niedziela, 21 kwietnia 2013

Historia życia c.d.

Kiedy byłam małym dzieckiem, mama zawsze powtarzała, że nie ładnie jest oszukiwać. Więc co powinnam zrobić teraz, kiedy okłamuję sama siebie? Bo oczywiście, że dostałam smsa. I oczywiście ze poszłam. I jasne jest też, że wcale z nim nie skończyłam. A dzisiaj znowu cierpię. Nie dlatego, że mnie skrzywdził. Przeciwnie. Jest czułym i troskliwym człowiekiem. A ja jestem tchórzem. Kręcę się w kółko w poszukiwaniu odpowiedzi, które są tuż pod moim nosem. Powinnam dać sobie z nim spokój i dać szansę K. -> tak mówi mi głowa. Tylko co jeśli serce mówi, że powinnam czekać? Że on jednak chce być ze mną, tylko się boi i po prostu powinnam dać mu czas. Nie wiem już sama, co w tym wszystkim jest prawdziwe, a co sobie wmawiam.

We wtorek było bardzo uroczo. Opalałam się na jego balkonie, a on postawił sobie moje stopy na swoim torsie i popatrzył mi głęboko w oczy. To był jeden z tych momentów, kiedy mały elf, który jest we mnie i odzwierciedla moje uczucia i emocje, miał ochotę po prostu wyfrunąć ze szczęścia. Moje serce biło bardzo szybko, a ja rozkoszowałam się tą chwilą. Później było... miło :p I kiedy wyszliśmy na miasto, a ja wspominałam moment w którym rzucał mnie na łóżko, zrobiło mi się dosłownie słabo. Byłam bardzo szczęśliwa. Każdy, nawet najkrótszy moment z nim mnie uskrzydla. Jestem tego pewna i świadoma. Heh, głupie środowe tłumaczenie mi przez niego logiki (z której swoją drogą okazało się, że jestem mistrzem, chociaż bałam się jak głupia) przyprawiało mnie o zawroty głowy, kiedy tak mówiąc mi jak postawić odpowiednio nawiasy, patrzył mi głęboko w oczy i się uśmiechał. Czułam, że powinnam chwytać co jest i zachłysnąć się tym co mamy w danej chwili. Szkoda, że już na drugi dzień jak zwykle namieszałam.

Jeżeli wcześniej nie wspominałam Pan X. ma przyjaciela, wspomnianego już K., który mnie podrywa, a ja nie potrafię mu odmówić. Wszystko zaczęło się na mojej parapetówce. Tak teraz jest ten moment, w którym dokończę historię swojego życia. A więc kontynuując. Z K. poznaliśmy się w listopadzie (czy jakoś tak) dzięki mojemu boskiemu X. Później wychodziliśmy razem tylko na imprezy, nie gadaliśmy za dużo, bo zawsze miałam wrażenie, że moja R. mnie przyćmiewa. Heh nawet kiedy Pan X. powiedział mi co do mnie czuje, ja ze zdziwieniem powiedziałam mu, że myślałam, że jeżeli coś będzie, to pomiędzy nim, a R. Ale odbiegam od tematu, nieładnie xd.
Tak więc, kiedy urządzałam parapetówkę, pomyślałam 'hmm dlaczego by go nie zaprosić?'. R mi przyklasnęła, więc jak pomyślałam tak zrobiłam. I wszystko było fajnie. Powiedzmy. Pan X. zaprosił innego kumpla i głównie na nim się skupiał, a ja siedziałam na podłodze i śmiałam się ze swoimi znajomymi. Podobno kiedy przyszedł K. ja pojaśniałam. Podobno. Wstyd się przyznać, ale pamiętam fragmenty tego wieczoru, więc szczegóły opowiadał mi kumpel, a nie wiem na ile można mu wierzyć.
Po pewnym czasie, Pan X. i jego kumpel postanowili olać moją imprezę i wyszli mniej więcej o 22. Trochę się załamałam. Opowiedziałam o wszystkim co mnie łączy z panem X naszemu wspólnemu kumplowi z grupy - T.  To był błąd mojego życia. Do dzisiaj się boję, że się wygada przed Panem X. Ale idąc dalej. Po tym jak T. zebrał się do wyjścia, a ja go odprowadziłam, wróciłam do pokoju, ale znajomi nie chcieli puścić mnie, żebym usiadła na łóżku. Kumpel - Ł, zaproponował mi, żebym usiadła na kolanach K. Ten podchwycił to i po chwili sam mnie sobie posadził na tych nieszczęsnych kolanach. I od tego momentu pamiętam wszystko, chociaż wolałabym nie. Siedziałam i miziałam go po szyi. Rozmawialiśmy. Pytałam się go, czy mu się podobam. I w pewnej chwili mieliśmy 'moment' i zaczęliśmy się całować. Nie myślałam wtedy o Panu X, co było do mnie niepodobne. Poszliśmy do łazienki. Posadził mnie na szafce pod lustrem i krótko stwierdził, że 'Pan X go zabije'. Nie rozumiałam o co mu chodzi. Nie chciałam wtedy myśleć o Panu X. Uspokoiłam go więc mówiąc, że powiedział mi, że nic do mnie nie czuje. I tak oto pozbyłam się z siebie bluzki. Oczywiście do niczego nie doszło. Na całe szczęście. Pamiętam, że kiedy całował mnie po szyi czułam dreszcze. I, że obiecał mi randkę w Krakowie.
Rano niewiele pamiętał, ale to zostało w jego pamięci. Po tym wieczorze pisaliśmy do siebie. Umówiliśmy się nawet na prawdziwą randkę (!). Rozmawiało nam się cudownie. Nie wiedziałam jedynie co zrobić na pożegnanie, więc przytuliłam go po prostu.

