Koniec nadziei i bycia miłą. Chce mi się niesamowicie przespać z Panem X. i wiem, że to byłaby noc mojego życia, ale skoro kiedy jestem miła i chcę się spotykać, to on mnie olewa, zrobimy inaczej. Tak jak to zawsze na niego działa (hue hue hue a jednak go rozgryzłam). To ja oleję jego. Bo ile wytrzyma? Góra do następnego tygodnia. Za dobrze mu było przez te kilka dni. Zdążył poczuć, że mnie ma. A niech się w dupę ugryzie. I jak już pójdę, to powiem mu to samo. Nie będzie seksu ani nawet przytulania i całowania. Wracam do traktowania go tak, jak na początku, czyli z dystansem. Straciłam na chwilę kontrolę i o. Nie wiem czemu sobie pozwoliłam na chwilę słabości. To wszystko przez te kocie oczy, zawadiacki uśmiech, dołeczki w policzkach i słowa, od których rzygam tęczą. Wracam też ponownie do jakże edukacyjnej lektury 'dlaczego mężczyźni kochają zołzy', bo dzięki niej byłam na idealnie prostej drodze do serca Pana X.
Tylko nasuwa mi się teraz pytanie: czy ja na pewno tego chcę? Bo jak już wiem, mam 2 osobowości. Jednej na nim zależy, cierpi i płacze, a druga jest wredna, podła i ma ochotę się nim pobawić. Kiedy miałam taką fazę z moim byłym, zakochałam się w kimś innym. To chyba znak, że nic z tego nie będzie. Więc po co się spotykać? Chyba coś we mnie umarło i moja druga strona się dzięki temu znowu obudziła.
Tia, sama nie rozumiem co napisałam. Jednocześnie chcę go olać, bo wiem, że wtedy wróci i też dlatego, bo chcę mieć go w dupie i zranić, jak on mnie.
Mnie pojebało od tej znajomości.
wtorek, 3 grudnia 2013
poniedziałek, 2 grudnia 2013
historia zawsze zatacza koło
Czekałam, czekałam i się doczekałam. Cała relacja z Panem X, zmierza prosto do.. jego łóżka. Czyli tak jak myślałam.
Wszystko zaczęło się w niedzielę.
Po złych newsach w końcu się ogarnęłam i postanowiłam ruszyć dupę z łóżka. Swojego.
W sobotę posprzątałam na błysk całe mieszkanie, tylko po to, żeby o tym wszystkim nie myśleć. Nie gadałam też z Ol. Jakoś nie miałam ochoty jej mówić, bo okazało się, że ona nic a nic nie rozumie. Póki udaję, że wszystko jest okay, a Pan X jest chujem, to jest zajebiście, a kiedy się już z nim spotkam to ona nie widzi najmniejszego sensu w tym, że z nim rozmawiam. Opierdala mnie za to, że się do niego uśmiechnę.
Tak więc, odezwałam się do niej dopiero w niedzielę przed pracą. Było... Sztywno i oficjalnie.
W pracy odwiedził mnie Pan X. To było bardzo miłe z jego strony. Po weekendzie depresji, nie mogłam już trzymać swojego problemu w środku, więc mu o tym powiedziałam (ale tak zagadkami i tylko część). Trochę się przestraszył. Zaczął mnie pocieszać, puścił mi oczko i zaproponował, żebym po pracy się do niego odezwała. Tak zrobiłam, a następnie przystałam na jego zaproszenie do mieszkania. Siedzieliśmy, on grał na gitarze, a ja powiedziałam mu o wszystkim. W pierwszej chwili nie wiedział co ma zrobić. Później podszedł do mnie i przytulił. Nie wiedziałam co mam zrobić z rękami, więc po prostu siedziałam, nawet trochę się odsuwałam, a on mnie przytulał. Czułam się nieswojo, ale co miałam począć? Nie odepchnę go przecież jak mnie pociesza. W końcu po to tam poszłam.
Później zdarzyła się sytuacja wyjęta rodem z komedii: demonstrował mi jakieś zdarzenie, ja trzymałam herbatę, on uderzył w kubek, a herbata się rozlała prosto na mnie i mój dekolt. Całe szczęście miałam bluzkę z pracy w torebce. Poszłam więc szybko się przebrać i wróciłam na swoje miejsce, ale już czułam, że jest nie tak. A to mnie trącał nogą, a to się patrzył TYM wzrokiem. Ale pomyślałam, co mi tam, nic się takiego jeszcze nie dzieje, to zostanę. No i w pewnym momencie on powiedział magiczne 'chodź tu', pociągnął mnie za ręce i nawet nie zauważyłam kiedy leżałam na nim i się całowaliśmy i to w taki sposób jak na początku naszej 'romantycznej' relacji. W sumie, tego dnia mijał dokładnie rok od kiedy pocałowaliśmy się po raz pierwszy, więc to było dla mnie takie aaaaw. Oczywiście chciał czegoś więcej, a ja mu konsekwentnie odmawiałam. Był tak nakręcony, że stwierdził, że za chwile mnie zgwałci, bo nigdy nie miał na mnie takiej ochoty. Podniecało go to, że nie mógł mnie dostać. W pewnym momencie przegięłam. Zwodziłam go tak długo, że nakręciłam go do tego stopnia, że niemalże spłonął (boże te westchnienia, na samą myśl robi mi się gorąco) a ja razem z nim. A nie zgadzałam się na nic. Nawet na '3/4'. W końcu zdenerwował się na mnie, kazał mi schodzić z siebie i wyrzucił, że się nim bawię, a jemu się to nie podoba. Nie wiedziałam, że tak to odbiera. Zrobiło mi się przykro, bo w końcu to nie było moim zamiarem. Usiedliśmy koło siebie i obserwowaliśmy siebie bez słowa. Ja zaczęłam płakać w sercu, więc wstałam i powiedziałam, że idę do mieszkania. On pociągnął mnie za rękę, przytulił (kazał mi odwzajemnić uścisk) i powiedział, że mnie przeprasza. Siedzieliśmy tak przytuleni, on całował mnie w głowę, albo jak na filmach przekręcał moją głowę w jego stronę, podnosił podbródek, patrzył głęboko w oczy i całował, mówiąc od czasu do czasu coś czułego. Czułam z nim niesamowitą bliskość. Tak jak kiedyś, kiedy mu na mnie zależało. Przez ten krótki moment byliśmy jak para. Później położyliśmy się i nadal przytulaliśmy. On spytał, czego chcę. Nie wpadłam, żeby powiedzieć mu, że zależy o co pyta. Zamiast tego, podniosłam głowę, pocałowałam go i odpowiedziałam 'tego'. No i w ten oto sposób zabawa zaczęła się od nowa i skończyła na 3/4.
I na dzisiaj dosyć. Bo mi źle (ale dobrze) się robi jak sobie to przypominam, a dzisiaj się nie widzimy. Trochę mam wyrzuty sumienia, po tym, że zgodziłam się na cokolwiek, ale też wiem, że mu się podobam. Powiedział mi tyle razy, że jestem piękna, że od razu mi się przypomniały zeszłoroczne relacje. Wtedy też tak było. Biorę to za dobry znak, zważywszy na późniejsze wydarzenia ;)
Wszystko zaczęło się w niedzielę.
Po złych newsach w końcu się ogarnęłam i postanowiłam ruszyć dupę z łóżka. Swojego.
W sobotę posprzątałam na błysk całe mieszkanie, tylko po to, żeby o tym wszystkim nie myśleć. Nie gadałam też z Ol. Jakoś nie miałam ochoty jej mówić, bo okazało się, że ona nic a nic nie rozumie. Póki udaję, że wszystko jest okay, a Pan X jest chujem, to jest zajebiście, a kiedy się już z nim spotkam to ona nie widzi najmniejszego sensu w tym, że z nim rozmawiam. Opierdala mnie za to, że się do niego uśmiechnę.
Tak więc, odezwałam się do niej dopiero w niedzielę przed pracą. Było... Sztywno i oficjalnie.
W pracy odwiedził mnie Pan X. To było bardzo miłe z jego strony. Po weekendzie depresji, nie mogłam już trzymać swojego problemu w środku, więc mu o tym powiedziałam (ale tak zagadkami i tylko część). Trochę się przestraszył. Zaczął mnie pocieszać, puścił mi oczko i zaproponował, żebym po pracy się do niego odezwała. Tak zrobiłam, a następnie przystałam na jego zaproszenie do mieszkania. Siedzieliśmy, on grał na gitarze, a ja powiedziałam mu o wszystkim. W pierwszej chwili nie wiedział co ma zrobić. Później podszedł do mnie i przytulił. Nie wiedziałam co mam zrobić z rękami, więc po prostu siedziałam, nawet trochę się odsuwałam, a on mnie przytulał. Czułam się nieswojo, ale co miałam począć? Nie odepchnę go przecież jak mnie pociesza. W końcu po to tam poszłam.
Później zdarzyła się sytuacja wyjęta rodem z komedii: demonstrował mi jakieś zdarzenie, ja trzymałam herbatę, on uderzył w kubek, a herbata się rozlała prosto na mnie i mój dekolt. Całe szczęście miałam bluzkę z pracy w torebce. Poszłam więc szybko się przebrać i wróciłam na swoje miejsce, ale już czułam, że jest nie tak. A to mnie trącał nogą, a to się patrzył TYM wzrokiem. Ale pomyślałam, co mi tam, nic się takiego jeszcze nie dzieje, to zostanę. No i w pewnym momencie on powiedział magiczne 'chodź tu', pociągnął mnie za ręce i nawet nie zauważyłam kiedy leżałam na nim i się całowaliśmy i to w taki sposób jak na początku naszej 'romantycznej' relacji. W sumie, tego dnia mijał dokładnie rok od kiedy pocałowaliśmy się po raz pierwszy, więc to było dla mnie takie aaaaw. Oczywiście chciał czegoś więcej, a ja mu konsekwentnie odmawiałam. Był tak nakręcony, że stwierdził, że za chwile mnie zgwałci, bo nigdy nie miał na mnie takiej ochoty. Podniecało go to, że nie mógł mnie dostać. W pewnym momencie przegięłam. Zwodziłam go tak długo, że nakręciłam go do tego stopnia, że niemalże spłonął (boże te westchnienia, na samą myśl robi mi się gorąco) a ja razem z nim. A nie zgadzałam się na nic. Nawet na '3/4'. W końcu zdenerwował się na mnie, kazał mi schodzić z siebie i wyrzucił, że się nim bawię, a jemu się to nie podoba. Nie wiedziałam, że tak to odbiera. Zrobiło mi się przykro, bo w końcu to nie było moim zamiarem. Usiedliśmy koło siebie i obserwowaliśmy siebie bez słowa. Ja zaczęłam płakać w sercu, więc wstałam i powiedziałam, że idę do mieszkania. On pociągnął mnie za rękę, przytulił (kazał mi odwzajemnić uścisk) i powiedział, że mnie przeprasza. Siedzieliśmy tak przytuleni, on całował mnie w głowę, albo jak na filmach przekręcał moją głowę w jego stronę, podnosił podbródek, patrzył głęboko w oczy i całował, mówiąc od czasu do czasu coś czułego. Czułam z nim niesamowitą bliskość. Tak jak kiedyś, kiedy mu na mnie zależało. Przez ten krótki moment byliśmy jak para. Później położyliśmy się i nadal przytulaliśmy. On spytał, czego chcę. Nie wpadłam, żeby powiedzieć mu, że zależy o co pyta. Zamiast tego, podniosłam głowę, pocałowałam go i odpowiedziałam 'tego'. No i w ten oto sposób zabawa zaczęła się od nowa i skończyła na 3/4.
I na dzisiaj dosyć. Bo mi źle (ale dobrze) się robi jak sobie to przypominam, a dzisiaj się nie widzimy. Trochę mam wyrzuty sumienia, po tym, że zgodziłam się na cokolwiek, ale też wiem, że mu się podobam. Powiedział mi tyle razy, że jestem piękna, że od razu mi się przypomniały zeszłoroczne relacje. Wtedy też tak było. Biorę to za dobry znak, zważywszy na późniejsze wydarzenia ;)
sobota, 23 listopada 2013
life's a bitch
Miałam wszystko: pracę, uczelnię, najukochańszych przyjaciół, rodzinę, grono facetów, którym się podobałam, a nawet trochę pieniędzy. Ostatnio nawet z Panem X. zaczęło mi się układać i liczyłam, że może tym razem potoczy się to we właściwy sposób. Myślałam sobie, że szczęściara ze mnie i zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że spotyka mnie w ostatnim czasie tyle dobrego? Podświadomie czekałam, aż to wszystko się spierdoli, np. Pan X. wyskoczy z jakąś niespodzianką, wywalą mnie z roboty, albo wylecę ze studiów. W życiu bym nie pomyślała, że oczywiście się spieprzy, ale w całkiem inny sposób.
Wczoraj odebrałam wyniki badań. Poziom androstendionu wynosi u mnie 2 razy tyle co górna granica normy, co oznacza, że są 3 opcje:
1) po prostu jestem mega rozregulowana
2) mam raka
3) mam PCOS -> i to jest najbardziej prawdopodobna z opcji.
A co to oznacza? Właśnie to, że nie grozi mi niechciana ciąża, bo z chcianą będę miała spore problemy.
Najgorsze jest to, że ostatnio zaczęłam myśleć o dziecku i to na poważnie. Stwierdziłam, że jestem już na to gotowa i jeżeli nawet zdarzyłaby mi się wpadka, to nie rozpaczałabym jakoś strasznie, a nawet bym się ucieszyła. Czyżby organizm wysyłał mi znaki? Bo jeżeli okaże się, że mam PCOS, to ciąża będzie cudem.
Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam, no poza moją mamą, ale to inna sprawa. Swoim przyjaciółkom wolałam powiedzieć, że istnieje ryzyko, że mam raka, niż przyznać się, i powiedzieć na głos, że możliwe, że nie będę miała dziecka. To głupie, ale ten rak jest praktycznie niemożliwy, nie wierzę w to ani trochę, odrzucam całkowicie tą myśl, bo jestem przekonana, że mam PCOS. I chyba dlatego, że traktuję to właśnie w ten sposób, mówię to, co mówię.
Wczoraj odebrałam wyniki badań. Poziom androstendionu wynosi u mnie 2 razy tyle co górna granica normy, co oznacza, że są 3 opcje:
1) po prostu jestem mega rozregulowana
2) mam raka
3) mam PCOS -> i to jest najbardziej prawdopodobna z opcji.
A co to oznacza? Właśnie to, że nie grozi mi niechciana ciąża, bo z chcianą będę miała spore problemy.
Najgorsze jest to, że ostatnio zaczęłam myśleć o dziecku i to na poważnie. Stwierdziłam, że jestem już na to gotowa i jeżeli nawet zdarzyłaby mi się wpadka, to nie rozpaczałabym jakoś strasznie, a nawet bym się ucieszyła. Czyżby organizm wysyłał mi znaki? Bo jeżeli okaże się, że mam PCOS, to ciąża będzie cudem.
Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam, no poza moją mamą, ale to inna sprawa. Swoim przyjaciółkom wolałam powiedzieć, że istnieje ryzyko, że mam raka, niż przyznać się, i powiedzieć na głos, że możliwe, że nie będę miała dziecka. To głupie, ale ten rak jest praktycznie niemożliwy, nie wierzę w to ani trochę, odrzucam całkowicie tą myśl, bo jestem przekonana, że mam PCOS. I chyba dlatego, że traktuję to właśnie w ten sposób, mówię to, co mówię.
czwartek, 21 listopada 2013
Przyjaźń, czy kochanie?
Sprawy przybrały trochę dziwny obrót. Cały tydzień spotykałam się z Panem X. Był, kiedy go potrzebowałam, ale też sam dzwonił, żeby się spotkać. Jak np. wczoraj.
Siedziałam sobie spokojnie na zajęciach. W pewnym momencie napisała do mnie R. Po raz milionowy rozstała się 'tym razem na poważnie' z facetem. Czułam, że powinnam być przy niej. Zrezygnowałam więc z dalszej części wykładów i pobiegłam się z nią spotkać. Siedziałyśmy pijąc kawę u mnie w pokoju. W końcu mogłyśmy sobie pogadać tak szczerze, bez oszukiwania. Z mojej strony najmniejsze kłamstwo byłoby bez sensu, bo ona i tak mnie rozgryzła. W pewnym momencie zadzwonił Pan X. Pytał kiedy kończę zajęcia, bo on już jest po i chciałby się ze mną na godzinkę spotkać, bo się nudzi. Musiałam mu odmówić, bo przecież siedziałam z R., ale powiedziałam, że jak skończy co ma do roboty, to niech się odezwie, bo muszę skoczyć po kołki do castoramy, i że R. wychodzi właśnie za godzinę. Usłyszałam, że spoko, ale za godzinę będzie zajęty, więc jakoś później. Godzina minęła, odprowadziłam R. pod windę, wróciłam do pokoju, a tam 3 nieodebrane połączenia od niego. Pomyślałam, że może zrezygnował całkowicie ze spaceru. Cała drżąc oddzwoniłam. Jak ostatnim razem, rozłączył się i oddzwonił. Powiedział, że jednak może się już spotkać. Zebrałam się więc i wyszłam przed blok. Chwilę poczekałam. Okazało się, że spotkał się z kumplem, żeby pograć i musimy odnieść jeszcze jego ukulele do mieszkania. Damn, tak dawno tam byłam... Nie wiedziałam gdzie mam stać i co robić. Sama jazda windą była dla mnie przeżyciem. Jechaliśmy w 4 osoby, a on stanął tak blisko mnie, że czułam go całym ciałem. Patrzył na mnie swoimi kocimi oczami, a ja nie wiedziałam, gdzie mam podziać wzrok. Trwało to kilka minut, a mi się wydawało, jakbyśmy już nigdy mieli nie dojechać na jego piętro. Kiedy otworzył drzwi do mieszkania, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Myślałam, że tylko wejdziemy i wyjdziemy, ale jemu chyba zależało, żebyśmy zostali na dłużej. Najpierw wszedł do kuchni i zaczął pokazywać mi co zrobi sobie na obiad. Później zaczęliśmy się przekomarzać, a on zaczął mi prezentować przyprawy. To było dziwne. Nie podał mi słoiczka, żebym sobie powąchała, o nie nie! Sam mi je podtykał pod nos, muskając przy tym moją twarz i usta. Jak to R. określiła, miałam ciśnienie milion na milion.
A później zaproponował mi coś do picia. Spanikowałam. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Byliśmy pierwszy raz w jego mieszkaniu od czasu listu, rozkminiłam, że się bał tego momentu, i w końcu to się stało, a ja się po prostu przestraszyłam i odmówiłam. Niby próbowałam później go poprosić o herbatę, ale był tak głodny, że nawet mnie nie odprowadził, więc o herbacie mogłam zapomnieć. Tak czy inaczej, później pisaliśmy jeszcze esy.
To jest trochę niesamowite, ale nie wiem w jakim miejscu znajduje się nasza znajomość. Jak na przyjaciela, jest między nami za dużo chemii i za bardzo nas do siebie ciągnie. Z kolei jak na miłość, to chyba on za mało do mnie czuje (tego akurat nie wiem, bo nadal nie potrafię go rozgryźć). Wiem tylko, że jeżeli chcę, żeby coś z tego było, to muszę czekać, robić to co robię i absolutnie nigdy więcej go nie naciskać.
Mam też pewność, że nie spotyka się już ze swoją byłą, ani z innymi laskami, a na pewno nie na seks. Nie dość, że widzimy się codziennie, więc nie ma już na to czasu, to jeszcze teraz wrócił do domu, gdzie prawdopodobnie nie przerucha żadnej, bo takie rzeczy to tylko w jego mieszkaniu.
Ciekawe tylko, kiedy znowu się odezwie?
Siedziałam sobie spokojnie na zajęciach. W pewnym momencie napisała do mnie R. Po raz milionowy rozstała się 'tym razem na poważnie' z facetem. Czułam, że powinnam być przy niej. Zrezygnowałam więc z dalszej części wykładów i pobiegłam się z nią spotkać. Siedziałyśmy pijąc kawę u mnie w pokoju. W końcu mogłyśmy sobie pogadać tak szczerze, bez oszukiwania. Z mojej strony najmniejsze kłamstwo byłoby bez sensu, bo ona i tak mnie rozgryzła. W pewnym momencie zadzwonił Pan X. Pytał kiedy kończę zajęcia, bo on już jest po i chciałby się ze mną na godzinkę spotkać, bo się nudzi. Musiałam mu odmówić, bo przecież siedziałam z R., ale powiedziałam, że jak skończy co ma do roboty, to niech się odezwie, bo muszę skoczyć po kołki do castoramy, i że R. wychodzi właśnie za godzinę. Usłyszałam, że spoko, ale za godzinę będzie zajęty, więc jakoś później. Godzina minęła, odprowadziłam R. pod windę, wróciłam do pokoju, a tam 3 nieodebrane połączenia od niego. Pomyślałam, że może zrezygnował całkowicie ze spaceru. Cała drżąc oddzwoniłam. Jak ostatnim razem, rozłączył się i oddzwonił. Powiedział, że jednak może się już spotkać. Zebrałam się więc i wyszłam przed blok. Chwilę poczekałam. Okazało się, że spotkał się z kumplem, żeby pograć i musimy odnieść jeszcze jego ukulele do mieszkania. Damn, tak dawno tam byłam... Nie wiedziałam gdzie mam stać i co robić. Sama jazda windą była dla mnie przeżyciem. Jechaliśmy w 4 osoby, a on stanął tak blisko mnie, że czułam go całym ciałem. Patrzył na mnie swoimi kocimi oczami, a ja nie wiedziałam, gdzie mam podziać wzrok. Trwało to kilka minut, a mi się wydawało, jakbyśmy już nigdy mieli nie dojechać na jego piętro. Kiedy otworzył drzwi do mieszkania, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Myślałam, że tylko wejdziemy i wyjdziemy, ale jemu chyba zależało, żebyśmy zostali na dłużej. Najpierw wszedł do kuchni i zaczął pokazywać mi co zrobi sobie na obiad. Później zaczęliśmy się przekomarzać, a on zaczął mi prezentować przyprawy. To było dziwne. Nie podał mi słoiczka, żebym sobie powąchała, o nie nie! Sam mi je podtykał pod nos, muskając przy tym moją twarz i usta. Jak to R. określiła, miałam ciśnienie milion na milion.
A później zaproponował mi coś do picia. Spanikowałam. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Byliśmy pierwszy raz w jego mieszkaniu od czasu listu, rozkminiłam, że się bał tego momentu, i w końcu to się stało, a ja się po prostu przestraszyłam i odmówiłam. Niby próbowałam później go poprosić o herbatę, ale był tak głodny, że nawet mnie nie odprowadził, więc o herbacie mogłam zapomnieć. Tak czy inaczej, później pisaliśmy jeszcze esy.
To jest trochę niesamowite, ale nie wiem w jakim miejscu znajduje się nasza znajomość. Jak na przyjaciela, jest między nami za dużo chemii i za bardzo nas do siebie ciągnie. Z kolei jak na miłość, to chyba on za mało do mnie czuje (tego akurat nie wiem, bo nadal nie potrafię go rozgryźć). Wiem tylko, że jeżeli chcę, żeby coś z tego było, to muszę czekać, robić to co robię i absolutnie nigdy więcej go nie naciskać.
Mam też pewność, że nie spotyka się już ze swoją byłą, ani z innymi laskami, a na pewno nie na seks. Nie dość, że widzimy się codziennie, więc nie ma już na to czasu, to jeszcze teraz wrócił do domu, gdzie prawdopodobnie nie przerucha żadnej, bo takie rzeczy to tylko w jego mieszkaniu.
Ciekawe tylko, kiedy znowu się odezwie?
środa, 20 listopada 2013
Wiem wszystko
Zależy mu i tym razem wcale nie chce mnie tylko przelecieć! Rozgryzłam go!
Wczoraj leżałam z depresją życia, zjadłam pół litra lodów i popłakałam się już w 5 minucie filmu 'The Notebook', który widziałam milionowy raz, a dzisiaj mój wykres szczęścia rósł, aż osiągnął apogeum.
A więc.
Byłam w pracy. Z początku myślałam, że zostanę najchujowszym pracownikiem miesiąca, bo warczałam na ludzi, ale z biegiem czasu zaczęło mi być lepiej. Byłam milsza, zaczęłam się uśmiechać. Podszedł też do mnie jakiś perver i zaczął podrywać. Strasznie się bałam. Myślałam, żeby napisać do Pana X., żeby w razie co mnie uratował, ale dałam sobie sama radę. W ogóle, mogłam sobie pozwolić na wiadomość do niego, bo sam do mnie pierwszy napisał. Chciał, żebym mu cośtam wysłała, ale zrobiłam to już kilka dni temu. Boże jak pięknie, znowu się przyjaźnimy. Ale to nie koniec. Później przyszła P. z zamiarem zakupienia whiskey, bo jak było mi źle, to okazało się, że ona też jest w tragicznym stanie i postanowiłyśmy wypić coś mocniejszego. No więc pogadała ze mną chwilę, a późnej poszła po alko, bo ja miałam jeszcze pół godz. pracy. Kiedy wróciła, zebrałyśmy się, poszłyśmy na obiad do Burger Kinga (gdzie wzięłyśmy sobie tak na rozweselenie po koronie) i poszłyśmy pić do mnie. Z początku było spoko. A później przyszła Ol. Ja ją kocham, ale jak jest u mnie P., to czasem wolałabym posiedzieć z nią sam na sam. W pewnym momencie siedziałam i się nudziłam i wtedy zadzwonił do mnie Pan X. Myślał, że pracuję i chciał przyjść. No niestety, musiałam go rozczarować. Niby zaprosiłam go do siebie, ale jak zwykle odmówił. A chciał iść ze mną na obiad (tak wywnioskowałam z późniejszej konwersacji). Później impreza się rozkręciła. Wypiłyśmy 0.7 whiskey na 3 i skończyłam z rzucaniem palenia (póki co).
Kiedy już wiedziałam, że P. musi się zbierać, czyli po 21, napisałam do Pana X., czy nie ma ochoty ze mną posiedzieć. Powiedział, że możemy się przejść. I tak oto, poszliśmy na spacer koło 22, w tajemnicy przed wszystkimi. Ale przynajmniej zrozumiałam. On się boi być ze mną sam na sam w mieszkaniu! Zależy mu, bo spotkał się ze mną prawie w środku nocy i nadal mu się podobam! I teraz jestem prawie pewna, że w niedzielę się z nikim nie spotkał. Radość taka ogromna <3
Wczoraj leżałam z depresją życia, zjadłam pół litra lodów i popłakałam się już w 5 minucie filmu 'The Notebook', który widziałam milionowy raz, a dzisiaj mój wykres szczęścia rósł, aż osiągnął apogeum.
A więc.
