poniedziałek, 24 czerwca 2013

Zmiany

Chcę, żeby było jak kiedyś. Żebym ja była taka jak kiedyś. Ale ludzie się zmieniają, i ja też się zmieniłam. Doszłam już do pewnego miejsca w życiu, w którym się zorientowałam, że tak się stało. Nie jestem już sobą, jestem kimś nowym i wcale mi się to nie podoba. Moja podróż trwa dalej i za jakiś czas będę znowu kimś innym. To kim się stanę zależy już tylko ode mnie.
Oglądając się za siebie widzę wszystko co zrobiłam, wszystkie błędy, które popełniłam, wszystkie decyzje, które podjęłam i wszystkich ludzi, których poznałam i mieli wpływ na moje życie. To wszystko stworzyło tą osobę, którą teraz jestem. Wyciągnę więc z tego naukę, żebym na następnym przystanku znowu nie żałowała. Pora podjąć parę nowych decyzji, odciąć się od większości starych znajomych i poznać nowych. To jest ten moment, kiedy zrozumiałam, że pora ruszyć naprzód, ale w taki sposób, żeby później nie mieć do siebie o nic pretensji. Muszę zostawić wszystko co złe za sobą i już więcej się nie oglądać. Ewentualnie w celu nauczki na przyszłość, a nie z sentymentu.
Chcę być KIMŚ, odnaleźć samą siebie, nauczyć się żyć i w końcu przestać się bać i zamartwiać.
I zrobię to. Przy okazji przekonam się, kto jest prawdziwym przyjacielem, kto będzie dla mnie i mi w tym pomoże. Póki co jestem bardzo wdzięczna O., Ol. i P. To one mi pomogły w uświadomieniu sobie tego, że muszę się odciąć od swojego katowickiego towarzystwa wzajemnej adoracji. Pan X. też mi to przecież mówił, ale od niego też się odcinam. Od K. również. Zostaję sama, ze swoimi starymi znajomymi. Biorę czystą kartkę i teraz tylko ode mnie zależy co się na niej znajdzie.

Kolejnym krokiem ku mojej przemianie jest zrobiony wczoraj kolczyk w tragusie. Pisałam, że chcę poczuć ból. Poczułam. Ale to nie było to. Zrobiłam go sobie po to, żeby był takim moim nowym startem, pierwszą rzeczą znajdującą się na kartce. I cieszę się z tego. Chociaż była to spontaniczna decyzja, bo po przyjściu do studio okazało się, że jest za mało kolców, a później, że jeżeli się zdecyduję, to może zrobić mi innym, to nie żałuję. Wraz z pojawieniem się tej małej, okrągłej kuleczki w mojej chrząstce w uchu, rozpoczęłam nowy etap. To nic, że prawie zemdlałam później, już tak mam i tego akurat nie zmienię ;). Na całe szczęście byłam tam z P. i razem się wspierałyśmy (bo też sobie zrobiła kolec w tym samym miejscu - uroczo :D).

Wieczorem zadzwoniłam do mamy i przyznałam jej się do wszystkiego: że czuję się gorsza od każdego, że nie daję rady z nauką, że wieczorem nie umiem zasnąć, a rano budzę się równo o 8 i jestem tak zdenerwowana, że nie umiem się uspokoić, no i że raz mam cudowny humor, a za chwilę płaczę. Kazała mi się obserwować i notować co widzę. To może być po prostu wina hormonów, ale jeżeli się nie uspokoi, to mam jej o tym powiedzieć. I właśnie to też będę robić.

Patrząc na to wszystko, wydaje mi się, że to niewiele, ale liczę, że takie baby steps pomogą mi w zapisaniu tej kartki tak, żebym nie musiała sięgać po kolejną.

sobota, 22 czerwca 2013

tyle do napisania...

Miałam tyle myśli do przelania. Nie wiedziałam, od której mam zacząć. Teraz nie wiem już nic.

Miałam świetny humor - ot tak. Bez powodu. Wszystko układało się doskonale. Rano byłam z Ol. porozmawiać z kobietą (która swoją drogą jest przemiła i bardzo towarzyska, ale w dobrym znaczeniu) w sprawie mieszkania. Możemy je wynająć od września, ale teraz musimy zapłacić część kaucji zwrotnej (500 zł). Jakoś może damy radę...

Później napisała do mnie P., czy nie wybiorę się z nią na marsz zombie. Pomyślałam, czemu nie? Ale zero przebieranek tym razem xd.
Było naprawdę w porządku. Poznałam lepiej jej 'kolegę' z juwenaliowego korowodu :D Spoko typ. Chyba na nią leci :D W sumie... mogłoby im wyjść. Chcę, żeby była szczęśliwa. Chociaż ona.
Po marszu poszłyśmy obczaić salon piercingu i tatuażu. Mamy przyjść jutro i trochę się boję :D

Kiedy wróciłam do domu czułam się... szczęśliwa! Pierwszy raz od dawna. Było mi naprawdę dobrze. Czułam się jak nowa - dawna ja. Tak mi tego brakowało! Tej równowagi między dobrą i złą mną. Szaloną i spokojną. Chciałam napisać o pierwszych razach, bo byłam w nastroju na głębokie przemyślenia, ale to trwało chwilę. Wieczorem znowu dostałam ataku. Zaczęłam płakać, denerwować się. Chciałam krzyczeć i skoczyć z okna. Nie mam pojęcia co mi się dzieje i dlaczego :(.
Teraz już jestem spokojniejsza, ale czuje pustkę. Emocjonalną i w głowie. Nie chcę pisać o rzeczach ważnych, głębokich. Znowu chcę się po prostu wyżalić. Chciałabym poczuć ból. Ale jak już chyba pisałam, obiecałam Panu X., że nic sobie nie zrobię. Nie mogę złamać danego mu słowa. Ciągle za wiele dla mnie znaczy.
Przed tym jak wyszłam z P. czułam już podświadomie tęsknotę za tym. Za bólem. Wyobrażałam sobie go więc. Wróciłam myślami do najważniejszej nocy z Panem X. Wyobraziłam sobie ten ból, który wtedy czułam. Chciałabym poczuć go raz jeszcze, ale wiem, że to fizycznie nie możliwe. Zostało mi tylko odtwarzanie tego w głowie. Może to powinno mnie martwić, ale sprawiało mi to przyjemność, że jednak umiem sobie wyobrazić ten ból. Ba, nawet w pewnym sensie go czułam! I chodzi mi o czysty ból, a nie poczucie, że coś straciłam, w jakimś stopniu się zmieniłam przez tą noc.