Ogólnie przez cały okres świąt Wielkanocnych byłam z nim w kontakcie. Pokazał mi te same filmiki, które w sekrecie pokazał mi Pan X, więc musiałam udawać blondynkę, że nigdy ich nie widziałam. Co do Pana X w tamtym okresie.... Cóż, po  randce z K. był dla mnie oschły. Kiedy wróciłam do domu, nie odzywaliśmy się do siebie przez 10 DNI. To był nasz rekord. Było mi tak okropnie, że miałam policzone to na godziny. On pierwszy się do mnie odezwał. O 9.30 rano. Napisał, czy wiem, kiedy zaczynamy zajęcia. Odpisałam po 1.5 godz. Sekundę później zadzwonił. R. podobnie jak O. stwierdziły, że nie wytrzymał i się stęsknił. I znowu miałam go w głowie. Zabawne jest to, że wieczór wcześniej podjęłam decyzję, że kończę z nim i daję na poważnie szansę K. Cóż. rano wiedziałam już, że nic z tego.

Na jego prośbę spotkaliśmy się w czwartek po moim powrocie do Katowic. Poszliśmy tradycyjnie na wspólne zakupy. Tak bardzo za nim tęskniłam przez ten czas świąt, ale mimo wszystko nie potrafiłam pozbyć się ściany, którą sama między nami wybudowałam. Ale trwało to kilka dni. Tydzień później leżałam już w jego ramionach, dając mu przyzwolenie na to, żeby dostał wszystko czego chciał. Nie było to takie jak spodziewałam się, że będzie, a już na pewno nie spodziewałam się, że po wszystkim rozpłaczę się z emocji. To go przeraziło. Dosłownie. Powiedział, że nie zrobimy już tego więcej. Wytrzymał 4 dni, ale ja się nie zgodziłam. Przez te 4 dni było... Uroczo? Tak to dobre słowo. Po prostu się spotykaliśmy. W piątek po południu spacerowaliśmy, a wieczorem wymienialiśmy smsy, w sobotę zadzwonił, bo chciał wyjść ze mną na zakupy, a później zaproponował wspólne zrobienie obiadu (uwielbiam z nim gotować *.*). I pomimo, że w sobotę wychodząc od niego z mieszkania pokazałam mu język i trzasnęłam drzwiami, w niedzielę zadzwonił do mnie, żebym wyszła z nim na gofry. Oczywiście, że się zgodziłam. Nie umiem mu odmówić. Strasznie dobrze nam się rozmawiało. Spędziliśmy tyle czasu na rozmowie, że poszliśmy jeszcze na pizze, a później do niego. Oczywiście nic nie zaszło. Ani wtedy, ani w dniach poprzednich. Nie całował mnie, nie przytulał. I już myślałam, że może faktycznie, nie chce zacząć od początku, a jedynie chce, żebym była jego przyjaciółką (chociaż to, że ciągle proponował mi wyjścia wcale na to nie wskazywało), kiedy przyszedł wtorek i w końcu się pocałowaliśmy. Kiedy teraz to piszę, wydaje mi się to wszystko takie... magiczne.