Byłam w pracy. Z początku myślałam, że zostanę najchujowszym pracownikiem miesiąca, bo warczałam na ludzi, ale z biegiem czasu zaczęło mi być lepiej. Byłam milsza, zaczęłam się uśmiechać. Podszedł też do mnie jakiś perver i zaczął podrywać. Strasznie się bałam. Myślałam, żeby napisać do Pana X., żeby w razie co mnie uratował, ale dałam sobie sama radę. W ogóle, mogłam sobie pozwolić na wiadomość do niego, bo sam do mnie pierwszy napisał. Chciał, żebym mu cośtam wysłała, ale zrobiłam to już kilka dni temu. Boże jak pięknie, znowu się przyjaźnimy. Ale to nie koniec. Później przyszła P. z zamiarem zakupienia whiskey, bo jak było mi źle, to okazało się, że ona też jest w tragicznym stanie i postanowiłyśmy wypić coś mocniejszego. No więc pogadała ze mną chwilę, a późnej poszła po alko, bo ja miałam jeszcze pół godz. pracy. Kiedy wróciła, zebrałyśmy się, poszłyśmy na obiad do Burger Kinga (gdzie wzięłyśmy sobie tak na rozweselenie po koronie) i poszłyśmy pić do mnie. Z początku było spoko. A później przyszła Ol. Ja ją kocham, ale jak jest u mnie P., to czasem wolałabym posiedzieć z nią sam na sam. W pewnym momencie siedziałam i się nudziłam i wtedy zadzwonił do mnie Pan X. Myślał, że pracuję i chciał przyjść. No niestety, musiałam go rozczarować. Niby zaprosiłam go do siebie, ale jak zwykle odmówił. A chciał iść ze mną na obiad (tak wywnioskowałam z późniejszej konwersacji). Później impreza się rozkręciła. Wypiłyśmy 0.7 whiskey na 3 i skończyłam z rzucaniem palenia (póki co).
Kiedy już wiedziałam, że P. musi się zbierać, czyli po 21, napisałam do Pana X., czy nie ma ochoty ze mną posiedzieć. Powiedział, że możemy się przejść. I tak oto, poszliśmy na spacer koło 22, w tajemnicy przed wszystkimi. Ale przynajmniej zrozumiałam. On się boi być ze mną sam na sam w mieszkaniu! Zależy mu, bo spotkał się ze mną prawie w środku nocy i nadal mu się podobam! I teraz jestem prawie pewna, że w niedzielę się z nikim nie spotkał. Radość taka ogromna <3
poniedziałek, 18 listopada 2013
Rok
Dokładnie rok minął od czasu wernisażu, który wspominam do dzisiaj. To był jeden z przełomowych dni w moim życiu. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że moje uczucia do Pana X. wykraczają daleko poza ramy przyjaźni, zaczęłam też myśleć, że on czuje to samo. W końcu zaprosił mnie, przedstawił przyjaciołom, nie puścił z powrotem do Kato, pokazał żenujące go filmiki, dzielił się ze mną jedną żelką, karmił mnie z ręki i co najważniejsze, nie odstępował mnie na krok.
Pamiętam ten wieczór w każdym szczególe, chociaż jeszcze wtedy nic nie analizowałam. A teraz? Jestem uzależniona od drobiazgowej analizy każdego jego gestu. Prowadzę nawet specjalny notatnik, w którym zapisuję jego zachowanie.
Nigdy nie pomyślałabym, że to wszystko się tak potoczy.
Wczoraj widziałam się z nim ponownie. Napisał do mnie z rana, o której chcę iść do ikei. Zaczęłam mu odpisywać po 20 min., ale nie mógł poczekać chwili, bo dosłownie w połowie sms'a zadzwonił. Umówiliśmy się więc na 11:45 pod jego blokiem.
Jako, że ostatnio nic innego nie robię, tylko rozpamiętuję przeszłość, to postanowiłam się ubrać identycznie, jak na wernisaż. Liczyłam, że może skojarzy. Czy to zrobił - nie wiem.
W ikei wybieraliśmy wyposażenie do naszych domów marzeń. Najsmutniejsze jest to, że nasze wizje się pokrywają.
Później poszliśmy coś zjeść. Oczywiście nadal mam mega zakaz chodzenia po chodniku od strony samochodów. Po co on się tak troszczy? Pomyślałabym, że może coś chce, ale wieczorem zrozumiałam, że nie powinnam w ogóle zwracać na to uwagi. Tylko, że nie umiem.
Po wyjściu z knajpy poszliśmy tradycyjnie do biedry, a on jak zwykle zapragnął się podzielić ze mną piciem i batonem. Coli odmówiłam, marsa nie. :D
No i oczywiście odprowadził mnie pod blok.
Wieczorem spotkałam się z nim jeszcze raz, bo miał moje ołówki z ikei, a ja miałam dzisiaj kolokwium ze staty. Oczywiście to była tylko wymówka, ale to co z niej wynikło dało mi do zrozumienia, że ja nie ogarniam tego człowieka i to się nigdy nie zmieni. On ma jakąś ciężką, niezdiagnozowaną chorobę psychiczną.
No bo spotkaliśmy się, on gdzieś szedł. Zaczęłam drążyć temat i pytać gdzie idzie. Wskazał i powiedział 'tam' i nic więcej. Nie chciał mi powiedzieć gdzie i po co. Ale cholera jasna. Jak szedł na randkę, to przecież bym go nie zabiła, jakby mi powiedział wprost. Przynajmniej bym wiedziała. A nie, siedzę i rozkminiam, czy nie chciał, żebym poszła po te ołówki do niego, bo się bał spotkania ze mną sam na sam w jego mieszkaniu (od czasu listu coś takiego nie nastąpiło), czy też poszedł w niedzielę, dosyć późnym wieczorem na randkę, nie patrząc na to, że dzisiaj ma na rano zajęcia. Żadna opcja nie ma wystarczająco sensu, żeby dłużej się rozwodzić, ale innych rozwiązań nie widzę.
To jest kretyńskie i idiotyczne.
A dzisiaj siedziałam z Ol. na placu zabaw i pierwszy raz od jakiegoś czasu podszedł do nas. Święto po prostu. Poznał nas w końcu. Cały zeszły miesiąc udawał, że nas nie zna, kiedy nas widział, a dzisiaj taka niespodzianka. On jest chory. A najgorsze jest to, że ja nie umiem przestać o nim myśleć. I nikt tego nie wie. I się nie dowie. Utrzymuję pozory, że ciągnę tą znajomość, bo mnie ciekawi, do czego to wszystko zaprowadzi. Prawda jest taka, że ja dalej go kocham i nie potrafię przestać. A teraz, kiedy mija rok od początku tego wszystkiego, jest jeszcze gorzej.
Czuję, że czegoś mi brakuje. I chociaż powtarzam wszystkim, że nie wiem czego, to dokładnie wiem. Brakuje mi jego i tego ciepła, które mi dawał. Chcę, żeby znowu się mną interesował tak jak rok temu. Ale to jest niemożliwe. Jedyne co od niego dostaję, to sprzeczne sygnały i dystans. Nie jest już mną zainteresowany.
Jestem masochistką. Zdaję sobie sprawę z tego, jak beznadziejna jest moja sytuacja, ale dalej w to brnę i przypominam sobie te wszystkie cudowne chwile. To się kiedyś skończy?
Pamiętam ten wieczór w każdym szczególe, chociaż jeszcze wtedy nic nie analizowałam. A teraz? Jestem uzależniona od drobiazgowej analizy każdego jego gestu. Prowadzę nawet specjalny notatnik, w którym zapisuję jego zachowanie.
Nigdy nie pomyślałabym, że to wszystko się tak potoczy.
Wczoraj widziałam się z nim ponownie. Napisał do mnie z rana, o której chcę iść do ikei. Zaczęłam mu odpisywać po 20 min., ale nie mógł poczekać chwili, bo dosłownie w połowie sms'a zadzwonił. Umówiliśmy się więc na 11:45 pod jego blokiem.
Jako, że ostatnio nic innego nie robię, tylko rozpamiętuję przeszłość, to postanowiłam się ubrać identycznie, jak na wernisaż. Liczyłam, że może skojarzy. Czy to zrobił - nie wiem.
W ikei wybieraliśmy wyposażenie do naszych domów marzeń. Najsmutniejsze jest to, że nasze wizje się pokrywają.
Później poszliśmy coś zjeść. Oczywiście nadal mam mega zakaz chodzenia po chodniku od strony samochodów. Po co on się tak troszczy? Pomyślałabym, że może coś chce, ale wieczorem zrozumiałam, że nie powinnam w ogóle zwracać na to uwagi. Tylko, że nie umiem.
Po wyjściu z knajpy poszliśmy tradycyjnie do biedry, a on jak zwykle zapragnął się podzielić ze mną piciem i batonem. Coli odmówiłam, marsa nie. :D
No i oczywiście odprowadził mnie pod blok.
Wieczorem spotkałam się z nim jeszcze raz, bo miał moje ołówki z ikei, a ja miałam dzisiaj kolokwium ze staty. Oczywiście to była tylko wymówka, ale to co z niej wynikło dało mi do zrozumienia, że ja nie ogarniam tego człowieka i to się nigdy nie zmieni. On ma jakąś ciężką, niezdiagnozowaną chorobę psychiczną.
No bo spotkaliśmy się, on gdzieś szedł. Zaczęłam drążyć temat i pytać gdzie idzie. Wskazał i powiedział 'tam' i nic więcej. Nie chciał mi powiedzieć gdzie i po co. Ale cholera jasna. Jak szedł na randkę, to przecież bym go nie zabiła, jakby mi powiedział wprost. Przynajmniej bym wiedziała. A nie, siedzę i rozkminiam, czy nie chciał, żebym poszła po te ołówki do niego, bo się bał spotkania ze mną sam na sam w jego mieszkaniu (od czasu listu coś takiego nie nastąpiło), czy też poszedł w niedzielę, dosyć późnym wieczorem na randkę, nie patrząc na to, że dzisiaj ma na rano zajęcia. Żadna opcja nie ma wystarczająco sensu, żeby dłużej się rozwodzić, ale innych rozwiązań nie widzę.
To jest kretyńskie i idiotyczne.
A dzisiaj siedziałam z Ol. na placu zabaw i pierwszy raz od jakiegoś czasu podszedł do nas. Święto po prostu. Poznał nas w końcu. Cały zeszły miesiąc udawał, że nas nie zna, kiedy nas widział, a dzisiaj taka niespodzianka. On jest chory. A najgorsze jest to, że ja nie umiem przestać o nim myśleć. I nikt tego nie wie. I się nie dowie. Utrzymuję pozory, że ciągnę tą znajomość, bo mnie ciekawi, do czego to wszystko zaprowadzi. Prawda jest taka, że ja dalej go kocham i nie potrafię przestać. A teraz, kiedy mija rok od początku tego wszystkiego, jest jeszcze gorzej.
Czuję, że czegoś mi brakuje. I chociaż powtarzam wszystkim, że nie wiem czego, to dokładnie wiem. Brakuje mi jego i tego ciepła, które mi dawał. Chcę, żeby znowu się mną interesował tak jak rok temu. Ale to jest niemożliwe. Jedyne co od niego dostaję, to sprzeczne sygnały i dystans. Nie jest już mną zainteresowany.
Jestem masochistką. Zdaję sobie sprawę z tego, jak beznadziejna jest moja sytuacja, ale dalej w to brnę i przypominam sobie te wszystkie cudowne chwile. To się kiedyś skończy?
sobota, 16 listopada 2013
6 godzin
Właśnie tyle czasu spędziliśmy razem. Nie spodziewałam się tego. Tego, że będzie się o mnie tak bardzo troszczył, też nie. Nawet nie liczyłam, że przyjdzie. Spodziewałam się, że zadzwoni do mnie z rana i powie, że zapomniał, albo coś mu wypadło. Zamiast tego, czekał na mnie pod moim blokiem. Idąc do przychodni, nie pozwalał mi iść po prawej stronie chodnika. Tak robią rodzice, którzy idą ze swoimi pociechami.
Po wszystkim posiedział ze mną, pomimo, że krew pobrano i mi bardzo szybko i nawet nie zdążyłam zemdleć. Rzecz jasna zrobiło mi się słabo, ale cucić mnie nie musiał.
Później powiedział, że kupimy mi coś do picia. Łapię go na tym, że zawsze mówi magiczne 'my', chociaż nie zawsze ma konkretnie 'nas' na myśli. Odnosi się to czasem tylko do mnie, albo do niego.
Co dziwne, kiedy opowiadał mi historię o tym, jak odprowadzał koleżankę, zaczął mówić 'szliśmy', ale się poprawił i powiedział 'szedłem z...', a chwilę później, ponownie używał sformułowania 'my' w związku z nami. Oczywiście, i tak jestem zazdrosna o nią. Tym bardziej, że poszedł wczoraj na jakąś imprezę. Chciałabym się z nim dzisiaj spotkać, ale nie napiszę do niego po raz kolejny, bo to głupie.
Plus wczoraj widzieliśmy się bardzo długo. Po tym całym pobieraniu krwi, poszliśmy połazić po sklepach (bo szukał prezentu dla kumpla), standardowo na pizze i po pixy dla mnie. Kupowanie z nim tabletek było dziwne, ale cóż.
Wieczorem, żeby nie myśleć o tej jego imprezie poszłam do R., u której sama wypiłam całe wino.
I dzisiaj jest mi smutno i źle. Nie rozumiem czemu. Staram się nie analizować jego zachowania itd., chociaż mogłoby ono świadczyć o tym, że się ogarnął, ale pomimo to łzy same płynął po moich policzkach.
A trzeba się zebrać i iść do pracy...
Po wszystkim posiedział ze mną, pomimo, że krew pobrano i mi bardzo szybko i nawet nie zdążyłam zemdleć. Rzecz jasna zrobiło mi się słabo, ale cucić mnie nie musiał.
Później powiedział, że kupimy mi coś do picia. Łapię go na tym, że zawsze mówi magiczne 'my', chociaż nie zawsze ma konkretnie 'nas' na myśli. Odnosi się to czasem tylko do mnie, albo do niego.
Co dziwne, kiedy opowiadał mi historię o tym, jak odprowadzał koleżankę, zaczął mówić 'szliśmy', ale się poprawił i powiedział 'szedłem z...', a chwilę później, ponownie używał sformułowania 'my' w związku z nami. Oczywiście, i tak jestem zazdrosna o nią. Tym bardziej, że poszedł wczoraj na jakąś imprezę. Chciałabym się z nim dzisiaj spotkać, ale nie napiszę do niego po raz kolejny, bo to głupie.
Plus wczoraj widzieliśmy się bardzo długo. Po tym całym pobieraniu krwi, poszliśmy połazić po sklepach (bo szukał prezentu dla kumpla), standardowo na pizze i po pixy dla mnie. Kupowanie z nim tabletek było dziwne, ale cóż.
Wieczorem, żeby nie myśleć o tej jego imprezie poszłam do R., u której sama wypiłam całe wino.
I dzisiaj jest mi smutno i źle. Nie rozumiem czemu. Staram się nie analizować jego zachowania itd., chociaż mogłoby ono świadczyć o tym, że się ogarnął, ale pomimo to łzy same płynął po moich policzkach.
A trzeba się zebrać i iść do pracy...
piątek, 15 listopada 2013
Powrót do ćpania
Znowu ćpam. Może nie tak jak wcześniej, ale od nowa. W sumie, to chyba nigdy nie przestałam. Sny mówią same za siebie. Dzisiaj znowu mnie odwiedził. Uśmiechał się, przytulał mnie i mówił, że jeszcze nie teraz, ale w święta... I się obudziłam. Beznadziejne uczucie. Moja senna podświadomość krzyczała do mnie to, co chciałam usłyszeć i prawdopodobnie bym usłyszała, ale tak się nie stało, bo się zbudziłam.
Ciągle jest w mojej głowie.
A jutro rano moje źrenice znowu będą niemalże wielkości tęczówki.
Nie potrafię się od tego uwolnić.
Ciągle do tego wracam, a po pewnym czasie, żebrzę po więcej.
W sumie nigdy mnie nie opuścił. Ciągle był bardzo blisko - w mojej głowie.
Znalazłam zdjęcia z TEGO wernisażu. Nie wierzę, że to było rok temu. Wtedy jeszcze byłam czysta, a moje życie nie było aż tak skomplikowane. Nie czułam tak wielkiej potrzeby jakiegokolwiek kontaktu z Nim.
Sama się niszczę. Pozwalam mu być w moim życiu i wprowadzać zamęt i cierpienie. Ba, ja o to zabiegam na wszelkie możliwe sposoby.
Uzależniłam się od Jego obecności i nie wiem, gdzie musiałabym się zamknąć, żeby to się skończyło.
Ciągle jest w mojej głowie.
A jutro rano moje źrenice znowu będą niemalże wielkości tęczówki.
Nie potrafię się od tego uwolnić.
Ciągle do tego wracam, a po pewnym czasie, żebrzę po więcej.
W sumie nigdy mnie nie opuścił. Ciągle był bardzo blisko - w mojej głowie.
Znalazłam zdjęcia z TEGO wernisażu. Nie wierzę, że to było rok temu. Wtedy jeszcze byłam czysta, a moje życie nie było aż tak skomplikowane. Nie czułam tak wielkiej potrzeby jakiegokolwiek kontaktu z Nim.
Sama się niszczę. Pozwalam mu być w moim życiu i wprowadzać zamęt i cierpienie. Ba, ja o to zabiegam na wszelkie możliwe sposoby.
Uzależniłam się od Jego obecności i nie wiem, gdzie musiałabym się zamknąć, żeby to się skończyło.
poniedziałek, 11 listopada 2013
11 listopada
Do patriotki mi daleko, więc dzisiejszy dzień zaowocował w końcu zrobionym praniem, posprzątaniem pokoju, pozmywaniem naczyń, spotkaniem z Pięknym i wizytą w maku. Mój strój też był dość ciekawy. Do południa dres. Po południu, a raczej od momentu w którym Piękny napisał mi, że w Kato pojawi się dopiero za 2-3 godziny, była to sukienka. No bo wtedy stwierdziłam, że trzeba się przystroić i pomimo, że teoretycznie miałam kupę czasu, zabrałam się za przebieranie. Jak zwykle, moim priorytetem było pokazanie mu co stracił, czyli odsłonięcie nóg. Co prawda powiedział mi, że wyglądam jak żona rambo, bo ta sukienka była moro, a rajstopy podarte, ale generalnie bardzo do siebie pasowaliśmy ubraniowo.
Dzięki Bogu, że ogarnęłam swój wygląd w miarę szybko, bo po godzinie zadzwonił do mnie, że już jest. Jaki ja miałam stres! Spotkaliśmy się jak gdyby nigdy nic i nie wiedzieliśmy co robić. Po tym co mówił wywnioskowałam, że chciał iść do mnie albo do niego. Nie wiedziałam jednak czy 'wypada' więc zarządziłam spacer. I w ten oto sposób trafiliśmy do maka, gdzie zaczęliśmy rozmawiać o związkach. Ja nie wiem, czy on mnie torturuje, czy mu to przez przypadek wychodzi. Chyba to pierwsze, bo wracając zaczęliśmy rozmawiać o zaroście, a on postanowił poznać moją opinię na temat jego brody, tzn. co o niej myślę, czy mi się podoba itd., a jeszcze później zaczął coś mówić o mojej miłości do mojego potencjalnego psa i już całkiem zgłupiałam.
O. mówi, że może zmądrzał po liście. Ol. namawiała mnie dzisiaj, żebym do niego napisała. To wszystko jest dziwne. Tym razem próbuję nad niczym się nie nastawiać, żyć sobie swoim życiem, może kogoś poznam, może on serio się ogarnął, nie wiem. Co ma być to będzie. A pożyjemy, to zobaczymy, co to będzie.
Dzięki Bogu, że ogarnęłam swój wygląd w miarę szybko, bo po godzinie zadzwonił do mnie, że już jest. Jaki ja miałam stres! Spotkaliśmy się jak gdyby nigdy nic i nie wiedzieliśmy co robić. Po tym co mówił wywnioskowałam, że chciał iść do mnie albo do niego. Nie wiedziałam jednak czy 'wypada' więc zarządziłam spacer. I w ten oto sposób trafiliśmy do maka, gdzie zaczęliśmy rozmawiać o związkach. Ja nie wiem, czy on mnie torturuje, czy mu to przez przypadek wychodzi. Chyba to pierwsze, bo wracając zaczęliśmy rozmawiać o zaroście, a on postanowił poznać moją opinię na temat jego brody, tzn. co o niej myślę, czy mi się podoba itd., a jeszcze później zaczął coś mówić o mojej miłości do mojego potencjalnego psa i już całkiem zgłupiałam.
O. mówi, że może zmądrzał po liście. Ol. namawiała mnie dzisiaj, żebym do niego napisała. To wszystko jest dziwne. Tym razem próbuję nad niczym się nie nastawiać, żyć sobie swoim życiem, może kogoś poznam, może on serio się ogarnął, nie wiem. Co ma być to będzie. A pożyjemy, to zobaczymy, co to będzie.
niedziela, 10 listopada 2013
Brak czasu
Nigdy nie pomyślałam, że brak czasu jest czymś dobrym. Pracuję, studiuję i to zapycha mi wszelkie wolne chwile. Mało kiedy zdarza mi się myśleć o pierdołach. Jedyne czego żałuję, to to, że zaniedbałam bloga, bo jednak to jest takie moje miejsce, gdzie mogę oczyścić swój umysł ze wszystkich przemyśleń.
Tylko, że teraz zamiast siedzieć na kompie, to w jakiejś luźniejszej chwili, spotykam się ze znajomymi, bo jednak potrzebuję też życia towarzyskiego. W ogóle, teraz jestem pewna, że kogoś potrzebuję. Kogoś, czyli faceta. Chcę móc się przytulić do niego, pobyć z nim. Potrzebuję takiej bliskiej mojemu sercu, osoby. Oczywiście, o Panu X. nie zapomniałam, no bo jakbym mogła, ale powoli otwieram serduszko na kogoś nowego. Tęsknię za kimś obok. Mam nadzieję, że okazja na wypełnienie tej pustki pojawi się niedługo.
Że nie koniec z Panem X., zdałam sobie sprawę w domu, do którego wróciłam z okazji wszystkich świętych. Teoretycznie tam też nie miałam czasu. Codziennie byli goście, raz spotkałam się z M. i T. na popijawie u mojej babci (w końcu dostałam swoje whiskey i milkę *.*), a wieczorami/nocą spotykałam się z P. na fajkę, jako, że musiałam się ukrywać z tym przed rodzicami. Ogólnie moja rodzina ma nas za parę. Babcia prawie zeszła na zawał jak postanowiłam z tego zażartować i przy stole rzuciłam, że jesteśmy zaręczone.
W niedzielę po świętach przyjechała moja kochana E. Jak zwykle trafiłam z prezentem (duży miś, którego wybrałam dla niej rzecz jasna z P.), więc mała była moja przez cały dzień. No i dzięki temu, nareszcie doczekałam chwili, że to nie moja siostra, tylko ja, stałam się, przynajmniej w oczach ciotki, kimś fajnym. No ale w końcu, to ja do nich jeżdżę, interesuję się, kupuję małej prezenty. Po prostu, staram się być dobrą chrzestną i dać jej wszystko to, czego ja ze strony swoich chrzestnych, nie dostałam.
I niby ciągle byłam zajęta, ciągle coś robiłam, ale w mojej głowie i sercu, włączył się ten magiczny guziczek włączający moje uczucia związane z tym co się stało. Myślałam, że się nie opanuję. Zaczynałam płakać w nieodpowiednich momentach, np. w pociągu, bo przypomniało mi się, jak ostatnim razem wracałam pociągiem do Kato i Pan X. po mnie przyszedł, jak mnie pocałował zaraz po wyjściu z ciuchci i jak później spędziliśmy naszą pierwszą wspólną noc. Zaczęłam też myśleć o tym wszystkim co się stało, co on zrobił, mając włączone emocje. No i zaczęłam wariować. Nie polepszał tej sprawy fakt, że dzień przed moim wyjazdem do domu, zadzwonił do mnie i chciał się umówić, żeby dać mi prezent, a ja obiecałam mu, że dam znać jak tylko wrócę. Tak więc jak zwykle, kiedy chciałam się zresetować na drugim końcu Polski, on musiał o sobie przypomnieć włączając mi tryb myślenia na niego. Cudownie.
Podróż do Kato, to była katorga. Nie dość, że w głowie był tylko Pan X. i milion wspomnień i pytań, to jeszcze moja walizka była praktycznie mojej wielkości i 3 razy cięższa, i nie było nikogo, kto by mi z nią pomógł, np. wysiadając z pociągu, czy wchodząc/schodząc po schodach w Krk. (bo tam miałam przesiadkę). Do Kato wróciłam więc zmordowana, ale nie miałam chwili żeby usiąść, bo byłam umówiona po klucze na stoisko (na drugi dzień miałam otwierać) i na piwo z P., G., i T.
Wpadłam więc do mieszkania, zmieniłam ciuchy i poleciałam na to piwo. Okazało się, że jest tam też K. Moja reakcja na tą informację była zabójcza. Rzuciłam tekstem: 'A po co?'. Ale w sumie było spoko. Powspominałyśmy z P. naszą halloweenową imprezę z chłopakami, pośmialiśmy się i mogłam spokojnie polecieć po klucze, a później do mieszkania, żeby chociaż trochę się wyspać. Na drugi dzień pracowałam. Kiedy skończyłam i wróciłam do mieszkania, byłam tak padnięta, że jedyne o czym myślałam, to żeby się położyć. I tak paląc sobie fajeczkę dla relaksu, odebrałam telefon od Pana X. Przeprosił, że nie odpisał (w trakcie piwa miałam tak wyborny humor, że go poinformowałam, że wróciłam), ale że chciałby się ze mną zobaczyć i kiedy mogę. W sumie to powiedziałam mu, że cały tydzień jestem zajęta. On chciał się ze mną spotkać na drugi dzień. Powiedziałam, ze się zastanowię. Po pół godzinie odpisałam mu, że ewentualnie możemy się zobaczyć koło 14. Byliśmy umówieni.
Tego dnia wyglądałam kwitnąco. Oczy zrobiłam w stylu Avril w Rock'n Roll, i włożyłam spódniczkę. Wiem jak bardzo podobają mu się moje nogi, a chciałam mu dokładnie zaprezentować co stracił.
Już z samego rana napisał do mnie, o której się widzimy. Po wielu niezgodnościach, zrezygnowałam z wykładu i umówiłam się z nim pod moim wydziałem. Dziwnie było go zobaczyć, a jeszcze dziwniej rozmawiać. Mój list wisiał nad nami jak chmura burzowa i czekał tylko na błyskawicę, żeby zagrzmieć. Nic takiego się jednak nie stało, a ja dostałam obiad (czyli wygranego hambsa) i jeden z najlepszych prezentów na świecie - najnowszą płytę BT (której podobno szukał w baardzo wielu miejscach, bo uparł się, że to musi być koniecznie ta), i muffinki od milki (bo ponoć jak tylko je zobaczył, to od razu pomyślał, że musi mi je kupić). Kiedy mi to dał, byłam tak uradowana, że pomimo tej całej żenującej sytuacji z listem, rzuciłam się wręcz na niego. I zaprosiłam na sernik i szarlotkę, które przywiozłam z domu (hehehehe jak zwykle był zajęty). W sumie było spoko. Było parę dziwnych momentów, jak np. kiedy skomplementował moje rajstopy (!), czy kiedy opowiadał mi historię Dantego, albo kiedy zadzwonił K. i zaprosiłam go do siebie, a Pan X. momentalnie się wtedy obraził.
Tak.
Namieszało to w mojej głowie. Teraz mam wolne od studiów i pracy i tak siedzę rozkminiając. Już zaczęłam nawet płakać. Chciałabym, żeby jutro do mnie się odezwał, bo chciałabym się z nim zobaczyć. W sumie jutro to jedyny dzień, kiedy mogę, a do końca roku chciałabym, żeby to wszystko się między nami tak poukładało, żeby było normalnie. Dałabym wszystko, żeby się odezwał, ale pewnie tak się nie stanie. No trudno.