A B. ciągle naciska na koncert. Ech. Nie mam na to tylko funduszy. A tak bym chciała jechać! To moje marzenie! A day to remember i talenci jednego dnia <3 Może zagram w totka i mi się poszczęści... Chociaż to moje szczęście mocno zawodne jest...

Chcę wiedzieć co mi jest. Chcę to naprawić. Chcę być znowu sobą. Tylko, że chcieć a móc...

piątek, 21 czerwca 2013

wygrałam!

Jessssssssssssssssss!!!! Wygrałam maraton nieodzywania się do siebie! Przed chwilą dzwonił. Pytał co u mnie i takie tam. Rozmawialiśmy ponad 12 min., co dla niego jest osiągnięciem :D I miał ten zajebisty żartobliwy ton... Kurde. Ale WYGRAŁAM. Nie musiałam do niego pisać! A już miałam taki zamiar! Siedziałam na parapecie i myślałam 'aaaa napiszę za moment, ale najpierw może zadzwonię do mamy'. I tyle co skończyłam z nią rozmawiać, i już brałam ponownie telefon, tym razem, żeby pisać, a tu nagle rozbrzmiała znajoma melodyjka, a na wyświetlaczu pojawiła się jego ksywka. A teraz szaleję z radości, że wygrałam :D I mam nadzieję, że to mnie uspokoi... Bo szczerze, mam już tego po dziurki w nosie. Tego stresu. Dzisiaj znowu obudziłam się cała w nerwach i utrzymywało się to jakąś godzinę, czyli dłużej niż zwykle. Ale może to po prostu taki znak był? Nie wiem. Jestem empatyczna i to bardzo, potrafię wyczuć różne rzeczy (poprzez np. to znajome gorąco w twarz...), ale żeby aż tak?

W ogóle mega pojebany dzień jest dzisiaj. Z samego rana (po 8) byłyśmy z Ol. umówione na oglądanie mieszkania, ale okazało się, że mamy przyjść po 10. I oczywiście, okazało się również, że mieszkanie jest w tym samym bloku co mieszkanie Pana X. Tyle że na pierwszym piętrze. Cudnie. Takie rzeczy spotykają tylko mnie.

Plus jestem pewna, że chłopak, którego poznałyśmy z P. któregoś razu pod parasolkami, mieszka w moim bloku. Spotkałam go zjeżdżając dzisiaj windą na to spotkanie. Aż mi się w brzuchu przewróciło. W sumie chciałam zagadać, ale ludzie mnie zasłonili, a później za szybko sobie poszedł. Nie wiem czy mnie widział, ale przecież wie, że mieszkam w tej gwieździe. Mega pompa.

Jest dopiero lekko po 13, a tu tyle dziwnych rzeczy... Ale nie planuję nigdzie wychodzić, więc może nic więcej się nie wydarzy? Chociaż, żeby Pan X. zadzwonił nie musiałam nigdzie wychodzić. Mega dziwny dzień.


HAHAHAHAHAHAHAAAAA!!!!! WYGRAŁAM!!!! HAHAHAHAHAHA!!!! 

czwartek, 20 czerwca 2013

Wiem

Wiem już co mam zrobić! A przynajmniej tak czuję! Muszę napisać do Pana X. Po prostu muszę. I zrobię to jutro koło 14. Albo 16. Zależy ile wytrzymam. Bo czuję, tak w głębi serca, że muszę się z nim spotkać i zrealizować swój plan. Muszę usłyszeć po raz ostatni nie. Wtedy wiem, że dam sobie spokój. Bo teraz każdy flirt z K., każdy plan wyjścia gdzieś z nim, powoduje, że robi mi się gorąco w twarz i czuję, że to jest złe względem, uwaga, uwaga, nie K., tylko Pana X. Że jakby go zdradzam. Przysięgam na Boga, jak usłyszę nie, to piszę do K., czy nie pójdzie ze mną na to wesele. Bo to jest mój taki punkt odniesienia, czy jak to nazwać. Ten, z którym pójdę więcej dla mnie znaczy. Pierdolę trochę. To chyba przez dzisiejszy upał. Parę minut na słońcu i o. Ale czuję, że tak muszę zrobić, żeby w końcu to wszystko zakończyć. Nie ważne, że wyjdę po raz kolejny na idiotkę. On wyjdzie na większego kretyna, bo nie dostanie czego zechce. Niczego nie dostanie. Ani kawałka mnie. I nie mówię tu tylko o ciele, ale też sercu. I będę twarda. Nie ulegnę. Nie będę płakać. To on będzie przegrany, nie ja. Ja może zrobię z siebie przez chwilę głupka, ale prawda jest taka, że on jest nim cały czas.

A psychologię zdałam. Na 3.5. Heh to dziwne, najpierw modliłam się, żeby w ogóle zdać, a teraz ta ocena to dla mnie mało... Oficjalnie się przyznaję przed samą sobą - jestem nienormalna!