A teraz wracam do tego jak wszystko popsułam. To był czwartek. Siedzieliśmy pod uczelnią. Ja rozmawiałam z koleżankami, on z kumplami. W pewnym momencie usłyszałam jak mówi, że przyjeżdża dziś do niego na piwo K. Nie mogłam się powstrzymać i patrząc na R. wybuchłam śmiechem. Podobnie ona. Kiedy zostałyśmy same, zaczęłam panikować. Co jeśli K. przyjdzie po niego pod uczelnię? Co jeśli mu powie? Co w ogóle oni oboje wiedzą? Wiedziałam, że będzie źle. Godzinę później, dostałam smsa od K. Zwykłe 'co tam?'. Postanowiłam wykorzystać sytuację i postarać się z nim umówić. Tak, dokładnie. Bo byłam w dziwnej sytuacji. Po balkonie u Pana X. miałam napisać K. przemowę, w której mówię mu, że nie powinnam się z nim spotykać. Trochę nie wyszło, bo kiedy tylko weszłam do domu, zobaczyłam paczkę od niego, a w niej... pół kilo mojej ulubionej, karmelowej, czekolady i list. To było słodkie. Dosłownie i w przenośni. Nie wiedziałam co zrobić, więc postanowiłam zaczekać z przemową. Czwartek jednak zmusił mnie do podjęcia radykalnych kroków. Zmanipulowałam więc go tak, że zaprosił mnie na imprezę, na którą miał iść. Myślałam, że to o to piwo z Panem X. chodzi. Miał podać mi szczegóły po spotkaniu na które był umówiony.

Wszystko 'układało się po mojej myśli'. Miałam spotkać się z Panem X. i K i pilnować ich obu. Po zajęciach, czekając z R. (nie wiem w sumie na co) i innymi znajomymi,  podszedł do mnie Pan X. Chciał przyjść po coś do mnie do mieszkania, jednak R. szybko uświadomiła mu, że może załatwić to na uczelni. Nie był tym zachwycony, ale przecież nie będzie się wpraszał. Chciało mi się śmiać. Kiedy w końcu zdecydował się załatwić to co miał, spytał wszystkich, ale patrząc prosto na mnie 'Kto ze mną idzie?'. Powtórzył pytanie kilkakrotnie, ponieważ nie było odzewu. Ja tylko stałam i patrzyłam mu w oczy udając, że wcale mnie nie obchodzi to, że to pytanie skierowane jest jedynie do mnie. W końcu ugiął się, i powiedział do mnie wprost 'chodź ze mną.'. Przegrał tą naszą mini walkę, więc przystałam na jego prośbę. Później zostaliśmy w trójkę i nikt nie chciał nigdzie iść. Pan X. czekał na K. i narzekał, że nie wie, co się z nim dzieje, bo nie odpowiada na jego wiadomości. Poczułam się bardzo zabawnie, bo w końcu to ja wiedziałam, gdzie jest i co robi jego kumpel. W końcu się rozeszliśmy. Spotkanie K. też się skończyło. I wtedy nadszedł czas armagedonu. Okazało się, że są 2 imprezy. Jedna, teraz - piwo z Panem X. i druga, później- ta na którą mnie zaprosił. Byłam strasznie zestresowana. Myślałam, że umrę. Już orszak anielski widziałam. Szczególnie, kiedy K. przestał odpisywać. A później zadzwonił. Nie wiedziałam czy odebrać. Ale w końcu zaryzykowałam. Umówiliśmy się, że razem pojedziemy na tą imprezę, jednak nie zrozumiałam czy Pan X. też idzie. I to było straszne.
Kiedy poszłyśmy z R. na spotkanie z nim, nie wiedziałyśmy, czy będzie sam, czy z panem X. Oczywiście mój życiowy pech postanowił się ze mną przywitać, bo okazało się, że K. nie jest sam. Nie wiedziałam co mam zrobić, jak się przywitać. Najchętniej bym uciekła. Ale podeszłam, MACHNĘŁAM RĘKĄ i powiedziałam zwykłe 'hej'. Zaczęliśmy gadać. Pan X. był wściekły. Nawet R. to zauważyła. Nie zamienił ze mną ani jednego słowa, ani się nie pożegnał. To było okropne. Wiedziałam, że namieszałam. Ale to co zrobiłam później....