Tylko, że teraz zamiast siedzieć na kompie, to w jakiejś luźniejszej chwili, spotykam się ze znajomymi, bo jednak potrzebuję też życia towarzyskiego. W ogóle, teraz jestem pewna, że kogoś potrzebuję. Kogoś, czyli faceta. Chcę móc się przytulić do niego, pobyć z nim. Potrzebuję takiej bliskiej mojemu sercu, osoby. Oczywiście, o Panu X. nie zapomniałam, no bo jakbym mogła, ale powoli otwieram serduszko na kogoś nowego. Tęsknię za kimś obok. Mam nadzieję, że okazja na wypełnienie tej pustki pojawi się niedługo.
Że nie koniec z Panem X., zdałam sobie sprawę w domu, do którego wróciłam z okazji wszystkich świętych. Teoretycznie tam też nie miałam czasu. Codziennie byli goście, raz spotkałam się z M. i T. na popijawie u mojej babci (w końcu dostałam swoje whiskey i milkę *.*), a wieczorami/nocą spotykałam się z P. na fajkę, jako, że musiałam się ukrywać z tym przed rodzicami. Ogólnie moja rodzina ma nas za parę. Babcia prawie zeszła na zawał jak postanowiłam z tego zażartować i przy stole rzuciłam, że jesteśmy zaręczone.
W niedzielę po świętach przyjechała moja kochana E. Jak zwykle trafiłam z prezentem (duży miś, którego wybrałam dla niej rzecz jasna z P.), więc mała była moja przez cały dzień. No i dzięki temu, nareszcie doczekałam chwili, że to nie moja siostra, tylko ja, stałam się, przynajmniej w oczach ciotki, kimś fajnym. No ale w końcu, to ja do nich jeżdżę, interesuję się, kupuję małej prezenty. Po prostu, staram się być dobrą chrzestną i dać jej wszystko to, czego ja ze strony swoich chrzestnych, nie dostałam.
I niby ciągle byłam zajęta, ciągle coś robiłam, ale w mojej głowie i sercu, włączył się ten magiczny guziczek włączający moje uczucia związane z tym co się stało. Myślałam, że się nie opanuję. Zaczynałam płakać w nieodpowiednich momentach, np. w pociągu, bo przypomniało mi się, jak ostatnim razem wracałam pociągiem do Kato i Pan X. po mnie przyszedł, jak mnie pocałował zaraz po wyjściu z ciuchci i jak później spędziliśmy naszą pierwszą wspólną noc. Zaczęłam też myśleć o tym wszystkim co się stało, co on zrobił, mając włączone emocje. No i zaczęłam wariować. Nie polepszał tej sprawy fakt, że dzień przed moim wyjazdem do domu, zadzwonił do mnie i chciał się umówić, żeby dać mi prezent, a ja obiecałam mu, że dam znać jak tylko wrócę. Tak więc jak zwykle, kiedy chciałam się zresetować na drugim końcu Polski, on musiał o sobie przypomnieć włączając mi tryb myślenia na niego. Cudownie.
Podróż do Kato, to była katorga. Nie dość, że w głowie był tylko Pan X. i milion wspomnień i pytań, to jeszcze moja walizka była praktycznie mojej wielkości i 3 razy cięższa, i nie było nikogo, kto by mi z nią pomógł, np. wysiadając z pociągu, czy wchodząc/schodząc po schodach w Krk. (bo tam miałam przesiadkę). Do Kato wróciłam więc zmordowana, ale nie miałam chwili żeby usiąść, bo byłam umówiona po klucze na stoisko (na drugi dzień miałam otwierać) i na piwo z P., G., i T.
Wpadłam więc do mieszkania, zmieniłam ciuchy i poleciałam na to piwo. Okazało się, że jest tam też K. Moja reakcja na tą informację była zabójcza. Rzuciłam tekstem: 'A po co?'. Ale w sumie było spoko. Powspominałyśmy z P. naszą halloweenową imprezę z chłopakami, pośmialiśmy się i mogłam spokojnie polecieć po klucze, a później do mieszkania, żeby chociaż trochę się wyspać. Na drugi dzień pracowałam. Kiedy skończyłam i wróciłam do mieszkania, byłam tak padnięta, że jedyne o czym myślałam, to żeby się położyć. I tak paląc sobie fajeczkę dla relaksu, odebrałam telefon od Pana X. Przeprosił, że nie odpisał (w trakcie piwa miałam tak wyborny humor, że go poinformowałam, że wróciłam), ale że chciałby się ze mną zobaczyć i kiedy mogę. W sumie to powiedziałam mu, że cały tydzień jestem zajęta. On chciał się ze mną spotkać na drugi dzień. Powiedziałam, ze się zastanowię. Po pół godzinie odpisałam mu, że ewentualnie możemy się zobaczyć koło 14. Byliśmy umówieni.
Tego dnia wyglądałam kwitnąco. Oczy zrobiłam w stylu Avril w Rock'n Roll, i włożyłam spódniczkę. Wiem jak bardzo podobają mu się moje nogi, a chciałam mu dokładnie zaprezentować co stracił.
Już z samego rana napisał do mnie, o której się widzimy. Po wielu niezgodnościach, zrezygnowałam z wykładu i umówiłam się z nim pod moim wydziałem. Dziwnie było go zobaczyć, a jeszcze dziwniej rozmawiać. Mój list wisiał nad nami jak chmura burzowa i czekał tylko na błyskawicę, żeby zagrzmieć. Nic takiego się jednak nie stało, a ja dostałam obiad (czyli wygranego hambsa) i jeden z najlepszych prezentów na świecie - najnowszą płytę BT (której podobno szukał w baardzo wielu miejscach, bo uparł się, że to musi być koniecznie ta), i muffinki od milki (bo ponoć jak tylko je zobaczył, to od razu pomyślał, że musi mi je kupić). Kiedy mi to dał, byłam tak uradowana, że pomimo tej całej żenującej sytuacji z listem, rzuciłam się wręcz na niego. I zaprosiłam na sernik i szarlotkę, które przywiozłam z domu (hehehehe jak zwykle był zajęty). W sumie było spoko. Było parę dziwnych momentów, jak np. kiedy skomplementował moje rajstopy (!), czy kiedy opowiadał mi historię Dantego, albo kiedy zadzwonił K. i zaprosiłam go do siebie, a Pan X. momentalnie się wtedy obraził.
Tak.
Namieszało to w mojej głowie. Teraz mam wolne od studiów i pracy i tak siedzę rozkminiając. Już zaczęłam nawet płakać. Chciałabym, żeby jutro do mnie się odezwał, bo chciałabym się z nim zobaczyć. W sumie jutro to jedyny dzień, kiedy mogę, a do końca roku chciałabym, żeby to wszystko się między nami tak poukładało, żeby było normalnie. Dałabym wszystko, żeby się odezwał, ale pewnie tak się nie stanie. No trudno.
wtorek, 29 października 2013
Nowe życie
I wcale nie chodzi o żadne dziecko ani nic. Czuję się tak, jakbym żyła od początku. W końcu o Nim nie myślę w sposób, który mnie rani. W sumie, to mogłabym się z nim kolegować, bo za bardzo mnie obrzydza, żebym myślała o czymś więcej.
Dostałam nareszcie wszystko czego chciałam. Studiuję na 2gim roku, pracuję, mam przyjaciół, na których wiem, że zawsze mogę liczyć, wieczorami spędzamy sobie razem czas, spotykam się z innymi znajomymi, poznaję nowych ludzi. Chyba jestem szczęśliwa. Nigdy nie było tak dobrze, więc zaczynam się bać, że nie potrwa to zbyt długo. Boję się, że za chwilę coś się zjebie.
Jeżeli chodzi o pracę, to w sumie dosyć zabawna historia.
W pewnym momencie swojego życia, który był wcale nie tak dawno temu, zaczęłam wysyłać swoje CV dosłownie wszędzie. W ostatni wtorek zbudził mnie telefon. Okazało się, że dzwonią z jednego z ogłoszeń i proponują mi rozmowę kwalifikacyjną. Rzecz jasna zgodziłam się, ale nie nastawiałam się na zbyt wiele, toteż nie ubrałam się jakoś super. Nikomu też nie powiedziałam o tej rozmowie. No bo po co? Miałam się chwalić kolejną szansą, którą i tak mi pewnie odbiorą? Wiedział tylko K. i jego dwóch kumpli, bo się z nimi spotkałam przed rozmową.
Poszłam więc na totalnym luzie, żartowałam z kierownikami, dużo się uśmiechałam i ogólnie zero stresu. Zadawali mi praktyczne pytania, na które ja, o dziwo, znałam odpowiedzi. Oczywiście powiedzieli, że jak coś, to zadzwonią wieczorem. Standard.
Po rozmowie, zadzwoniła do mnie P. z propozycją spotkania. Niestety, ja byłam jeszcze w Silesii, ale umówiłyśmy się na później. Opowiedziałam jej wszystko. Jak było, o co pytali. I tak łaziłyśmy sobie po Katowickiej, aż w końcu ona musiała się już zbierać i odprowadzałam ją na pociąg. I wtedy, niespodziewanie zadzwonił mój telefon. Odebrałam, i okazało się, że w końcu gdzieś mnie chcą do roboty! Usłyszałam, że spodobałam im się tak bardzo, że pomimo, iż szukali studenta zaocznego na 3/4 etatu, to mogą mi zaoferować 1/2. Myślałam, że się posikam ze szczęścia. P. cieszyła się razem ze mną. Objęła mnie i przytulałyśmy się tak długo, że ludzie zaczęli na nas dziwnie patrzeć.
Później zadzwoniłam do rodziców. Oboje byli zachwyceni. W końcu znalazłam źródło dochodów! Następnym krokiem było poinformowanie Ol. Doszłam na osiedle i zadzwoniłam po nią, bo miałyśmy jeszcze iść po coś do paczkomatu. W końcu przyszła. Kazałam jej usiąść na ławce. Kiedy tylko to zrobiła, ja zaczęłam krzyczeć, śpiewać, skakać i tańczyć opowiadając jej przebieg rozmowy. Cieszyła się razem ze mną. Wstała i objęła mnie. A najlepszą częścią tego wieczoru było to, że kiedy tak się ekscytowałam, to całą sytuację widział Pan X., który właśnie przechodził. Nie podszedł, nie powiedział nawet 'cześć'. Minął nas bez słowa, ale kątem oka widziałam, że się ogląda na mnie.
Na drugi dzień czekałam na telefon od kolejnego kierownika, który miał do mnie zadzwonić w sprawie szkolenia. Nie zadzwonił. Za to znowu spotkałam Pana X.
Po wykładzie razem z J. postanowiłyśmy skrzyknąć parę osób na piwo grupowe. Wyszło, że poszliśmy w 3 osoby, no ale nic. J. próbowała namówić Pana X. żeby szedł z nami, ale odpowiedział jej, że ma zajęcia i nie może. Ulżyło mi.
Poszliśmy do żabki po fajki. Tyle co weszliśmy, do sklepu wszedł też Pan X. z jakimiś laskami z grupy. J. rzuciła tekstem 'a Ty nie powinieneś być teraz na zajęciach?'. On bez skrępowania odpowiedział, że skrócili mu wykład, był już na piwie, więc z nami nie pójdzie, a poza tym musi wracać. Ja nawet na niego nie patrzyłam. Stałam przy kasie. W końcu, kiedy ostentacyjnie zabierałam się do kupienia fajek, on podszedł i zaczął kłaść mi zimną butelkę coli na szyję. I w tym momencie stawiam milion znaków zapytania, bo ni chuja nie wiem o co mu chodziło. Kupiłam fajki i wyszliśmy ze sklepu. G. wszedł po coś jeszcze do sklepu obok, i w tym momencie, wyszedł Pan X. Zaczął się z nami żegnać mierzwiąc włosy najpierw J., a później mi. Ja zaczęłam się z głupią miną odchylać. Nie chciałam, żeby mnie dotykał.
Idąc w końcu na piwo, spotkaliśmy B. i jeszcze jedną laskę ode mnie z grupy. B. skomplementował mi koszulkę. Nigdy jeszcze żaden facet nie skomplementował mi ubrania, więc zrobiło mi się mega miło. Zaprosiłam ich więc na piwo, ale odpowiedzieli, że nie mogą. Prawda była taka, że zrobili to samo co Pan X. Tak czy inaczej, wyjście było bardzo udane. Później doszła do nas Z. i P. i było bardzo przyjemnie.
W czwartek telefon nadal nie dzwonił, ale wraz z J. ogarnęłyśmy kolejne wyjście na piwo. Tym razem z dwoma innymi dziewczynami od nas z grupy.
W piątek telefon w końcu zadzwonił i umówiłam się na sobotę na 8:20 na pierwszy dzień pracy. Wieczorem wyszłam razem z Ol. na otrzęsiny. Z początku było nudno. Później dołączyła do nas P. i poszłyśmy na piwo nad rzeczkę. Wracając do namiotu, spotkałyśmy B., który na mój widok się ucieszył, zaczął mnie wołać i, co dziwne, przytulił mnie. Później staliśmy i gadaliśmy o pierdołach. Okazało się, że jego kumpel mnie kojarzy. Zabawne, bo ja jego wcale. W sumie to na drugi dzień mi napisał na fejsie, ale mu nie odpisałam, bo to były chyba żarty xd. Ale wracając. Poszliśmy razem w stronę namiotu. B. ze znajomymi musiał odstać swoje w kolejce, bo nie miał jeszcze opaski, a my zostawiłyśmy ich i weszłyśmy od razu. Wtedy spotkałyśmy dwóch znajomych K. i z nimi bujałyśmy się przez resztę nocy. Odprowadzając P. na pociąg, spotkaliśmy znowu B.Chwilę pogadaliśmy, ale nie było czasu, więc się zmyliśmy. Wracając z dworca, mieliśmy dylemat: iść pod namiot, czy na domówkę K. Jako, że K. miał okazję mnie zaprosić (bo się na samym początku imprezy spotkaliśmy), ale tego nie zrobił, to olałam go i zadecydowałam, że namiot. I nie żałuję. Jak tylko weszliśmy do środka, gdzie było milion ludzi, znalazł mnie B. Oczywiście uśmiech pojawił się na jego twarzy, podszedł do mnie i przybiliśmy sobie piąteczki. A później było zajebiste pogo, po którym do dzisiaj mam siniaki.
Pod koniec okazało się, że w namiocie jest też M, która do mnie zagadała. Nawet nie wiedziałam, że kiedykolwiek się do mnie przyzna. Po prostu fejm.
W sobotę lewo zwlekłam się z łóżka, ale praca, więc ogarnęłam się jakoś. W niedziele to samo.
Wczoraj miałam zrealizować plan i spotkać się z Panem X. ale gówno z tego wyszło, jak zwykle, ale i tak było megaa. Poszliśmy do klubu, w którym jeden z barmanów do mnie ostro zarywał. Nie powiem, jest strasznie przystojny i bardzo, bardzo, bardzo, bardzo chcę pójść tam jeszcze raz, żeby go spotkać!
W końcu jakoś mi się układa.
Jestem szczęśliwa.
Jeszcze tylko zakocham się w jakimś facecie, który mnie będzie chciał i bajka!
Lubię to swoje nowe życie ;)
Dostałam nareszcie wszystko czego chciałam. Studiuję na 2gim roku, pracuję, mam przyjaciół, na których wiem, że zawsze mogę liczyć, wieczorami spędzamy sobie razem czas, spotykam się z innymi znajomymi, poznaję nowych ludzi. Chyba jestem szczęśliwa. Nigdy nie było tak dobrze, więc zaczynam się bać, że nie potrwa to zbyt długo. Boję się, że za chwilę coś się zjebie.
Jeżeli chodzi o pracę, to w sumie dosyć zabawna historia.
W pewnym momencie swojego życia, który był wcale nie tak dawno temu, zaczęłam wysyłać swoje CV dosłownie wszędzie. W ostatni wtorek zbudził mnie telefon. Okazało się, że dzwonią z jednego z ogłoszeń i proponują mi rozmowę kwalifikacyjną. Rzecz jasna zgodziłam się, ale nie nastawiałam się na zbyt wiele, toteż nie ubrałam się jakoś super. Nikomu też nie powiedziałam o tej rozmowie. No bo po co? Miałam się chwalić kolejną szansą, którą i tak mi pewnie odbiorą? Wiedział tylko K. i jego dwóch kumpli, bo się z nimi spotkałam przed rozmową.
Poszłam więc na totalnym luzie, żartowałam z kierownikami, dużo się uśmiechałam i ogólnie zero stresu. Zadawali mi praktyczne pytania, na które ja, o dziwo, znałam odpowiedzi. Oczywiście powiedzieli, że jak coś, to zadzwonią wieczorem. Standard.
Po rozmowie, zadzwoniła do mnie P. z propozycją spotkania. Niestety, ja byłam jeszcze w Silesii, ale umówiłyśmy się na później. Opowiedziałam jej wszystko. Jak było, o co pytali. I tak łaziłyśmy sobie po Katowickiej, aż w końcu ona musiała się już zbierać i odprowadzałam ją na pociąg. I wtedy, niespodziewanie zadzwonił mój telefon. Odebrałam, i okazało się, że w końcu gdzieś mnie chcą do roboty! Usłyszałam, że spodobałam im się tak bardzo, że pomimo, iż szukali studenta zaocznego na 3/4 etatu, to mogą mi zaoferować 1/2. Myślałam, że się posikam ze szczęścia. P. cieszyła się razem ze mną. Objęła mnie i przytulałyśmy się tak długo, że ludzie zaczęli na nas dziwnie patrzeć.
Później zadzwoniłam do rodziców. Oboje byli zachwyceni. W końcu znalazłam źródło dochodów! Następnym krokiem było poinformowanie Ol. Doszłam na osiedle i zadzwoniłam po nią, bo miałyśmy jeszcze iść po coś do paczkomatu. W końcu przyszła. Kazałam jej usiąść na ławce. Kiedy tylko to zrobiła, ja zaczęłam krzyczeć, śpiewać, skakać i tańczyć opowiadając jej przebieg rozmowy. Cieszyła się razem ze mną. Wstała i objęła mnie. A najlepszą częścią tego wieczoru było to, że kiedy tak się ekscytowałam, to całą sytuację widział Pan X., który właśnie przechodził. Nie podszedł, nie powiedział nawet 'cześć'. Minął nas bez słowa, ale kątem oka widziałam, że się ogląda na mnie.
Na drugi dzień czekałam na telefon od kolejnego kierownika, który miał do mnie zadzwonić w sprawie szkolenia. Nie zadzwonił. Za to znowu spotkałam Pana X.
Po wykładzie razem z J. postanowiłyśmy skrzyknąć parę osób na piwo grupowe. Wyszło, że poszliśmy w 3 osoby, no ale nic. J. próbowała namówić Pana X. żeby szedł z nami, ale odpowiedział jej, że ma zajęcia i nie może. Ulżyło mi.
Poszliśmy do żabki po fajki. Tyle co weszliśmy, do sklepu wszedł też Pan X. z jakimiś laskami z grupy. J. rzuciła tekstem 'a Ty nie powinieneś być teraz na zajęciach?'. On bez skrępowania odpowiedział, że skrócili mu wykład, był już na piwie, więc z nami nie pójdzie, a poza tym musi wracać. Ja nawet na niego nie patrzyłam. Stałam przy kasie. W końcu, kiedy ostentacyjnie zabierałam się do kupienia fajek, on podszedł i zaczął kłaść mi zimną butelkę coli na szyję. I w tym momencie stawiam milion znaków zapytania, bo ni chuja nie wiem o co mu chodziło. Kupiłam fajki i wyszliśmy ze sklepu. G. wszedł po coś jeszcze do sklepu obok, i w tym momencie, wyszedł Pan X. Zaczął się z nami żegnać mierzwiąc włosy najpierw J., a później mi. Ja zaczęłam się z głupią miną odchylać. Nie chciałam, żeby mnie dotykał.
Idąc w końcu na piwo, spotkaliśmy B. i jeszcze jedną laskę ode mnie z grupy. B. skomplementował mi koszulkę. Nigdy jeszcze żaden facet nie skomplementował mi ubrania, więc zrobiło mi się mega miło. Zaprosiłam ich więc na piwo, ale odpowiedzieli, że nie mogą. Prawda była taka, że zrobili to samo co Pan X. Tak czy inaczej, wyjście było bardzo udane. Później doszła do nas Z. i P. i było bardzo przyjemnie.
W czwartek telefon nadal nie dzwonił, ale wraz z J. ogarnęłyśmy kolejne wyjście na piwo. Tym razem z dwoma innymi dziewczynami od nas z grupy.
W piątek telefon w końcu zadzwonił i umówiłam się na sobotę na 8:20 na pierwszy dzień pracy. Wieczorem wyszłam razem z Ol. na otrzęsiny. Z początku było nudno. Później dołączyła do nas P. i poszłyśmy na piwo nad rzeczkę. Wracając do namiotu, spotkałyśmy B., który na mój widok się ucieszył, zaczął mnie wołać i, co dziwne, przytulił mnie. Później staliśmy i gadaliśmy o pierdołach. Okazało się, że jego kumpel mnie kojarzy. Zabawne, bo ja jego wcale. W sumie to na drugi dzień mi napisał na fejsie, ale mu nie odpisałam, bo to były chyba żarty xd. Ale wracając. Poszliśmy razem w stronę namiotu. B. ze znajomymi musiał odstać swoje w kolejce, bo nie miał jeszcze opaski, a my zostawiłyśmy ich i weszłyśmy od razu. Wtedy spotkałyśmy dwóch znajomych K. i z nimi bujałyśmy się przez resztę nocy. Odprowadzając P. na pociąg, spotkaliśmy znowu B.Chwilę pogadaliśmy, ale nie było czasu, więc się zmyliśmy. Wracając z dworca, mieliśmy dylemat: iść pod namiot, czy na domówkę K. Jako, że K. miał okazję mnie zaprosić (bo się na samym początku imprezy spotkaliśmy), ale tego nie zrobił, to olałam go i zadecydowałam, że namiot. I nie żałuję. Jak tylko weszliśmy do środka, gdzie było milion ludzi, znalazł mnie B. Oczywiście uśmiech pojawił się na jego twarzy, podszedł do mnie i przybiliśmy sobie piąteczki. A później było zajebiste pogo, po którym do dzisiaj mam siniaki.
Pod koniec okazało się, że w namiocie jest też M, która do mnie zagadała. Nawet nie wiedziałam, że kiedykolwiek się do mnie przyzna. Po prostu fejm.
W sobotę lewo zwlekłam się z łóżka, ale praca, więc ogarnęłam się jakoś. W niedziele to samo.
Wczoraj miałam zrealizować plan i spotkać się z Panem X. ale gówno z tego wyszło, jak zwykle, ale i tak było megaa. Poszliśmy do klubu, w którym jeden z barmanów do mnie ostro zarywał. Nie powiem, jest strasznie przystojny i bardzo, bardzo, bardzo, bardzo chcę pójść tam jeszcze raz, żeby go spotkać!
W końcu jakoś mi się układa.
Jestem szczęśliwa.
Jeszcze tylko zakocham się w jakimś facecie, który mnie będzie chciał i bajka!
Lubię to swoje nowe życie ;)
piątek, 25 października 2013
Jestem kaktusem
Z miłego, przytulaśnego, pluszowego misia o złotym sercu, przeobraziłam się w zielonego, kłującego kaktusa, bez serca. Nie wiem, czy dobrze się z tym czuję, ale tak jest lepiej dla mojego zdrowia psychicznego.
Nie rozumiem Pana X., tego jak się zachowuje względem mnie w grupie naszych wspólnych znajomych (czyli jakby był moim wielkim przyjacielem), i że jest to całkiem odmienne od tego co robi, kiedy spotykamy się na osiedlu, a ja jestem z Ol. (nawet mi nie mówi 'cześć'). Dlaczego więc mam być dla niego miła i przystawać z radością na jego gesty werbalne, skierowane w moją stronę? Jestem kaktusem. Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy będzie mnie dotykał, ukłuje się i wykrwawi na śmierć.
Nie jestem pewna, czy powinnam się tak zachowywać, bo ostatnio nawet na niego nie patrzę, czy nie lepiej by było też udawać jego wielką przyjaciółkę. Nie wiem, co go bardziej wkurwi. Będąc zieloną, kującą roślinką, zgrywam jednocześnie niedostępną. Co, jak go to rajcuje? Co, jak w końcu napisze albo zadzwoni do mnie, żeby się spotkać? Bo nadal nie spotykamy się tak we dwoje, tylko czuję, że on długo nie wytrzyma. I właśnie, co jak mu się spodoba, że nie może mnie mieć przy sobie i zacznie robić wszystko, żeby to zmienić? W końcu, kiedy pieprzył głupoty, że mnie chce, to dokładnie tak było.
Tylko jak ja mam się przestawić na lajtowe podejście w stosunku do niego? Nie potrafię. Współlokatorka podrzuciła mi ten pomysł i powiedziała, że to by go bardziej wkurwiło - jakbym udawała, że nic się nie stało.
Tylko, że ja nie umiem. Kiedy tylko on się pojawia na horyzoncie, ja zakładam swój kolczasty strój, a słowa, które wypowiadam są również pełne cierni. Mój mózg zmienia swoje zaprogramowanie z miłej, słodkiej dziewczyny jaką jestem, na sukę, której wszystko wolno.
Przecież ja przez ostatnie dwa dni, kiedy go spotykałam, nawet na niego nie patrzyłam... I nawet już nie płaczę. Czuję jedynie pustkę, kiedy o nim myślę. Jest ciężko - to jest pewne. Nie wiem, jakbym sobie poradziła bez wsparcia P. i Ol. Kiedy będę już normalna, podziękuję im za to wszystko. Za wszystkie 'Jak się czujesz?' i 'Czy wszystko w porządku?'. Za milion długich uścisków, wznoszenia strasznie dziwnych toastów, godzin wspólnego karaoke i ocierania moich łez. Po prostu za zrozumienie i za to, że zawsze mogę się do nich zwrócić. Jak było bardzo źle, to Ol. nawet przyszła sama do mojego pokoju, usiadła ze mną na łóżku, cierpliwie słuchając moich obaw i pocieszając mnie.
Jestem szczęściarą, że je mam.
Wrzucę sobie nawet piosenkę, której słucham, która budzi we mnie ostatnio jakiekolwiek emocje, bo opisuje to, co chciałabym Mu powiedzieć, ale nigdy tego nie zrobię. Wolę być zła, podła i niedobra. Inaczej nie umiem.
Nie rozumiem Pana X., tego jak się zachowuje względem mnie w grupie naszych wspólnych znajomych (czyli jakby był moim wielkim przyjacielem), i że jest to całkiem odmienne od tego co robi, kiedy spotykamy się na osiedlu, a ja jestem z Ol. (nawet mi nie mówi 'cześć'). Dlaczego więc mam być dla niego miła i przystawać z radością na jego gesty werbalne, skierowane w moją stronę? Jestem kaktusem. Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy będzie mnie dotykał, ukłuje się i wykrwawi na śmierć.