Rozdwojenie osobowości

Myślałam, myślałam i wymyśliłam. Ja mam chyba po prostu rozdwojenie osobowości. Bo jak to jest możliwe, żebym jednocześnie nienawidziła Pana X. tak mocno jak to robię, nie chciała go dłużej znać, czy widzieć i żałowała, że w ogóle go poznałam, a jednocześnie żebym tęskniła za nim tak mocno? Bo nie mogę już tego znieść. Rozmawialiśmy ze sobą jakieś 2 tyg. temu, później napisałam o ten piec, ale oczywiście nie pojawił się. I już nie mogę wytrzymać. Jestem strasznie rozdrażniona i zdenerwowana przez to wszystko. Pomimo zmęczenia, nie potrafię zasnąć. Rano natomiast, zamiast spać do 10, budzę się o 7-8, z brzuchem bolącym mnie z nerwów. Miałam już tak w zimie. Zaczęło się w trakcie sesji i trwało długo po jej skończeniu. Pomyślałabym, że to może właśnie przez sesję, tym bardziej, że chyba nie zdałam egzaminu z psychologii (kobieta nie chciała nam przepisać 4.5, tylko 5, więc przegrałam życie, no i nie chciało mi się uczyć, więc się nie nauczyłam. Durna ja), ale skoro wtedy ten stan utrzymywał się znacznie dłużej, to chyba jest po prostu kumulacja tego wszystkiego. Ciekawe, czy jak będę miała się z nim spotkać, to czy znowu będę się denerwować? Bo tak właśnie było. Budziłam się zestresowana, bo wiedziałam, że za chwilę się z nim spotkam, a przed samym spotkaniem myślałam, że umrę ze stresu. Nie wiem o co z tym chodzi, ale chcę żeby już się skończyło.
I tak bardzo jak chcę przestać o nim myśleć, tak bardzo nie potrafię. Siedzi w mojej głowie non-stop. Zastanawiam się czemu mnie pocałował, co teraz może robić, czy myśli o mnie czasem i takie tam. Każdy przychodzący sms odbieram z drżeniem rąk, bo liczę, że to on piszący, że jest w Kato.

I pomimo tego wszystkiego, ja na prawdę chciałabym od niego uciec. I to jest okropne, że część mnie chce tego tak mocno jak niczego na świecie, a druga część chce czegoś zupełnie innego. To się właśnie nazywa zjawisko dysonansu. Tak myślę. Szkoda, że nie wpadłam na to na egzaminie, może dostałabym za to punkty. I niby wiem jak je zredukować (to zjawisko), ale za nic nie umiem się do tego zastosować w praktyce.

Zaraz po prostu do niego napiszę. Nie wytrzymam i napiszę. Tak mnie ręce świerzbią. Później będę żałować, wiem to. Ale co mam zrobić jak już szału dostaję? Jeszcze jak paliłam, to jakoś było. Teraz nie mam kasy na fajki (zrobiłam kalkulacje moich wydatków i środków przeznaczonych na nie i nie stać mnie na to w tej chwili), więc nie mogę się rozluźnić w ten sposób.

Oszaleję.

sobota, 15 czerwca 2013

Jak zwykle

Mam tego wszystkiego serdecznie dosyć. Myślałam, że będzie spoko, w końcu zacznę od nowa, ułożę sobie życie, tak jak zawsze tego chciałam. Zero problemów, zero Pana X. Cóż, wg. moich znajomych jestem na niego skazana. I nie obchodzi ich, że ja tego nie chcę, i że poważnie mam dosyć znajomości z nim. Oczywiście, że cierpię i tęsknię. Ale ziarno nienawiści do niego, które wyhodowałam w sobie, jest wielkości sekwoi. Bo zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo mnie skrzywdził, i że choćbym nie wiem jak się starała, on zawsze będzie na nie. I nienawidzę go za to, że mnie pocałował w ogóle. I za wszystkie kłamstwa, którymi mnie karmił, jak głodnego psa. I za to, że był moim pierwszym, chociaż dla niego nic to nie znaczyło. I za tą całą popieprzoną sytuację. To on jest wszystkiemu winny. Nie potrafiłabym już chyba patrzeć na niego tak, jak patrzyłam kiedyś. Obrzydza mnie. Heh, teraz nawet jakby mi zaproponował związek, to bym odmówiła. Za dużo się stało i zbyt wiele razy płakałam przez niego. Postanowiłam więc zacząć od nowa. Rzecz jasna balonik z tego wyszedł.

Wczoraj miałam ten nieszczęsny egzamin z logiki. Heh, jak tylko usiadłam na swoim miejscu, wiedziałam, że zdam. Na ławce narysowany był CHARLIE THE UNICORN! I podpis 'put the banana in your ear' <3. To był znak, że zdam. Nie wiem, czy mi się udało, ale w to wierzę :D.
Po egzaminie poszliśmy całą grupą na piwo. Było świetnie :D Kupiłam sobie nową paczkę fajek i siedziałam zrelaksowana i roześmiana pod parasolkami. Okazało się też, że powinnam czuć się zaszczycona i w ogóle, bo Pan X. utrzymuje kontakt jedynie ze mną. J powiedziała mi, że nie odpisał jej  nawet, czy wybierze się z nami na to piwo. Cóż. Żałosny człowiek.
Strasznie się zasiedziałam na tej naszej posiadówie. W dodatku rozładował mi się telefon, więc nie wiedziałam czy K. mi napisał i mam jechać do niego, czy nie. Jak tylko wróciłam do mieszkania, czyli jakoś przed 20, okazało się, że R. chce żebym do niej wpadła, żeby się z nią pożegnać, bo wraca do domu, a później jedzie za granicę. Zgodziłam się, i jak się okazało, K. również miał tam być.
To, że tam poszłam to był błąd mojego życia. Na początku lajtowo. Przypomniałam sobie, że są urodziny dziadka, więc do niego zadzwoniłam, podczas gdy reszta zaczęła już pić. Później dołączyłam do nich, ale po tym piwie zrezygnowałam z wódki. Po pierwsze bałam się, że rzygne, po drugie, nie jestem pewna, ale chyba dalej mam wtręt.
No i tak pili sobie, ja siedziałam i śmiałam się, dopóki nie włączyli jednej piosenki. Na wielkanoc dostałam uczuciowego świra do Pana X., przez nią.  Teraz było to samo. Zrobiłam się smutna. Nie bawiły mnie wygłupy taneczno-wokalne R. Nic mnie nie bawiło. Zaczęłam rozmawiać z Kr. Powiedział mi, czemu napisał mi co napisał. Porozmawialiśmy sobie od serca o naszych problemach. Ja powiedziałam mu, że kończę z Mr. X. i muszę zacząć umawiać się z innymi. Ogólnie, bardzo spoko to było. No i później dołączyła do nas R. Wygoniła Kr. i zaczęła mi mówić, że wtedy jak była obrażona i pisała mi te wszystkie okropne rzeczy, to napisała je dlatego, że wszyscy tak pisali i nie chciała zostać sama. I, żebym nikomu tego nie mówiła, ale tak na prawdę, to ona mnie rozumie i rozumiała i zrobiła to ze względu na innych. To mnie rozwaliło. Ale później była jeszcze lepsza akcja. Chciałam już wyjść do domu. Włączyłam sobie piosenkę na pożegnanie i zaczęłam się zbierać. R. wcześniej rzucała dziwne hasła do K., w stylu: 'wyrwałeś już?', no i tym razem też rzuciła. Jak tylko zaczęłam się ubierać, a on przyszedł z łazienki, walnęła 'o twoja dupa już wychodzi'. To było żenujące. K. chciał żebym poczekała i próbował mnie zatrzymywać. Ja nie chciałam wracać sama, bo była 3 rano, ale nie chciało mi się czekać, aż skończy jeść, więc nie wiedziałam co mam robić. I właśnie wtedy się zaczęło. R. zaczęła mówić na głos do Kr., czy powinna powiedzieć K., że dla mnie zawsze będzie Pan X. na pierwszym miejscu. Kr. próbował ją uciszyć. Ale ona wtedy zaczęła mówić do K., że co by nie zrobił dla mnie, to i tak nic nie da, niczego nie zmieni. Nie miała prawa tak mówić. W ogóle nie miała prawa zabierać głosu w tej sprawie. Nie rozmawiałam z nią o tym co mam w głowie, to skąd może w ogóle cokolwiek wiedzieć o tej całej sytuacji? Że ja czekam, aż on coś zrobi. Poza tym, czyją ona jest przyjaciółką, moją, czy jego, do cholery?! Tak czy inaczej, później powiedziała już o jedną rzecz za dużo. Mianowicie, coś w rodzaju, że biedna ja nie dam sobie sama rady pójść do domku. Chciała mi pokazać, jaką sierotą jestem. A później dodała, że K. ma zostać z nią, bo ona wyjeżdża, a ze mną może się widzieć całe wakacje. Cóż, szkoda tylko, że ja w wakacje wracam do domu. No. K. chciał ze mną iść mimo wszystko, ale wtedy zaczęły się teksty do mnie w stylu 'to wszystko dla twojego dobra'. Wkurwiłam się. I to niesamowicie. Zarzuciłam torbę na ramię i zaczęłam wychodzić. Kr. podszedł do mnie i ze współczuciem przytulił na pożegnanie. Podeszła też R. Również mnie objęła i coś powiedziała, ale mnie to już nie obchodziło. Wyszłam. Nie doszłam nawet na chodnik, a łzy ciekły już po moich policzkach. Jak ona w ogóle mogła coś takiego mówić? Za chwilę przyszedł od niej sms. Przepraszała za swoje zachowanie, mówiła, że mnie kocha, że jej zależy na naszej przyjaźni i takie tam. Nie obchodziło mnie to już. Pisała mi też, o tej całej sytuacji z K. Że nie powinnam go tak traktować i wgl. W końcu odpowiedziałam jej, że w ogóle nie będę go traktować, skoro tak jej zależy. Żadnych K. ani X. Obu przestaję jakkolwiek traktować. Dzisiaj nie odzywam się już do nikogo z nich, z wzajemnością. Ciekawa jestem tylko, co R. mówiła K. na mnie. Bo obgadała mnie równo, tego jestem pewna, skoro pisała do mnie takie rzeczy.

Moje grono znajomych powoli się zmniejsza. Dobrze mi z tym. W końcu zostaną ci najbliżsi, którzy mnie nie zostawią, nie wykorzystają i będą po mojej stronie, nie po przeciwnej. Jak Ol. Byłam dziś u niej i opowiedziałam jej to wszystko. Zgodziła się ze mną w 100%, że to było popierdolone, i że R. zachowała się okropnie, do czego nie miała prawa. Najpierw sama naobiecywała K., że zrobi wszystko, żebyśmy byli razem a teraz o, jakieś cyrki. Co więcej, Ol. popiera mnie też w mojej byłej decyzji dotyczącej spraw uczuciowych. Byłej, bo teraz się wszystko rozpierdoliło i nie wiem co mam robić.
Jest też P. Z nią jest najlepiej, czuję się najnormalniej. Jak stara, dobra ja, ale to już pisałam. Mogę jej wszystko opowiedzieć, a ona i tak mnie nie ocenia. Jest mega obiektywna. Jako jedyna z moich znajomych lubi Pana X., bo nie patrzy na niego przez pryzmat tego co mi zrobił, ale jak na człowieka. I to jest zdrowe podejście.
Dzisiaj więc, poświęciłam się i swoją odpadającą nogę i latałam z nią rankiem po mieście, załatwiać jakieś sprawy.
Na angielski nie poszłam. Wiedziałam, że nie powinnam iść po logice na piwo, ale nie wiedziałam czemu. Przypomniałam sobie, że mam coś do nauki, dopiero koło 23, czyli u R. Ale oj tam oj tam, pójdę w poniedziałek. Bardziej martwię się tym, że nie wiem co mam robić z życiem. Wszystko się zjebało, a miało być tak pięknie.

