poniedziałek, 24 lutego 2014

Let me in your room....

Mam nową piosenkę, którą mogłabym zaśpiewać Panu X. - 'In your room', Halestorm.

Widzieliśmy się wczoraj. Jak planowałam, napisałam do niego, czy nie poszedłby ze mną do silesii. Nie odpisał. Poszłam więc sama. Po drodze zadzwonił do mnie i powiedział, że już tam jest, i że po mnie wyjdzie. Zgodziłam się, ale miałam okropny humor. Trochę chciałam go pobić i nie wiem za co. Zauważył, że jestem dziwna, ale ja sama nie rozumiałam swojego zachowania, więc nie potrafiłam mu wyjaśnić, co się właściwie ze mną dzieje. Cały czas miałam straszne huśtawki nastrojów - raz się śmiałam, a raz go opierdalałam za to, że istnieje. W końcu kupiłam buty, połaziłam z nim po galerii i zebraliśmy się do powrotu. Zaskoczyłam go, że pracuję. Chyba liczył, że pójdziemy do niego i, że mnie przerżnie tak, jak oboje tego chcieliśmy. Niestety, było to niemożliwe. Myślałam, że może umówimy się na wieczór, ale okazało się, że jego ciocia wraca. Odprowadził mnie jednak do galerii, posiedział chwilę ze mną i poszłam do pracy. No i się popłakałam.

Dzisiaj moim największym marzeniem było go spotkać. Nie wiedziałam jednak jak to zrobić, tym bardziej, że nie jestem pewna jego planu. Poszłam więc pozałatwiać swoje sprawy. Wracałam co prawda drogą okrężną, ale go nie spotkałam. Do czasu. To był po prostu znak od wszechświata, że to jest ten dzień, żeby z nim porozmawiać. On wracał z całkiem innej strony i spotkaliśmy się przy wejściu na osiedle. Zaczekał chwile na mnie, a ja podeszłam do niego ze łzami w oczach. Nie wiedział co mi jest i chciał się dowiedzieć, ale kolejny raz nie umiałam mu odpowiedzieć na to pytanie. Zaprosił mnie więc na herbatę. Wiedziałam, co się wydarzy, ale poszłam. I to była dobra decyzja.

Zaczął całować mnie już w kuchni. Tak mi tego strasznie brakowało przez te parę dni... Następnie przeszliśmy do jego pokoju. Zaczął się do mnie dobierać i wtedy... zadzwonił mój telefon. Padre. No nic, odebrałam, a Pan X... dobierał się do mnie dalej! Było niesamowicie. W ogóle nie mogłam się skupić na rozmowie. W końcu skończyłam rozmawiać i przeszliśmy z Pięknym do konkretów. Było mi tak cudownie! Nie doszłam, ale za tym właśnie tęskniłam. Powiedział mi nawet, że jestem w tym dobra. Heh, może coś w tym jest, bo powiedział to sam z siebie. A później wszystko popsuł mówiąc, że to nie jest na zawsze. Następnie ja się popłakałam. I to tak bardzo. Był zdezorientowany. Też bym pewnie była. Znowu chciał wiedzieć co się stało, a ja kolejny raz nie umiałam mu wytłumaczyć. Cóż. Później napisałam mu esemesa. Przeprosiłam go, że był świadkiem mojego płaczu, i zaproponowałam wyłączność, bo jestem na tabletkach, i że chroni mnie to jedynie przed ciążą. Ja nie jestem jego, on nie jest mój. Kolegujemy się i uprawiamy seks. Odpowiedział mi. Oczywiście była to negatywna odpowiedź. Powiedział, że jeśli tak o tym myślę, to nie chce już więcej tego robić ze mną, bo ma ostatnio trochę problemów ze sobą. Spytałam go więc, czy powie mi o co chodzi. Odpowiedział, że wszystkiego nie może mi powiedzieć, ale powie mi, że to że się znowu po tym wszystkim rozpłakałam dało mu do myślenia. Zaczęłam go więc zapewniać, że jedno nie miało z drugim nic wspólnego itd. Powiedziałam mu też jedną z piękniejszych rzeczy - że bardzo chciałabym mu pomóc, bo on mi pomógł nie raz, ale musiałby mi na to pozwolić. Podziękował mi i powiedział, że to jest coś, co musi zrobić sam. Z biednej, pokrzywdzonej mnie, nagle to on zrobił się małym, bezbronnym chłopcem. I ja mu pomogę. Obiecałam to sobie. I tak odniosłam spory sukces, że przebiłam się przez tą skorupę w której siedzi. Jestem z siebie zadowolona. No i wiem, że nie chce mnie skrzywdzić. Teraz jak czytam kolejny raz te wiadomości, zastanawiam się, czy to nie ja go skrzywdziłam. Zaproponowałam mu prosty układ, który on sam mi proponował w zeszłym roku. No nic, jutro chcę się z nim spotkać i pogadać. Nie wiem o czym, ale tak zrobię :p

sobota, 22 lutego 2014

Brnę w to dalej

Jest cudownie. Cała szyja boli mnie od Jego ukąszeń, na ramionach mam malinki, a moje piersi wyglądają jak dwie biedronki, z powodu pozostałych odcisków jego palców... A nawet nie uprawialiśmy jeszcze seksu.
Tylko dlaczego pośród idealnego życia, jest mi jakoś tak... źle?

Cała historia zaczęła się we wtorek. Byłam w pracy. Zadzwonił do mnie, no i... się nie umówiliśmy. A tak na to liczyłam. Nawet ładniej się ubrałam. Spytał po prostu o której kończę. Odpowiedziałam, pożegnaliśmy się i przez resztę zmiany miałam mega kombo. Bardzo chciałam do niego napisać i się z nim umówić, ale postanowiłam poczekać do 15. Obstawiłam, że wtedy na pewno będzie już w Kato, a i ja będę po pracy i mooooże coś wyjdzie. Było mi głupio, że to ja nalegam na spotkanie, ale co miałam robić? Po tym jak zadzwonił, mój spokój wewnętrzny runął. Na pół godziny przed końcem zmiany, w momencie, kiedy prawie mdlałam ze stresu przed wysłaniem mu wiadomości, pojawił się jak gdyby nigdy nic przy moim stoisku. Patrzył na mnie swoimi kocimi oczami i przysięgam, miał taki wzrok, że prawie się rozpłynęłam. Pogadaliśmy chwilę, zaproponowałam mu obiad i został by ze mną te 20 minut, ale w momencie, kiedy się umawialiśmy przyszedł mój kierownik. No i Piękny poszedł do mieszkania, ale obiecał, że przyjdzie po mnie o 15. Siedziałam jak na szpilkach. Spóźniał się. Zdążyłam jeszcze skoczyć do łazienki, żeby poprawić dekolt :D Wracając, czekał już na mnie na ławce. Zdecydowaliśmy, że nie jemy w galerii. Zaproponował mi knajpę, gdzie niedawno była jego mama z chłopakiem. Wydało mi się to bardzo urocze, a prawie wzruszyłam się w momencie, kiedy z kieszeni wyciągnął... jeden z kuponów, który mu zrobiłam! Taki na 3 życzenia. Jednym z nich był właśnie obiad. Po drodze, dał mi do zrozumienia, że zapomniał, że były walentynki, a ja powiedziałam mu, że z nikim ich nie spędziłam. Drugie życzenie wykorzystał, kiedy siedzieliśmy w restauracji. Chciał zobaczyć moje 'ciekawe' zdjęcia. Nie miałam wyjścia. Sama mu dałam te kupony, ale już wtedy czułam, że coś się wydarzy. Później poszliśmy do sklepu, i po wyjściu z niego, ja już byłam tego pewna. Zaczęliśmy rozmawiać o bieliźnie, którą sobie niedawno kupiłam. Zażądał, żebym mu ją pokazała, a w ogóle najlepiej to zrobiła mu pokaz mody. Widziałam ten błysk w jego oczach, kiedy powiedziałam mu, że mam ją teraz na sobie.
Oczywiście, powiedziałam, że może sobie jedynie pomarzyć o tym, że mu się w niej pokażę.

Kiedy byliśmy już na osiedlu, zaproponował, żebym poszła do niego na moment, bo na później był już umówiony z kolegami. Pomyślałam, czemu nie, zobaczę, co się stanie dalej. Weszliśmy do niego. On poszedł do łazienki, a ja usiadłam przy stole. Nie na kanapie, jak to miałam w zwyczaju, ale przy stole. Przyszedł, usiadł koło mnie, zaczął grać na gitarze. W pewnym momencie odstawił gitarę i przysunął swoje krzesło bliżej mojego. Położył mi palec na kolanie i zaczął nim stukać. Cała zaczęłam drżeć w środku z nerwów i czegoś jeszcze. Później po coś wyszedł do kuchni, a ja chciałam uciec z tego mieszkania. Bałam się, bo wiedziałam, co się za chwilę stanie. Głupio by tak było zebrać się i wyjść, podeszłam więc do okna, myśląc, że to bezpieczne miejsce. Po chwili stanął za mną tak blisko, że czułam jego oddech na szyi. Zaczęłam pleść bez sensu, a on zaczął mnie łaskotać. Powiedziałam, że tak nie można. Wtedy zaczął mnie całować po szyi i pytać czy tak można. Odpowiedziałam, że nie, ale nic nie zrobiłam bo nie miałam siły protestować. To było tak przyjemne, że do tej pory, kiedy o tym myślę, robi mi się gorąco. Nagle poczułam, że rozpina mi koszulę, a następnie, że kładzie dłonie na moich piersiach. Ciągle powtarzałam, że to złe, i że nie możemy. W końcu odwrócił mnie w swoją stronę i pocałował. Z początku nie oddałam mu pocałunku. Później popłynęłam. Posadził mnie na parapecie i zaczęliśmy się całować jak szaleni. Pamiętam swoje dłonie w jego włosach  i to, jak w pewnym momencie mnie podniósł, zaczął nieść w stronę łóżka i szeptał 'pocałuj mnie'. To było niesamowite. Kiedy położył mnie na łóżku, zakomunikowałam, że nic z tego czego on chce, nie będzie. Oczywiście nie wierzył i spytał czemu. Odpowiedziałam, że spóźnił się jeden dzień. Był zdezorientowany i lekko przestraszony. Czyżby zrozumiał to tak, że spotykam się z kimś innym? I bardzo dobrze. O to mi chodziło. W końcu załapał, że mam okres. Obiecałam mu siebie za kilka dni. Ale wtedy też ładnie się pobawiliśmy. Po wszystkim poszłam do łazienki, a on za mną. Powiedział, że dawno to robił, bo dawno u niego byłam. No i wtedy walnęłam coś w stylu 'no ja tam nie wiem, ja czy jakaś inna, co ci za różnica'. Zatkało go. Powiedział, że nie rozumie. Nie chciałam powtórzyć, więc wyszedł z łazienki. Zastałam go siedzącego na kanapie. Podeszłam. Rozmawialiśmy o czymś. Położyłam mu ręce na ramionach. Nie zrzucił ich. Przytulił się do mnie. Położyłam mu dłonie na głowie i tak przytulaliśmy się przez chwilę. To było cudowne. Później położyliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać o innych ludziach. Powiedział, że nie rozumie niektórych facetów. Opowiedziałam, że każdy ma swoje, a on odparł, że racja i w sumie on nie powinien się wypowiadać na takie tematy. Wtedy to ja jemu przyznałam rację. I w sumie później prawie się pokłóciliśmy. Skończyło się jednak dobrze, bo powiedział, że wolałby tu zostać niż iść do kolegów, a później zaproponował, żebym go odprowadziła.
Do mieszkania wróciłam jak skowronek. Dawno byłam tak szczęśliwa.

Chciałam się z nim spotkać w środę. Sprawdziłam jego plan, ale niestety, ten co mam jest jakiś ruski, bo okazało się, że ma jeszcze zajęcia. Cóż. Nie odpisał mi, ale oddzwonił godzinę później informując mnie o mojej pomyłce (znaczy nie całkiem, bo on nie wie, że ja mam jego plan), mówiąc, że jest strasznie głodny i zmęczony, bo wczoraj balował z kolegą całą noc. Nie umówiliśmy się więc. Poszłam za to do R. Chyba nie mam za bardzo o czym z nią rozmawiać.

W czwartek, pięknie się z nim minęłam w galerii. Ale dowiedziałam się o tym później, od mojej agentki K., która z ekscytacją poinformowała mnie, że go widziała, jak przechodził koło naszego standu i że patrząc prosto na nią z rozczarowaną miną, minął go. Liczył, że ja tam będę. Napisałam więc do niego wieczorem. Przecież chciał mnie zobaczyć, to to nie było głupie. Tym bardziej, że nie wiedział, że ja wiem, że on był. Nie mógł się jednak spotkać, bo czekał na ciocię. A przynajmniej tak mi powiedział. Poszłam więc do K. i przegadałyśmy 4 albo 5 godzin.

A wczoraj do mnie zadzwonił. Chciał skoczyć coś jeść. Byłam już po obiedzie, bo poszłam na pizze z ludźmi z grupy, no ale jemu odmówię? Umówiliśmy się koło standu. Zadzwoniłam do K. żeby powiedziała ustalone przez nas słowo, jeżeli faktycznie to był on w czwartek (bo koniec końców nie byłyśmy pewne). Czekałyśmy na niego, aż w końcu przyszedł. Słowo padło. Poszliśmy do burger kinga. Jadąc po schodach, ugryzł mnie w ramię. Zrobiło mi się gorąco. Kiedy zjedliśmy, poszliśmy do marketu, bo czegoś potrzebował. Po drodze, spytał, co robimy jak wyjdziemy stamtąd. Odparłam, że nie wiem. Zaproponował, żebyśmy poszli do niego, bo bardzo chce mnie rozebrać. Powiedziałam, że jeszcze nie może. Nie przeszkadzało mu to i chciał rozebrać mnie tylko do połowy. No i tak się stało. Weszliśmy do niego do mieszkania. Zauważyłam książkę leżącą pod lustrem. Zaczęłam się śmiać bo dotyczyła alkoholizmu. Powiedział, że to nie jego, tylko znajomej z pedagogiki resocjalizacyjnej. Mi się od razu włączył tryb FBI i humor mi się popsuł. Przestałam być pewna tego, że frajerka jest na innej. I have to know it!
Tak czy inaczej, z nieszczęśliwą miną stanęłam w drzwiach kuchni, gdzie on coś robił. Byłam przygaszona. Chyba tego nie zauważył, bo w końcu podszedł do mnie i zaczął mnie całować. I tak oto, chwilę później rozebrał mnie po raz kolejny. Zrobiliśmy co zrobiliśmy, umówiliśmy się na seks w niedzielę, a po wszystkim, znowu leżeliśmy koło siebie. On prawie śpiąc, gładził mnie po skórze, a ja nieśmiało się przytulałam do niego. Jeszcze nie wiem na ile mogę sobie pozwolić. W końcu wstaliśmy i poszedł zrobić mi grzańca. Było tak ładnie, i wtedy zadzwonił B. Nie wiedziałam  po co, bo nie odebrałam, rzuciłam telefonem na stół, powiedziałam na głos, że nie mam czasu i wróciłam do robienia wina. Widziałam, że był spięty. Ja też nie miałam humoru. Po tym jak zobaczyłam tą książkę, jakoś ta cała magia prysła. Zauważył, że coś jest nie tak. Powiedziałam, że jestem zmęczona, ale jak już wróciłam do domu, napisałam, że kłamałam, ale nie powiedziałam o co mi chodziło.

On wie, że ja dalej coś do niego czuję. Powiedziałam mu nawet, że był czas, kiedy wyobrażałam sobie jego śmierć. Oczywiście pytał czemu, co zrobił, ale odpowiedziałam, że nie chcę z nim o tym rozmawiać.
No, i tak to wygląda. Już bardzo chcę jutra. Nie tylko dlatego, że jestem napalona jak królik na wiosnę, ale po prostu jakoś tak liczę, że coś się stanie, coś się zmieni.

poniedziałek, 17 lutego 2014

Relaks, powrót i niejasna przyszłość :(

Na prawdę nie powinnam go kochać. Niby nic się nie stało, a jednak taka właśnie myśl przyszła mi do głowy. Nie umiem mu po prostu zaufać. I chociaż jesteśmy umówieni na jutro, to czuję, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Nie ważne, co mówią mi moje horoskopy (tak, jestem głupia i czytam takie rzeczy), albo przeczucia, że tym razem jednak z nią nie jest. Gdzieś w środku nadal siedzi we mnie obraz jego i jej idących razem i nie potrafię tego zapomnieć. Wybaczyłam, owszem, ale nie zapomniałam, bo jedno nijak nie łączy się z drugim. Może to jest ten moment, kiedy go sobie odpuszczam i jestem gotowa się tylko kolegować? Jakoś tak właśnie czuję, ale część mnie tego nie chce. Wolę się trzymać tego, że go kocham i wierzyć w to, że za 20 lat w końcu może będziemy razem, niż zacząć spotykać się z innymi. Nie pojmuję tego.

Wróciłam z powrotem do Kato. Pobyt w domu był niezwykle relaksujący. Stwierdziłam również, że... ja chyba tęsknię za rodzicami. Tak jakoś, nie bardzo chciałam wracać. Gdyby nie praca, to chyba bym jeszcze została. Z drugiej jednak strony, po jednej z rozmów z mamą, zauważyłam ile poświęciła dla mnie, i chyba jednak muszę skończyć te studia... No bo tak: nie dostała się do Zabrza na medycynę. Odpuściła całkiem i złożyła papiery do Lublina, bo tam miała bliżej. Kiedy spytałam jej, czemu nie została przy tym Zabrzu, nie odwoływała się jakoś, czy nie poszła do jakiejś innej szkoły tutaj, odpowiedziała, że gdyby to zrobiła, to kto by się mną zajmował wtedy? Myślałam, że się popłaczę. Ale na drugie, co jej za różnica była, skoro jej i tak nie było, tylko wychowywała mnie babcia? Dałaby mnie do żłobka, czy coś... Anyway, zobaczyłam ile rzeczy odpuściła dla mnie i skończę te studia. Nie dla siebie, tylko chyba bardziej dla niej.

 O walentynkach nie powiem za dużo. Nie robiłam absolutnie nic nadzwyczajnego - ot, dzień jak co dzień. Obejrzałam parę seriali, przeleżałam prawie cały dzień, bo byłam chora i tak jakoś zleciało.
Nie umawiałam się z nikim, bo z góry powiedziałam, że ja się w ten dzień nie umawiam. Spotkałam się więc z T. (pomimo, że w sumie chyba nie chciałam, ale co miałam robić?) dzień później. Pojechaliśmy do miasta, postawił mi gofera, pogadaliśmy chwilę i odwiózł mnie do domu. Po drodze kupiłam mamie wino, więc po kąpielach zasiadłyśmy na kanapie z kieliszkami i wypiłyśmy całą butelkę. To był pierwszy wieczór, kiedy udało mi się zasnąć w miarę normalnie. Chyba muszę pić więcej alkoholu na noc... :p