Nie jestem pewna, czy powinnam się tak zachowywać, bo ostatnio nawet na niego nie patrzę, czy nie lepiej by było też udawać jego wielką przyjaciółkę. Nie wiem, co go bardziej wkurwi. Będąc zieloną, kującą roślinką, zgrywam jednocześnie niedostępną. Co, jak go to rajcuje? Co, jak w końcu napisze albo zadzwoni do mnie, żeby się spotkać? Bo nadal nie spotykamy się tak we dwoje, tylko czuję, że on długo nie wytrzyma. I właśnie, co jak mu się spodoba, że nie może mnie mieć przy sobie i zacznie robić wszystko, żeby to zmienić? W końcu, kiedy pieprzył głupoty, że mnie chce, to dokładnie tak było.
Tylko jak ja mam się przestawić na lajtowe podejście w stosunku do niego? Nie potrafię. Współlokatorka podrzuciła mi ten pomysł i powiedziała, że to by go bardziej wkurwiło - jakbym udawała, że nic się nie stało.
Tylko, że ja nie umiem. Kiedy tylko on się pojawia na horyzoncie, ja zakładam swój kolczasty strój, a słowa, które wypowiadam są również pełne cierni. Mój mózg zmienia swoje zaprogramowanie z miłej, słodkiej dziewczyny jaką jestem, na sukę, której wszystko wolno.
Przecież ja przez ostatnie dwa dni, kiedy go spotykałam, nawet na niego nie patrzyłam... I nawet już nie płaczę. Czuję jedynie pustkę, kiedy o nim myślę. Jest ciężko - to jest pewne. Nie wiem, jakbym sobie poradziła bez wsparcia P. i Ol. Kiedy będę już normalna, podziękuję im za to wszystko. Za wszystkie 'Jak się czujesz?' i 'Czy wszystko w porządku?'. Za milion długich uścisków, wznoszenia strasznie dziwnych toastów, godzin wspólnego karaoke i ocierania moich łez. Po prostu za zrozumienie i za to, że zawsze mogę się do nich zwrócić. Jak było bardzo źle, to Ol. nawet przyszła sama do mojego pokoju, usiadła ze mną na łóżku, cierpliwie słuchając moich obaw i pocieszając mnie.
Jestem szczęściarą, że je mam.
Wrzucę sobie nawet piosenkę, której słucham, która budzi we mnie ostatnio jakiekolwiek emocje, bo opisuje to, co chciałabym Mu powiedzieć, ale nigdy tego nie zrobię. Wolę być zła, podła i niedobra. Inaczej nie umiem.
Nie umiem wybrać najlepszego fragmentu. Całość jest tym, co się teraz dzieje w mojej głowie, co chcę przekazać.
Gdzieś chyba jeszcze została jakaś pozostałość wrażliwości we mnie, że to akurat ta piosenka a nie np. Archive - Fuck You Anyway.
Cóż. Kaktusy uczuć nie mają, więc ciekawa jestem, co to będzie, jak moja metamorfoza zakończy się w 100%. Chyba, że zgrywam taką TYLKO dla Niego, a na prawdę jeszcze mi nie przeszło i przez moje głęboko ukryte, dostępne tylko dla mnie cierpienie, słucham czegoś takiego i w ogóle to rozkminiam. To bardzo możliwe.
wtorek, 22 października 2013
Pompa miliard
I oto, dzień wczorajszy był dniem konfrontacji z Panem X., czyli wyczekiwanym dniem Pompy Miliard. Przyznam sama przed sobą, że nazwa idealnie pasuje, a ja zachowałam się jak zwykle epicko. Gdybym nie była w trakcie pisania książki o sobie, to powiedziałabym, że takowa powinna powstać.
Zabawnie zaczęło być już w niedzielę.
Siedząc czwarty dzień w domu i popijając teraflu, zaczęło mnie nosić. Napisała do mnie R. z propozycją ploteczek i wina. Zgodziłam się, i po tym jak mi wytłumaczyła jak trafić do jej nowego mieszkania, zebrałam się i poszłam. Dawno tak dobrze nam się nie gadało. Zaczęłyśmy wspominać, jak zajebiście było w zeszłym roku i jakie śmieszne akcje się zdarzyły. Wróciłyśmy pamięcią do wieczoru, kiedy chciałyśmy upić Pana X., ale w końcu same się najebałyśmy, a ona do tego stopnia, że chciała się z nim pocałować. Jak się okazało, w ogóle nie pamięta tego i w zabawny sposób, zabroniła mi o tym opowiadać. Stwierdziła, że jeszcze nie jest na to gotowa. Rozmowa zeszła więc na dobrze znany temat Pana X. Powiedziałam jej o E. i tych wszystkich chorych akcjach. Spodziewała się, że tak jest. Cóż. Widocznie ja jestem mało ogarnięta, wierzę w ludzi i inne pierdoły, bo mnie to wręcz zszokowało, i to do tego stopnia, że myślałam, że już nic nigdy mnie nie zaskoczy. Wystarczyło poczekać do rozmowy z R., żebym się przekonała, jak bardzo się myliłam. Sprzedała mi ona bowiem taką informację, że po jej usłyszeniu zatkało mnie kompletnie, źle mi się zrobiło w głowie, nie mogłam oddychać, zbladłam i myślałam, że za chwilę zemdleję. R. jak zobaczyła mój wyraz twarzy zaraz powiedziała, żebym nie płakała. Ja już nie płaczę. Wyłączyłam przełącznik na łzy, albo po prostu mi się one skończyły. No nie ważne. Dowiedziałam się, że K. jej powiedział, żeby nikomu nie mówiła, ale jak Pan X. spotykał się ze mną, to spotykał się jeszcze z 3 innymi dziewczynami. Posiadając tą wiedzę, w pierwszej chwili miałam ochotę go uderzyć. Niestety, nie było go pod ręką, ale był telefon. Impulsywność wpędzi mnie kiedyś do grobu, ale i tym razem dałam się ponieść. Napisałam do niego, czy mogę go o coś zapytać. Nie odpisał przez godzinę. Napisałam mu więc ponownie, że nie to nie, i tak powiem. Kazałam mu spalić, wyrzucić, czy zrobić cokolwiek, żeby pozbyć się tego listu, i że to jest moja jedyna prośba. Oczywiście nic się nie zmieniło i nie odpisał. Kiedy wróciłam do domu, popatrzyłam na siebie i sama się spytałam 'co ty kurwa najlepszego zrobiłaś?'. To pytanie, jak i milion myśli o tym czego się dowiedziałam, kłębiły się w mojej głowie, jak ciemne, burzowe chmury. Nie mogłam zasnąć. Kiedy w końcu mi się udało, zadzwonił budzik, a ja byłam tak zmęczona, że nie miałam siły wstać. Prawie spóźniłam się na zajęcia.
Pośród tych wszystkich myśli, doszłam do wniosku, że na dobrą sprawę, o chuj mi chodzi? Ja spotykałam się z innymi ludźmi, kiedy spotykałam się z nim. Nigdy nie powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy na wyłączność. To, co mnie najbardziej zabolało, to to, że nie mówił mi o tym, a ja jemu tak. Później doszła jeszcze jedna myśl. To wyszło od K. w wielkiej tajemnicy, do mojej bliskiej przyjaciółki, więc doskonale wiedział, że mi to powtórzy. Mam go już za tak wielkiego bajkopisarza, że nawet nie wiem, czy w to wierzyć. Tym bardziej, że była sytuacja, kiedy Pan X. chciał się umówić z jakąś laską i mi o tym powiedział. Zostawiłam więc to w spokoju.
Nie poszłam na jeden z wykładów, bo wolałam spotkać się z P. Skoczyłyśmy razem na pizze i dostałam w końcu swój właściwy prezent urodzinowy. Najcudowniejsze kolczyki do tragusa. Wróciłam na zajęcia roześmiana, pełna dobrego humoru. Spotkałam się przed salą z ludźmi z grupy i w końcu byłam do nich szczerze pozytywnie nastawiona! J. zaproponowała mi wyjście na fajkę. Z uśmiechem na to przystałam. Wyszłyśmy przed budynek wydziału, siadłyśmy na ławce, odpaliłyśmy papierosy, zaczęłyśmy się z czegoś śmiać, kiedy nagle, zupełnie jak diabeł z pudełka, z prawej strony podszedł do nas Pan X. Popatrzył na mnie, na fajkę i wyglądał na zbitego z tropu. To było dziwne. Patrzył na mnie, ja na niego i starał się udawać, że wszystko jest okay. Puścił do mnie oczko (o chuj mu chodzi?!) i powiedział, że ma dla mnie prezent, ale jest w mieszkaniu i wręczy mi go, kiedy się spotkamy. Odpowiedziałam swoim zajebistym tonem o nazwie 'spierdalaj, czego ty jeszcze chcesz?', że z pewnością i poparzyłam w drugą stronę. Później zaczęłam się chwalić prezentem od P. J. była zachwycona, Pan X. nie wiem, bo nie zwróciłam na to uwagi. Za bardzo rozbawiło mnie to, że od razu zapytał, od kogo to dostałam. Oczywiście, że nie powiedziałam. J. się dowiedziała dopiero, jak poszłyśmy na zajęcia.
Rzecz jasna, nie mogło obyć się bez jakiejś jeszcze zabawniejszej akcji z mojej strony. W trakcie rozmowy wstałam i rzuciłam hasłem, że jestem tak najedzona, że wyglądam na 3 miesiąc. Mina Pana X. - bezcenna.
I tak sobie uroczo gawędziliśmy, kiedy podeszła do nas E. Dokładnie TA E. Pan X. nam ją przedstawił, a nas jej tekstem 'to są........ <chwila przerwy> one'. Wtrąciłam swoim cudownym tonem trzy grosze, bo nie mogłam się powstrzymać - powtórzyłam dokładnie to co on powiedział i zrobiło się dosyć dziwnie.W ogóle od kiedy ona przyszła tak się zrobiło. Nie żeby wcześniej tak nie było, ale to była wisienka na torcie. Ja się rozsiadłam jak królowa angielska na ławce i patrzyłam. W ogóle to był bardzo ciekawy schemat wymiany spojrzeń: ja na E, ona nie wiem na co, Pan X. na mnie, ja na niego, on na mnie, ja na E. itd. Awkward!
W końcu, odeszli w stronę zachodzącego słońca (w sumie to nie wiem, czy to było zachodzące słońce, ale w każdym bądź razie poszli sobie). My z J. wróciłyśmy na zajęcia. W międzyczasie, zadzwoniłam do P. i Ol. z piosenką 'jaka pompa, jaka pompaaaa' i od razu wiedziały o co chodzi.
Na wykładzie myślałam, że nie wytrzymam. Znowu dostawałam obłędu. Miałam ochotę wstać z ławki, położyć się na podłodze i zacząć śmiać. Opanowałam się jednak i dzięki Bogu, zajęcia skończyły się wcześniej.
Wieczorem, poszłam z Ol. na huśtawki. I oczywiście kto szedł? Taaak, oni. Ignorowałam ich jak mogłam. Nawet nie patrzyłam w ich stronę. Starałam się mówić cokolwiek i wyglądać, że wybornie się bawię. Cała ja.
Przynajmniej Ol. ją w końcu zobaczyła. Teraz możemy hejcić ją razem <3. No bo serio. Jest brzydsza niż na zdjęciach. Nigdy nie śmiałam się z tego, jak ktoś się ubiera, ale ona wyglądała jak kowbojka. Brakowało jej tylko kapelusza.
A taką miałam nadzieję, że już nigdy go nie spotkam... Życie pisze różne scenariusze xd
Zabawnie zaczęło być już w niedzielę.
Siedząc czwarty dzień w domu i popijając teraflu, zaczęło mnie nosić. Napisała do mnie R. z propozycją ploteczek i wina. Zgodziłam się, i po tym jak mi wytłumaczyła jak trafić do jej nowego mieszkania, zebrałam się i poszłam. Dawno tak dobrze nam się nie gadało. Zaczęłyśmy wspominać, jak zajebiście było w zeszłym roku i jakie śmieszne akcje się zdarzyły. Wróciłyśmy pamięcią do wieczoru, kiedy chciałyśmy upić Pana X., ale w końcu same się najebałyśmy, a ona do tego stopnia, że chciała się z nim pocałować. Jak się okazało, w ogóle nie pamięta tego i w zabawny sposób, zabroniła mi o tym opowiadać. Stwierdziła, że jeszcze nie jest na to gotowa. Rozmowa zeszła więc na dobrze znany temat Pana X. Powiedziałam jej o E. i tych wszystkich chorych akcjach. Spodziewała się, że tak jest. Cóż. Widocznie ja jestem mało ogarnięta, wierzę w ludzi i inne pierdoły, bo mnie to wręcz zszokowało, i to do tego stopnia, że myślałam, że już nic nigdy mnie nie zaskoczy. Wystarczyło poczekać do rozmowy z R., żebym się przekonała, jak bardzo się myliłam. Sprzedała mi ona bowiem taką informację, że po jej usłyszeniu zatkało mnie kompletnie, źle mi się zrobiło w głowie, nie mogłam oddychać, zbladłam i myślałam, że za chwilę zemdleję. R. jak zobaczyła mój wyraz twarzy zaraz powiedziała, żebym nie płakała. Ja już nie płaczę. Wyłączyłam przełącznik na łzy, albo po prostu mi się one skończyły. No nie ważne. Dowiedziałam się, że K. jej powiedział, żeby nikomu nie mówiła, ale jak Pan X. spotykał się ze mną, to spotykał się jeszcze z 3 innymi dziewczynami. Posiadając tą wiedzę, w pierwszej chwili miałam ochotę go uderzyć. Niestety, nie było go pod ręką, ale był telefon. Impulsywność wpędzi mnie kiedyś do grobu, ale i tym razem dałam się ponieść. Napisałam do niego, czy mogę go o coś zapytać. Nie odpisał przez godzinę. Napisałam mu więc ponownie, że nie to nie, i tak powiem. Kazałam mu spalić, wyrzucić, czy zrobić cokolwiek, żeby pozbyć się tego listu, i że to jest moja jedyna prośba. Oczywiście nic się nie zmieniło i nie odpisał. Kiedy wróciłam do domu, popatrzyłam na siebie i sama się spytałam 'co ty kurwa najlepszego zrobiłaś?'. To pytanie, jak i milion myśli o tym czego się dowiedziałam, kłębiły się w mojej głowie, jak ciemne, burzowe chmury. Nie mogłam zasnąć. Kiedy w końcu mi się udało, zadzwonił budzik, a ja byłam tak zmęczona, że nie miałam siły wstać. Prawie spóźniłam się na zajęcia.
Pośród tych wszystkich myśli, doszłam do wniosku, że na dobrą sprawę, o chuj mi chodzi? Ja spotykałam się z innymi ludźmi, kiedy spotykałam się z nim. Nigdy nie powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy na wyłączność. To, co mnie najbardziej zabolało, to to, że nie mówił mi o tym, a ja jemu tak. Później doszła jeszcze jedna myśl. To wyszło od K. w wielkiej tajemnicy, do mojej bliskiej przyjaciółki, więc doskonale wiedział, że mi to powtórzy. Mam go już za tak wielkiego bajkopisarza, że nawet nie wiem, czy w to wierzyć. Tym bardziej, że była sytuacja, kiedy Pan X. chciał się umówić z jakąś laską i mi o tym powiedział. Zostawiłam więc to w spokoju.
Nie poszłam na jeden z wykładów, bo wolałam spotkać się z P. Skoczyłyśmy razem na pizze i dostałam w końcu swój właściwy prezent urodzinowy. Najcudowniejsze kolczyki do tragusa. Wróciłam na zajęcia roześmiana, pełna dobrego humoru. Spotkałam się przed salą z ludźmi z grupy i w końcu byłam do nich szczerze pozytywnie nastawiona! J. zaproponowała mi wyjście na fajkę. Z uśmiechem na to przystałam. Wyszłyśmy przed budynek wydziału, siadłyśmy na ławce, odpaliłyśmy papierosy, zaczęłyśmy się z czegoś śmiać, kiedy nagle, zupełnie jak diabeł z pudełka, z prawej strony podszedł do nas Pan X. Popatrzył na mnie, na fajkę i wyglądał na zbitego z tropu. To było dziwne. Patrzył na mnie, ja na niego i starał się udawać, że wszystko jest okay. Puścił do mnie oczko (o chuj mu chodzi?!) i powiedział, że ma dla mnie prezent, ale jest w mieszkaniu i wręczy mi go, kiedy się spotkamy. Odpowiedziałam swoim zajebistym tonem o nazwie 'spierdalaj, czego ty jeszcze chcesz?', że z pewnością i poparzyłam w drugą stronę. Później zaczęłam się chwalić prezentem od P. J. była zachwycona, Pan X. nie wiem, bo nie zwróciłam na to uwagi. Za bardzo rozbawiło mnie to, że od razu zapytał, od kogo to dostałam. Oczywiście, że nie powiedziałam. J. się dowiedziała dopiero, jak poszłyśmy na zajęcia.
Rzecz jasna, nie mogło obyć się bez jakiejś jeszcze zabawniejszej akcji z mojej strony. W trakcie rozmowy wstałam i rzuciłam hasłem, że jestem tak najedzona, że wyglądam na 3 miesiąc. Mina Pana X. - bezcenna.
I tak sobie uroczo gawędziliśmy, kiedy podeszła do nas E. Dokładnie TA E. Pan X. nam ją przedstawił, a nas jej tekstem 'to są........ <chwila przerwy> one'. Wtrąciłam swoim cudownym tonem trzy grosze, bo nie mogłam się powstrzymać - powtórzyłam dokładnie to co on powiedział i zrobiło się dosyć dziwnie.W ogóle od kiedy ona przyszła tak się zrobiło. Nie żeby wcześniej tak nie było, ale to była wisienka na torcie. Ja się rozsiadłam jak królowa angielska na ławce i patrzyłam. W ogóle to był bardzo ciekawy schemat wymiany spojrzeń: ja na E, ona nie wiem na co, Pan X. na mnie, ja na niego, on na mnie, ja na E. itd. Awkward!
W końcu, odeszli w stronę zachodzącego słońca (w sumie to nie wiem, czy to było zachodzące słońce, ale w każdym bądź razie poszli sobie). My z J. wróciłyśmy na zajęcia. W międzyczasie, zadzwoniłam do P. i Ol. z piosenką 'jaka pompa, jaka pompaaaa' i od razu wiedziały o co chodzi.
Na wykładzie myślałam, że nie wytrzymam. Znowu dostawałam obłędu. Miałam ochotę wstać z ławki, położyć się na podłodze i zacząć śmiać. Opanowałam się jednak i dzięki Bogu, zajęcia skończyły się wcześniej.
Wieczorem, poszłam z Ol. na huśtawki. I oczywiście kto szedł? Taaak, oni. Ignorowałam ich jak mogłam. Nawet nie patrzyłam w ich stronę. Starałam się mówić cokolwiek i wyglądać, że wybornie się bawię. Cała ja.
Przynajmniej Ol. ją w końcu zobaczyła. Teraz możemy hejcić ją razem <3. No bo serio. Jest brzydsza niż na zdjęciach. Nigdy nie śmiałam się z tego, jak ktoś się ubiera, ale ona wyglądała jak kowbojka. Brakowało jej tylko kapelusza.
A taką miałam nadzieję, że już nigdy go nie spotkam... Życie pisze różne scenariusze xd
niedziela, 20 października 2013
Psychopatka
Sądzę, że nie jestem normalna, a moje zachowanie podchodzi już trochę pod psychopatię. No bo kto przy zdrowych zmysłach, czeka na inną osobę, żeby się 'przypadkowo' spotkać? Albo chodzi na spacery, żeby sprawdzić, czy dana osoba jest w mieszkaniu?
Co się do cholery ze mną stało! Kiedyś taka nie byłam! Nie odwalałam żadnych chorych akcji, nie mówiąc już o rozmowach o swoich uczuciach. A byłam młodsza. Damn. Mam 20 lat, a zachowuję się jakbym miała 12, albo 15 (nie jestem pewna, kiedy dziewczyny stają się głupie, bo mnie to ominęło).
Nie myślałam, że się ucieszę z tego, że jestem przeziębiona, ale tak jest lepiej dla mojego zdrowia psychicznego, bo nie śledzę go przynajmniej. Chociaż strasznie korci mnie urządzenie sobie spaceru koło 21, bo wiem, że wtedy będzie wracał do mieszkania. Boże, ja chyba za dużo wiem.
Bardzo chce mi się palić, ale nie stać mnie do jutra na nową paczkę. Smutek.
Cholera, nie ma jeszcze 13, a ja już czuję, że za chwilę zeświruję. Boję się, że w chwili słabości napiszę do niego, a nie mogę sobie na to pozwolić! Muszę być silna i dzielnie czekać, aż on sam się odezwie.
Znaczy, wczoraj już wprowadziłam plan nr. 4 w życie, ale z doświadczenia wiem, że jakikolwiek plan na niego wymyślę, to i tak gówno z tego wyjdzie. Nawet taki z opracowanym, dopieszczonym każdym szczegółem. To się nazywa pech. I psychopatia. Chyba pójdę to leczyć.
Co się do cholery ze mną stało! Kiedyś taka nie byłam! Nie odwalałam żadnych chorych akcji, nie mówiąc już o rozmowach o swoich uczuciach. A byłam młodsza. Damn. Mam 20 lat, a zachowuję się jakbym miała 12, albo 15 (nie jestem pewna, kiedy dziewczyny stają się głupie, bo mnie to ominęło).
Nie myślałam, że się ucieszę z tego, że jestem przeziębiona, ale tak jest lepiej dla mojego zdrowia psychicznego, bo nie śledzę go przynajmniej. Chociaż strasznie korci mnie urządzenie sobie spaceru koło 21, bo wiem, że wtedy będzie wracał do mieszkania. Boże, ja chyba za dużo wiem.
Bardzo chce mi się palić, ale nie stać mnie do jutra na nową paczkę. Smutek.
Cholera, nie ma jeszcze 13, a ja już czuję, że za chwilę zeświruję. Boję się, że w chwili słabości napiszę do niego, a nie mogę sobie na to pozwolić! Muszę być silna i dzielnie czekać, aż on sam się odezwie.
Znaczy, wczoraj już wprowadziłam plan nr. 4 w życie, ale z doświadczenia wiem, że jakikolwiek plan na niego wymyślę, to i tak gówno z tego wyjdzie. Nawet taki z opracowanym, dopieszczonym każdym szczegółem. To się nazywa pech. I psychopatia. Chyba pójdę to leczyć.
sobota, 19 października 2013
Znowu nic nie wiem
To jest jak jakaś niekończąca się opowieść. Jest dobrze -> nagle robi się źle -> zaczynam świrować i mówić o uczuciach -> Pan X. mnie zlewa -> nie odzywamy się do siebie -> zaczynam świrować -> ktoś się w końcu odzywa (dzięki Bogu, niekoniecznie ja) -> jest dobrze -> nagle robi się źle i tak w koło macieju. Aktualnie jestem na etapie 'nie odzywamy się do siebie' i 'zaczynam świrować' (bo one się pokrywają w pewnym momencie).
Muszę się z nim zobaczyć. Mam nawet kilka planów.
1. Łazić po dworze tak długo, dopóki na siebie 'przypadkiem' nie wpadniemy (może być trudno, bo się pochorowałam). Tylko to może nie być takie genialne, bo może się nawet do mnie nie odezwać.
2. Napisać do niego coś w stylu 'chcesz 8 sezon HIMYM? Przepraszam za wszystko. Uspokoiłam się i jestem już na prostej. Przez chwilę się bałam, że mogę np. umrzeć, ale już jest okay i przepraszam za wszystko' - to też jest ryzykowne, bo może nie odpisać, plus zrobię z siebie kretynkę. Jakby to było coś nowego. Chociaż w sumie, nigdy wcześniej nie powiedziałam mu wprost 'kocham Cię, to zawsze byłeś, jesteś i będziesz Ty'. I paru innych rzeczy. Byłoby żenująco.
3. Tak, ten punkt będzie żenujący z tego samego powodu. Pomyślałam, że mogłabym upiec babeczki, ładnie zapakować, sprawdzić kiedy będzie w mieszkaniu (dobrze, że mam jego plan i doskonale wiem, które okno jest jego), zadzwonić, albo po prostu pójść do niego, zadzwonić przy drzwiach, żeby mi otworzył (bo nie działa mu dzwonek) i z szerokim uśmiechem wręczyć mu ciastka, mówiąc przy tym, że go przepraszam, że ześwirowałam, że to się nie powtórzy i mam nadzieję, że zapomnimy o tym.
4. Poprosić o pomoc T. Musiałby zorganizować wyjście na piwo w taki sposób, żebym była tam ja i Pan X. Może, jeżeli obiecam, że przyprowadzę P. to się zgodzi.
Tak czy inaczej. Nie mam zielonego pojęcia, po co chcę to zrobić. Wiem, że będzie żenująco jak się spotkamy, ale po prostu nie mogę żyć bez cierpienia, które mi daje. Jestem masochistką? Może. W moim sercu ciągle jest nadzieja, że teraz, kiedy wszystko wie, może to coś zmieni. Ugh. Wszystko wina ojca. No może nie wszystko, ale po części. Gdyby mi nie powiedział, że Pan X. był dla mnie miły, bo chciał zmienić postępowanie wobec mnie, albo naprawić wyrządzone mi krzywdy, to może by mnie to tak nie ruszyło. A tak, siedzę i się zastanawiam. Że skoro wie, i serio chciałby coś między nami zmienić, to może jedyne czego potrzebujemy, to spędzić trochę czasu razem?
Ale na drugie, czy w takim razie, to nie on powinien pierwszy się odezwać? Pomimo, że mu zabroniłam? Robiłam to już wiele razy, i za każdym razem mnie nie słuchał. Teraz też tak będzie? Nie chcę z siebie zrobić jeszcze większej idiotki i pisać, ale jak przez miesiąc się nie odezwie, to zacznę działać. Albo w końcu zrozumiem, że to bezcelowe.
A tak w ogóle, to czemu do jasnej cholery nie myślę o tym, że się pieprzył ze swoją byłą?! To powinno być ciągle w mojej głowie i robić dziurę w mózgu, ale tak nie jest! Zablokowałam to. Boję się, że jak już będziemy gadać i będzie dobrze, to nagle mi się to odblokuje i znowu wszystko się spieprzy.
Muszę chyba zrobić listę plusów i minusów tego wszystkiego. Albo znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie.
Muszę się z nim zobaczyć. Mam nawet kilka planów.
1. Łazić po dworze tak długo, dopóki na siebie 'przypadkiem' nie wpadniemy (może być trudno, bo się pochorowałam). Tylko to może nie być takie genialne, bo może się nawet do mnie nie odezwać.
2. Napisać do niego coś w stylu 'chcesz 8 sezon HIMYM? Przepraszam za wszystko. Uspokoiłam się i jestem już na prostej. Przez chwilę się bałam, że mogę np. umrzeć, ale już jest okay i przepraszam za wszystko' - to też jest ryzykowne, bo może nie odpisać, plus zrobię z siebie kretynkę. Jakby to było coś nowego. Chociaż w sumie, nigdy wcześniej nie powiedziałam mu wprost 'kocham Cię, to zawsze byłeś, jesteś i będziesz Ty'. I paru innych rzeczy. Byłoby żenująco.
3. Tak, ten punkt będzie żenujący z tego samego powodu. Pomyślałam, że mogłabym upiec babeczki, ładnie zapakować, sprawdzić kiedy będzie w mieszkaniu (dobrze, że mam jego plan i doskonale wiem, które okno jest jego), zadzwonić, albo po prostu pójść do niego, zadzwonić przy drzwiach, żeby mi otworzył (bo nie działa mu dzwonek) i z szerokim uśmiechem wręczyć mu ciastka, mówiąc przy tym, że go przepraszam, że ześwirowałam, że to się nie powtórzy i mam nadzieję, że zapomnimy o tym.
4. Poprosić o pomoc T. Musiałby zorganizować wyjście na piwo w taki sposób, żebym była tam ja i Pan X. Może, jeżeli obiecam, że przyprowadzę P. to się zgodzi.
Tak czy inaczej. Nie mam zielonego pojęcia, po co chcę to zrobić. Wiem, że będzie żenująco jak się spotkamy, ale po prostu nie mogę żyć bez cierpienia, które mi daje. Jestem masochistką? Może. W moim sercu ciągle jest nadzieja, że teraz, kiedy wszystko wie, może to coś zmieni. Ugh. Wszystko wina ojca. No może nie wszystko, ale po części. Gdyby mi nie powiedział, że Pan X. był dla mnie miły, bo chciał zmienić postępowanie wobec mnie, albo naprawić wyrządzone mi krzywdy, to może by mnie to tak nie ruszyło. A tak, siedzę i się zastanawiam. Że skoro wie, i serio chciałby coś między nami zmienić, to może jedyne czego potrzebujemy, to spędzić trochę czasu razem?
Ale na drugie, czy w takim razie, to nie on powinien pierwszy się odezwać? Pomimo, że mu zabroniłam? Robiłam to już wiele razy, i za każdym razem mnie nie słuchał. Teraz też tak będzie? Nie chcę z siebie zrobić jeszcze większej idiotki i pisać, ale jak przez miesiąc się nie odezwie, to zacznę działać. Albo w końcu zrozumiem, że to bezcelowe.
A tak w ogóle, to czemu do jasnej cholery nie myślę o tym, że się pieprzył ze swoją byłą?! To powinno być ciągle w mojej głowie i robić dziurę w mózgu, ale tak nie jest! Zablokowałam to. Boję się, że jak już będziemy gadać i będzie dobrze, to nagle mi się to odblokuje i znowu wszystko się spieprzy.
Muszę chyba zrobić listę plusów i minusów tego wszystkiego. Albo znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie.
piątek, 18 października 2013
Winna
Czuję się winna, że z Panem X. jest jak jest. Mogłam nie dawać mu tego listu, albo przynajmniej nie pisać w nim, żeby się już do mnie nie odzywał. Albo darować sobie to 'fuck you anyway' na końcu.
Chyba go przeproszę. Jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas. Nie umiem być dla niego niemiła. Znaczy, potrafię, ale w żartach, albo coś.
Wiem, że nie spotkał się z E. cały tydzień, więc chyba ta znajomość z nią niewiele dla niego znaczy, a przynajmniej mniej niż znajomość ze mną.
Dlaczego robi to, o co go poproszę?! Na miłość boską, jestem kobietą! Jak mu mówię, żeby się nie odzywał, to nie znaczy, że tak myślę! Wręcz odwrotnie.
Walczę codziennie, żeby nic mu nie napisać, bo zrobię z siebie kretynkę, ale jak mi wczoraj ojciec powiedział, że jestem głupia, bo on mógł przez wakacje sobie wszystko przemyśleć i teraz chciał zacząć od nowa, to poczułam się jak idiotka. Ja wcale nie chcę sobie wmawiać, usprawiedliwiać go, czy coś, ale co jeżeli tak jest? Czemu on nie może być normalnym, zdrowym na umyśle człowiekiem, który robi i mówi co myśli? Mógłby być łatwiejszy to rozgryzienia, a nie.
W pierwszej chwili, kiedy ojciec mi powiedział, że mu go szkoda, miałam ochotę rzucić telefonem. Teraz myślę, że jednak może miał trochę racji. Pan X. był dla mnie miły, starał się być przy mnie, chciał tego, a ja go kopnęłam w dupę. Jakby napisał, byłoby dużo łatwiej. Wiedziałabym, że jednak mu zależy itd. A teraz nie wiem, czy nie pisze, bo mu jednak nie zależy, czy dlatego, że mu zależy, ale kazałam mu się odpierdolić.
Poczekam jeszcze chwilę.
Zanim wrócę do domu, to napiszę mu coś w stylu 'czy chcesz 8 sezon himym'. I przeproszę. Zwalę wszystko na hormony, jak zwykle.
Chyba, że sam się odezwie. Dzisiaj mija dokładnie 7 dni, od kiedy nie gadamy. Za pierwszym razem, kiedy kazałam mu się do mnie nie odzywać, to było 5 dni. Najdłużej nie gadaliśmy 11, ale w końcu sam się odezwał pod mocno naciąganym pretekstem. No bo, kto pisze w sobotę, o 9 rano, w ferie, w sprawie zajęć, które mają się odbyć za tydzień? I w dodatku, jak się później okazało, napisał w tej samej sprawie do swojego kumpla. To na chuj mi pisał? Chciał po prostu zadzwonić i porozmawiać. I tyle. Ciekawe, czy tym razem też tak będzie...
Chyba go przeproszę. Jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas. Nie umiem być dla niego niemiła. Znaczy, potrafię, ale w żartach, albo coś.
Wiem, że nie spotkał się z E. cały tydzień, więc chyba ta znajomość z nią niewiele dla niego znaczy, a przynajmniej mniej niż znajomość ze mną.
Dlaczego robi to, o co go poproszę?! Na miłość boską, jestem kobietą! Jak mu mówię, żeby się nie odzywał, to nie znaczy, że tak myślę! Wręcz odwrotnie.
Walczę codziennie, żeby nic mu nie napisać, bo zrobię z siebie kretynkę, ale jak mi wczoraj ojciec powiedział, że jestem głupia, bo on mógł przez wakacje sobie wszystko przemyśleć i teraz chciał zacząć od nowa, to poczułam się jak idiotka. Ja wcale nie chcę sobie wmawiać, usprawiedliwiać go, czy coś, ale co jeżeli tak jest? Czemu on nie może być normalnym, zdrowym na umyśle człowiekiem, który robi i mówi co myśli? Mógłby być łatwiejszy to rozgryzienia, a nie.
W pierwszej chwili, kiedy ojciec mi powiedział, że mu go szkoda, miałam ochotę rzucić telefonem. Teraz myślę, że jednak może miał trochę racji. Pan X. był dla mnie miły, starał się być przy mnie, chciał tego, a ja go kopnęłam w dupę. Jakby napisał, byłoby dużo łatwiej. Wiedziałabym, że jednak mu zależy itd. A teraz nie wiem, czy nie pisze, bo mu jednak nie zależy, czy dlatego, że mu zależy, ale kazałam mu się odpierdolić.
Poczekam jeszcze chwilę.
Zanim wrócę do domu, to napiszę mu coś w stylu 'czy chcesz 8 sezon himym'. I przeproszę. Zwalę wszystko na hormony, jak zwykle.
Chyba, że sam się odezwie. Dzisiaj mija dokładnie 7 dni, od kiedy nie gadamy. Za pierwszym razem, kiedy kazałam mu się do mnie nie odzywać, to było 5 dni. Najdłużej nie gadaliśmy 11, ale w końcu sam się odezwał pod mocno naciąganym pretekstem. No bo, kto pisze w sobotę, o 9 rano, w ferie, w sprawie zajęć, które mają się odbyć za tydzień? I w dodatku, jak się później okazało, napisał w tej samej sprawie do swojego kumpla. To na chuj mi pisał? Chciał po prostu zadzwonić i porozmawiać. I tyle. Ciekawe, czy tym razem też tak będzie...
niedziela, 13 października 2013
Kolejne przypadkowe spotkanie.
Znowu to samo. Znowu go widziałam. I po raz kolejny minął mnie bez słowa. Ciekawe czy jak będzie sam, to też tak postąpi? Bo również tym razem miał towarzystwo. Nie mogłam jednak określić czy damskie, czy męskie. Ol. stwierdziła, że to było facet, ale te długie włosy... Całe szczęście, nie była to E.
To wszystko było jeszcze zabawniejsze niż zwykle. Tradycyjnie siedziałyśmy z Ol. na huśtawkach, puszczając z telefonu Avril Lavigne. Stwierdziłam, że jestem chodzącą zajebistością (a przynajmniej próbowałam sobie to wmówić dla podniesienia samooceny) i jechałam strasznie po tej żałosnej dziwce. W pewnym momencie poczułam się tak wybornie, że postanowiłam zmienić 'Rock'n roll' na 'The best damn thing'. Zeszłam z huśtawki, żeby sięgnąć do leżącej na ziemi bluzy z telefonem, kucnęłam, podniosłam na chwilę wzrok, a tam idzie Pan X. Ja zamiast patrzeć na to, kto z nim idzie, popatrzyłam w telefon, zmieniłam piosenkę, i udałam zaskoczenie, kiedy Ol. mi go pokazała. Wtedy też dostałam zaćmienia i nie mam pojęcia czy to coś, co z nim szło, to była kobieta czy facet. No po prostu jakbym mózgu nie miała. Przez moment w ogóle nie kontaktowałam. Kiedy odeszli dalej, ja zaczęłam się cała trząść i śmiać się tak głośno, że na pewno mnie słyszeli.
Ale jakie wyczucie chwili miał - włączyłam piosenkę, w której Av śpiewa:
To wszystko było jeszcze zabawniejsze niż zwykle. Tradycyjnie siedziałyśmy z Ol. na huśtawkach, puszczając z telefonu Avril Lavigne. Stwierdziłam, że jestem chodzącą zajebistością (a przynajmniej próbowałam sobie to wmówić dla podniesienia samooceny) i jechałam strasznie po tej żałosnej dziwce. W pewnym momencie poczułam się tak wybornie, że postanowiłam zmienić 'Rock'n roll' na 'The best damn thing'. Zeszłam z huśtawki, żeby sięgnąć do leżącej na ziemi bluzy z telefonem, kucnęłam, podniosłam na chwilę wzrok, a tam idzie Pan X. Ja zamiast patrzeć na to, kto z nim idzie, popatrzyłam w telefon, zmieniłam piosenkę, i udałam zaskoczenie, kiedy Ol. mi go pokazała. Wtedy też dostałam zaćmienia i nie mam pojęcia czy to coś, co z nim szło, to była kobieta czy facet. No po prostu jakbym mózgu nie miała. Przez moment w ogóle nie kontaktowałam. Kiedy odeszli dalej, ja zaczęłam się cała trząść i śmiać się tak głośno, że na pewno mnie słyszeli.
Ale jakie wyczucie chwili miał - włączyłam piosenkę, w której Av śpiewa:
'That you're not not not gonna get any better
You won't won't won't you won't get rid of me, never
Like it or not even thought she's a lot like me
We're not the same
And yeah yeah yeah I'm a lot to handle
You don't but I'm a hell of scandal
Me, I'm a scene, I'm a drama queen
I'm the best damn thing that your eyes have ever seen'
You won't won't won't you won't get rid of me, never
Like it or not even thought she's a lot like me
We're not the same
And yeah yeah yeah I'm a lot to handle
You don't but I'm a hell of scandal
Me, I'm a scene, I'm a drama queen
I'm the best damn thing that your eyes have ever seen'
Albo:
'I hate it when they go out and we stay in
And they come home smelling like their ex-girlfriend'
And they come home smelling like their ex-girlfriend'
Więc wyczucie czasu jak zwykle na wysokim poziomie.
Bardzo chcę już go spotkać, kiedy będę sama i on też będzie sam. Najlepiej przypadkiem, jak dzisiaj, czy w piątek.
Chcę żeby się odezwał... Głupie cześć powiedział, a nie udawał, że mnie nie zna... Nie wytrzymam tego, chociaż wiem, że powinnam. Nie umiem. Za bardzo go kocham.
Nie rozumiem też tego, że wyłączyły mi się emocje i myśli związane z tym, że spał i spotyka się z E. Ale to dobrze, bo chyba bym tego nie przeżyła. Wczoraj zaczęłam chwilę o tym myśleć, po czym się pocięłam.
Niechże już będzie dobrze :(
Cóż, jeżeli nam jest dane bycie razem, to ta mała rzecz, którą napisałam na karteczce leżącej pod moją poduszką, się sprawdzi - napisze do mnie. Bo jak już to zrobi, to się spotkamy i porozmawiamy. I to będzie wielki progres.
Modliłam się nawet, żeby napisał. Czy Boga nie ma, czy mnie nie słucha tylko?
Mam nadzieję, że przynajmniej jak mnie zobaczył dzisiaj, to mu się list przypomniał i się zażenował, albo zaczął myśleć. Czy coś.
W ogóle, śnił mi się, ale nie pamiętam o co chodziło. Mam nadzieję, że cokolwiek to znaczyło, to na plus.
Jutro kolejny poniedziałek, drugi tydzień studiów i 4 dzień milczenia z Panem X. A mogło być tak pięknie :( Po co ja to popsułam?
sobota, 12 października 2013
Tytułu brak, bo nie myślę.
Jest mi źle. Bardzo. Gorzej jeszcze nie było. Przestałam jeść. Zaczęłam płakać. Wiedziałam, że jak już zacznę, to nie będę umiała przestać. Pan X. się nie odezwał. Nie spotkałam go dzisiaj, chociaż cały dzień spędziłam na huśtawkach. Wczoraj spotkałam go 2 razy. Najpierw idąc z Ol. do banku. Szedł po drugiej stronie ulicy, ale nie jestem pewna czy mnie widział. Myślę, że gdyby tak, to chociaż by pomachał, czy coś, nie jesteśmy przecież na siebie obrażeni. No ale nie ważne. Wtedy jeszcze byłam w fazie pompy i mnie to wszystko bawiło. Później zaczęłam wchodzić w fazę smutku. Wieczorem coś mnie tknęło i postanowiłam pójść na huśtawki. Już miałam wychodzić, ale nie mogłam znaleźć słuchawek. Okazało się, że pomimo tego, że sprawdzałam milion razy, były w kurtce. Dowiedziałam się o tym dopiero jak wróciłam z powrotem do mieszkania, bo miałam dosyć szukania i na huśtawki poszłam 'bez'. Wychodząc na główny chodnik zobaczyłam... Pana X. idącego do swojego bloku. Nie wiedziałam co robić. Nie byłam pewna czy jestem gotowa z nim rozmawiać, bo boję się tego strasznie. Z drugiej jednak strony jestem ciekawa jego zachowania jak się spotkamy i zaczęłam myśleć co by tu zrobić, żeby się odezwać, tylko po to, żeby mnie usłyszał. Zadzwoniłam do mamy. Nie odbierała, a ja byłam zbyt sparaliżowana i spanikowana, żeby zrobić coś więcej. On nie odwrócił się ani razu. Pomyśleć, że gdyby nie te pierdolone słuchawki, to byśmy na siebie wpadli, albo on szedłby za mną... Chyba po prostu nie było nam wczoraj dane porozmawiać. To nie ten moment. Ale skoro wpadałam na niego przypadkiem, nie musiałam tego prowokować, to chyba w końcu do tego dojdzie? Bo mi już jego brakuje. Zaczęłam żałować, że dałam mu ten cholerny list, a na pewno tego, że napisałam w nim, że kończę tą znajomość. Liczyłam też na to, że pomimo wszystko, zadzwoni dzisiaj, tak jak obiecał. Nie wiem, może też musi sobie to wszystko przemyśleć? Znaczy, na pewno musi... Może się ogarnie? Chciałabym. Tak źle i tak nie dobrze.
Najbardziej przeraża mnie fakt, że jeżeli nie będziemy rozmawiać, to w końcu o nim zapomnę, a nie chcę. Wiem, że powinnam, ale się boję. Nie wiem dlaczego, nie rozumiem tego wcale.
Już za nim tęsknię. Gdybym nie dała mu listu, to dzisiaj spędzilibyśmy uroczy dzień we dwoje. Uroczy pod warunkiem, że mi by się na mózg nie rzuciło i nie zaczęłabym świrować jarzębiny.
Ciekawe, jak wiele razy przeczytał ten list od czwartku... Czy czyta go codziennie? Czy ma mind fucka? W ogóle myśli o mnie? Zastanawia się, czy może warto próbować? Czy jak się będzie pieprzył z E. to pomyśli o liście? Czy nie wychodził dziś przez cały dzień, bo czyta książkę? Podoba mu się? Mam tyle pytań, na które odpowiedzi nie dostanę. Za to on wie już wszystko o mnie, o tym co czuję.
Napisałam mu też, że należą mi się wyjaśnienia, po czym w końcówce dodałam, że znam go i wiem, że mi nie odpowie. Mógłby mi udowodnić, że jednak go nie znam i wyjaśnić wszystko, albo chociaż się spotkać, bo ja i tak bym powiedziała, że nie chcę tego słuchać.
Myślę, że za miesiąc, jak nie napisze, to ja to zrobię i go przeproszę. I powiem, że mi przeszło. Albo nie. Kurwa nie wiem. Nie wiem, czy umiałby się ze mną przyjaźnić po tym, jak powiedziałam mu, że go kocham. Ja daję radę (pomimo małych odpałów), tylko czy on? Bo jednak te dwa magiczne słowa zostały w końcu wypowiedziane przeze mnie. Nie da się ich cofnąć. I tego akurat nie żałuję.
Wszystko, czego potrzebuję to cierpliwość, bo wierzę w to, że kiedyś dojdzie do konfrontacji. To jest w sumie pewne. Albo, że jak już się to wszystko uspokoi, to że on zadzwoni. Tak czuje Ol.
Pożyję i zobaczę (o ile dożyję).
Najbardziej przeraża mnie fakt, że jeżeli nie będziemy rozmawiać, to w końcu o nim zapomnę, a nie chcę. Wiem, że powinnam, ale się boję. Nie wiem dlaczego, nie rozumiem tego wcale.
Już za nim tęsknię. Gdybym nie dała mu listu, to dzisiaj spędzilibyśmy uroczy dzień we dwoje. Uroczy pod warunkiem, że mi by się na mózg nie rzuciło i nie zaczęłabym świrować jarzębiny.
Ciekawe, jak wiele razy przeczytał ten list od czwartku... Czy czyta go codziennie? Czy ma mind fucka? W ogóle myśli o mnie? Zastanawia się, czy może warto próbować? Czy jak się będzie pieprzył z E. to pomyśli o liście? Czy nie wychodził dziś przez cały dzień, bo czyta książkę? Podoba mu się? Mam tyle pytań, na które odpowiedzi nie dostanę. Za to on wie już wszystko o mnie, o tym co czuję.
Napisałam mu też, że należą mi się wyjaśnienia, po czym w końcówce dodałam, że znam go i wiem, że mi nie odpowie. Mógłby mi udowodnić, że jednak go nie znam i wyjaśnić wszystko, albo chociaż się spotkać, bo ja i tak bym powiedziała, że nie chcę tego słuchać.
Myślę, że za miesiąc, jak nie napisze, to ja to zrobię i go przeproszę. I powiem, że mi przeszło. Albo nie. Kurwa nie wiem. Nie wiem, czy umiałby się ze mną przyjaźnić po tym, jak powiedziałam mu, że go kocham. Ja daję radę (pomimo małych odpałów), tylko czy on? Bo jednak te dwa magiczne słowa zostały w końcu wypowiedziane przeze mnie. Nie da się ich cofnąć. I tego akurat nie żałuję.
Wszystko, czego potrzebuję to cierpliwość, bo wierzę w to, że kiedyś dojdzie do konfrontacji. To jest w sumie pewne. Albo, że jak już się to wszystko uspokoi, to że on zadzwoni. Tak czuje Ol.
Pożyję i zobaczę (o ile dożyję).
czwartek, 10 października 2013
inny świat
To jest kurwa jakiś matrix. Ostatnie 2 dni są jak koszmar, z którego na prawdę chcę się obudzić.
Przedwczoraj się upiłam. Znowu. Z P. Kiedy odprowadzałam ją na dworzec, zażartowałam, że nie trafię do mieszkania. Ona tak się przejęła, że zadzwoniła do Pana X., żeby mnie odebrał. Jak zwykle było coś ważniejszego. Ale lajjjjt.
Wczoraj, akurat na moim bardzo długim okienku, zadzwonił do mnie. Zaczął się pytać co się działo, mówić, że się martwi, i przepraszać, że nie przyszedł. Okazało się, że też ma okienko i bardzo chce iść ze mną do sklepu na zakupy. Powiedziałam mu, że nie chcę, ale ten się upierał. No to się zgodziłam. W sumie, to nie powinnam, bo wyjaśnił mi jego wielki stres, który już minął. I poważnie, wolałabym nie wiedzieć. Otóż, bał się, że... ZOSTANIE TATĄ. Po prostu myślałam, że się popłaczę jak mi to powiedział. To było tylko takie 'o kurwa on z kimś spał, ale z kim?! ON Z KIMŚ SPAŁ!!!!!!!!!!!'. Z lekkością dorzucił hasło, że byłoby to w sumie zabawne, a ja zostałabym ciocią, i oczywiście zrobiłby mnie też z tej okazji chrzestną. Wtedy to myślałam, że się położę tam i zacznę ryczeć. O chuj mu chodziło?! Po kiego czorta mi to powiedział?! I jeszcze z tą chrzestną wyskoczył jak diabeł z pudełka. No kurwa. Zagadka życia.
Cały dzień to rozkminiałyśmy z Ol. O chuj mu chodzi? -> to było pytanie dnia. Powtórzyłam je milion razy. No bo na prawdę. Do tego jest jeszcze tak słodki w stosunku do mnie, że rzygam tęczą jak go widzę. A raczej 'rzygałam' i 'widziałam' bo teraz to już go nie spotkam, ale nie uprzedzając faktów.
Cały dzień było jedno wielkie zastanawianie się z 'kim?', 'jak?', 'kiedy?' i 'dlaczego?'. Obstawiałyśmy 2 opcje. Albo to zmyślił, albo serio to zrobił, najprawdopodobniej z E.
Jak się dzisiaj okazało, opcja nr. 2 to ta prawidłowa.
Siedziałam na huśtawkach w przerwie między zajęciami. I nagle, ja się patrzę, a tam idzie on z nią. I idą do niego do mieszkania. No myślałam, że się pochlastam. Rozpłakałam się, zadzwoniłam do O. Napisałam do Ol. i P. Pierwsza przyszła Ol. Pożyczyłam od niej kasę na fajki, bo stwierdziłam, że ja nie dam rady bez używek. Po wczoraj miałam takiego mind fucka jak nigdy, ale to co się działo dzisiaj w mojej głowie, to jest nie do opisania. Nie ma na to odpowiedniego słowa. Nawet nie płakałam. Czułam taką przewielką pustkę w sobie. I ciągle w mojej głowie było pytanie: 'dlaczego? co ona ma takiego czego ja nie mam?'. Jedyne co czułam to, że mój żołądek jest związany na supeł. Paliłam jednego papierosa za drugim. Ol. bardzo chciała ich razem zobaczyć, więc siedziałyśmy w najlepszym miejscu do spotkania kogoś, na naszym osiedlu. Niestety, nie udało nam się ich złapać. Zaniechałyśmy. Nie poszłam na zajęcia, bo nie byłam w stanie, ale wpadłam za to na genialny pomysł. Napisałam mu kolejny list, w którym wyrzuciłam mu wszystko (w sumie sporo przepisałam z tego głównego, ale dodałam jeszcze parę rzeczy), powiedziałam, że go kocham, a w p.s'ie dodałam 'fuck you anyway'. Rozpakowałam prezent, zamieniłam kupony na list, zapakowałam i umówiłam się z nim na spotkanie, mówiąc, że to strasznie ważne, żebyśmy się dzisiaj zobaczyli. Jeszcze bym się rozmyśliła. W sumie to jak się spotkaliśmy to prawie tak było, ale myślę, nieeeee, będę silna. Zrobiłam w końcu ten krok. Ogólnie, jak zwykle był przeuroczy, obiecał mi, że dostanę najlepszy prezent na świecie, ale nie był świadomy tego co jest w tym liście, więc mu sugerowałam, że tak nie będzie. Teraz już pewnie go przeczytał i to wie :D Ale jarał się tym prezentem jak Rzym za Nerona. A na koniec mnie pocałował. W czoło.
A ja mam wyborny humor. Pomimo, że twarz mi dosłownie płonie. Nie przez ten pocałunek, o w życiu! Po prostu mam z tego taką pompę, bo nie wierzę, że to się dzieje na prawdę. To jest jakiś bardzo zły sen. Nie ogarniam. Mam do tego za mały rozum :(
Przedwczoraj się upiłam. Znowu. Z P. Kiedy odprowadzałam ją na dworzec, zażartowałam, że nie trafię do mieszkania. Ona tak się przejęła, że zadzwoniła do Pana X., żeby mnie odebrał. Jak zwykle było coś ważniejszego. Ale lajjjjt.
Wczoraj, akurat na moim bardzo długim okienku, zadzwonił do mnie. Zaczął się pytać co się działo, mówić, że się martwi, i przepraszać, że nie przyszedł. Okazało się, że też ma okienko i bardzo chce iść ze mną do sklepu na zakupy. Powiedziałam mu, że nie chcę, ale ten się upierał. No to się zgodziłam. W sumie, to nie powinnam, bo wyjaśnił mi jego wielki stres, który już minął. I poważnie, wolałabym nie wiedzieć. Otóż, bał się, że... ZOSTANIE TATĄ. Po prostu myślałam, że się popłaczę jak mi to powiedział. To było tylko takie 'o kurwa on z kimś spał, ale z kim?! ON Z KIMŚ SPAŁ!!!!!!!!!!!'. Z lekkością dorzucił hasło, że byłoby to w sumie zabawne, a ja zostałabym ciocią, i oczywiście zrobiłby mnie też z tej okazji chrzestną. Wtedy to myślałam, że się położę tam i zacznę ryczeć. O chuj mu chodziło?! Po kiego czorta mi to powiedział?! I jeszcze z tą chrzestną wyskoczył jak diabeł z pudełka. No kurwa. Zagadka życia.
Cały dzień to rozkminiałyśmy z Ol. O chuj mu chodzi? -> to było pytanie dnia. Powtórzyłam je milion razy. No bo na prawdę. Do tego jest jeszcze tak słodki w stosunku do mnie, że rzygam tęczą jak go widzę. A raczej 'rzygałam' i 'widziałam' bo teraz to już go nie spotkam, ale nie uprzedzając faktów.
Cały dzień było jedno wielkie zastanawianie się z 'kim?', 'jak?', 'kiedy?' i 'dlaczego?'. Obstawiałyśmy 2 opcje. Albo to zmyślił, albo serio to zrobił, najprawdopodobniej z E.
Jak się dzisiaj okazało, opcja nr. 2 to ta prawidłowa.
Siedziałam na huśtawkach w przerwie między zajęciami. I nagle, ja się patrzę, a tam idzie on z nią. I idą do niego do mieszkania. No myślałam, że się pochlastam. Rozpłakałam się, zadzwoniłam do O. Napisałam do Ol. i P. Pierwsza przyszła Ol. Pożyczyłam od niej kasę na fajki, bo stwierdziłam, że ja nie dam rady bez używek. Po wczoraj miałam takiego mind fucka jak nigdy, ale to co się działo dzisiaj w mojej głowie, to jest nie do opisania. Nie ma na to odpowiedniego słowa. Nawet nie płakałam. Czułam taką przewielką pustkę w sobie. I ciągle w mojej głowie było pytanie: 'dlaczego? co ona ma takiego czego ja nie mam?'. Jedyne co czułam to, że mój żołądek jest związany na supeł. Paliłam jednego papierosa za drugim. Ol. bardzo chciała ich razem zobaczyć, więc siedziałyśmy w najlepszym miejscu do spotkania kogoś, na naszym osiedlu. Niestety, nie udało nam się ich złapać. Zaniechałyśmy. Nie poszłam na zajęcia, bo nie byłam w stanie, ale wpadłam za to na genialny pomysł. Napisałam mu kolejny list, w którym wyrzuciłam mu wszystko (w sumie sporo przepisałam z tego głównego, ale dodałam jeszcze parę rzeczy), powiedziałam, że go kocham, a w p.s'ie dodałam 'fuck you anyway'. Rozpakowałam prezent, zamieniłam kupony na list, zapakowałam i umówiłam się z nim na spotkanie, mówiąc, że to strasznie ważne, żebyśmy się dzisiaj zobaczyli. Jeszcze bym się rozmyśliła. W sumie to jak się spotkaliśmy to prawie tak było, ale myślę, nieeeee, będę silna. Zrobiłam w końcu ten krok. Ogólnie, jak zwykle był przeuroczy, obiecał mi, że dostanę najlepszy prezent na świecie, ale nie był świadomy tego co jest w tym liście, więc mu sugerowałam, że tak nie będzie. Teraz już pewnie go przeczytał i to wie :D Ale jarał się tym prezentem jak Rzym za Nerona. A na koniec mnie pocałował. W czoło.
A ja mam wyborny humor. Pomimo, że twarz mi dosłownie płonie. Nie przez ten pocałunek, o w życiu! Po prostu mam z tego taką pompę, bo nie wierzę, że to się dzieje na prawdę. To jest jakiś bardzo zły sen. Nie ogarniam. Mam do tego za mały rozum :(
wtorek, 8 października 2013
...
Nawet nie wiem jak mam zacząć. Strasznie mi trudno o tym wszystkim myśleć, ale chcę o tym porozmawiać z P. (bo na O. nie mogę w tym wypadku liczyć), to muszę się przełamać.
Nie wiem sama o co mi chodzi.
Wczoraj spotkałam się z Panem X.
Zaczęło się od tego, że poszłam na uczelnię. Na pierwszym wykładzie zachciało mi się płakać, bo uświadomiłam sobie, że go tu nie ma i już nie będzie.
Później zaczęłam rozmawiać z J. Jakoś tak chyba będziemy trzymać się razem.
Zaczęła go wspominać. Że jej smutno, że już go nie ma, że nie złożyła mu życzeń urodzinowych, bo zapomniała itd. Chwilę pogadałyśmy o nim. I nagle, zupełnie niespodziewanie, zadzwonił do mnie. Chciał się spotkać. Jako, że miałam mieć za chwilę zajęcia, odmówiłam, ale mieliśmy się spotkać później. Jak to na mojej uczelni za zwyczaj bywa, zajęć nie było, tak więc mieliśmy 4.5 godzinne okienko. No i oczywiście spotkaliśmy się całą grupą z Panem X., który czekał przed wydziałem.
I teraz zaczyna się ta część, o której nie mogę myśleć.
Podeszłam do niego z uśmiechem na twarzy. Przytulił mnie. Ale nie tak jak zwykle. Zamknął mnie całą w swoich ramionach i miałam wrażenie, że chce mnie pocałować w głowę. Durne, ale tak właśnie się ustawił.
Później gadaliśmy. T. zauważył, że Pan X. ciągle mi wrzuca. I oczywiście podzielił się tym z nami. Pomyślałam 'kto się czubi ten się lubi, jest jakaś nadzieja'.
Następnie poszliśmy do niego. Znowu patrzył na mnie TYM wzrokiem. Z tym wyjątkiem, że teraz robił to przy wszystkich. I robił to często. Nie tak, że gadaliśmy i on na mnie wtedy patrzył. Nie. Gadał z kimś i jak ktoś mu odpowiadał, to on wtedy look na mnie. Chciałam z nim zostać sam na sam. Niestety, wcześniej spełniłam jego prośbę i wpisałam się do jego grupy na fejsie, i okazało się, że ma spotkanie integracyjne. Powtórzył kilka razy, że mu się nie chce iść (może to miał być jakiś sygnał dla mnie?), ale koniec końców poszedł. Wyszliśmy wszyscy razem. Ja poszłam do mieszkania, bo chciałam się przygotować na późniejsze spotkanie z nim (bo powiedział, że zadzwoni, i że wyjdziemy gdzieś), J., T. i A. poszli na uczelnię (że też im się chciało), a Pan X. na spotkanie.
Miałam taki wyborny humor!
O 18 zwątpiłam, że zadzwoni. Wszystko się posypało. Zaczęłam płakać. Poszłam na huśtawki. Napisałam do P. Zaczęła mnie pocieszać i obiecała, że dzisiaj wpadnie.
Uświadomiłam sobie, że łatwiej jest mi się z nim nie widywać i tęsknić za nim, niż widzieć go i nie móc się do niego przytulić, być odtrąconą. Zaczęłam się bać, że poznał milion nowych dziewczyn i już mnie olał.
Jak tylko napisałam P., że mnie wystawił, zadzwonił do mnie. Zapłakana odebrałam. Jak mówił wcześniej, chciał się spotkać. Zgodziłam się. Szłam pod wydział, gdzie się umówiliśmy, ale dalej chciało mi się płakać. Kiedy doszłam na miejsce, jego nie było. Musiałam poczekać. Siedziałam więc i słuchałam muzyki i przeglądając swoje zdjęcia. Podszedł do mnie z tyłu wchodząc na murek, na którym siedziałam. Jak tylko się odwróciłam, a on zobaczył moją zapłakaną twarz, od razu zatroskanym głosem spytał co się stało. Odpowiedziałam mu, że nic. Bo co niby miałam powiedzieć? Jestem chora psychicznie i mam jakieś irracjonalne lęki, bo Cię kocham? On mi nie uwierzył, doskonale wiedział, że na huśtawki chodzę jak jestem smutna. No i moje zapłakane oczęta... Stanął koło mnie i chciał mnie przytulić. Kiedy próbował mnie odwrócić w swoją stronę i przyciągnąć do siebie, ja poczułam w moim brzuchu milion zwariowanych motyli. Myślałam, że zemdleję za chwilę. Nogi mi się dosłownie ugięły. Jak w tych wszystkich książkach. Wyrwałam mu się i powiedziałam, że jest dobrze. Plus, kiedy chciał mnie przytulić, poczułam, że sposób w jaki to robi , jest poza przyjacielski. Tak jakby za chwilę miał mnie pocałować. Chyba nawet się nachylił. Przez tą krótką chwilę poczułam tak wiele emocji... W mojej głowie było tylko 'o kurwa, on się zachowuje jak mój chłopak'. Ale się wyrwałam, odwróciłam i zaczęłam iść. Poszliśmy do galerii, on sobie kupił coś do jedzenia, ja posiedziałam. Jak zwykle podzielił się ze mną colą. Wracając do mieszkania, podkreślał, że jest strasznie zmęczony. Myślałam, że spędzimy trochę więcej czasu ze sobą, ale trudno, skoro 'był zmęczony'.
Powiedziałam mu, że mam problem. Oczywiście chętnie chciał mi go pomóc rozwiązać. Opowiedziałam więc, że mam 2 znajomych, przyjaźnimy się wszyscy i nagle jeden zaczyna się zachowywać nie fair wobec drugiego. I czy powinnam powiedzieć o tym temu pokrzywdzonemu. Powiedział, że tak i że teraz będzie zgadywał o kogo chodzi. Po kilkunastu próbach, kiedy powiedziałam mu, że na pewno zna te osoby, w końcu domyślił się, że chodzi o niego. Po kilku innych trafił w końcu, że tą nie fair osobą jest K. Opowiedziałam mu całą historię z urodzin. No poza tą częścią z J. Chyba go zabolało. Udawał, że nie, ale widziałam zmianę w jego zachowaniu.
Powiedział mi też jeszcze jedną rzecz - że jest czymś zestresowany strasznie. Nie chciał jednak powiedzieć czym. Zabolało. Ja mu mówię, czemu jest mi źle (no nie zawsze, bo jak wczoraj powiedział coś w stylu 'No powiedz co się stało. Jak nie powiesz mi to komu?', to ja odpowiedziałam 'Swojej głowie. Albo P.'). Boję się, że kogoś poznał i chce stworzyć związek i teraz będzie ryzykował z tą osobą i obawia się, że ta osoba go odtrąci. Czy coś.
Pomimo, że zaproponował mi wczoraj, że mnie odprowadzi, jak tylko trafiłam do mieszkania, siadłam i się popłakałam.
I płaczę do dzisiaj.
Nie ważne, że dzwonił do mnie wczoraj, żebym znowu mu pomogła ze studiami. Albo, że znam jedno z jego haseł (bo mi je musiał podać).
To wszystko nie ma już żadnego sensu. Zachowuje się, jakby chciał się zbliżyć, ale gówno, bo prawdopodobnie chce być z kimś innym.
I znowu mi się śnił.
Nie wytrzymuję już.
Znalazłam idealną piosenkę dla siebie. Siedzę teraz i jej słucham . I płaczę. Nie umiem się pozbierać. Będę wyglądać jak kupa gówna jak przyjdzie P. Może ona mnie poskleja.
Nie wiem sama o co mi chodzi.
Wczoraj spotkałam się z Panem X.
Zaczęło się od tego, że poszłam na uczelnię. Na pierwszym wykładzie zachciało mi się płakać, bo uświadomiłam sobie, że go tu nie ma i już nie będzie.
Później zaczęłam rozmawiać z J. Jakoś tak chyba będziemy trzymać się razem.
Zaczęła go wspominać. Że jej smutno, że już go nie ma, że nie złożyła mu życzeń urodzinowych, bo zapomniała itd. Chwilę pogadałyśmy o nim. I nagle, zupełnie niespodziewanie, zadzwonił do mnie. Chciał się spotkać. Jako, że miałam mieć za chwilę zajęcia, odmówiłam, ale mieliśmy się spotkać później. Jak to na mojej uczelni za zwyczaj bywa, zajęć nie było, tak więc mieliśmy 4.5 godzinne okienko. No i oczywiście spotkaliśmy się całą grupą z Panem X., który czekał przed wydziałem.
I teraz zaczyna się ta część, o której nie mogę myśleć.
Podeszłam do niego z uśmiechem na twarzy. Przytulił mnie. Ale nie tak jak zwykle. Zamknął mnie całą w swoich ramionach i miałam wrażenie, że chce mnie pocałować w głowę. Durne, ale tak właśnie się ustawił.
Później gadaliśmy. T. zauważył, że Pan X. ciągle mi wrzuca. I oczywiście podzielił się tym z nami. Pomyślałam 'kto się czubi ten się lubi, jest jakaś nadzieja'.
Następnie poszliśmy do niego. Znowu patrzył na mnie TYM wzrokiem. Z tym wyjątkiem, że teraz robił to przy wszystkich. I robił to często. Nie tak, że gadaliśmy i on na mnie wtedy patrzył. Nie. Gadał z kimś i jak ktoś mu odpowiadał, to on wtedy look na mnie. Chciałam z nim zostać sam na sam. Niestety, wcześniej spełniłam jego prośbę i wpisałam się do jego grupy na fejsie, i okazało się, że ma spotkanie integracyjne. Powtórzył kilka razy, że mu się nie chce iść (może to miał być jakiś sygnał dla mnie?), ale koniec końców poszedł. Wyszliśmy wszyscy razem. Ja poszłam do mieszkania, bo chciałam się przygotować na późniejsze spotkanie z nim (bo powiedział, że zadzwoni, i że wyjdziemy gdzieś), J., T. i A. poszli na uczelnię (że też im się chciało), a Pan X. na spotkanie.
Miałam taki wyborny humor!
O 18 zwątpiłam, że zadzwoni. Wszystko się posypało. Zaczęłam płakać. Poszłam na huśtawki. Napisałam do P. Zaczęła mnie pocieszać i obiecała, że dzisiaj wpadnie.
Uświadomiłam sobie, że łatwiej jest mi się z nim nie widywać i tęsknić za nim, niż widzieć go i nie móc się do niego przytulić, być odtrąconą. Zaczęłam się bać, że poznał milion nowych dziewczyn i już mnie olał.
Jak tylko napisałam P., że mnie wystawił, zadzwonił do mnie. Zapłakana odebrałam. Jak mówił wcześniej, chciał się spotkać. Zgodziłam się. Szłam pod wydział, gdzie się umówiliśmy, ale dalej chciało mi się płakać. Kiedy doszłam na miejsce, jego nie było. Musiałam poczekać. Siedziałam więc i słuchałam muzyki i przeglądając swoje zdjęcia. Podszedł do mnie z tyłu wchodząc na murek, na którym siedziałam. Jak tylko się odwróciłam, a on zobaczył moją zapłakaną twarz, od razu zatroskanym głosem spytał co się stało. Odpowiedziałam mu, że nic. Bo co niby miałam powiedzieć? Jestem chora psychicznie i mam jakieś irracjonalne lęki, bo Cię kocham? On mi nie uwierzył, doskonale wiedział, że na huśtawki chodzę jak jestem smutna. No i moje zapłakane oczęta... Stanął koło mnie i chciał mnie przytulić. Kiedy próbował mnie odwrócić w swoją stronę i przyciągnąć do siebie, ja poczułam w moim brzuchu milion zwariowanych motyli. Myślałam, że zemdleję za chwilę. Nogi mi się dosłownie ugięły. Jak w tych wszystkich książkach. Wyrwałam mu się i powiedziałam, że jest dobrze. Plus, kiedy chciał mnie przytulić, poczułam, że sposób w jaki to robi , jest poza przyjacielski. Tak jakby za chwilę miał mnie pocałować. Chyba nawet się nachylił. Przez tą krótką chwilę poczułam tak wiele emocji... W mojej głowie było tylko 'o kurwa, on się zachowuje jak mój chłopak'. Ale się wyrwałam, odwróciłam i zaczęłam iść. Poszliśmy do galerii, on sobie kupił coś do jedzenia, ja posiedziałam. Jak zwykle podzielił się ze mną colą. Wracając do mieszkania, podkreślał, że jest strasznie zmęczony. Myślałam, że spędzimy trochę więcej czasu ze sobą, ale trudno, skoro 'był zmęczony'.
Powiedziałam mu, że mam problem. Oczywiście chętnie chciał mi go pomóc rozwiązać. Opowiedziałam więc, że mam 2 znajomych, przyjaźnimy się wszyscy i nagle jeden zaczyna się zachowywać nie fair wobec drugiego. I czy powinnam powiedzieć o tym temu pokrzywdzonemu. Powiedział, że tak i że teraz będzie zgadywał o kogo chodzi. Po kilkunastu próbach, kiedy powiedziałam mu, że na pewno zna te osoby, w końcu domyślił się, że chodzi o niego. Po kilku innych trafił w końcu, że tą nie fair osobą jest K. Opowiedziałam mu całą historię z urodzin. No poza tą częścią z J. Chyba go zabolało. Udawał, że nie, ale widziałam zmianę w jego zachowaniu.
Powiedział mi też jeszcze jedną rzecz - że jest czymś zestresowany strasznie. Nie chciał jednak powiedzieć czym. Zabolało. Ja mu mówię, czemu jest mi źle (no nie zawsze, bo jak wczoraj powiedział coś w stylu 'No powiedz co się stało. Jak nie powiesz mi to komu?', to ja odpowiedziałam 'Swojej głowie. Albo P.'). Boję się, że kogoś poznał i chce stworzyć związek i teraz będzie ryzykował z tą osobą i obawia się, że ta osoba go odtrąci. Czy coś.
Pomimo, że zaproponował mi wczoraj, że mnie odprowadzi, jak tylko trafiłam do mieszkania, siadłam i się popłakałam.
I płaczę do dzisiaj.
Nie ważne, że dzwonił do mnie wczoraj, żebym znowu mu pomogła ze studiami. Albo, że znam jedno z jego haseł (bo mi je musiał podać).
To wszystko nie ma już żadnego sensu. Zachowuje się, jakby chciał się zbliżyć, ale gówno, bo prawdopodobnie chce być z kimś innym.
I znowu mi się śnił.
Nie wytrzymuję już.
Znalazłam idealną piosenkę dla siebie. Siedzę teraz i jej słucham . I płaczę. Nie umiem się pozbierać. Będę wyglądać jak kupa gówna jak przyjdzie P. Może ona mnie poskleja.
I still remember, the pain of December...
Nawet miesiąc się zgadza...
:(((
poniedziałek, 30 września 2013
To co zwykle
Wszystko co dobre szybko się kończy. Tak właśnie było z moim wybornym humorem i zrelaksowaniem. Dzisiaj znów mam humor CS'a i jestem strasznie zdenerwowana.
Tęsknię za Panem X. Chcę go już zobaczyć, porozmawiać z nim, a on jak zwykle się nie odzywa. Gdzieś w głębi serca liczyłam, że przyjedzie do Kato dzisiaj i się spotkamy, ale hehehe, oczywiście się przeliczyłam.
Chcę go. Już. Teraz. Tutaj.
Ale dlaczego on miałby chcieć mnie? Jestem chodzącym bałaganem. Co z tego, że ponoć jestem atrakcyjna, skoro mam najebane w głowie? Jestem niestabilna emocjonalnie, tnę się, nie umiem być poważna w sytuacjach, które tego wymagają, palę, nie mam planu na swoje życie, często płaczę, krzyczę, jestem niecierpliwa, denerwuję się bez powodu, nie umiem żyć z innymi i długo by jeszcze wymieniać ile mam wad. W życiu nie chciałabym być z osobą taką jak ja, więc chyba zaczynam go rozumieć. Chciałabym być kimś innym. Kimś ułożonym i spokojnym. Jak jego była. I próbowałam, tylko gówno mi z tego wyszło. Jest jeszcze gorzej.
Patrzę na prezent dla niego i płaczę.
Im bliżej naszego spotkania, które nie wiem kiedy będzie, ale będzie, tym bardziej nie mogę tego wszystkiego znieść. Chcę już popatrzeć w jego zielone, uśmiechnięte oczy. Wtedy się uspokoję i będę szczęśliwa. I tak bardzo chcę, żeby mnie przytulił. Potrzebuję bliskości. Kogoś. Jego. I mogę mówić wszystkim, że już go nie chcę i odpuściłam sobie. Albo, że żałuję. Prawda jest jednak zupełnie inna. Kocham go dalej całym sercem, ciągle mam nadzieję, że mnie zechce i nie wiem, czy żałuję. Bo to co się między nami stało było czymś niepowtarzalnym i z nikim już nie chcę tego przeżywać. On jest jedyną osobą, z którą chcę być na każdy ze sposobów. Kto wie, może jak się kiedyś ogarnę, to on też zechce być ze mną? Ale to nie będzie już takie piękne, bo nie będę sobą. Tak było z M. Stałam się w miarę stabilna, zero jakiejkolwiek spontaniczności, zabawy. I na początku mi to odpowiadało, ale czułam się jak w klatce. Tylko, że M. nie jest Panem X. To dwie kompletnie inne osoby. Różnią się chyba wszystkim. No i Pana X. kocham bardziej. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek kochałam M. Jeżeli tak, to jestem na milion procent pewna, że nawet w 1/1000 nie tak bardzo jak Pana X. Nigdy za nim tak nie tęskniłam, nie czułam motyli przez praktycznie rok, tylko przez miesiąc, nie miałam z nim snów erotycznych, nie chciałam się tak bardzo starać, nie wyobrażałam go sobie jako ojca moich dzieci. Po co ja w ogóle z nim byłam? Może po to, żeby poznać Pana X... Bo to w końcu częściowo przez M. wylądowałam w Kato na osiedlu na którym mieszkam, w bloku obok Pana X. Więc może jednak nam jest dane być razem? Oboje mogliśmy pójść na inne studia i nigdy się nie poznać. Mogłam zamieszkać na innym osiedlu, i wtedy jestem pewna, że nie zaprzyjaźnilibyśmy się tak bardzo, o ile w ogóle. Bo jestem nieciekawa i nudna. Nie mam hobby (poza gitarą, o ile takie moje granie raz na rok można nazwać hobby), nie wiem nic o polityce ani świecie. Nie interesuję się niczym. Lubię słuchać całkiem innej muzyki niż on i oglądać filmy (inne niż on) i seriale. Mielibyśmy innych znajomych, bo ja trzymałabym się z R. i pewnie zakumulowałybyśmy się z B., którego Pan X. nie trawi. Ale wszystko potoczyło się inaczej. Nasze drogi się jakimś cudem zbiegły, zostaliśmy przyjaciółmi i pomimo, że on olewa swoich dawnych znajomych, ze mną trzyma kontakt, więc chyba jestem dla niego w jakimś stopniu, nawet odrobinę ważna? Nie może ze mną nie rozmawiać. Zawsze pyta co u mnie w domu, czy w porządku, i to dla niego na prawdę ważne. Dla mnie też. To może istnieje cień szansy, że jak się będziemy teraz spotykać, to będzie jak 26 listopada zeszłego roku, i pocałuje mnie i powie, że mnie lubi bardziej niż koleżankę? Może w końcu przestanie się tego bać? Bo im dłużej będziemy się znać, tym trudniej będzie nam udawać. Pewnego dnia ja nie wytrzymam i powiem 'kocham cię' i zniszczę to, co mamy teraz. Chyba, że on się ogarnie wcześniej i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Amen.
Tęsknię za Panem X. Chcę go już zobaczyć, porozmawiać z nim, a on jak zwykle się nie odzywa. Gdzieś w głębi serca liczyłam, że przyjedzie do Kato dzisiaj i się spotkamy, ale hehehe, oczywiście się przeliczyłam.
Chcę go. Już. Teraz. Tutaj.
Ale dlaczego on miałby chcieć mnie? Jestem chodzącym bałaganem. Co z tego, że ponoć jestem atrakcyjna, skoro mam najebane w głowie? Jestem niestabilna emocjonalnie, tnę się, nie umiem być poważna w sytuacjach, które tego wymagają, palę, nie mam planu na swoje życie, często płaczę, krzyczę, jestem niecierpliwa, denerwuję się bez powodu, nie umiem żyć z innymi i długo by jeszcze wymieniać ile mam wad. W życiu nie chciałabym być z osobą taką jak ja, więc chyba zaczynam go rozumieć. Chciałabym być kimś innym. Kimś ułożonym i spokojnym. Jak jego była. I próbowałam, tylko gówno mi z tego wyszło. Jest jeszcze gorzej.
Patrzę na prezent dla niego i płaczę.
Im bliżej naszego spotkania, które nie wiem kiedy będzie, ale będzie, tym bardziej nie mogę tego wszystkiego znieść. Chcę już popatrzeć w jego zielone, uśmiechnięte oczy. Wtedy się uspokoję i będę szczęśliwa. I tak bardzo chcę, żeby mnie przytulił. Potrzebuję bliskości. Kogoś. Jego. I mogę mówić wszystkim, że już go nie chcę i odpuściłam sobie. Albo, że żałuję. Prawda jest jednak zupełnie inna. Kocham go dalej całym sercem, ciągle mam nadzieję, że mnie zechce i nie wiem, czy żałuję. Bo to co się między nami stało było czymś niepowtarzalnym i z nikim już nie chcę tego przeżywać. On jest jedyną osobą, z którą chcę być na każdy ze sposobów. Kto wie, może jak się kiedyś ogarnę, to on też zechce być ze mną? Ale to nie będzie już takie piękne, bo nie będę sobą. Tak było z M. Stałam się w miarę stabilna, zero jakiejkolwiek spontaniczności, zabawy. I na początku mi to odpowiadało, ale czułam się jak w klatce. Tylko, że M. nie jest Panem X. To dwie kompletnie inne osoby. Różnią się chyba wszystkim. No i Pana X. kocham bardziej. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek kochałam M. Jeżeli tak, to jestem na milion procent pewna, że nawet w 1/1000 nie tak bardzo jak Pana X. Nigdy za nim tak nie tęskniłam, nie czułam motyli przez praktycznie rok, tylko przez miesiąc, nie miałam z nim snów erotycznych, nie chciałam się tak bardzo starać, nie wyobrażałam go sobie jako ojca moich dzieci. Po co ja w ogóle z nim byłam? Może po to, żeby poznać Pana X... Bo to w końcu częściowo przez M. wylądowałam w Kato na osiedlu na którym mieszkam, w bloku obok Pana X. Więc może jednak nam jest dane być razem? Oboje mogliśmy pójść na inne studia i nigdy się nie poznać. Mogłam zamieszkać na innym osiedlu, i wtedy jestem pewna, że nie zaprzyjaźnilibyśmy się tak bardzo, o ile w ogóle. Bo jestem nieciekawa i nudna. Nie mam hobby (poza gitarą, o ile takie moje granie raz na rok można nazwać hobby), nie wiem nic o polityce ani świecie. Nie interesuję się niczym. Lubię słuchać całkiem innej muzyki niż on i oglądać filmy (inne niż on) i seriale. Mielibyśmy innych znajomych, bo ja trzymałabym się z R. i pewnie zakumulowałybyśmy się z B., którego Pan X. nie trawi. Ale wszystko potoczyło się inaczej. Nasze drogi się jakimś cudem zbiegły, zostaliśmy przyjaciółmi i pomimo, że on olewa swoich dawnych znajomych, ze mną trzyma kontakt, więc chyba jestem dla niego w jakimś stopniu, nawet odrobinę ważna? Nie może ze mną nie rozmawiać. Zawsze pyta co u mnie w domu, czy w porządku, i to dla niego na prawdę ważne. Dla mnie też. To może istnieje cień szansy, że jak się będziemy teraz spotykać, to będzie jak 26 listopada zeszłego roku, i pocałuje mnie i powie, że mnie lubi bardziej niż koleżankę? Może w końcu przestanie się tego bać? Bo im dłużej będziemy się znać, tym trudniej będzie nam udawać. Pewnego dnia ja nie wytrzymam i powiem 'kocham cię' i zniszczę to, co mamy teraz. Chyba, że on się ogarnie wcześniej i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Amen.
niedziela, 29 września 2013
Jestę studętę!
Taaaaaaaak! Jestem oficjalnie studentką drugiego roku! Nie wiem pod wpływem jakich środków odurzających facet sprawdzał te egzaminy, ale mam 4.5! Dzisiaj więc jestem w iście wybornym humorze :3 A już byłam przekonana, że nie zdałam! Całe szczęście, że wczoraj po 22 postanowiłam ostatni raz sprawdzić usosa. Zaglądam a tu taki szok! Krzyczałam, piszczałam, skakałam i trzęsłam się z tego szczęścia! Od razu napisałam esa (z milionem słów 'zdałam') do Pana X., O., P. i zadzwoniłam do mamy. Drżącym głosem krzyczałam jej w słuchawkę jakie ma mądre dziecko! Z tego wszystkiego musiałam się położyć na podłodze xd. A później poszłyśmy z Ol. po ruskiego szampana, żeby to opić. Ruski szampan zawsze spoko.
Jestem z siebie taka dumna! I kocham wszystkich! Dzisiaj obdzwoniłam babcie, żeby się im pochwalić. To takie piękne! Jedno zmartwienie out. Teraz spokojnie mogę rzucić palenie :3 A raczej muszę, bo sobie obiecałam, że jak zdam, to to zrobię tak na amen. Tak więc kończę paczkę i bye bye elemki [*]
Nadal nie wierzę w to co wyświetla mi się na usosie.
Z tej ekscytacji nie mogłam zasnąć, a później śniły mi się tak milutkie sny z Panem X. w roli głównej, że ja chcę jeszcze raaaaz :3 W ogóle, nie mogę się doczekać, aż się z nim zobaczę. Ol. nie ma złych przeczuć co do nas i też nie może się doczekać naszego spotkania, bo czuje, że to może być jakiś progres. I hope so!
Jak to możliwe, że po takim czasie 'rozłąki' ja nadal mam motyle w brzuchu, za każdym razem jak o nim pomyślę? Czyżby prawdziwa miłość? Oczywiście, że tak. Ja to wiem, on to wie(?) i każdy inny też to wie.
Jestem z siebie taka dumna! I kocham wszystkich! Dzisiaj obdzwoniłam babcie, żeby się im pochwalić. To takie piękne! Jedno zmartwienie out. Teraz spokojnie mogę rzucić palenie :3 A raczej muszę, bo sobie obiecałam, że jak zdam, to to zrobię tak na amen. Tak więc kończę paczkę i bye bye elemki [*]
Nadal nie wierzę w to co wyświetla mi się na usosie.
Z tej ekscytacji nie mogłam zasnąć, a później śniły mi się tak milutkie sny z Panem X. w roli głównej, że ja chcę jeszcze raaaaz :3 W ogóle, nie mogę się doczekać, aż się z nim zobaczę. Ol. nie ma złych przeczuć co do nas i też nie może się doczekać naszego spotkania, bo czuje, że to może być jakiś progres. I hope so!
Jak to możliwe, że po takim czasie 'rozłąki' ja nadal mam motyle w brzuchu, za każdym razem jak o nim pomyślę? Czyżby prawdziwa miłość? Oczywiście, że tak. Ja to wiem, on to wie(?) i każdy inny też to wie.
sobota, 28 września 2013
Rzygamtym.pl
Boże boże boże bożeeeeeeee. Już nie mogę. Ja zacznę robić listę rzeczy którymi się martwię i jak skończę się martwić jedną rzeczą to ją odhaczę i przejdę do następnej. Bo tak na raz to się nie da, bo już nie wytrzymuję.
Nr. 1 - HS
Najpierw stres związany z poprawką, teraz z wynikami. Na początku martwiłam się, że się nie nauczę. Siadłam więc i próbowałam coś zdziałać, żeby tak się nie stało. Później okazało się, że daje testy z zerówki. Więc płacz i drgawki, bo to był najcięższy z testów, które dał do tej pory. D. przesłała mi 4 pytania, to zrobiłam sobie ściągę. I tak nie dało się ściągać, więc bosko, ale coś napisałam. Jak wyszłam z sali to się cała trzęsłam i czułam jakby mi ktoś zdjął obręcz uciskową z głowy. Pytania były wielokrotnego wyboru, a nie tak jak facet nam powiedział jednokrotnego, więc wiele nie nastrzelałam. Zaczęłam więc się martwić, że nie zdam. Próbowałam sobie racjonalnie wytłumaczyć, że skoro coś napisałam w otwartych, to nie będzie źle. Dopóki nie okazało się wczoraj, że wpisał już oceny w usosa. A ja nie mam tam nic wpisane, więc albo nie zdałam i on mnie o tym nie poinformował, albo nie wpisał. Jako, że podchodzę do takich rzeczy sceptycznie, jestem przygotowana na pierwszą opcję. Tak czy inaczej, istnieje jeszcze ta druga i to mój cień nadziei. I się tym stresuję tak bardzo, że po 3 dniach niepalenia kupiłam dziś paczkę.
Nr. 2 - Pan X.
Jedna rzecz, że się zmienił, druga, że nie wiem, czy mieszać i powiedzieć mu, że K. na niego gada. Chyba powinnam być uczciwa i mu powiedzieć, tym bardziej, że przedwczoraj pozytywnie mnie zaskoczył. Zadzwonił do mnie ot tak i pytał jak mi poszło na egzaminie (nie myślałam, że pamięta, kiedy mam tą poprawkę, w końcu tylko o niej wspomniałam mimochodem) i gadaliśmy prawie 20 min o niczym. Z początku byłam taka 'po chuj dzwonisz i tak jestem obrażona', ale pod koniec rozmowy krzyczałam, ale nie ze złości, tylko w ten sposób jak zawsze to robię, kiedy jestem rozbawiona, albo zadowolona.
Martwię się więc nim ogólnie. Sobą też, bo to się łączy.
Nr. 3 -P.
Nie wiem czy powinnam jej powiedzieć o A. To coś zmieni? Poza tym, że ją zaboli. Niechże już wróci.
Nr. 3 - Dom
Dużo się dzieje. K. w szpitalu, A. w szpitalu. I oboje są w dosyć ciężkich sytuacjach. K. zrobię niespodziankę i do niego zadzwonię, tylko najpierw muszę zadzwonić do babci, niech mi da nr.
Nr. 4 - Pieniądze
Skąd mam je do cholery wziąć?! Nie lubię prosić rodziców, bo i tak na mnie dużo wydają, ale chyba muszę zacząć spłacać długi. A pracy jak nie było tak nie ma. Więc SKĄD MAM JE WYTRZASNĄĆ?!
Nr. 5 - Nowy rok szkolny
Już pisałam o tym. Boję się jak będzie, bo się wszystko pozmieniało.
Nr. 6 - Moje życie
Jak zwykle pojebane, nie mam nikogo, nie wiem co mam ze sobą zrobić i w ogóle co mam robić. Czuję się zagubiona, zestresowana i nie daję rady. I muszę walczyć z własnymi uczuciami.
Najchętniej to bym się z tego wszystkiego położyła i pocięła. Albo wyskoczyła przez balkon. No bo kurwa. Nie pociągnę długo z taką listą problemów (a to dopiero początek). Muszę się przejść. Nie wiem nic, ale jebać. Jak posiedzę jeszcze chwilę w mieszkaniu to oszaleję.
RZYGAM JUŻ TYM WSZYSTKIM TAK BARDZO, ŻE ZA CHWILĘ WYRZYGAM WŁASNY ŻOŁĄDEK I CHĘĆ DO ŻYCIA.
Nr. 1 - HS
Najpierw stres związany z poprawką, teraz z wynikami. Na początku martwiłam się, że się nie nauczę. Siadłam więc i próbowałam coś zdziałać, żeby tak się nie stało. Później okazało się, że daje testy z zerówki. Więc płacz i drgawki, bo to był najcięższy z testów, które dał do tej pory. D. przesłała mi 4 pytania, to zrobiłam sobie ściągę. I tak nie dało się ściągać, więc bosko, ale coś napisałam. Jak wyszłam z sali to się cała trzęsłam i czułam jakby mi ktoś zdjął obręcz uciskową z głowy. Pytania były wielokrotnego wyboru, a nie tak jak facet nam powiedział jednokrotnego, więc wiele nie nastrzelałam. Zaczęłam więc się martwić, że nie zdam. Próbowałam sobie racjonalnie wytłumaczyć, że skoro coś napisałam w otwartych, to nie będzie źle. Dopóki nie okazało się wczoraj, że wpisał już oceny w usosa. A ja nie mam tam nic wpisane, więc albo nie zdałam i on mnie o tym nie poinformował, albo nie wpisał. Jako, że podchodzę do takich rzeczy sceptycznie, jestem przygotowana na pierwszą opcję. Tak czy inaczej, istnieje jeszcze ta druga i to mój cień nadziei. I się tym stresuję tak bardzo, że po 3 dniach niepalenia kupiłam dziś paczkę.
Nr. 2 - Pan X.
Jedna rzecz, że się zmienił, druga, że nie wiem, czy mieszać i powiedzieć mu, że K. na niego gada. Chyba powinnam być uczciwa i mu powiedzieć, tym bardziej, że przedwczoraj pozytywnie mnie zaskoczył. Zadzwonił do mnie ot tak i pytał jak mi poszło na egzaminie (nie myślałam, że pamięta, kiedy mam tą poprawkę, w końcu tylko o niej wspomniałam mimochodem) i gadaliśmy prawie 20 min o niczym. Z początku byłam taka 'po chuj dzwonisz i tak jestem obrażona', ale pod koniec rozmowy krzyczałam, ale nie ze złości, tylko w ten sposób jak zawsze to robię, kiedy jestem rozbawiona, albo zadowolona.
Martwię się więc nim ogólnie. Sobą też, bo to się łączy.
Nr. 3 -P.
Nie wiem czy powinnam jej powiedzieć o A. To coś zmieni? Poza tym, że ją zaboli. Niechże już wróci.
Nr. 3 - Dom
Dużo się dzieje. K. w szpitalu, A. w szpitalu. I oboje są w dosyć ciężkich sytuacjach. K. zrobię niespodziankę i do niego zadzwonię, tylko najpierw muszę zadzwonić do babci, niech mi da nr.
Nr. 4 - Pieniądze
Skąd mam je do cholery wziąć?! Nie lubię prosić rodziców, bo i tak na mnie dużo wydają, ale chyba muszę zacząć spłacać długi. A pracy jak nie było tak nie ma. Więc SKĄD MAM JE WYTRZASNĄĆ?!
Nr. 5 - Nowy rok szkolny
Już pisałam o tym. Boję się jak będzie, bo się wszystko pozmieniało.
Nr. 6 - Moje życie
Jak zwykle pojebane, nie mam nikogo, nie wiem co mam ze sobą zrobić i w ogóle co mam robić. Czuję się zagubiona, zestresowana i nie daję rady. I muszę walczyć z własnymi uczuciami.
Najchętniej to bym się z tego wszystkiego położyła i pocięła. Albo wyskoczyła przez balkon. No bo kurwa. Nie pociągnę długo z taką listą problemów (a to dopiero początek). Muszę się przejść. Nie wiem nic, ale jebać. Jak posiedzę jeszcze chwilę w mieszkaniu to oszaleję.
RZYGAM JUŻ TYM WSZYSTKIM TAK BARDZO, ŻE ZA CHWILĘ WYRZYGAM WŁASNY ŻOŁĄDEK I CHĘĆ DO ŻYCIA.
niedziela, 22 września 2013
Prokrastynacja.
Nie nauczę się.
Nie umiem się skupić.
Nie zdam.
Wszystkie dni, które mogłam wykorzystać do nauki, przeciekły mi przez palce. Zostały mi 2 dni. 2 DNI. Będę się starać, ale chyba nie dam rady. Zaczynam panikować.
I to wcale nie jest tak, że ja jestem leniwa. Fakt, trochę czasem mi się nie chce czegoś robić, ale to już jest prokrastynacja. Zostawiłam sobie wszystko na ostatnią chwilę, nie bo mi się nie chciało uczyć, tylko ciągle wydawało mi się, że mam kupę czasu, a jak zacznę się uczyć za wcześnie to pozapominam, bla, bla, bla. No i teraz mam.
Niespodziewane wydarzenia po drodze, takie jak urodziny K., skutecznie mnie od nauki odciągnęły. Bo musiałam iść, skoro on był na moich. W sumie, to liczyłam trochę, że spotkam tam Pana X., ale jak się okazuje, chyba się już nie lubią. K. określił go mianem 'bydła' i stwierdził, że Pan X. wszystkich denerwuje. Fakt, mnie też zdenerwował swoim ostatnim zachowaniem, ale chyba zaczynam się o niego martwić... I właśnie to jest na chwilę obecną moja główna przyczyna braku skupienia. Martwię się o niego. Zmienił się niesamowicie. Dawni znajomi urywają z nim kontakt, bo mają go dosyć, uważa się za nie wiadomo kogo, no i podobno zrobił się strasznie agresywny... Coś jest nie halo. To nie jest ten Pan X., którego znałam. Albo myślałam, że znam. Tak czy inaczej, jest zupełnie innym człowiekiem i martwię się, że coś się wydarzyło i się pogubił. Oddałabym wszystkie cukierki za to, żeby do mnie zadzwonił i pogadał. Przysięgam już sobie w tym momencie, że jak się spotkamy (bo w końcu skończę z graniem obrażonej księżniczki), to nie powiem ani słowa o sobie. Chcę, żeby to on mówił. Muszę się dowiedzieć, co się stało. Chcę go uratować przed nim samym, bo wiem jak to jest, jak się trzyma głowę za wysoko. I znowu poświęcę mu miesiące mojej uwagi i dostanę za to ból i cierpienie. Trudno. Za bardzo mi zależy, żebym pozwoliła mu skończyć tak, jak do tego zmierza.
No i jest jeszcze K., który jest chyba najgorszym kumplem na świecie. Zamiast mu pomóc się ogarnąć, to ten szepcze za jego plecami. Boże, jacy oni wszyscy są fałszywi! Po co się kumplują, skoro jeden napierdala na drugiego, a drugi śmieje się z pierwszego? Co to ma być w ogóle za znajomość? I w jakiej sytuacji to stawia mnie? Mam powiedzieć Panu X. o tym, co mówi o nim K.? Ech, szkoda, że O. i P. pracują. Chciałabym z nimi o tym porozmawiać i się poradzić, co mam robić z tym wszystkim.
Pozostaje też jeszcze jedna kwestia do zastanowienia się w tej sprawie.
Jak bardzo poszło im o mnie?
Bo zbierając wszystkie fakty wychodzi, że całkiem możliwe, że ja też byłam w to wszystko zamieszana. K. gada na prawo i lewo o mnie (każdy z jego znajomych mnie zna, chociaż ja nie znam nikogo i żenuje mnie to) i na milion procent rozmawia o mnie z Panem X. (-> Pan X. sam mi powiedział, że wie, że byłam z K. na weselu i jeszcze parę rzeczy przywołał, które wskazują właśnie na to). Na podstawie mojego diagramu porównawczego sytuacji: ja-K-Ol i Pan X-ja-K, dochodzę do wniosku, że Pan X. jest o mnie w cholerę zazdrosny. To tłumaczy wszystkie disy na K., kiedy o nim rozmawiamy. Dodając do tego sytuację przy pierwszym pocałunku z K., wtedy u mnie w łazience na parapetówce, mogę przypuszczać, że Pan X. coś jednak do mnie czuje. No bo niby dlaczego miałby zabić K. za całowanie mnie? No i nie mogę zapomnieć o sytuacji w klubie, kiedy Pan X. mówił K, że ma na oku jakąś dziewczynę, spotykają się, ale nie wie czy ma ryzykować. Ta ostatnia sytuacja zdarzyła się przed poprzednią opisaną, więc wszystko nabiera sensu. Powiedzmy. Bo ja przyjmuję, że tak jest, bo to się wydaje logiczne, ale wcale może tak nie być. No ale. Zakładając, że to wszystko tak właśnie wygląda, to zaczynam mieć podejrzenia, że Pan X. być może chce coś ze mną, a K. się wkurwił, bo przecież postanowił nie odpuszczać.
Bo J. nic nie mówił o Panu X., więc wygląda to tak, że to K. jest na niego najbardziej cięty. I to wszystko ma dlatego sens. Czy tak jest na prawdę, okaże się w przyszłości.
W ogóle wczoraj zrobiłam coś bardzo ryzykownego. Pomijając to, że się upiłam. Ogólnie impreza była w barze. Siedziałam głównie koło J., więc najwięcej z nim gadałam plus po 4 czy 5 piwie, karmiłam go popcornem, na jego prośbę.W sumie było zabawnie.
Koło 2 poszliśmy na kebsa. Rzecz jasna, J. dosiadł się do mnie i pomógł mi go zjeść.
Następnie wybraliśmy się na wódkę. Mieliśmy oczywiście alkohol, sok znaleziony na przystanku, i coś innego do popicia. Poszliśmy w jakąś ślepą uliczkę przy której był niby park. Ja już nie piłam tej wódki. Wiedziałam, że jak to zrobię, to mnie to zabije, więc udawałam. I wszystko byłoby spoko, gdybyśmy nie zaczęli jarać. J. wyciągnął zioło i poszło w obieg. Już przed jaraniem lubiliśmy się bardzo bardzo, ale po...
Paląc siedzieliśmy. Kiedy skończyliśmy jarać, J. w pewnym momencie powiedział, żebym go przytuliła. No myślę, okay, przytulanie to nic złego.
Za jakiś czas, kiedy M. już spał na ulicy, my też się położyliśmy. Nie żeby pójść w ślady M., tylko żeby po prostu poleżeć. Mieliśmy też mega ataki śmiechu, ale to oczywiste.
Z początku leżałam na przeciwko J., tak, że go nie widziałam. Po pewnym czasie on wstał, stwierdził, że będę jego poduszką i położył się na mnie. Myślę, no spoko. Później prosił mnie, żebym dała mu rękę. To już było dziwne, ale okay. I tacy pijani i zjarani leżeliśmy sobie na ulicy. W końcu K. zaczął na nas krzyczeć i motywować, żebyśmy wstali. No to w końcu to zrobiliśmy. Oczywiście J. wstał pierwszy i pomagał mi wstawać i zrobił to tak, że wpadłam prosto w jego ramiona, jak już stanęłam na nogach. Uroczo. Strasznie dużo mnie przytulał też później. Idąc na przystanek szliśmy objęci. Znaczy on obejmował mnie.
Gdyby tylko to G. widziała... :D W sumie, to pewnie i tak będzie o tym wszystkim wiedzieć, więc chyba się trochę boję.
W międzyczasie, zadzwoniła do mnie O. Niewiele pamiętam z tej rozmowy, ale wiem, że J. z nią rozmawiał, a później K., który powiedział jej, że właśnie wyrywam. No pięknie.
No i wyrwałam na tyle, że chciał mnie przenocować, ale to by już było za bardzo ryzykowne. Poszłam spać do K. :D.
Było żenująco.
Jak zwykle.
A teraz kończę te wywody i idę się coś pouczę, bo już mi lepiej. Wyrzuciłam z siebie wszystkie obawy o Pana X. i może spróbuję się skupić.
Nie umiem się skupić.
Nie zdam.
Wszystkie dni, które mogłam wykorzystać do nauki, przeciekły mi przez palce. Zostały mi 2 dni. 2 DNI. Będę się starać, ale chyba nie dam rady. Zaczynam panikować.
I to wcale nie jest tak, że ja jestem leniwa. Fakt, trochę czasem mi się nie chce czegoś robić, ale to już jest prokrastynacja. Zostawiłam sobie wszystko na ostatnią chwilę, nie bo mi się nie chciało uczyć, tylko ciągle wydawało mi się, że mam kupę czasu, a jak zacznę się uczyć za wcześnie to pozapominam, bla, bla, bla. No i teraz mam.
Niespodziewane wydarzenia po drodze, takie jak urodziny K., skutecznie mnie od nauki odciągnęły. Bo musiałam iść, skoro on był na moich. W sumie, to liczyłam trochę, że spotkam tam Pana X., ale jak się okazuje, chyba się już nie lubią. K. określił go mianem 'bydła' i stwierdził, że Pan X. wszystkich denerwuje. Fakt, mnie też zdenerwował swoim ostatnim zachowaniem, ale chyba zaczynam się o niego martwić... I właśnie to jest na chwilę obecną moja główna przyczyna braku skupienia. Martwię się o niego. Zmienił się niesamowicie. Dawni znajomi urywają z nim kontakt, bo mają go dosyć, uważa się za nie wiadomo kogo, no i podobno zrobił się strasznie agresywny... Coś jest nie halo. To nie jest ten Pan X., którego znałam. Albo myślałam, że znam. Tak czy inaczej, jest zupełnie innym człowiekiem i martwię się, że coś się wydarzyło i się pogubił. Oddałabym wszystkie cukierki za to, żeby do mnie zadzwonił i pogadał. Przysięgam już sobie w tym momencie, że jak się spotkamy (bo w końcu skończę z graniem obrażonej księżniczki), to nie powiem ani słowa o sobie. Chcę, żeby to on mówił. Muszę się dowiedzieć, co się stało. Chcę go uratować przed nim samym, bo wiem jak to jest, jak się trzyma głowę za wysoko. I znowu poświęcę mu miesiące mojej uwagi i dostanę za to ból i cierpienie. Trudno. Za bardzo mi zależy, żebym pozwoliła mu skończyć tak, jak do tego zmierza.
No i jest jeszcze K., który jest chyba najgorszym kumplem na świecie. Zamiast mu pomóc się ogarnąć, to ten szepcze za jego plecami. Boże, jacy oni wszyscy są fałszywi! Po co się kumplują, skoro jeden napierdala na drugiego, a drugi śmieje się z pierwszego? Co to ma być w ogóle za znajomość? I w jakiej sytuacji to stawia mnie? Mam powiedzieć Panu X. o tym, co mówi o nim K.? Ech, szkoda, że O. i P. pracują. Chciałabym z nimi o tym porozmawiać i się poradzić, co mam robić z tym wszystkim.
Pozostaje też jeszcze jedna kwestia do zastanowienia się w tej sprawie.
Jak bardzo poszło im o mnie?
Bo zbierając wszystkie fakty wychodzi, że całkiem możliwe, że ja też byłam w to wszystko zamieszana. K. gada na prawo i lewo o mnie (każdy z jego znajomych mnie zna, chociaż ja nie znam nikogo i żenuje mnie to) i na milion procent rozmawia o mnie z Panem X. (-> Pan X. sam mi powiedział, że wie, że byłam z K. na weselu i jeszcze parę rzeczy przywołał, które wskazują właśnie na to). Na podstawie mojego diagramu porównawczego sytuacji: ja-K-Ol i Pan X-ja-K, dochodzę do wniosku, że Pan X. jest o mnie w cholerę zazdrosny. To tłumaczy wszystkie disy na K., kiedy o nim rozmawiamy. Dodając do tego sytuację przy pierwszym pocałunku z K., wtedy u mnie w łazience na parapetówce, mogę przypuszczać, że Pan X. coś jednak do mnie czuje. No bo niby dlaczego miałby zabić K. za całowanie mnie? No i nie mogę zapomnieć o sytuacji w klubie, kiedy Pan X. mówił K, że ma na oku jakąś dziewczynę, spotykają się, ale nie wie czy ma ryzykować. Ta ostatnia sytuacja zdarzyła się przed poprzednią opisaną, więc wszystko nabiera sensu. Powiedzmy. Bo ja przyjmuję, że tak jest, bo to się wydaje logiczne, ale wcale może tak nie być. No ale. Zakładając, że to wszystko tak właśnie wygląda, to zaczynam mieć podejrzenia, że Pan X. być może chce coś ze mną, a K. się wkurwił, bo przecież postanowił nie odpuszczać.
Bo J. nic nie mówił o Panu X., więc wygląda to tak, że to K. jest na niego najbardziej cięty. I to wszystko ma dlatego sens. Czy tak jest na prawdę, okaże się w przyszłości.
W ogóle wczoraj zrobiłam coś bardzo ryzykownego. Pomijając to, że się upiłam. Ogólnie impreza była w barze. Siedziałam głównie koło J., więc najwięcej z nim gadałam plus po 4 czy 5 piwie, karmiłam go popcornem, na jego prośbę.W sumie było zabawnie.
Koło 2 poszliśmy na kebsa. Rzecz jasna, J. dosiadł się do mnie i pomógł mi go zjeść.
Następnie wybraliśmy się na wódkę. Mieliśmy oczywiście alkohol, sok znaleziony na przystanku, i coś innego do popicia. Poszliśmy w jakąś ślepą uliczkę przy której był niby park. Ja już nie piłam tej wódki. Wiedziałam, że jak to zrobię, to mnie to zabije, więc udawałam. I wszystko byłoby spoko, gdybyśmy nie zaczęli jarać. J. wyciągnął zioło i poszło w obieg. Już przed jaraniem lubiliśmy się bardzo bardzo, ale po...
Paląc siedzieliśmy. Kiedy skończyliśmy jarać, J. w pewnym momencie powiedział, żebym go przytuliła. No myślę, okay, przytulanie to nic złego.
Za jakiś czas, kiedy M. już spał na ulicy, my też się położyliśmy. Nie żeby pójść w ślady M., tylko żeby po prostu poleżeć. Mieliśmy też mega ataki śmiechu, ale to oczywiste.
Z początku leżałam na przeciwko J., tak, że go nie widziałam. Po pewnym czasie on wstał, stwierdził, że będę jego poduszką i położył się na mnie. Myślę, no spoko. Później prosił mnie, żebym dała mu rękę. To już było dziwne, ale okay. I tacy pijani i zjarani leżeliśmy sobie na ulicy. W końcu K. zaczął na nas krzyczeć i motywować, żebyśmy wstali. No to w końcu to zrobiliśmy. Oczywiście J. wstał pierwszy i pomagał mi wstawać i zrobił to tak, że wpadłam prosto w jego ramiona, jak już stanęłam na nogach. Uroczo. Strasznie dużo mnie przytulał też później. Idąc na przystanek szliśmy objęci. Znaczy on obejmował mnie.
Gdyby tylko to G. widziała... :D W sumie, to pewnie i tak będzie o tym wszystkim wiedzieć, więc chyba się trochę boję.
W międzyczasie, zadzwoniła do mnie O. Niewiele pamiętam z tej rozmowy, ale wiem, że J. z nią rozmawiał, a później K., który powiedział jej, że właśnie wyrywam. No pięknie.
No i wyrwałam na tyle, że chciał mnie przenocować, ale to by już było za bardzo ryzykowne. Poszłam spać do K. :D.
Było żenująco.
Jak zwykle.
A teraz kończę te wywody i idę się coś pouczę, bo już mi lepiej. Wyrzuciłam z siebie wszystkie obawy o Pana X. i może spróbuję się skupić.
czwartek, 19 września 2013
Słodko
Tia. Pan X. znowu zrobił mnie w chuja. Inaczej nazwać tego nie można. Jak zwykle znalazło się coś ważniejszego czym musiał się zająć, więc nie mógł się spotkać. Uroczo. A ja się tak odstawiłam jak na wizytę prezydenta. Mam ochotę wyrzucić ten prezent dla niego przez okno. Albo spalić. I coraz bardziej chcę dać mu TEN list. Przeczytam go zaraz i jeżeli okaże się, że jednak pasuje, to to zrobię. Nie wiem po co, bo w końcu jestem gotowa powiedzieć to na głos, że ŻAŁUJĘ. Żałuję, że się z nim przespałam. Dałam mu to, czego nie powinnam i teraz nie mogę już tego cofnąć, a CHCIAŁABYM. I jestem tego pewna. To mnie zniszczyło, a dokładniej wszystkie moje następne związki. Nie wyobrażam sobie, że będę z kimś, i że ten ktoś mnie dotknie. To było zarezerwowane dla Pana X. Teraz rozumiem, czemu każdy 'doświadczony' mówi, że pierwszy raz ma wpływ na psychikę. Chyba pójdę po pomoc do psychologa. Nie chcę czuć się tak jak się czuję, czyli jak zwykła szmata. Nie ważne, że go kochałam. On mnie nie. Nie byliśmy razem i teraz cierpię z tego powodu, że to zrobiłam. Do tej pory myślałam, że zrobiłam to z właściwą osobą, w niewłaściwy sposób, ale doszłam do wniosku, że to było błędne myślenie. Nie był właściwą osobą, bo mnie nie kochał. Zranił mnie tylko. A najgorsze w tym wszystkim jest, że jak zwykle to ja najbardziej siebie skrzywdziłam. Mogłam powiedzieć 'nie', ale nie zrobiłam tego. Mogłam się z nim nie przyjaźnić i nie spotykać. I już nie będę, ale tego, że z nim spałam nie cofnę. To był największy błąd w moim życiu. I nie umiem sobie z tym poradzić. Wyrzucam sobie, że byłam taka głupia. Myślałam, że to coś zmieni między nami. Zachowałam się jak taka naiwna nastolatka, którą nigdy nie chciałam się stać. Brakowało tylko, żebym mu powiedziała, że jestem w ciąży, żeby go zatrzymać. Dzięki Bogu nie zrobiłam tego. Tylko szkoda, że to mnie nie pociesza, ani niczego nie zmienia. Nadal jestem kretynką i sobie tego nie wybaczę. Jemu z resztą też, bo wiedział co to dla mnie znaczy, a mimo to, wykorzystał to. Chciałabym chociaż umieć wyobrazić sobie, że tego nie było. Wmówić to sobie, ale nie potrafię. To było zbyt cenne przeżycie, żeby je wyrzucić do kosza. I jestem teraz w kropce. Nie wiem jak mam to ogarnąć. Sama chyba nie dam rady.
środa, 18 września 2013
Stressss
Mega się denerwuję. Wczoraj umówiłam się z Panem X., że dziś jest ten dzień, w którym wynagrodzi mi to, że nie było go na imprezie. Zabrałam się więc za robienie prezentu idealnego - kuponów urodzinowych. No i właśnie one mnie stresują. Bo czy to nie będzie za bardzo poza przyjacielskie? Niby nie napisałam tam nic w rodzaju 'kupon na seks na stole', ale niektóre kupony można potraktować dwuznacznie, albo tak trochę bardziej niż jak od koleżanki dla kolegi. Konsultowałam to z O. i kazała mi się wyczilować, bo kupony są ładne i w żaden sposób nie powinna mnie stresować ich treść. Jest podobno dobrze. Zobaczymy. Tak czy inaczej, liczę, że doceni to chociaż, bo tak się przy tym napracowałam, jak nigdy. W końcu wycięcie 20 sztuk karteczek o dziwnym kształcie, ale podobnej wielkości, pomalowanie brzegów i wypełnienie każdego kuponu podobną czcionką i treścią, to nie tak szybko i łatwo! Wymyślenie haseł też do prostych nie należało. Narobiłam się jak dziki osioł (hahaha lubię to powiedzenie, bawi mnie xd) i teraz nie mogę się doczekać jego miny.
Wszystkie kupony złożyłam na kupkę, związałam wstążeczką i włożyłam do koperty z napisem sto lat. Kopertę z kolei włożyłam w zakupioną specjalnie dla niego książkę ("Ręka mistrza"-S. King). I to wszystko okleiłam pięknym, różowym papierem w bohaterów z bajki "Kubuś Puchatek" (bo to jego ulubiona) i obwinęłam czerwoną wstążką. Czułam się jak przed świętami, ale nie tylko przez pakowanie prezentu. Towarzyszyła temu wszystkiemu jakaś dziwna atmosfera. Stres, radość, ekscytacja, niecierpliwość i wiele podobnych, pomieszanych uczuć.
Tak bardzo to wszystko przeżywam, że nawet nie zastanawiam się, czy i co od Niego dostanę. Niech już przyjeżdża bo umrę ze stresu. Najgorsze jest to, że nie umówiliśmy się na żadną konkretną godzinę i teraz siedzę i czekam ;/ Durna ja.
Nawet nie mam z kim poczekać, bo P. wyjechała wczoraj do Belgii :( Tak bardzo będę za nią tęsknić :(( Już mi jej brakuje. Zupełnie jak O.
W ogóle bardzo dziwna rzecz się wczoraj stała. K. miał przyjść po klucze, które zostawił u mnie po imprezie. Umówiliśmy się mniej więcej na 19, więc byłam przygotowana (pomalowana itd.). Po 19, usłyszałam dzwonek domofonu. Niewiele myśląc nacisnęłam guzik żeby go wpuścić. Za chwilę, zamiast dzwonka do drzwi, usłyszałam stukanie. Myślę 'ha ha ha bardzo zabawne K.'. Otwieram, patrzę a tam... G. TA G. Od kręgu hejtu P. I z uśmiechem na twarzy do mnie rozmawia, że przyszła po klucze K. Mnie zatkało. Nie wiedziałam kompletnie co mam zrobić. Wpuścić ją, walnąć, czy co. W końcu poszłam po klucze, przez ten szok nie zaprosiłam jej do środka nawet od razu, więc żeby weszła krzyczałam z pokoju. Okazało się, że za nią weszli J. i K. Jacy oni są zabawni. Nic tylko się cieszyć. Zaproponowałam im z grzeczności kawę i herbatę (J. poprosił o kakałko, no bo przecież musi być taaki zabawny), ale i tak czułam się mega zażenowana. Jakbym zdradzała P. normalnie. Jeszcze jakby była sama G. to mooże bym z nią o tym porozmawiała, a tak... Po co on ich w ogóle przyprowadzał? Narobił zamieszania (jak zwykle) i zadowolony. Grr. I jeszcze zaprosił mnie na urodziny w sobotę. Cudownie. Nie mam pieniędzy anii ochoty, ale wypada iść.
No nie ważne. Mam taki stres, że zapaliłabym, a skoro nie mogę, to chyba się położę krzyżem, albo coś. Litery już mi się plączą z tego wszystkiego... :p
Wszystkie kupony złożyłam na kupkę, związałam wstążeczką i włożyłam do koperty z napisem sto lat. Kopertę z kolei włożyłam w zakupioną specjalnie dla niego książkę ("Ręka mistrza"-S. King). I to wszystko okleiłam pięknym, różowym papierem w bohaterów z bajki "Kubuś Puchatek" (bo to jego ulubiona) i obwinęłam czerwoną wstążką. Czułam się jak przed świętami, ale nie tylko przez pakowanie prezentu. Towarzyszyła temu wszystkiemu jakaś dziwna atmosfera. Stres, radość, ekscytacja, niecierpliwość i wiele podobnych, pomieszanych uczuć.
Tak bardzo to wszystko przeżywam, że nawet nie zastanawiam się, czy i co od Niego dostanę. Niech już przyjeżdża bo umrę ze stresu. Najgorsze jest to, że nie umówiliśmy się na żadną konkretną godzinę i teraz siedzę i czekam ;/ Durna ja.
Nawet nie mam z kim poczekać, bo P. wyjechała wczoraj do Belgii :( Tak bardzo będę za nią tęsknić :(( Już mi jej brakuje. Zupełnie jak O.
W ogóle bardzo dziwna rzecz się wczoraj stała. K. miał przyjść po klucze, które zostawił u mnie po imprezie. Umówiliśmy się mniej więcej na 19, więc byłam przygotowana (pomalowana itd.). Po 19, usłyszałam dzwonek domofonu. Niewiele myśląc nacisnęłam guzik żeby go wpuścić. Za chwilę, zamiast dzwonka do drzwi, usłyszałam stukanie. Myślę 'ha ha ha bardzo zabawne K.'. Otwieram, patrzę a tam... G. TA G. Od kręgu hejtu P. I z uśmiechem na twarzy do mnie rozmawia, że przyszła po klucze K. Mnie zatkało. Nie wiedziałam kompletnie co mam zrobić. Wpuścić ją, walnąć, czy co. W końcu poszłam po klucze, przez ten szok nie zaprosiłam jej do środka nawet od razu, więc żeby weszła krzyczałam z pokoju. Okazało się, że za nią weszli J. i K. Jacy oni są zabawni. Nic tylko się cieszyć. Zaproponowałam im z grzeczności kawę i herbatę (J. poprosił o kakałko, no bo przecież musi być taaki zabawny), ale i tak czułam się mega zażenowana. Jakbym zdradzała P. normalnie. Jeszcze jakby była sama G. to mooże bym z nią o tym porozmawiała, a tak... Po co on ich w ogóle przyprowadzał? Narobił zamieszania (jak zwykle) i zadowolony. Grr. I jeszcze zaprosił mnie na urodziny w sobotę. Cudownie. Nie mam pieniędzy anii ochoty, ale wypada iść.
No nie ważne. Mam taki stres, że zapaliłabym, a skoro nie mogę, to chyba się położę krzyżem, albo coś. Litery już mi się plączą z tego wszystkiego... :p
wtorek, 17 września 2013
Coraz dziwniej
No i już nie mam 20 lat. Skończyło się. Ciekawe co teraz się zacznie i co się zmieni.
Sam dzień moich urodzin był dziwny.
Na początku odebrałam O. z dworca. Tak bardzo się cieszyłam, że przyjechała. W drodze powrotnej szłyśmy drogą naokoło, bo obiecałam jej pokazać katowickie dziwki xd. Niestety, żadnej nie było :( W zamian za to pokazałam jej jazz club, w którym przesiadywaliśmy z Panem X. i studio tatuażu i piercingu, gdzie zrobiłam kolczyka. Poza tym pokazałam jej też swój stary stary i stary blok, plus blok Pana X. i drogę do mieszkania K.
Idąc, zadzwonił do mnie T. Jako pierwszy złożył mi życzenia, co było bardzo słodkie i urocze. Bardzo żałuję, że go nie było na imprezie :(
Mieli żartobliwy fight z O., bo to ona miała być pierwsza. Niestety, nie wyszło. On podobno pisał z jakąś laską przez pół godz., żeby nie zasnąć i zadzwonić. Mówiłam, że uroczo ;)
O. za to była pierwszą osobą, która dała mi prezent. I jest on najlepszym prezentem na świecie! Dostałam obiecany młotek, którym mam się jebnąć, jak będę się uważała za brzydką, mało wartościową, beznadziejną, gorszą od innych, czy niewystarczającą dla Pana X. Taki nasz osobisty żart ;) Poza tym, tenże młotek zapakowany był w drewnianą skrzynkę, na której podczas imprezy, O. napisała mi przecudowne życzenia i hasła, a wczoraj ja uzupełniłam o kilka nowych, i tak będę uzupełniać. W skrzynce były też świeczuszki i tona cuksów. Ona wie, co lubię <3
14 zaczął się więc świetnie. Należy dodać, że po przyjściu do domu, wypiłyśmy za moje zdrowie tego woodstockowego carlsberga, w którym był znaczek pocztowy i oczywiście trafił się on O. :p
A później zaczęło robić się dziwnie.
Weszłam na fejsbóka, żeby sprawdzić jakie życzenia napisał mi T. na tablicy (bo przez telefon mi obiecał). Były oczywiście cudowne, alee zaszokowała mnie jedna rzecz. M., z którym nie rozmawiałam od 2 mieś. zlajkował mi obrazek, który wrzuciłam O. na ścianę. Mało tego, on go skomentował, a później do mnie napisał. Nie wiedziałam jak i czy mam z nim rozmawiać, ale w końcu złożył mi życzenia, przeprosił za wszystko i daliśmy radę ;)
Tak czy inaczej, to było niespodziewane i dziwne. Nie żebym na to nie czekała! Nie, nie! Miałam postanowienie, że czekam do urodzin, żeby zobaczyć co się stanie, czy napisze, i wtedy podjąć decyzję odnośnie naszej znajomości, bo oczywiście, że myślałam o naszej sytuacji przez cały ten czas.
Kolejną dziwną rzeczą były życzenia od siostry M. Nie gadamy ze sobą od początku liceum, na 99% ona mnie nie lubi, a ja też jej nie trawię, a tu taki surprise o 3 rano... I jeszcze jak miło to napisała... Nie mam pojęcia o co kaman.
Jak w końcu się zbudziłyśmy rano (hahaha) to zrobiłyśmy tripa do silesii po zakupy na bibę, prezent dla Pana X., ogólnie połazić po sklepach i na obiad. Kolejność podałam bardzo losową, bo te zakupy na bibę były na samiuśkim końcu. I właśnie wtedy zadzwonił Pan X., mówiąc, że jednak nie przyjdzie, bo cały dzień rzyga. Zrobiło mi się przykro. Miałam już dla niego prezent i w ogóle, ale nawet nie o to chodziło. Po prostu się nastawiłam, że będzie, a on jak zwykle zrobił mnie w chuja. I teraz nie wiem, czy serio był chory, czy nie chciał przyjść, ale obiecał mi, że mi to wszystko wynagrodzi i spotkamy się jeszcze we wrześniu. O północy z 14 na 15 zadzwoniłam do niego życząc mu miłości i super dziewczyny (mogłam dodać takiej jak ja) i spytałam, czy możemy się zobaczyć 20 po mojej poprawce (która jest jednak 25 -.-). Stwierdził, że nie wie, czy nie będzie miał pracy w weekend, więc ja nie mam zielonego pojęcia co on niby zamierza robić ze mną :O No i niby na jedno miło, a na drugie było mi tak smutno, że koło 4 zamknęłam się w pokoju i leżałam prawie płacząc, a 15 po południu, po prostu zostawiłam gości (tak, miałam ich przez ok. 24 godz) i poszłam płakać na balkon.
No i nie muszę dodawać, że nic mi nie napisał, choć miał.
Ale wracając do 14.
W międzyczasie, napisała do mnie życzenia dziewczyna, z którą nie gadam od gimnazjum. Kiedyś byłyśmy przyjaciółkami, a później się pokłóciłyśmy. Więc kolejny szok.
Następny przyszedł, kiedy już czekałyśmy na gości. Tym razem, napisał mi życzenia K. Z nim też czekałam do urodzin, co się stanie i się doczekałam. Wysłał mi niesamowite życzenia i całkiem zapomniałam, że nie gadaliśmy miesiąc i jakim chujem był w tym czasie. Co więcej, ja go zaprosiłam do siebie na imprezę. A później zadzwoniła do niego moja szalona O. i namawiała żeby przyszedł. Chciała to zrobić z Panem X., ale jej nie pozwoliłam. Szkoda, że się nie poznali. Poznała za to K. i nie przypadł jej do gustu.
Ogólnie impreza była ponoć udana. Mieliśmy picie, tańce i ślub. Oślubiała się O. z B., a ja byłam ich księdzem. Całkiem zabawnie.
Później zaczęło być znowu dziwnie. Ol. zaczęła się przystawiać do K. Przystawiać to mało powiedziane. Ona na nim WISIAŁA. Wiem, że powinno mi być wszystko jedno, ale nie jest. Wkurzyłam się na nią. Na niego na początku też, ale później porozmawiałam z O. i powiedziała mi, że zauważyła, że on patrzył na nią w pewnym momencie wzrokiem 'wtf?', a jak mu Ol. zaproponowała nocleg u siebie, to powiedział, że przyjdzie tylko wtedy, jeżeli ja go wyrzucę ze swojego łoża. Oczywiście, że tego nie zrobiłam, chociaż może powinnam, bo tak to nie wiem czy nie namieszałam. Anyway. Na drugi dzień, Ol. dalej była uwieszona na K., ale ten w pewnym momencie bardziej trzymał się mnie. Szczególnie po tym jak wróciłam zapłakana z rozmowy z O. Nie żebym płakała przez nią! Ona mnie pocieszała po prostu, a ja jak to w takich sytuacjach, po prostu się rozkleiłam. Zaczęłam mówić czemu jest źle itd. Bała mi się przyznać do romansu z B. ale ja na prawdę nie mam nic przeciwko. W sumie, to nawet żałuję, że Wawa jest tak daleko od Kato, bo bym im kibicowała z całego serduszka, a tak to nic z tego nie będzie :( Ale przynajmniej ja mam z nim spokój :D
No i w sumie od 15 tak się wszystko zaczęło pieprzyć. Rano zbiłam mój kubek od Pana X., później było mi ogólnie źle i płakałam, następnie O. wyjechała [*]. Wczoraj z kolei okazało się, że ten kretyn z haesu zmienił termin poprawki, a ja muszę wybrać specjalizację. No ciekawe co będzie dzisiaj.
Przynajmniej zrobiłam sobie rozpiskę sytuacji ja-K-Ol i wyszło, że to jest identyczna sytuacja jak Pan X.-ja-K. Doszłam w tym do ciekawych wniosków i chyba będę jeszcze to rozkminiać. A póki co idę jeść :D
Sam dzień moich urodzin był dziwny.
Na początku odebrałam O. z dworca. Tak bardzo się cieszyłam, że przyjechała. W drodze powrotnej szłyśmy drogą naokoło, bo obiecałam jej pokazać katowickie dziwki xd. Niestety, żadnej nie było :( W zamian za to pokazałam jej jazz club, w którym przesiadywaliśmy z Panem X. i studio tatuażu i piercingu, gdzie zrobiłam kolczyka. Poza tym pokazałam jej też swój stary stary i stary blok, plus blok Pana X. i drogę do mieszkania K.
Idąc, zadzwonił do mnie T. Jako pierwszy złożył mi życzenia, co było bardzo słodkie i urocze. Bardzo żałuję, że go nie było na imprezie :(
Mieli żartobliwy fight z O., bo to ona miała być pierwsza. Niestety, nie wyszło. On podobno pisał z jakąś laską przez pół godz., żeby nie zasnąć i zadzwonić. Mówiłam, że uroczo ;)
O. za to była pierwszą osobą, która dała mi prezent. I jest on najlepszym prezentem na świecie! Dostałam obiecany młotek, którym mam się jebnąć, jak będę się uważała za brzydką, mało wartościową, beznadziejną, gorszą od innych, czy niewystarczającą dla Pana X. Taki nasz osobisty żart ;) Poza tym, tenże młotek zapakowany był w drewnianą skrzynkę, na której podczas imprezy, O. napisała mi przecudowne życzenia i hasła, a wczoraj ja uzupełniłam o kilka nowych, i tak będę uzupełniać. W skrzynce były też świeczuszki i tona cuksów. Ona wie, co lubię <3
14 zaczął się więc świetnie. Należy dodać, że po przyjściu do domu, wypiłyśmy za moje zdrowie tego woodstockowego carlsberga, w którym był znaczek pocztowy i oczywiście trafił się on O. :p
A później zaczęło robić się dziwnie.
Weszłam na fejsbóka, żeby sprawdzić jakie życzenia napisał mi T. na tablicy (bo przez telefon mi obiecał). Były oczywiście cudowne, alee zaszokowała mnie jedna rzecz. M., z którym nie rozmawiałam od 2 mieś. zlajkował mi obrazek, który wrzuciłam O. na ścianę. Mało tego, on go skomentował, a później do mnie napisał. Nie wiedziałam jak i czy mam z nim rozmawiać, ale w końcu złożył mi życzenia, przeprosił za wszystko i daliśmy radę ;)
Tak czy inaczej, to było niespodziewane i dziwne. Nie żebym na to nie czekała! Nie, nie! Miałam postanowienie, że czekam do urodzin, żeby zobaczyć co się stanie, czy napisze, i wtedy podjąć decyzję odnośnie naszej znajomości, bo oczywiście, że myślałam o naszej sytuacji przez cały ten czas.
Kolejną dziwną rzeczą były życzenia od siostry M. Nie gadamy ze sobą od początku liceum, na 99% ona mnie nie lubi, a ja też jej nie trawię, a tu taki surprise o 3 rano... I jeszcze jak miło to napisała... Nie mam pojęcia o co kaman.
Jak w końcu się zbudziłyśmy rano (hahaha) to zrobiłyśmy tripa do silesii po zakupy na bibę, prezent dla Pana X., ogólnie połazić po sklepach i na obiad. Kolejność podałam bardzo losową, bo te zakupy na bibę były na samiuśkim końcu. I właśnie wtedy zadzwonił Pan X., mówiąc, że jednak nie przyjdzie, bo cały dzień rzyga. Zrobiło mi się przykro. Miałam już dla niego prezent i w ogóle, ale nawet nie o to chodziło. Po prostu się nastawiłam, że będzie, a on jak zwykle zrobił mnie w chuja. I teraz nie wiem, czy serio był chory, czy nie chciał przyjść, ale obiecał mi, że mi to wszystko wynagrodzi i spotkamy się jeszcze we wrześniu. O północy z 14 na 15 zadzwoniłam do niego życząc mu miłości i super dziewczyny (mogłam dodać takiej jak ja) i spytałam, czy możemy się zobaczyć 20 po mojej poprawce (która jest jednak 25 -.-). Stwierdził, że nie wie, czy nie będzie miał pracy w weekend, więc ja nie mam zielonego pojęcia co on niby zamierza robić ze mną :O No i niby na jedno miło, a na drugie było mi tak smutno, że koło 4 zamknęłam się w pokoju i leżałam prawie płacząc, a 15 po południu, po prostu zostawiłam gości (tak, miałam ich przez ok. 24 godz) i poszłam płakać na balkon.
No i nie muszę dodawać, że nic mi nie napisał, choć miał.
Ale wracając do 14.
W międzyczasie, napisała do mnie życzenia dziewczyna, z którą nie gadam od gimnazjum. Kiedyś byłyśmy przyjaciółkami, a później się pokłóciłyśmy. Więc kolejny szok.
Następny przyszedł, kiedy już czekałyśmy na gości. Tym razem, napisał mi życzenia K. Z nim też czekałam do urodzin, co się stanie i się doczekałam. Wysłał mi niesamowite życzenia i całkiem zapomniałam, że nie gadaliśmy miesiąc i jakim chujem był w tym czasie. Co więcej, ja go zaprosiłam do siebie na imprezę. A później zadzwoniła do niego moja szalona O. i namawiała żeby przyszedł. Chciała to zrobić z Panem X., ale jej nie pozwoliłam. Szkoda, że się nie poznali. Poznała za to K. i nie przypadł jej do gustu.
Ogólnie impreza była ponoć udana. Mieliśmy picie, tańce i ślub. Oślubiała się O. z B., a ja byłam ich księdzem. Całkiem zabawnie.
Później zaczęło być znowu dziwnie. Ol. zaczęła się przystawiać do K. Przystawiać to mało powiedziane. Ona na nim WISIAŁA. Wiem, że powinno mi być wszystko jedno, ale nie jest. Wkurzyłam się na nią. Na niego na początku też, ale później porozmawiałam z O. i powiedziała mi, że zauważyła, że on patrzył na nią w pewnym momencie wzrokiem 'wtf?', a jak mu Ol. zaproponowała nocleg u siebie, to powiedział, że przyjdzie tylko wtedy, jeżeli ja go wyrzucę ze swojego łoża. Oczywiście, że tego nie zrobiłam, chociaż może powinnam, bo tak to nie wiem czy nie namieszałam. Anyway. Na drugi dzień, Ol. dalej była uwieszona na K., ale ten w pewnym momencie bardziej trzymał się mnie. Szczególnie po tym jak wróciłam zapłakana z rozmowy z O. Nie żebym płakała przez nią! Ona mnie pocieszała po prostu, a ja jak to w takich sytuacjach, po prostu się rozkleiłam. Zaczęłam mówić czemu jest źle itd. Bała mi się przyznać do romansu z B. ale ja na prawdę nie mam nic przeciwko. W sumie, to nawet żałuję, że Wawa jest tak daleko od Kato, bo bym im kibicowała z całego serduszka, a tak to nic z tego nie będzie :( Ale przynajmniej ja mam z nim spokój :D
No i w sumie od 15 tak się wszystko zaczęło pieprzyć. Rano zbiłam mój kubek od Pana X., później było mi ogólnie źle i płakałam, następnie O. wyjechała [*]. Wczoraj z kolei okazało się, że ten kretyn z haesu zmienił termin poprawki, a ja muszę wybrać specjalizację. No ciekawe co będzie dzisiaj.
Przynajmniej zrobiłam sobie rozpiskę sytuacji ja-K-Ol i wyszło, że to jest identyczna sytuacja jak Pan X.-ja-K. Doszłam w tym do ciekawych wniosków i chyba będę jeszcze to rozkminiać. A póki co idę jeść :D
piątek, 13 września 2013
20!
Za godzinę 10 min. skończę 20 lat. Wychodzę za próg bycia nastolatką i wchodzę do bycia staruszką. No nie do końca, ale może to odpowiedni czas, żeby zacząć się poważniej zachowywać? Bo to, jaka teraz jestem to przekracza moje wyobrażenie bycia dorosłym człowiekiem. Kiedy się ekscytuję krzyczę, tańczę, śpiewam, skaczę (czasem po łóżku/kanapie). Tak jak dzisiaj, kiedy Pan X. powiedział, że przyjdzie jutro na moje urodziny. Byłam tak podekscytowana, że jeszcze chwila a z tego szczęścia wyskoczyłabym przez balkon ;)
Co więcej? Boję się przeczytać wiadomości od Pana X. czy B. Musi to za mnie robić ktoś inny (od kiedy mieszkam z Ol. ona) i nie ma tak, że od razu mi mówi co tam pisze. Nie, nie! To by było jeszcze w miarę! Najpierw zadaję pytanie, czy jest dobrze. Później, czy odpowiedź jest długa. W końcu, kiedy jestem odpowiednio nastrojona, może mi powiedzieć co pisze. Dziecinne to jest. I durne. Ale co ja poradzę, że się boję odpowiedzi?
Kiedy nikogo przy mnie nie ma a On odpisze, odsuwam od siebie telefon jak daleko potrafię i kątem oka patrzę, czy odpowiedź jest długa. Jestem dziwna.
Da się to jakoś zmienić?
Dziś piątek 13go, a dla mnie to nie jest w żaden sposób pechowy dzień. Jestem podekscytowana tym, że jutro zobaczę swoich przyjaciół, dostanę kupę prezentów i ogólnie będzie fajnie :) Pluuuuuus, moja najukochańsza O. przyjeżdża do mnie prosto z Warszawki! Za chwilę idę ją odebrać z dworca.
Jaram się więc tym wszystkim, jak Rzym za Nerona :3
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś dokładnie tak, jak skończyłam swoje notatki z haesu :D
Milion minek i uśmieszków napisałam. Jestem w naprawdę wybornym humorze. A jak już odbiorę O, to chyba skoczymy do maka, bo ostatnio mam nowe hobby - nocne wpierdalanie. Będę gruba. Ale WHO CARES?!
Co więcej? Boję się przeczytać wiadomości od Pana X. czy B. Musi to za mnie robić ktoś inny (od kiedy mieszkam z Ol. ona) i nie ma tak, że od razu mi mówi co tam pisze. Nie, nie! To by było jeszcze w miarę! Najpierw zadaję pytanie, czy jest dobrze. Później, czy odpowiedź jest długa. W końcu, kiedy jestem odpowiednio nastrojona, może mi powiedzieć co pisze. Dziecinne to jest. I durne. Ale co ja poradzę, że się boję odpowiedzi?
Kiedy nikogo przy mnie nie ma a On odpisze, odsuwam od siebie telefon jak daleko potrafię i kątem oka patrzę, czy odpowiedź jest długa. Jestem dziwna.
Da się to jakoś zmienić?
Dziś piątek 13go, a dla mnie to nie jest w żaden sposób pechowy dzień. Jestem podekscytowana tym, że jutro zobaczę swoich przyjaciół, dostanę kupę prezentów i ogólnie będzie fajnie :) Pluuuuuus, moja najukochańsza O. przyjeżdża do mnie prosto z Warszawki! Za chwilę idę ją odebrać z dworca.
Jaram się więc tym wszystkim, jak Rzym za Nerona :3
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś dokładnie tak, jak skończyłam swoje notatki z haesu :D
Milion minek i uśmieszków napisałam. Jestem w naprawdę wybornym humorze. A jak już odbiorę O, to chyba skoczymy do maka, bo ostatnio mam nowe hobby - nocne wpierdalanie. Będę gruba. Ale WHO CARES?!
Subskrybuj:
Posty (Atom)