środa, 12 czerwca 2013

Plan.

Super. Po raz kolejny mam następny, wielki plan. Oczywiście już nie mogę doczekać się realizacji, bo tym razem planuję zakończyć tą całą, chorą sytuację. No i okazało się też, że czeka mnie wesele, więc muszę znaleźć osobę towarzyszącą, a z tym chaosem to się nie-wy-da-rzy. Plan dotyczy rzecz jasna Pana X., czyli głównej przyczyny tego całego bałaganu. Napisałam dziś do niego, bo po 1. nie chcę już go znać, a mam jego wzmacniacz i w tej sytuacji muszę mu go oddać, po 2. plan, plan, plan,plan! Jego realizacja wymaga naszej konwersacji. Będzie pewnie jak zwykle, czyli ja będę mówiła, a on będzie milczał. Ach, jak ja to wszystko już widzę. Rzecz jasna, rozmowa odbędzie się w momencie, kiedy będzie na mnie, całując mnie i próbując rozebrać. To będzie wyglądało tak:

Sceneria: jego łóżko, ja leżę na nim, on na mnie, próbuje mnie całować. Ja mu przerywam:
Ja: Co Ty robisz?
On: Rozbieram cię.
Ja: Czemu?
On: Bo to fajne. I bo to lubisz.
Ja: Nie.
On: Nie lubisz?
Ja: Lubię, ale to jest złe.
On: Dlaczego?
Ja: Bo nie możesz mnie dotykać.
On: O co ci chodzi?
Ja: Nie jestem twoja. Żebyś mi tak robił muszę być twoja. Chcę normalnego życia. Tym bardziej, że już nie studiujemy razem.
On: I co z tego? Rozmawialiśmy o tym. Nic się nie zmieniło.
<w tym momencie schodzi ze mnie i kładzie się obok>
On: Nie chcę tak.
Ja: A ja tak. I przykro mi, nie będę się szmacić więcej. Nie jestem twoja, nie dotykasz mnie. Proste.
<i w tym momencie będzie nie wiem co, bo nigdy jeszcze nie było takiej rozmowy, ale spodziewam się wielkiego focha, albo czegoś w tym rodzaju>

Koniec końców, ja nawet nie liczę, że on powie coś innego. Nie wiem czemu, ale nie mogę się doczekać tego wszystkiego. Wiem, że to będzie totalny koniec, kaplica, ale wiem też, że to jest konieczne. Plus jest też K... ;)) Chyba coś z tego wyniknie. Tylko on potrafi sprawić, że nie myślę o tym kretynie. I to jego wezmę na to wesele. Może nie jest chodzącym testosteronem, jak Mr. X. ale jest mega przystojny, dobrze nam się gada i ogólnie nie potrafię go nie lubić. No i uważa, że jestem ładna :3

Ze strony Pana X. bardzo dziwne było to, co dzisiaj napisał (jakbym się jeszcze nie przyzwyczaiła do tego, że z nim wszystko jest dziwne). Otóż, siedząc sobie dziś u fryzjera bardzo mi się nudziło (heh, szalona ja zgodziłam się na bycie modelką w akademii fryzjerskiej, w zamian za darmową fryzurę. Podgoliłam więc bardziej bok i mega wycieniowałam resztę włosków. P, która ze mną była stwierdziła, że jestem strasznie śliczna i mi zazdrości tego jak wyglądam i włosów i wpadnie w kompleksy, bo otacza się za ładnymi ludźmi). Postanowiłam więc napisać do Pana X. z tym piecem. Coś w stylu, kiedy mogę mu go oddać. Powiedział, że nie wie kiedy będzie w Kato. Na to ja, z nieukrywaną złością/fochem, czy jak to inaczej nazwać, napisałam mu, że nie będę mu tego wiozła do niego, że nie chcę już tego pieca, więc niech się pośpieszy. Później dodałam, że w sumie niech robi co chce, ale niech mi powie, jak będę mogła mu go dostarczyć. No i wtedy okazało się, że będzie w Kato w tym tygodniu! Cóż za szczęście -.-. Szkoda, że nie wiem, czy ja znajdę dla niego czas, bo do weekendu ciągle coś robię! Dzisiaj poza fryzjerem byłyśmy z P. roznosić CV. Udało nam się oddać je do paru sklepów i teraz modlę się, żeby ktoś oddzwonił. Bo to moja jedyna deska ratunku, praca w wakacje. Później udałam się do współlokatora R., żeby wytłumaczył mi logikę, bo jutro exam. Okazało się, że umie tylko to co ja, więc niewiele się nauczyłam od niego. Za to jak wróciłam do mieszkania, przysiadłam się i ogarnęłam najtrudniejszą rzecz. Mam nadzieję, że nie pomiesza mi się do jutra i zdam!
Co do jutra. Po egzaminie, wracam do mieszkania i uczę się na angielski, bo wieczorem dostałam zaproszenie do K. i bardzo chcę się wybrać :3
W piątek angielski, a później w sumie nie wiem co :D Ale P. coś chciała.

Poza tym, rzucam fajki. Od wczoraj. Jest okropnie. Mega chce mi się palić, jestem wściekła i rozdrażniona. I głodna. Idę więc coś zjeść ;)

wtorek, 11 czerwca 2013

Nie wiem nic

Siedzę i się nudzę. Noga boli, ale nie byłam u lekarza. Chyba powinnam się wybrać, bo siniak zamiast się zmniejszać, robi się coraz większy i bardziej fioletowy. Nie wiem, czy Pan X. jest w domu, czy w Kato, ale nie spytam. Nie zrobię z siebie kolejny raz kretynki. Jak zechce, to sam napisze. A poza tym, co mnie to obchodzi czy jest, czy go nie ma? Staram się wmówić sobie, że nic. I nie mam pojęcia co robię. Ale tak konkretnie, nie wiem nic. Dostałam znak od Boga/Wszechświata, że nie powinnam jechać i spotykać się z K. Odpuściłam koncert, ale tylko dlatego, że P. nie mogła jechać, no i też na rzecz palenia w remontowanym mieszkaniu K. Bo tak właśnie, w zamian za koncert, zaproponował, że przyjedzie i tam pójdziemy. Oczywiście nie byliśmy sami - był  z nami jakiś wspólny znajomy K. i X (który swoją drogą zgubił namiot Pana X., ale przysięgłam, że tego nie powiem. Cóż, zobaczymy, Pan X. i tak nie chce mi go pożyczyć, to co się będę mieszać. Ciekawe tylko, czy domyśla się, że go nie ma :D). Zabawny człowiek. A co do 'imprezy', to spaliłam się jak nigdy w życiu. To było mega. Trzymało mnie jeszcze przez chwilę na drugi dzień. Swoją drogą, nie pamiętam nic, z mojego dojścia do mieszkania. Wiem, że K. mnie odprowadził. Rozmawialiśmy, było zabawnie, ale na całe szczęście, do niczego nie doszło. Nie mam pojęcia, jak znalazłam się w łóżku. Wróciłam przed 3 rano, i wstałam koło 12. Ale jak weszłam do mieszkania i się położyłam do łóżka - tego nie wiem. Trudno.
W niedzielę miałam mega nudy. Poszłam posiedzieć przy rzeczce, a w międzyczasie zadzwoniłam do mamy. Gadałam z nią o niczym godzinę. Ot dla zabicia czasu. Miałam spotkać się z R., ale nic z tego nie wyszło. I tak siedziałam sobie i nie wiedziałam, co mam ze sobą począć.
Wczoraj z kolei pisałam od samego rana z K. To zabawne, jak potrafi sprawić, że uśmiecham się do monitora, czy ekranu komórki. Po południu zaproponował mi spacer do R. Zostawił aparat, a nie chciało mu się iść samemu. Stwierdziłam, 'co mi szkodzi? I tak się nudzę'. I to właśnie mu napisałam. Na miejsce dotarliśmy przed 16. Moim planem było wejście, odebranie aparatu, wyjście (jak to zawsze robiłam, kiedy ja chodziłam coś odebrać z Panem X.). Ale po paru minutach wiedziałam, że szybko nie wyjdę. Dałam sobie czas do 18. Czemu tak? Miałam sporo nauki na dzisiejszy egzamin, który wstyd byłoby oblać. No plus chciałam dostać dobrą ocenę.
Nie wiem czy to było przed 18, czy już po, ale poszłam z K. po wino. I tak to się potoczyło. Najpierw jedno wino, później drugie i trzecie. W międzyczasie dzwonił padre, który kazał mi kończyć imprezę i wracać się uczyć. Wiedziałam, że miał racje. Było późno, a ja miałam rano egzamin. Ale świetnie się bawiłam, i olałam to co mi powiedział. Pomyślałam, że mam czas do rana. Wolałam posiedzieć ze znajomymi, poprzytulać trochę K. i się pośmiać. O 24 zabrałam się za naukę. Oczywiście w mieszkaniu R. Pomagał mi jej współlokator (który swoją drogą jest chyba zajebiście mądry i obiecał mi pomóc jutro z logiką) i K. Pouczyłam się tak 40 minut i stwierdziłam, że trzeba spadać, bo to nic z tego nie będzie. Plus R. już się położyła. Tak więc, zebrałam się, a K. mnie odprowadzał. Dochodząc do mnie na osiedle zaczęło lać. Schowaliśmy się pod daszkiem przy moim bloku. Siedziałam z nim tam pół godziny, mając swoje mieszkanie jedynie parę kroków do windy. od windy i 19 pięter w górę. Nie mogłam go tam zostawić. To byłoby niegrzeczne. Deszcz nie przestawał padać, mnie gonił czas, ale siedziałam. W końcu zaproponowałam mu, żeby wszedł, bo był mega zmarznięty. No i tak poszliśmy do mnie, on posiedział i porobił coś na telefonie, a ja starałam się nauczyć cokolwiek. I tak zeszło do 3.30. Wtedy to, K. stwierdził, że się zbiera, a ja mam iść spać. Zgodziłam się. Odprowadziłam go do drzwi i uścisnęłam na pożegnanie. Tak po przyjacielsku. A dzisiaj pisaliśmy chwilę, bo okazało się, ze egzaminu nie będzie 'z powodu TYCH okoliczności' (cokolwiek to znaczy???) i będziemy mieć przepisane oceny z ćwiczeń.
Heh, ale przynajmniej jedną osobę płci męskiej (poza moim ojcem) obchodzi co u mnie i nie obawiam się, że jak sama napiszę, to wyjdę na idiotkę. Tylko co z tego, skoro i tak nie mam pojęcia co ja wyczyniam? Gdzie jest jakaś granica, która być musi? Może jakiś punkt odniesienia, cokolwiek!!! Co ja w ogóle mam robić? I czemu do cholery nie znam odpowiedzi na te pytania?