Na imprezie było spoko. Piliśmy piwo i gadaliśmy. Później poszliśmy do klubu. Tam tańczyłam z K. To był mój błąd. bo później zaczął mnie całować. Wiedziałam, że nie jest dobrze. Nie tylko dlatego, że może sobie coś pomyśleć, ale też dlatego, że w głowie siedział mi ciągle Pan X.

Po imprezie pojechaliśmy do domu R. Miałyśmy spać razem, ale ostatecznie zasnęła ze swoim nowym 'przyjacielem'. Byłam więc skazana na kanapę w kuchni i K. Przytulał mnie. A rano poszedł ze mną do mieszkania. Mega nie wiedziałam jak mam się zachować. W końcu uratowała mnie konieczność wyjścia na uczelnię.

Kiedy tylko pożegnałam się ('no to pa') z K. zaczęłam żałować tego co się wydarzyło. Nie byłam w stanie z nikim rozmawiać. Chciało mi się płakać. Pan X. mnie olewał, ale kiedy zobaczył jak źle jest ze mną, strasznie się tym przejął. Zostawił kumpli i podszedł do mnie, takiej biednej, skulonej pod ścianą na korytarzu, małej dziewczynki. W jego oczach widziałam troskę i strach. Chciał wiedzieć co mi jest, a ja nie chciałam mu powiedzieć. Wpatrywaliśmy się w siebie przez całe długie minuty. Był przerażony. Nie wiedział jak mi pomóc, bo nie chciałam powiedzieć co się stało. Najpierw spytał czy w domu jest okay, później czy ktoś zrobił mi krzywdę. Zaprzeczyłam. Nie chciałam z nim o tym rozmawiać. Po wykładzie, kiedy czekałam na S. siedząc sobie grzecznie na ławce, podszedł do mnie w towarzystwie T. Usiadł obok i zaczął przytulać i pytać co mi się stało. Nie wytrzymałam. Powiedziałam, że jestem okropnym człowiekiem i siebie nienawidzę. Spytał komu co zrobiłam. Odpowiedziałam, że nie chcę z nim o tym rozmawiać. Ciągle mnie przytulał. Był bardzo czuły. I jeszcze te jego przestraszone, zmartwione oczy... T z kolei uśmiechał się do mnie kretyńsko i znacząco. Odprowadzili mnie pod blok. Pan X. próbował mnie rozbawić. Nie powiem, udało mu się na chwilę. Na koniec objął mnie i powiedział, że wraca na weekend do domu, ale jeżeli będzie mi źle, to mam do niego napisać, albo zadzwonić. T oczywiście dalej miał ten swój idiotyczny uśmiech na twarzy.
Kiedy wróciłam do mieszkania, podłączyłam rozładowany telefon do ładowarki i niemal natychmiast usłyszałam znajomą melodię przychodzącego połączenia. To była R. Powiedziała, że martwiła się, że nie odbieram, więc zadzwoniła do Pana X., bo myślała, ze jesteśmy razem. Ten z kolei, spytał jej co mi jest i kazał porozmawiać ze mną, a najlepiej przyjść do mnie, bo sam nie może.
To było słodkie. Czułam, że mu zależy. Zaskoczył mnie też tym, że wysłał mi smsa z pytaniem co mi jest. Nie wiem tylko, czy to było już po tym, jak się pożegnaliśmy, czy na wykładzie i dopiero później go dostałam. Tak czy inaczej odpisałam. Powiedziałam, żeby się nie martwił, bo postaram się nie zrobić sobie krzywdy...
Szczerze?  Bardzo podoba mi się w takiej troskliwej wersji. Dzisiaj planuję napisać do niego i spotkać się z nim jak wróci z pracy. Chcę powiedzieć mu co czuję.

Ale czy zdobędę się na odwagę? Nie chcę już na niego naciskać, ale chyba nie mam wyboru...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz