziałam tylko do R, że będę płakać i rozpłakałam się. Ot tak. To było przedziwne.
Mój dzień upłyną właśnie w ten sposób. Płakałam. Siedziałam na huśtawkach i płakałam. Nie obchodziło mnie, że ktoś to widzi. Miałam w sobie tyle emocji, że musiałam je jakoś wyrzucić. Czułam też, że nie chcę być sama. Napisałam więc do Pana X. żebyśmy się gdzieś przeszli. Oczywiście zrobiłam to w sposób 'nie chcę ci się narzucać, ale cholernie chcę się z tobą zobaczyć'. Zaproponował, żebym przyszła do niego i później gdzieś pójdziemy. Podświadomość krzyczała mi, po co chce żebym przyszła. Ale taka zapłakana poszłam i tak. Wystarczyło, że przekroczyłam próg jego mieszkania, a już mnie całował. Ten człowiek jest niesamowity.
Oczywiście na pocałunkach się nie skończyło. I tym razem też było cudownie. Czułam tą bliskość między NAMI. Ale później coś się stało. Wychodząc powiedział, że to co robimy jest złe i musimy z tym skończyć. I wtedy mój dobry humor, który zawitał do mnie na moment, prysł jak bańka mydlana, a zamiast niego pojawił się na nowo płacz. Pan X. nie wiedział o co chodzi i chciał się dowiedzieć, jednak nie pozwalałam mu. Wiedziałam jednak, że to jest TEN DZIEŃ. Zaczęłam więc powoli mówić o uczuciach. Ale bardzo powoli i niewiele. Powiedziałam, że nie chcę się z nim spotykać w wakacje i po. Zaczął się denerwować wtedy.
A później poszliśmy do Silesii.
I tak siedząc sobie w maku powiedziałam mu, że mam kombo. Wychodząc zaczęło lać, więc miłym gestem, dał mi swoją bluzę <3
A później poszliśmy do mnie do mieszkania. On sprawdzał coś na necie, a ja nie miałam pojęcia, co mam ze sobą zrobić. Nie wiedziałam, gdzie położyć rękę, nogę, gdzie i jak usiąść, a kiedy przez przypadek mnie dotknął, to przebiegł mnie dreszcz. Wiedziałam, że muszę mu powiedzieć. Więc to zrobiłam. Powiedziałam wszystko co czuję do niego. On nie chciał mi powiedzieć nic. W końcu po moim jęczeniu, z wielkim zdenerwowaniem, tak na odwal się, powiedział, że nic nie czuje. Oczywiście dostałam w tym momencie ataku. Płakałam jak szalona, ale wyrzucałam z siebie słowa jak w transie. To było przedziwne. Stał zebrany do wyjścia, ale nie wychodził. Nie wiedział co ma zrobić. W końcu usiadł ponownie i powiedział mi, że to co zrobiłam było najodważniejszą rzeczą na świecie, i że podziwia mnie, bo on nigdy by się na to nie zdobył. W głowie miałam światełko nadziei, że może powie teraz to co chcę usłyszeć. Ale niestety, podtrzymywał tylko to, co powiedział wcześniej.
Znowu dostałam ataku. Ustaliliśmy, że nie będziemy rozmawiać. Bolało. Fizycznie też. Kiedy wstał do wyjścia po raz kolejny, ciągle nie ruszał się z miejsca. Patrzył na swoją bluzę, której w koniec końców nie wziął. Nie wiem ile by stał i co zrobił, ale ja wstałam i powiedziałam, że odprowadzę go do drzwi. Tak też zrobiłam, a kiedy je zatrzasnęłam, poddałam się tej ogarniającej mnie rozpaczy. Zastanawiałam się, czy myślał później o tym wszystkim.
Nie wiedziałam co mam zrobić, zadzwoniłam więc do R. Płakałam w słuchawkę. Pocieszała mnie i powiedziała, że przyjdzie niedługo. Później napisałam do O. Przeszłyśmy na skajpa i płakałyśmy obie. Bo ja na prawdę nie rozumiem, czemu on taki jest. Wg moich obserwacji opartych na intuicji i psychologicznych gównach, to coś do mnie czuje. Tylko po co miałby mnie ranić i okłamywać, że nie? Skoro nie chciał mi nigdy zrobić krzywdy, to czemu ciągle się tak zachowywał i w końcu, właśnie przez to mnie zranił?
Koło 20 przyszła Ol. i R. i postanowiłyśmy upić się na smutno. Miałyśmy 1.4 l wódki i smutną muzykę. Pomimo to... śmiałyśmy się! Nie wiedziałam, co jest nie tak, przecież powinnam tu płakać i leżeć krzyżem, a śmiałam się jak wariatka. Przyznałam się też R. że z Pan X to był mój pierwszy. Wkurzyła się porządnie na niego.
Na drugi dzień, koło 11 poszłyśmy do maka, bo miałyśmy mega kaca, a u nas wygląda to tak, że musimy wtedy jeść ;). Zamówiłyśmy sobie całą tacę jedzenia i tak konsumowałyśmy. Ja ciągle byłam w dobrym humorze, do tego bardzo ładnie ubrana (a co!). Bałam się tylko zostać sama. Czułam, że kiedy to nastąpi, to to wszystko wybuchnie. Wracałam więc do mieszkania pełna obaw. I nie wiem jakby to się potoczyło, gdyby nie to, że PRZYPADKOWO GO SPOTKAŁAM. Szedł z S., czyli z (teoretycznie) moją koleżanką. Nie wiedziałam czemu szli razem, ani gdzie. Kiedy mnie zobaczył machnął mi. Ja powiedziałam tylko 'Cześć S.' i poszłam dalej. Dziwne było, że nie zatrzymali się ani nic. Cóż. Ważne jest to, że po tym dostałam ataku. Siedziałam na ławce, próbowałam uczyć się logiki i nie rozumiałam co czytam bo za bardzo płakałam. I podczas kiedy wyglądałam najbardziej niekorzystnie, czyli smarkałam, on przeszedł koło mnie po raz kolejny. Nie odezwał się ani słowem, minął mnie ot tak po prostu. To jeszcze bardziej mnie zdołowało. Nie mogłam już wytrzymać. Napisałam do Ol., że bardzo chcę iść do Silesii. I poszłyśmy. Pijąc sobie frappe niespodziewanie poczułam ogromne nerwy. Tak znikąd. Wiedziałam, że się nie uspokoję. Napisałam więc w tajemnicy przed wszystkimi do tego dupka, z pytaniem czy odzywamy się do siebie. Po wymianie kilku smsów doszliśmy do wniosku, że tak, ale nie możemy przeginać w żadną stronę. I później było już dobrze. Dzwonił nawet do mnie próbując wytłumaczyć mi logikę przez telefon ;)
Na drugi dzień było na początku trochę dziwnie, ale później już ok. Wieczorem znowu na siebie wpadliśmy na osiedlu. Tego dnia miałam bardzo dużo energii w sobie. Ale wiedziałam, że to nie jest dobrze. Nie wiedziałam, jak mam ją spożytkować. Chciałam zrobić sobie krzywdę, bo wiedziałam, że to właśnie ją rozładuje i przyniesie mi ulgę. Całe szczęście (?) skończyło się na tym, że dla uspokojenia kupiłam sobie paczkę niebieskich LM'ow, a później poszłam z P. na Mariacką i szalałam w towarzystwie niejakiego Mateusza (hahahahahahaha), który przysiadł się do nas, a później z dwoma 40 letnimi mężczyznami, którzy stawiali nam alkohol. Było zabawnie. Czułam się dobrze. Taka wolna od problemów.
Niestety, w piątek nie było już tak różowo. Dupka nie było na zajęciach. Normalnie by mi o tym powiedział, a teraz... Zabolało. A później okazało się, że to będzie pierwszy dzień, kiedy zostanę sama. No i zaczęło się. W końcu to wszystko pękło i wybuchło. I tak sobie leżę od wczoraj, pogrążona w depresji życia, słuchając smutnych piosenek i płacząc jak bóbr.
A miało być tak pięknie.... :(
czwartek, 2 maja 2013
Krzyk
Są dni kiedy mam ochotę krzyczeć. Po prostu wyjść, rozłożyć ręce i krzyczeć, aż do porządnego nadszarpnięcia zdrowia moich strun głosowych. I właśnie w tym momencie mam taką zachciankę. Oczywiście, nie zrobię tego, jednak głębokie uczucie frustracji, które pojawiło się dosłownie znikąd, ciągle rośnie i rośnie. Zupełnie jak nadmuchiwany balonik. Robi się on coraz większy, aż w końcu BUM! I po baloniku. Ciekawe, kiedy to bum nastąpi wewnątrz mnie i da popalić wszystkim wokół, bo przecież nie będę tego trzymać w sobie. No chyba, że nikogo wtedy przy mnie nie będzie, bo stanie się to w nocy, w moim wygodnym łóżeczku, podczas słuchania jakichś smętów. Już to nawet widzę. Ja, leżąca pod kołdrą, rzucająca się po całym łóżku, z potokiem łez płynących po moich policzkach, z paznokciami wbitymi w uda i ustami otwartymi w niemym krzyku. Ale to przyniesie ulgę. Jutro już będę zrównoważona (hahaha tak lubię sobie czasem z siebie pożartować) i spokojna.
I może nie będę oglądać jego zdjęć znalezionych na fejsbókowym profilu przyjaciółki Jego eks (tak, mianowałam się dzisiaj psychopatką wariatką, bo inaczej nazwać tego nie potrafię)
I może będę mogła obejrzeć w spokoju Harrego Pottera po raz milionowy, bez tych nachodzących mnie, niechcianych myśli o Nim.
I może w końcu się uspokoję i przestanę odliczać dni do spotkania z Nim.
I może przestanę choć na chwilę myśleć o tym, co i czy powinnam Mu powiedzieć?
Może.
A może po prostu lepiej pójść teraz na łąkę i sobie pokrzyczeć? Dać wyraz frustracji teraz, zamiast niecierpliwie czekać na nadchodzącą noc i przy okazji zaoszczędzić sobie fizycznego bólu (bo bez niego się nie obędzie). Oszczędzi to też niewinne osoby, które mogłyby mi teraz stanąć na drodze.
Zdecydowanie ta opcja jest lepsza, jednak znając życie, w praktyce wybiorę poprzednią opcję.
I może nie będę oglądać jego zdjęć znalezionych na fejsbókowym profilu przyjaciółki Jego eks (tak, mianowałam się dzisiaj psychopatką wariatką, bo inaczej nazwać tego nie potrafię)
I może będę mogła obejrzeć w spokoju Harrego Pottera po raz milionowy, bez tych nachodzących mnie, niechcianych myśli o Nim.
I może w końcu się uspokoję i przestanę odliczać dni do spotkania z Nim.
I może przestanę choć na chwilę myśleć o tym, co i czy powinnam Mu powiedzieć?
Może.
A może po prostu lepiej pójść teraz na łąkę i sobie pokrzyczeć? Dać wyraz frustracji teraz, zamiast niecierpliwie czekać na nadchodzącą noc i przy okazji zaoszczędzić sobie fizycznego bólu (bo bez niego się nie obędzie). Oszczędzi to też niewinne osoby, które mogłyby mi teraz stanąć na drodze.
Zdecydowanie ta opcja jest lepsza, jednak znając życie, w praktyce wybiorę poprzednią opcję.
środa, 1 maja 2013
Tęsknota
'Tęsknota to uczucie
niepokoju, smutku, zamyślenia. Im bardziej odczuwany jest
brak kogoś/czegoś, tym bardziej wzmaga się cierpienie
psychiczne. Powodami uczucia tęsknoty mogą być: brak wszelkiego
kontaktu z bliskimi lub ograniczenie kontaktu z nimi, spowodowane
obiektywną sytuacją losową, subiektywnym stanem psychicznym. Tęsknota
odczuwana jest także w związku z pragnieniem posiadania partnera,
potrzebą akceptacji i zrozumienia przez niego. Stan tęsknoty może być
powodem popadnięcia w depresję'
Tak tęsknotę przedstawia źródło wiedzy większości uczniów - wikipedia. I nie da się z tym nie zgodzić. Ale gdyby tak popatrzeć na to z innej, bardziej obrazowej strony?
Dla mnie tęsknota jest jak małe ziarenko zasiane w sercu. Im klimat bardziej sprzyjający, czyli serce bije mocniej na myśl o kimś/o czymś, tym bardziej się rozwija, powodując przy tym słodkie cierpienie u osoby, u której się zagnieździła. Oczywiście im bardziej ziarenko rośnie, tym większa rozpacz nas ogarnia.
Po wykiełkowaniu nasze ziarenko prawdopodobnie przyjmuje postać drzewa, które swoimi korzeniami i gałęziami obejmuje nasz cały organizm, powodując ogólne osłabienie i rozdrażnienie. W końcu dociera do naszego mózgu, przez co normalne funkcjonowanie ustępuje obsesyjnemu myśleniu o powodzie, przez który tęsknimy. I nie ma zmiłuj się. Z pozoru delikatne drzewko, w rzeczywistości jest tak silne i rozłożyste, że nie zrobi miejsca innym, tak więc nasz organizm jest po prostu opętany, przez tą jedną jedyną, małą rzecz, której nam brakuje.
Co więcej, jest to jak można już zauważyć, bardzo egoistyczna, ale też sprytna roślinka. Żeby jej się krzywda nie stała (bo nie daj Boże uschnie, albo postanowimy jej się pozbyć), wysyła do naszego mózgu sygnały, że jest nam niezbędna do życia, plus do tego cały pakiet pomysłów na doskonałą jej pielęgnację.
I tak rośnie to sobie w nas, doprowadzając do szaleństwa.
A jak się tego pozbyć? Cóż, tego jeszcze nie odkryłam. Póki co hoduję w sobie takie drzewko, które prawdopodobnie, jest już wielkości baobabu.
I tym oto akcentem rozpoczynam kolejny miesiąc - MAJ. Miejmy nadzieję, że minie trochę spokojniej, ale równie szybko i szczęśliwie (o ile te kilka cudownych chwil można tak nazwać) jak kwiecień.
Tak tęsknotę przedstawia źródło wiedzy większości uczniów - wikipedia. I nie da się z tym nie zgodzić. Ale gdyby tak popatrzeć na to z innej, bardziej obrazowej strony?
Dla mnie tęsknota jest jak małe ziarenko zasiane w sercu. Im klimat bardziej sprzyjający, czyli serce bije mocniej na myśl o kimś/o czymś, tym bardziej się rozwija, powodując przy tym słodkie cierpienie u osoby, u której się zagnieździła. Oczywiście im bardziej ziarenko rośnie, tym większa rozpacz nas ogarnia.
Po wykiełkowaniu nasze ziarenko prawdopodobnie przyjmuje postać drzewa, które swoimi korzeniami i gałęziami obejmuje nasz cały organizm, powodując ogólne osłabienie i rozdrażnienie. W końcu dociera do naszego mózgu, przez co normalne funkcjonowanie ustępuje obsesyjnemu myśleniu o powodzie, przez który tęsknimy. I nie ma zmiłuj się. Z pozoru delikatne drzewko, w rzeczywistości jest tak silne i rozłożyste, że nie zrobi miejsca innym, tak więc nasz organizm jest po prostu opętany, przez tą jedną jedyną, małą rzecz, której nam brakuje.
Co więcej, jest to jak można już zauważyć, bardzo egoistyczna, ale też sprytna roślinka. Żeby jej się krzywda nie stała (bo nie daj Boże uschnie, albo postanowimy jej się pozbyć), wysyła do naszego mózgu sygnały, że jest nam niezbędna do życia, plus do tego cały pakiet pomysłów na doskonałą jej pielęgnację.
I tak rośnie to sobie w nas, doprowadzając do szaleństwa.
A jak się tego pozbyć? Cóż, tego jeszcze nie odkryłam. Póki co hoduję w sobie takie drzewko, które prawdopodobnie, jest już wielkości baobabu.
I tym oto akcentem rozpoczynam kolejny miesiąc - MAJ. Miejmy nadzieję, że minie trochę spokojniej, ale równie szybko i szczęśliwie (o ile te kilka cudownych chwil można tak nazwać) jak kwiecień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)