sobota, 8 czerwca 2013

hehehehe

Miało być tak fajnie. Miałam żyć zgodnie z listą. I co? Dupa. Już wczoraj nie wyszedł punkt 4, 5, 13 i 21. Byłam tak wkurwiona na otaczającą mnie rzeczywistość i Pana X., że oczywiście musiałam palić. I było mi bardzo źle. Wieczorem więc, postanowiłam wyjść na balkon i sprawdzić, jak daleko mam do ziemi. Wychodząc przez okno (nie mam w pokoju drzwi, a nie będę prosić za każdym razem współlokatorów, żeby mi pozwolili z nich skorzystać, plus godzina była już na to za późna), źle zeskoczyłam z parapetu. W pierwszej chwili myślałam, że skręciłam kostkę. Ból był okropny. Jednak mogłam ruszać stopą bez większych problemów, tak więc pomyślałam sobie 'eeee tam, nieraz już tak stanęłam i bolało i za chwilę przestało'. Cóż, tym razem było inaczej. Po minucie stania poczułam, że zaczynam mdleć. Musiałam więc szybko przedostać się przez parapet do pokoju. Zdążyłam w ostatniej chwili. Upadłam na łóżko i czułam jak wszystko wokół wiruje. Taka niesamowita karuzela. A stopa bolała niemiłosiernie. Kiedy organizm się uspokoił, zdjęłam rajstopy, żeby sprawdzić, czy wszystko jest okay. Poza niewielkim spuchnięciem było w porządku. Dzisiaj natomiast siniak zajmuje większość mojej stopy. I to nie tylko z jednej strony.




Zadzwoniłam do mamy, bo nie wiedziałam co mam zrobić. Pierwszy raz płakałam z bólu. Poradziła mi, żebym zadzwoniła do kogoś i poprosiła o pomoc w dostaniu się na SOR. No i właśnie. Miałam już nigdy nie odezwać się do Pana X., ale byłam zmuszona, jako, że mieszka najbliżej. Okazało się jednak, że wrócił do domu. I tak właśnie zrobiłam z siebie idiotkę. Przez swój głupi pomysł.
Stwierdziłam też, że to musi być znak od Boga/Wszechświata, że to co planuję, czyli wyjście z K. na koncert i skończenie dzięki temu raz na zawsze z Panem X., to zły pomysł. A ja już miałam to wszystko tak pięknie ułożone... Chciałam mu dzisiaj napisać, że nigdy więcej mnie nie dotknie, bo nie zamierzam się z nim już szmacić, a jeśli chce mnie dotykać, to muszę być Jego, bo postanowiłam zacząć się szanować i mam dosyć takiego traktowania. Ale kupa. Nie napiszę. Bo wczoraj prosiłam go o pomoc (znaczy on o tym nie wie, bo to nie było tak wprost, ale tak czy inaczej napisałam). I teraz najlepszym wyjściem będzie się po prostu nie odzywać.
A co do listy, to wykonałam parę punktów. Np. 9, 10, 11. Ale i tak jestem na minusie -.-. No nic, zobaczę jak to wszystko dalej będzie wyglądało.

piątek, 7 czerwca 2013

Koniec

Już po raz kolejny mówię 'koniec', ale tym razem na serio. Jestem zła. I to bardzo. Pan X., pomimo, że nie jest ze mną, próbuje ustawić mi życie. I tak np. na zakupach, rządził tym co wkładam do koszyka. 'To nie jest ci potrzebne', 'po co ci to, przecież to masz', 'nie bierz tego', itd. A wczoraj z wielką złością, nazwał mnie 'pieprzonym palaczem'. Co mu kurwa do tego, co ja robię?! Nie ma prawa mówić mi takich rzeczy, ani tak się do mnie zwracać. Niech pilnuje siebie i swojego nosa. Tak więc, wczoraj w nocy, kiedy nie mogłam spać, postanowiłam zrobić listę rzeczy z którymi kończę i wygląda ona następująco:
1. Koniec z chęcią bycia Jego.
2. Koniec ze szmaceniem się.
3. Koniec z bieganiem za nim.
4. Koniec z robieniem z siebie idiotki.
5. Koniec z fajkami.
6. Koniec z kretynami.
7. Koniec z miłością.
8. Koniec z użalaniem się nad sobą.
9. Koniec z lenistwem.
10. Koniec z siedzeniem w mieszkaniu.
11. Koniec z byciem miłą dla wszystkich.
12. Koniec z robieniem sobie problemów.
13. Koniec z marzeniami.
14. Koniec z naiwnością.
15. Koniec z podejmowaniem złych decyzji.
16. Koniec z byciem słabą.
17. Koniec z robieniem sobie krzywdy (fizycznej i psychicznej)
18. Koniec z paplaniem za dużo.
19. Koniec z nieśmiałością.
20. Koniec z przejmowaniem się.
21. Koniec z głupimi pomysłami.

I będę dopisywać do tej listy kolejne punkty, i będę wg. niej żyć. Może w końcu będę szczęśliwa.

wtorek, 4 czerwca 2013

Pomyłka

Wczorajszy dzień to była totalna pomyłka. Zrozumiałam to dzisiaj. Nie powinnam robić tego, co zrobiłam. Dzisiaj tego żałuję, bo taki układ mi nie odpowiada. Na raz i na chwilę, może i było fajnie. Ale wiem, że z nim to nie było na raz. Będzie tego więcej, a ja w końcu nie wytrzymam i znowu będę cierpieć. Już cierpię. Boli mnie to, że on tego nie rozumie, ale ja zamierzam go oświecić przy najbliższym spotkaniu, które nie wiem kiedy nastąpi. Jest kompletnym palantem. Nawet nie wiem, czemu go kocham. Ma mnie w dupie, denerwuje mnie, olewa, nie ma go, kiedy jest potrzebny, nie słucha co mówię i co najważniejsze, twierdzi, że mnie nie chce. Za co więc mam go kochać? To wszystko to jedna wielka pomyłka, a on jest największym jej elementem.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Powroty.

Dla mnie są zawsze na plus, bo wraca do mnie coś, czego mi brakowało. I tak, np. dzisiaj wrócił Pan X. Najpierw napisał i szukał mnie na uczelni. Niestety byłam wtedy odrabiać wf i tak średnio mogliśmy pogadać. Nie wiedziałam o co dokładnie mu chodzi, więc zaproponowałam, żeby mi napisał, albo, że do niego zadzwonię jak skończę. Oczywiście, nie mogło być tak prosto i napisał, żebym zadzwoniła. Pisząc z nim ciągle uśmiechałam się z satysfakcją do telefonu. Napisał do mnie jako pierwszy! Wytrzymał bez kontaktu ze mną tylko 3 dni :D. Z niecierpliwością czekałam więc na koniec aerobiku. W drodze do mieszkania zadzwoniłam do niego. Kazał mi zawrócić pod rektorat i czekać na niego. Nie powiedział po co. Ale skoro poprosił, to się wróciłam. Okazało się, że czekał na mnie cały czas (czyli jakieś 1.5 godziny :D), w tą paskudną pogodę,  kręcąc się koło rektoratu. Kiedy tylko go zobaczyłam, moje serce zabiło mocniej, a w brzuchu zaroiło się od motyli, które tak dokładnie chciałam otruć. On również ucieszył się na mój widok. To było coś. Czekaliśmy na kolegę, z którym Pan X. był umówiony, żeby coś odebrać, i rozmawialiśmy. Było mi dziwnie i zupełnie nie wiem czemu. Później, wracając na osiedle, Pan X. rzucił tekstem, że nie chce mu się wracać do domu -> czyt. chciał spędzić ze mną trochę czasu. Wiem to, bo sama stosowałam te same sztuczki na niego xd .Zaproponowałam więc, że skoczę szybko pod prysznic, a później pójdziemy na obiad. Zgodził się i tak właśnie zrobiliśmy. Jedząc, spytałam go o jego plany na resztę dnia. Zaproponował mi  wtedy wspólne oglądanie filmu. Oczywiście, że się na to zgodziłam! Wystarczyło, że weszłam do jego mieszkania, usiadłam na kanapie i wtedy się zaczęło. Podszedł do mnie i powiedział, że ma na mnie ogromną ochotę. Co tu było dużo udawać, ja na niego też miałam. Tak więc, pomimo, że nie zrobiliśmy konkretnie TEGO, bo nie jestem na piksach, a jak powiedział, z gumką jest dużo gorzej, to jestem teraz szczęśliwa i spełniona :3. Bardzo brakowało mi tego, bo w końcu nasz ostatni raz był 7 maja, czyli o jezusie, prawie miesiąc temu :O I teraz jest mi tak bardzo dobrze :3 Wiem, że powinnam zapomnieć, wiem, że powinnam mieć go w dupie, ale jak pojawia się choćby nadzieja na to, że mogę coś wywalczyć jeszcze to się tego chwytam. I tak, teraz właśnie będę się starać. Ciągle podkreślam, że nie studiujemy już razem i liczę, że to wiele zmieni. I nie obchodzi mnie, że może to wyraz mojej głupoty i za dwa dni znowu będę płakać. Teraz jestem szczęśliwa i walczę, bo mam o co.
Kolejny wielki powrót - moja R. Jutro się w końcu spotkamy i porozmawiamy <3 I can't wait!

sobota, 1 czerwca 2013

Czerwiec!

No i mamy czerwiec. Nie zapowiada się on jakoś szczególnie fajnie. Maj z resztą też się nie zapowiadał i nieciekawie się skończył.
Zerówki z smsu nie zdałam, pomimo, że umiałam wszystko na pamięć i pomagałam w nauce innym. Trudno. Napiszę w pierwszym terminie i tym razem postaram się zdać. Jedyną przeszkodą w tym może być to, że jak jeszcze raz przeczytam coś o grupach społecznych to chyba rzygne nimi.
Jakoś nic mi nie idzie. Pracę na zaliczenie niby napisałam, ale czuję, że mi nie wyszła. Chciałam, żeby Pan X. mi pomógł, ale oczywiście miał ważniejsze sprawy i mnie olał. Zaproponował co prawda, że mi na to rzuci okiem, ale zapomniał. Prosił o wybaczenie, ale stwierdziłam, że się muszę zastanowić. Mam dosyć jego zachowania wobec mnie.
Potraktował to chyba jako żart, ale jak nie będę do niego tygodniami pisać, to chyba się zorientuje, że coś jest na rzeczy. Bo takie właśnie mam postanowienie. Nie pisać do niego jako pierwsza. W sumie to nawet się o to założyłam z O. Koniec z robieniem z siebie żałosnych kretynek, no bo ile można.
Chcę o nim tak trochę zapomnieć, ale tak tylko próbuję, to zaraz wspominam. I to aż boli. Kiedyś było nam tak dobrze. Czemu to wszystko się tak potoczyło? Byłam głupia. Powiedziałam albo za dużo, albo za mało i teraz obwiniam się o tą całą sytuację. Ale taka właśnie jest prawda. To przeze mnie nam nie wyszło. Oczywiście, jest też sprawa tego, że on ma najebane we łbie, ale chce ze mną być (bo nie wiem jak inaczej interpretować to, że żałuje, że nie jestem z nim w ciąży? A taka sytuacja byłaby dla niego idealna, jako powód do bycia ze mną bez żadnych 'nie mogę, bo cię zranię').

Chciałabym, żeby czerwiec był dla mnie łaskawszy niż maj. Chcę jedynie zdać sesję (nie mam w tym semestrze ambicji, żeby dobrze ją zdać. Po prostu chcę ją jakoś zdać) i skończyć raz na zawsze z tym jednym wielkim dramatem. No i dobrze byłoby znaleźć pracę. To takie moje własne życzenia do mnie samej z okazji dnia dziecka. W końcu mimo wszystko jestem jeszcze dzieckiem ;)