I tak oto zakończyły się moje ferie. Jestem znowu w Kato, znowu pracuję, chodzę na uczelnię i żyję w świecie swoich problemów, których nie umiem rozwiązać. Mam cichą nadzieję, że w końcu dostanę odpowiedzi na wszystkie pytania, a Pan X. przestanie mi się śnić po nocach.
No nic, zobaczę co się stanie jutro... Ale chyba mam już tak minimalnie wyjebane...

wtorek, 11 lutego 2014

Zaufanie

Chyba muszę mu zaufać, ale za bardzo się tego boję. Oboje mamy teraz ferie, on już wrócił do domu, ja jeszcze nie. Historia nauczyła mnie, że czas, kiedy jest w domu, wpływa niekorzystnie na nasze relacje. I chociaż ostatnie dni były jak sen z którego nie chcę się budzić, pomimo, że zdobyłam Mont Everest w robieniu z siebie idiotki, nie potrafię wykrzesać z siebie odrobiny zaufania. Za bardzo się boję. Jestem prawie przekonana, że w przyszłym tygodniu wszystko będzie jak zwykle - on będzie z nią a mnie odepchnie. Już cierpię. Najbardziej przez to, że wszystko w końcu było takie idealne, tak dobrze się układało.

Zaczęło się od tego, jak wyszliśmy na pojednawczy spacer do silesii. Było cudownie. Później, kiedy siedzieliśmy przy pizzy zauważyłam, że wyjął telefon, sprawdził sms'y, następnie go schował. Były to 3 dłuższe wiadomości, jak później rozkminiłam, od niego do niej. Tłumaczył jej coś, a ona mu nie odpisała. Rozmawiałam o tym z kumplem czekając na swoją kolej do dermatologa, i powiedział, żebym się nie spinała, bo między nimi na pewno nie tak. Oczywiście poleciałam ściemą, że nie o mnie chodzi, ale to nie ważne. 'Nie wyglądają na parę zakochańców'. Uspokoiłam się trochę, a jeszcze bardziej, kiedy siedząc z P. tego samego dnia u mnie w mieszkaniu, zadzwonił do mnie. Standardowo chciał iść na jedzenie. Niestety nie mogłam zostawić P., więc zaproponowałam, że może później. Nie mógł, ale zrozumiałam, bo miał egzamin. Z resztą, ja sama miałam już plany - imprezę u koleżanki z grupy. Nie mogłam tego ominąć. Byłam jednak zachwycona. Widzieliśmy się dzień wcześniej, tamtego dnia też chciał się umówić. A ja nie kiwnęłam nawet palcem.

Na imprezie dziewczyny pytały mnie o jego imię. Spokojnie powiedziałam, bo nikt tak do niego i tak nie mówi. Co dziwne, jedna z dziewczyn od razu spytała mnie czy o niego chodzi. Myślałam, że zemdleję. Wbiłam wzrok w podłogę i z buraczaną twarzą spytałam, czemu tak myśli. Odpowiedziała, że tak tylko pyta. Ale wszystko było dla mnie jasne. One nas podejrzewają o romans. Serio to było aż tak widać? Nawet nie gadaliśmy za bardzo na uczelni... No ale nieważne. Szybko zmieniłam temat rzucając plotką stulecia. Spłonę za to w piekle.

Na drugi dzień miałam pracę. Bardzo mi się nie chciało iść, myślałam czy może się z kimś nie zamienić, ale no to by była przesada. Co z tego, że impreza była bardzo fajna, tęskniłam za takimi pogaduszkami z dziewczynami i wspólnym piciem alkoholu, no ale przecież mam inne obowiązki. Siedziałam więc w pracy, oglądając rozdwojone końcówki włosów, i wtedy na horyzoncie pojawił się On. Byłam w szoku. Był ostatnią osobą, którą spodziewałam się zobaczyć. Myślałam, że mnie nie widzi, albo że minie stand, patrzyłam więc tylko na niego z zaskoczoną miną i wtedy on podszedł. Byłam w szoku. Pogadaliśmy chwilę. Do tej pory nie wiem, co on robił w galerii, ale chyba tak sobie przyszedł popatrzeć na mnie. Do tego wszystkiego spytał, kiedy kończę. Odpowiedziałam mu. Później rozmowa potoczyła się tak, że zrozumiałam, że zaprosiłby mnie na piwo, ale za późno kończę. Tak czy inaczej w końcu poszedł i zostawił mnie z wielkim mindfuckiem w głowie. Like always.  Ale to nie był jeszcze koniec niespodzianek!
Wracając do mieszkania, rozmawiałam o Nim przez telefon z R. Szłam tą samą drogą co zawsze. Wychodząc na chodnik główny, dostrzegłam 3 chłopaków wychodzących z osiedla. Nie wiem co mnie tknęło, ale powiedziałam R. żebyśmy przestały na chwilę o  Nim gadać, bo wydaje mi się, że idzie. Okazało się, że to nie on, ale 2 chłopaków stało między przejściami i patrzyło na mnie. Ja czekałam na zielone i w międzyczasie się odwróciłam. Widziałam, że drogą, którą można dojść do centrum (nie tą co ja chodzę) idzie jakiś chłopak. Ale co mnie to obchodziło? Gadałam dalej o Nim z R., minęłam chłopaków i czekałam na kolejne zielone. W pewnym momencie znowu się odwróciłam. Chłopak, który wracał od strony centrum okazał się być nim. Ale co to było. Jak go zobaczyłam, to tak jakbym Boga widziała. Tego nie da się opisać. Szedł pewnie, wszystko w okół zniknęło, był tylko on. Heh i w dodatku albo świeciła na niego latarnia, albo mi się coś w głowie porobiło, że widziałam go w świetle. A ja dalej rozmawiałam o nim przez telefon. Kiedy podchodził, zgłupiałam. Nie wiedziałam co tu robił, skąd się wziął i rzuciłam tylko 'ooo'. Bardzo chciałabym widzieć swoją minę. I to był dopiero początek robienia z siebie głupka. Okazało się, że tych 2 typów, którzy tam stali, to jego koledzy, więc nie dość, że on coś słyszał, to oni słyszeli wszystko. Pięknie. Następnie próbowałam rozmawiać z nim i jednocześnie z R. przez telefon, więc nie ogarnęłam co ja mówię, ani co on mówi. I poszłam z nimi, bo wskazał mi kierunek i zaczął iść. W końcu rozłączyłam się z R., a on do mnie z pytaniem, gdzie idę. Powiedziałam mu, że przecież powiedział, że będziemy przechodzić tam dalej. Na co on się roześmiał i powiedział, że nie, że powiedział, że oni idą w tamtą stronę. No myślałam, że się położę na chodniku przy nich wszystkich. W dodatku byłam tak zdenerwowana, że zaczęłam pieprzyć od rzeczy. Nie ogarniałam tego, co się właśnie stało. Do tej pory tego nie ogarniam, ale wygląda to tak, że to było ustawione. No bo to za duży przypadek, żeby wyszedł sobie z kolegami o tej godzinie, o której doskonale wiedział, że będę wracać, w dodatku poszedł sam gdzieś, gdzie wiedział, że mnie spotka, a ich zostawił w innym miejscu, przez które wiedział, że będę przechodzić. Nie ogarniam.

Na drugi dzień miałam test z angielskiego. Nie umiałam się na niczym skupić, więc z nauki nic nie wyszło. Za bardzo myślałam o tym, jak wielką idiotkę z siebie zrobiłam. Musiałam to jakoś odkręcić. Napisałam więc do niego, tuż przed testem, czy nie pójdzie ze mną czegoś zjeść za godzinę. Odpowiedział, że właśnie wychodzi z mieszkania i wraca do domu, ale może iść gdzieś ze mną. Podałam mu miejsce i czas i wtedy zadzwonił. Powiedział, że przecież mi napisał, że właśnie wychodzi, więc za chwilę przyjdzie. Nie wiedziałam co robić. Przecież miałam test do napisania... Umówiłam się więc z nim, że poczekam 10 min na kobietę (która nie przychodziła) i jak jej nie będzie, a tak przeczuwam, to wyjdę od razu. Zgodził się i powiedział, że przyjdzie tam, gdzie pisałam test. Niestety kobieta już była. Musiałam więc sprintem napisać test. Oczywiście sekundę przed rozpoczęciem pisania, napisałam mu, że baba jednak przyszła i żeby dał mi parę minut na ogarnięcie tego. To było straszne. Nie dość, że stresowałam się tym, że za chwilę się z nim spotkam po tak wielkim samoupokorzeniu, to jeszcze wiedziałam, że zegar tyka i że on tam na mnie czeka. Nie byłam pewna, czy zaczeka aż skończę, skoro miał wracać do domu... Nie czytałam więc do końca pytań. Zrobiłam wszystko na odwal, nie czekałam aż kobieta mi to sprawdzi, tylko wybiegłam z sali. Zauważył mnie i podszedł. Uspokoiłam się trochę, pomimo, że spodziewałam się, że zawaliłam test (heh jednak nie, bo na usosie pisze, że zdałam angielski). Wyszliśmy na dwór. Zaczęliśmy gadać, po czym powiedziałam mu, że go nienawidzę. Zaskoczony spytał o co mi chodzi. Wytłumaczyłam mu, że zrobiłam z siebie idiotkę przy nim i przy obcych ludziach. Zaczął się śmiać i nie zaprzeczył. Tak samo zareagował na to jak mu powiedziałam, ze pieprzyłam od rzeczy - to też zauważył. Całe szczęście, ponoć wszyscy byli podpici i nie zwrócili na to uwagi. Wytłumaczyłam mu też o czym rozmawiałam z R. Zmyśliłam historyjkę o jakimś zboczeńcu, który przyszedł do mnie do pracy itd. Opanowałam sytuację. Pośmialiśmy się trochę ze mnie i w końcu dotarliśmy do galerii. Jadąc po schodach do góry oparłam się o poręcz, a On... Położył głowę na moim ramieniu. I tak sobie jechaliśmy. Czułam się bardzo nieswojo, bo tak nie robi się koleżankom. Schodząc ze schodów znowu zaczęłam mówić od rzeczy. Następnie, poszliśmy coś jeść. Bardzo miło nam się rozmawiało. Powiedziałam mu o co pokłóciłam się z O., a dokładniej przeczytałam mu nasza korespondencję, więc wie, że znowu jestem normalna. Następnie ja poszłam po kawę, a on po dolewkę picia. Tyle stałam w kolejce, że w końcu do mnie podszedł. Chciał żebym się też napiła, ale nie dał mi kubka. Trzymał go i to było dziwne. Wzięłam łyka, a chwilę później znowu mi to zaproponował. Tym razem jednak zaczął odwalać i odsuwać mi kubek. Pobawiliśmy się tak chwilę, aż w końcu moja kawa była gotowa. Poszłam więc go odprowadzić na autobus. Po drodze umówiliśmy się, że jak wrócimy do Kato, to pomoże mi zmienić struny, i mam do niego zadzwonić, jak tu będę.

Uroczoo.

Można stwierdzić, że wszystko pięknie się układa. Zachowujemy się jak para itd., ale ja dalej nie umiem mu zaufać. Za dużo razy się na nim zawiodłam. No i nie wiem, czy mogę tak prosto odczytywać jego intencje, bo z nim nigdy nic nie wiadomo...

Zaufanie to trudna sprawa...

środa, 5 lutego 2014

And that's why I smile :))

Miałam postanowienie. Jak nie zdam kultury, to wracam na ferie do domu i już nigdy nie wracam do Kato. Ale jak tu się tego trzymać i zostawić to wszystko, kiedy tak dobrze się układa?

Dzisiaj do mnie zadzwonił. Chciał wyjść na obiad. To nic, że zjadłam wcześniej 500g lazanii. Oj tam oj tam. Zmieściłam też drugi obiad. Przecież  nie mogłam zmarnować takiej okazji! Jedząc kotleta w bistro, w pewnym momencie myślałam, że się porzygam. Już nie mogłam. Całe szczęście zjadł za mnie :3 Taki biedny, pokroiłam mu nawet mięso, bo przez tą rękę nie mógł sobie poradzić. A później rozwalił sobie bluzę. I mam mu ją zszyć. JA! :O Ale bez spiny, dam sobie radę. Zszywałam już sobie ciuchy, to może tym razem idiotki z siebie nie zrobię :p

Boże, jak pięknie.

Teraz też dzwonił. Napisałam mu, że kogoś zamordowali chyba na osiedlu, bo policja, karetka, ogrodzenie i czarne worki z trupami. Dokładnie z jednym. I zadzwonił tylko po to, żeby polecieć żartem, żebym tam poszła i powiedziała, że to byłam ja. Miałabym za to dostać hambsa. No niedoczekanie. Tak, czy inaczej, uśmiechnęłam się. On zawsze sprawia, że się uśmiecham :)



poniedziałek, 3 lutego 2014

Jak ogarnąć? ;)

To prawda, że człowiek zakochany nie potrafi się na niczym skupić. Nie ważne, czy ta miłość daje niewyobrażalne szczęście, czy ogrom rozpaczy.

Powinnam się teraz uczyć. Znowu. Ale nie mogę, bo jestem zbyt szczęśliwa i zadowolona z tego jak mi się w tym momencie układa z Panem X. Znaczy jeszcze niewiele zbudowałam, ale wydaje mi się, że wszystko będzie dobrze. Wiem, że myślałam tak miliony razy, a kończyło się to płaczem, ale kurcze, skoro mamy się oślubić w końcu, to za którymś razem wyjdzie.
Skoro dał mi do zrozumienia, że nie kocha pterodaktyla, to poza jego pojebaną głową, co nam stoi na przeszkodzie? Ja już się nawet nie przejmuję co powiedzą znajomi. Chcę w końcu dostać to, czego chcę, na co zasługuję i co sprawi, że nareszcie będę szczęśliwa. Jak komuś się to nie spodoba to trudno. Teraz liczę się ja i moje uczucia. I w sumie w sobotę naładowałam sobie bateryjki uczuciowe i teraz jest mi dobrze. Nie świruję. Tylko ciągle myślę o następnym spotkaniu :)

Ostatnio się nie uczyłam, bo nie dawało mi spokoju, że się nie odzywa i jest źle. Teraz nie mogę, bo jest dobrze. Trzeba się opanować. Czekam bardzo końca egzaminów, czyli jutra, bo w końcu będę się mogła z nim ponownie zobaczyć :)

niedziela, 2 lutego 2014

Sekret c.d

Ja za chwilę zemrę. Muszę z kimś porozmawiać o swoim małym sekrecie, bo wybuchnę, ale nie mam z kim! Mam przyjaciół, ale każdy mnie za to zabije. Tajemnice to rzecz, której nienawidzę najbardziej na świecie i teraz nie umiem żyć z tym, że teraz sama mam jedną. Chciałabym porozkminiać Jego zachowanie i w ogóle, bo nie umiem myśleć o niczym innym. Muszę chyba znaleźć kogoś nowego, z kim będę mogła o tym gadać, czyli kogoś, kto go nie nienawidzi, a najlepiej nie zna. Tylko, że to będzie trudne, bo będę musiała opowiedzieć całą historię, a w połowie każdy normalny człowiek go znienawidzi. To jest za ciężkie.
Dzisiaj chodzę zachwycona, brakuje tylko motylków, które by za mną latały i nikomu nie mogę powiedzieć prawdziwego powodu mojego szczęścia. Nie wiem, czy np. P. zabije mnie bardziej za to, że jej nie powiedziałam, czy za to co zrobiłam. Bo to chyba kiedyś wyjdzie. Muszę jej spytać. Boziuuuuuu, a może jednak nic nie powiem? Może dzięki temu w końcu wyjdzie coś? Cholera, znowu jest trudno. Było, jak on się nie odzywał, bo byłam nieszczęśliwa, a teraz jest, bo się odzywa i nie mogę się tym z nikim podzielić. Plus jest taki, że dałam sobie spokój z planami. No poza tym żeby być idealnym człowiekiem.


 Uch uch uuuuuch!!!!!!!! Położę się i umrę. I tyle.

sobota, 1 lutego 2014

Sekret



Got a secret
Can you keep it?
Swear this one you'll save
Better lock it in your pocket
Taking this one to the grave
If I show you then I know you
Won't tell what I said
Cause two can keep a secret
If one of them is dead.

Jestem złym człowiekiem. Dla siebie i dla innych. Dzisiaj potajemnie się spotkałam z Panem X. Wie o tym jedynie K., bo to dzięki niej w  ogóle do niego napisałam. Kryła mnie przed Ol. nawet. Nikt inny nie wie, co na prawdę dzisiaj robiłam. I było niesamowicieeee! Napisałam mu, czy w ramach zgody nie poszedłby ze mną do silesii. Za moment oddzwonił do mnie. Razem z K. piszczałyśmy i skakałyśmy na standzie. Aż laski z naprzeciwka się uśmiechnęły. Miałam takie kombo jak nigdy. Od razu ustaliłyśmy w co się ubiorę i inne duperele. Wyszłam wcześniej z pracy (K. znowu mnie kryła), dobiegłam do mieszkania i od razu poleciałam do łazienki z rzeczami. W pół godziny zdążyłam ogolić nogi, wykąpać się, umyć zęby, pomalować paznokcie, poprawić makijaż i całkowicie zmienić ubranie. I o idealnej godzinie wyszłam z mieszkania, bo on akurat podchodził pod mój blok. Opowiedział mi wszystko: jak było w szpitalu, jak doszło do tego, że w ogóle tam trafił, co się dzieje u niego na studiach, że jego przyjacielowi urodziło się dziecko itd. O wisiorku nadal ani słowa. Ciekawe co on z nim zrobił. Teraz jestem taka podekscytowana tym wszystkim, że skaczę i tańczę. Jestem pewna, że dojdzie do tego, że wylądujemy w łóżku. Widzę jego wzrok i wiem, że mnie chce. Jak będę miała czekać jeszcze 4 tygodnie zanim mu zdejmą gips to chyba zemrę. Bo aż mi się gorąco robi, jak pomyślę o tym wszystkim co będzie mi robił... Może w końcu dojdę :p
 Już dzisiaj miałam ochotę się na niego rzucić, ale wiedziałam, że nie mogę. Po prostu płonęłam jak na niego patrzyłam, a jak stykaliśmy się rękami to myślałam, że upadnę. A jak w kolejce zaczął mnie miziać po ramieniu to oooo jeeeezuuuuuu. Ja tylko czekam, aż znajdziemy się sami w jego mieszkaniu. Wiem, że to głupie. Ale wiem też, że nie jest z pterodaktylem, i że jak go złapię w końcu, to będzie mój na zawsze. I do tego dążę. Bo że się nie odkocham, to jest pewne. Będę więc człowiekiem idealnym. Zawsze miła, uśmiechnięta (bo powiedział mi, że bardzo mu się nie podoba mój sarkazm), pomocna i wyglądająca jak milion dolarów.