Miałam wszystko: pracę, uczelnię, najukochańszych przyjaciół, rodzinę, grono facetów, którym się podobałam, a nawet trochę pieniędzy. Ostatnio nawet z Panem X. zaczęło mi się układać i liczyłam, że może tym razem potoczy się to we właściwy sposób. Myślałam sobie, że szczęściara ze mnie i zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że spotyka mnie w ostatnim czasie tyle dobrego? Podświadomie czekałam, aż to wszystko się spierdoli, np. Pan X. wyskoczy z jakąś niespodzianką, wywalą mnie z roboty, albo wylecę ze studiów. W życiu bym nie pomyślała, że oczywiście się spieprzy, ale w całkiem inny sposób.
Wczoraj odebrałam wyniki badań. Poziom androstendionu wynosi u mnie 2 razy tyle co górna granica normy, co oznacza, że są 3 opcje:
1) po prostu jestem mega rozregulowana
2) mam raka
3) mam PCOS -> i to jest najbardziej prawdopodobna z opcji.
A co to oznacza? Właśnie to, że nie grozi mi niechciana ciąża, bo z chcianą będę miała spore problemy.
Najgorsze jest to, że ostatnio zaczęłam myśleć o dziecku i to na poważnie. Stwierdziłam, że jestem już na to gotowa i jeżeli nawet zdarzyłaby mi się wpadka, to nie rozpaczałabym jakoś strasznie, a nawet bym się ucieszyła. Czyżby organizm wysyłał mi znaki? Bo jeżeli okaże się, że mam PCOS, to ciąża będzie cudem.
Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam, no poza moją mamą, ale to inna sprawa. Swoim przyjaciółkom wolałam powiedzieć, że istnieje ryzyko, że mam raka, niż przyznać się, i powiedzieć na głos, że możliwe, że nie będę miała dziecka. To głupie, ale ten rak jest praktycznie niemożliwy, nie wierzę w to ani trochę, odrzucam całkowicie tą myśl, bo jestem przekonana, że mam PCOS. I chyba dlatego, że traktuję to właśnie w ten sposób, mówię to, co mówię.
sobota, 23 listopada 2013
czwartek, 21 listopada 2013
Przyjaźń, czy kochanie?
Sprawy przybrały trochę dziwny obrót. Cały tydzień spotykałam się z Panem X. Był, kiedy go potrzebowałam, ale też sam dzwonił, żeby się spotkać. Jak np. wczoraj.
Siedziałam sobie spokojnie na zajęciach. W pewnym momencie napisała do mnie R. Po raz milionowy rozstała się 'tym razem na poważnie' z facetem. Czułam, że powinnam być przy niej. Zrezygnowałam więc z dalszej części wykładów i pobiegłam się z nią spotkać. Siedziałyśmy pijąc kawę u mnie w pokoju. W końcu mogłyśmy sobie pogadać tak szczerze, bez oszukiwania. Z mojej strony najmniejsze kłamstwo byłoby bez sensu, bo ona i tak mnie rozgryzła. W pewnym momencie zadzwonił Pan X. Pytał kiedy kończę zajęcia, bo on już jest po i chciałby się ze mną na godzinkę spotkać, bo się nudzi. Musiałam mu odmówić, bo przecież siedziałam z R., ale powiedziałam, że jak skończy co ma do roboty, to niech się odezwie, bo muszę skoczyć po kołki do castoramy, i że R. wychodzi właśnie za godzinę. Usłyszałam, że spoko, ale za godzinę będzie zajęty, więc jakoś później. Godzina minęła, odprowadziłam R. pod windę, wróciłam do pokoju, a tam 3 nieodebrane połączenia od niego. Pomyślałam, że może zrezygnował całkowicie ze spaceru. Cała drżąc oddzwoniłam. Jak ostatnim razem, rozłączył się i oddzwonił. Powiedział, że jednak może się już spotkać. Zebrałam się więc i wyszłam przed blok. Chwilę poczekałam. Okazało się, że spotkał się z kumplem, żeby pograć i musimy odnieść jeszcze jego ukulele do mieszkania. Damn, tak dawno tam byłam... Nie wiedziałam gdzie mam stać i co robić. Sama jazda windą była dla mnie przeżyciem. Jechaliśmy w 4 osoby, a on stanął tak blisko mnie, że czułam go całym ciałem. Patrzył na mnie swoimi kocimi oczami, a ja nie wiedziałam, gdzie mam podziać wzrok. Trwało to kilka minut, a mi się wydawało, jakbyśmy już nigdy mieli nie dojechać na jego piętro. Kiedy otworzył drzwi do mieszkania, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Myślałam, że tylko wejdziemy i wyjdziemy, ale jemu chyba zależało, żebyśmy zostali na dłużej. Najpierw wszedł do kuchni i zaczął pokazywać mi co zrobi sobie na obiad. Później zaczęliśmy się przekomarzać, a on zaczął mi prezentować przyprawy. To było dziwne. Nie podał mi słoiczka, żebym sobie powąchała, o nie nie! Sam mi je podtykał pod nos, muskając przy tym moją twarz i usta. Jak to R. określiła, miałam ciśnienie milion na milion.
A później zaproponował mi coś do picia. Spanikowałam. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Byliśmy pierwszy raz w jego mieszkaniu od czasu listu, rozkminiłam, że się bał tego momentu, i w końcu to się stało, a ja się po prostu przestraszyłam i odmówiłam. Niby próbowałam później go poprosić o herbatę, ale był tak głodny, że nawet mnie nie odprowadził, więc o herbacie mogłam zapomnieć. Tak czy inaczej, później pisaliśmy jeszcze esy.
To jest trochę niesamowite, ale nie wiem w jakim miejscu znajduje się nasza znajomość. Jak na przyjaciela, jest między nami za dużo chemii i za bardzo nas do siebie ciągnie. Z kolei jak na miłość, to chyba on za mało do mnie czuje (tego akurat nie wiem, bo nadal nie potrafię go rozgryźć). Wiem tylko, że jeżeli chcę, żeby coś z tego było, to muszę czekać, robić to co robię i absolutnie nigdy więcej go nie naciskać.
Mam też pewność, że nie spotyka się już ze swoją byłą, ani z innymi laskami, a na pewno nie na seks. Nie dość, że widzimy się codziennie, więc nie ma już na to czasu, to jeszcze teraz wrócił do domu, gdzie prawdopodobnie nie przerucha żadnej, bo takie rzeczy to tylko w jego mieszkaniu.
Ciekawe tylko, kiedy znowu się odezwie?
Siedziałam sobie spokojnie na zajęciach. W pewnym momencie napisała do mnie R. Po raz milionowy rozstała się 'tym razem na poważnie' z facetem. Czułam, że powinnam być przy niej. Zrezygnowałam więc z dalszej części wykładów i pobiegłam się z nią spotkać. Siedziałyśmy pijąc kawę u mnie w pokoju. W końcu mogłyśmy sobie pogadać tak szczerze, bez oszukiwania. Z mojej strony najmniejsze kłamstwo byłoby bez sensu, bo ona i tak mnie rozgryzła. W pewnym momencie zadzwonił Pan X. Pytał kiedy kończę zajęcia, bo on już jest po i chciałby się ze mną na godzinkę spotkać, bo się nudzi. Musiałam mu odmówić, bo przecież siedziałam z R., ale powiedziałam, że jak skończy co ma do roboty, to niech się odezwie, bo muszę skoczyć po kołki do castoramy, i że R. wychodzi właśnie za godzinę. Usłyszałam, że spoko, ale za godzinę będzie zajęty, więc jakoś później. Godzina minęła, odprowadziłam R. pod windę, wróciłam do pokoju, a tam 3 nieodebrane połączenia od niego. Pomyślałam, że może zrezygnował całkowicie ze spaceru. Cała drżąc oddzwoniłam. Jak ostatnim razem, rozłączył się i oddzwonił. Powiedział, że jednak może się już spotkać. Zebrałam się więc i wyszłam przed blok. Chwilę poczekałam. Okazało się, że spotkał się z kumplem, żeby pograć i musimy odnieść jeszcze jego ukulele do mieszkania. Damn, tak dawno tam byłam... Nie wiedziałam gdzie mam stać i co robić. Sama jazda windą była dla mnie przeżyciem. Jechaliśmy w 4 osoby, a on stanął tak blisko mnie, że czułam go całym ciałem. Patrzył na mnie swoimi kocimi oczami, a ja nie wiedziałam, gdzie mam podziać wzrok. Trwało to kilka minut, a mi się wydawało, jakbyśmy już nigdy mieli nie dojechać na jego piętro. Kiedy otworzył drzwi do mieszkania, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Myślałam, że tylko wejdziemy i wyjdziemy, ale jemu chyba zależało, żebyśmy zostali na dłużej. Najpierw wszedł do kuchni i zaczął pokazywać mi co zrobi sobie na obiad. Później zaczęliśmy się przekomarzać, a on zaczął mi prezentować przyprawy. To było dziwne. Nie podał mi słoiczka, żebym sobie powąchała, o nie nie! Sam mi je podtykał pod nos, muskając przy tym moją twarz i usta. Jak to R. określiła, miałam ciśnienie milion na milion.
A później zaproponował mi coś do picia. Spanikowałam. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Byliśmy pierwszy raz w jego mieszkaniu od czasu listu, rozkminiłam, że się bał tego momentu, i w końcu to się stało, a ja się po prostu przestraszyłam i odmówiłam. Niby próbowałam później go poprosić o herbatę, ale był tak głodny, że nawet mnie nie odprowadził, więc o herbacie mogłam zapomnieć. Tak czy inaczej, później pisaliśmy jeszcze esy.
To jest trochę niesamowite, ale nie wiem w jakim miejscu znajduje się nasza znajomość. Jak na przyjaciela, jest między nami za dużo chemii i za bardzo nas do siebie ciągnie. Z kolei jak na miłość, to chyba on za mało do mnie czuje (tego akurat nie wiem, bo nadal nie potrafię go rozgryźć). Wiem tylko, że jeżeli chcę, żeby coś z tego było, to muszę czekać, robić to co robię i absolutnie nigdy więcej go nie naciskać.
Mam też pewność, że nie spotyka się już ze swoją byłą, ani z innymi laskami, a na pewno nie na seks. Nie dość, że widzimy się codziennie, więc nie ma już na to czasu, to jeszcze teraz wrócił do domu, gdzie prawdopodobnie nie przerucha żadnej, bo takie rzeczy to tylko w jego mieszkaniu.
Ciekawe tylko, kiedy znowu się odezwie?
środa, 20 listopada 2013
Wiem wszystko
Zależy mu i tym razem wcale nie chce mnie tylko przelecieć! Rozgryzłam go!
Wczoraj leżałam z depresją życia, zjadłam pół litra lodów i popłakałam się już w 5 minucie filmu 'The Notebook', który widziałam milionowy raz, a dzisiaj mój wykres szczęścia rósł, aż osiągnął apogeum.
A więc.
Byłam w pracy. Z początku myślałam, że zostanę najchujowszym pracownikiem miesiąca, bo warczałam na ludzi, ale z biegiem czasu zaczęło mi być lepiej. Byłam milsza, zaczęłam się uśmiechać. Podszedł też do mnie jakiś perver i zaczął podrywać. Strasznie się bałam. Myślałam, żeby napisać do Pana X., żeby w razie co mnie uratował, ale dałam sobie sama radę. W ogóle, mogłam sobie pozwolić na wiadomość do niego, bo sam do mnie pierwszy napisał. Chciał, żebym mu cośtam wysłała, ale zrobiłam to już kilka dni temu. Boże jak pięknie, znowu się przyjaźnimy. Ale to nie koniec. Później przyszła P. z zamiarem zakupienia whiskey, bo jak było mi źle, to okazało się, że ona też jest w tragicznym stanie i postanowiłyśmy wypić coś mocniejszego. No więc pogadała ze mną chwilę, a późnej poszła po alko, bo ja miałam jeszcze pół godz. pracy. Kiedy wróciła, zebrałyśmy się, poszłyśmy na obiad do Burger Kinga (gdzie wzięłyśmy sobie tak na rozweselenie po koronie) i poszłyśmy pić do mnie. Z początku było spoko. A później przyszła Ol. Ja ją kocham, ale jak jest u mnie P., to czasem wolałabym posiedzieć z nią sam na sam. W pewnym momencie siedziałam i się nudziłam i wtedy zadzwonił do mnie Pan X. Myślał, że pracuję i chciał przyjść. No niestety, musiałam go rozczarować. Niby zaprosiłam go do siebie, ale jak zwykle odmówił. A chciał iść ze mną na obiad (tak wywnioskowałam z późniejszej konwersacji). Później impreza się rozkręciła. Wypiłyśmy 0.7 whiskey na 3 i skończyłam z rzucaniem palenia (póki co).
Kiedy już wiedziałam, że P. musi się zbierać, czyli po 21, napisałam do Pana X., czy nie ma ochoty ze mną posiedzieć. Powiedział, że możemy się przejść. I tak oto, poszliśmy na spacer koło 22, w tajemnicy przed wszystkimi. Ale przynajmniej zrozumiałam. On się boi być ze mną sam na sam w mieszkaniu! Zależy mu, bo spotkał się ze mną prawie w środku nocy i nadal mu się podobam! I teraz jestem prawie pewna, że w niedzielę się z nikim nie spotkał. Radość taka ogromna <3
Wczoraj leżałam z depresją życia, zjadłam pół litra lodów i popłakałam się już w 5 minucie filmu 'The Notebook', który widziałam milionowy raz, a dzisiaj mój wykres szczęścia rósł, aż osiągnął apogeum.
A więc.
Byłam w pracy. Z początku myślałam, że zostanę najchujowszym pracownikiem miesiąca, bo warczałam na ludzi, ale z biegiem czasu zaczęło mi być lepiej. Byłam milsza, zaczęłam się uśmiechać. Podszedł też do mnie jakiś perver i zaczął podrywać. Strasznie się bałam. Myślałam, żeby napisać do Pana X., żeby w razie co mnie uratował, ale dałam sobie sama radę. W ogóle, mogłam sobie pozwolić na wiadomość do niego, bo sam do mnie pierwszy napisał. Chciał, żebym mu cośtam wysłała, ale zrobiłam to już kilka dni temu. Boże jak pięknie, znowu się przyjaźnimy. Ale to nie koniec. Później przyszła P. z zamiarem zakupienia whiskey, bo jak było mi źle, to okazało się, że ona też jest w tragicznym stanie i postanowiłyśmy wypić coś mocniejszego. No więc pogadała ze mną chwilę, a późnej poszła po alko, bo ja miałam jeszcze pół godz. pracy. Kiedy wróciła, zebrałyśmy się, poszłyśmy na obiad do Burger Kinga (gdzie wzięłyśmy sobie tak na rozweselenie po koronie) i poszłyśmy pić do mnie. Z początku było spoko. A później przyszła Ol. Ja ją kocham, ale jak jest u mnie P., to czasem wolałabym posiedzieć z nią sam na sam. W pewnym momencie siedziałam i się nudziłam i wtedy zadzwonił do mnie Pan X. Myślał, że pracuję i chciał przyjść. No niestety, musiałam go rozczarować. Niby zaprosiłam go do siebie, ale jak zwykle odmówił. A chciał iść ze mną na obiad (tak wywnioskowałam z późniejszej konwersacji). Później impreza się rozkręciła. Wypiłyśmy 0.7 whiskey na 3 i skończyłam z rzucaniem palenia (póki co).
Kiedy już wiedziałam, że P. musi się zbierać, czyli po 21, napisałam do Pana X., czy nie ma ochoty ze mną posiedzieć. Powiedział, że możemy się przejść. I tak oto, poszliśmy na spacer koło 22, w tajemnicy przed wszystkimi. Ale przynajmniej zrozumiałam. On się boi być ze mną sam na sam w mieszkaniu! Zależy mu, bo spotkał się ze mną prawie w środku nocy i nadal mu się podobam! I teraz jestem prawie pewna, że w niedzielę się z nikim nie spotkał. Radość taka ogromna <3
poniedziałek, 18 listopada 2013
Rok
Dokładnie rok minął od czasu wernisażu, który wspominam do dzisiaj. To był jeden z przełomowych dni w moim życiu. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że moje uczucia do Pana X. wykraczają daleko poza ramy przyjaźni, zaczęłam też myśleć, że on czuje to samo. W końcu zaprosił mnie, przedstawił przyjaciołom, nie puścił z powrotem do Kato, pokazał żenujące go filmiki, dzielił się ze mną jedną żelką, karmił mnie z ręki i co najważniejsze, nie odstępował mnie na krok.
Pamiętam ten wieczór w każdym szczególe, chociaż jeszcze wtedy nic nie analizowałam. A teraz? Jestem uzależniona od drobiazgowej analizy każdego jego gestu. Prowadzę nawet specjalny notatnik, w którym zapisuję jego zachowanie.
Nigdy nie pomyślałabym, że to wszystko się tak potoczy.
Wczoraj widziałam się z nim ponownie. Napisał do mnie z rana, o której chcę iść do ikei. Zaczęłam mu odpisywać po 20 min., ale nie mógł poczekać chwili, bo dosłownie w połowie sms'a zadzwonił. Umówiliśmy się więc na 11:45 pod jego blokiem.
Jako, że ostatnio nic innego nie robię, tylko rozpamiętuję przeszłość, to postanowiłam się ubrać identycznie, jak na wernisaż. Liczyłam, że może skojarzy. Czy to zrobił - nie wiem.
W ikei wybieraliśmy wyposażenie do naszych domów marzeń. Najsmutniejsze jest to, że nasze wizje się pokrywają.
Później poszliśmy coś zjeść. Oczywiście nadal mam mega zakaz chodzenia po chodniku od strony samochodów. Po co on się tak troszczy? Pomyślałabym, że może coś chce, ale wieczorem zrozumiałam, że nie powinnam w ogóle zwracać na to uwagi. Tylko, że nie umiem.
Po wyjściu z knajpy poszliśmy tradycyjnie do biedry, a on jak zwykle zapragnął się podzielić ze mną piciem i batonem. Coli odmówiłam, marsa nie. :D
No i oczywiście odprowadził mnie pod blok.
Wieczorem spotkałam się z nim jeszcze raz, bo miał moje ołówki z ikei, a ja miałam dzisiaj kolokwium ze staty. Oczywiście to była tylko wymówka, ale to co z niej wynikło dało mi do zrozumienia, że ja nie ogarniam tego człowieka i to się nigdy nie zmieni. On ma jakąś ciężką, niezdiagnozowaną chorobę psychiczną.
No bo spotkaliśmy się, on gdzieś szedł. Zaczęłam drążyć temat i pytać gdzie idzie. Wskazał i powiedział 'tam' i nic więcej. Nie chciał mi powiedzieć gdzie i po co. Ale cholera jasna. Jak szedł na randkę, to przecież bym go nie zabiła, jakby mi powiedział wprost. Przynajmniej bym wiedziała. A nie, siedzę i rozkminiam, czy nie chciał, żebym poszła po te ołówki do niego, bo się bał spotkania ze mną sam na sam w jego mieszkaniu (od czasu listu coś takiego nie nastąpiło), czy też poszedł w niedzielę, dosyć późnym wieczorem na randkę, nie patrząc na to, że dzisiaj ma na rano zajęcia. Żadna opcja nie ma wystarczająco sensu, żeby dłużej się rozwodzić, ale innych rozwiązań nie widzę.
To jest kretyńskie i idiotyczne.
A dzisiaj siedziałam z Ol. na placu zabaw i pierwszy raz od jakiegoś czasu podszedł do nas. Święto po prostu. Poznał nas w końcu. Cały zeszły miesiąc udawał, że nas nie zna, kiedy nas widział, a dzisiaj taka niespodzianka. On jest chory. A najgorsze jest to, że ja nie umiem przestać o nim myśleć. I nikt tego nie wie. I się nie dowie. Utrzymuję pozory, że ciągnę tą znajomość, bo mnie ciekawi, do czego to wszystko zaprowadzi. Prawda jest taka, że ja dalej go kocham i nie potrafię przestać. A teraz, kiedy mija rok od początku tego wszystkiego, jest jeszcze gorzej.
Czuję, że czegoś mi brakuje. I chociaż powtarzam wszystkim, że nie wiem czego, to dokładnie wiem. Brakuje mi jego i tego ciepła, które mi dawał. Chcę, żeby znowu się mną interesował tak jak rok temu. Ale to jest niemożliwe. Jedyne co od niego dostaję, to sprzeczne sygnały i dystans. Nie jest już mną zainteresowany.
Jestem masochistką. Zdaję sobie sprawę z tego, jak beznadziejna jest moja sytuacja, ale dalej w to brnę i przypominam sobie te wszystkie cudowne chwile. To się kiedyś skończy?
Pamiętam ten wieczór w każdym szczególe, chociaż jeszcze wtedy nic nie analizowałam. A teraz? Jestem uzależniona od drobiazgowej analizy każdego jego gestu. Prowadzę nawet specjalny notatnik, w którym zapisuję jego zachowanie.
Nigdy nie pomyślałabym, że to wszystko się tak potoczy.
Wczoraj widziałam się z nim ponownie. Napisał do mnie z rana, o której chcę iść do ikei. Zaczęłam mu odpisywać po 20 min., ale nie mógł poczekać chwili, bo dosłownie w połowie sms'a zadzwonił. Umówiliśmy się więc na 11:45 pod jego blokiem.
Jako, że ostatnio nic innego nie robię, tylko rozpamiętuję przeszłość, to postanowiłam się ubrać identycznie, jak na wernisaż. Liczyłam, że może skojarzy. Czy to zrobił - nie wiem.
W ikei wybieraliśmy wyposażenie do naszych domów marzeń. Najsmutniejsze jest to, że nasze wizje się pokrywają.
Później poszliśmy coś zjeść. Oczywiście nadal mam mega zakaz chodzenia po chodniku od strony samochodów. Po co on się tak troszczy? Pomyślałabym, że może coś chce, ale wieczorem zrozumiałam, że nie powinnam w ogóle zwracać na to uwagi. Tylko, że nie umiem.
Po wyjściu z knajpy poszliśmy tradycyjnie do biedry, a on jak zwykle zapragnął się podzielić ze mną piciem i batonem. Coli odmówiłam, marsa nie. :D
No i oczywiście odprowadził mnie pod blok.
Wieczorem spotkałam się z nim jeszcze raz, bo miał moje ołówki z ikei, a ja miałam dzisiaj kolokwium ze staty. Oczywiście to była tylko wymówka, ale to co z niej wynikło dało mi do zrozumienia, że ja nie ogarniam tego człowieka i to się nigdy nie zmieni. On ma jakąś ciężką, niezdiagnozowaną chorobę psychiczną.
No bo spotkaliśmy się, on gdzieś szedł. Zaczęłam drążyć temat i pytać gdzie idzie. Wskazał i powiedział 'tam' i nic więcej. Nie chciał mi powiedzieć gdzie i po co. Ale cholera jasna. Jak szedł na randkę, to przecież bym go nie zabiła, jakby mi powiedział wprost. Przynajmniej bym wiedziała. A nie, siedzę i rozkminiam, czy nie chciał, żebym poszła po te ołówki do niego, bo się bał spotkania ze mną sam na sam w jego mieszkaniu (od czasu listu coś takiego nie nastąpiło), czy też poszedł w niedzielę, dosyć późnym wieczorem na randkę, nie patrząc na to, że dzisiaj ma na rano zajęcia. Żadna opcja nie ma wystarczająco sensu, żeby dłużej się rozwodzić, ale innych rozwiązań nie widzę.
To jest kretyńskie i idiotyczne.
A dzisiaj siedziałam z Ol. na placu zabaw i pierwszy raz od jakiegoś czasu podszedł do nas. Święto po prostu. Poznał nas w końcu. Cały zeszły miesiąc udawał, że nas nie zna, kiedy nas widział, a dzisiaj taka niespodzianka. On jest chory. A najgorsze jest to, że ja nie umiem przestać o nim myśleć. I nikt tego nie wie. I się nie dowie. Utrzymuję pozory, że ciągnę tą znajomość, bo mnie ciekawi, do czego to wszystko zaprowadzi. Prawda jest taka, że ja dalej go kocham i nie potrafię przestać. A teraz, kiedy mija rok od początku tego wszystkiego, jest jeszcze gorzej.
Czuję, że czegoś mi brakuje. I chociaż powtarzam wszystkim, że nie wiem czego, to dokładnie wiem. Brakuje mi jego i tego ciepła, które mi dawał. Chcę, żeby znowu się mną interesował tak jak rok temu. Ale to jest niemożliwe. Jedyne co od niego dostaję, to sprzeczne sygnały i dystans. Nie jest już mną zainteresowany.
Jestem masochistką. Zdaję sobie sprawę z tego, jak beznadziejna jest moja sytuacja, ale dalej w to brnę i przypominam sobie te wszystkie cudowne chwile. To się kiedyś skończy?
sobota, 16 listopada 2013
6 godzin
Właśnie tyle czasu spędziliśmy razem. Nie spodziewałam się tego. Tego, że będzie się o mnie tak bardzo troszczył, też nie. Nawet nie liczyłam, że przyjdzie. Spodziewałam się, że zadzwoni do mnie z rana i powie, że zapomniał, albo coś mu wypadło. Zamiast tego, czekał na mnie pod moim blokiem. Idąc do przychodni, nie pozwalał mi iść po prawej stronie chodnika. Tak robią rodzice, którzy idą ze swoimi pociechami.
Po wszystkim posiedział ze mną, pomimo, że krew pobrano i mi bardzo szybko i nawet nie zdążyłam zemdleć. Rzecz jasna zrobiło mi się słabo, ale cucić mnie nie musiał.
Później powiedział, że kupimy mi coś do picia. Łapię go na tym, że zawsze mówi magiczne 'my', chociaż nie zawsze ma konkretnie 'nas' na myśli. Odnosi się to czasem tylko do mnie, albo do niego.
Co dziwne, kiedy opowiadał mi historię o tym, jak odprowadzał koleżankę, zaczął mówić 'szliśmy', ale się poprawił i powiedział 'szedłem z...', a chwilę później, ponownie używał sformułowania 'my' w związku z nami. Oczywiście, i tak jestem zazdrosna o nią. Tym bardziej, że poszedł wczoraj na jakąś imprezę. Chciałabym się z nim dzisiaj spotkać, ale nie napiszę do niego po raz kolejny, bo to głupie.
Plus wczoraj widzieliśmy się bardzo długo. Po tym całym pobieraniu krwi, poszliśmy połazić po sklepach (bo szukał prezentu dla kumpla), standardowo na pizze i po pixy dla mnie. Kupowanie z nim tabletek było dziwne, ale cóż.
Wieczorem, żeby nie myśleć o tej jego imprezie poszłam do R., u której sama wypiłam całe wino.
I dzisiaj jest mi smutno i źle. Nie rozumiem czemu. Staram się nie analizować jego zachowania itd., chociaż mogłoby ono świadczyć o tym, że się ogarnął, ale pomimo to łzy same płynął po moich policzkach.
A trzeba się zebrać i iść do pracy...
Po wszystkim posiedział ze mną, pomimo, że krew pobrano i mi bardzo szybko i nawet nie zdążyłam zemdleć. Rzecz jasna zrobiło mi się słabo, ale cucić mnie nie musiał.
Później powiedział, że kupimy mi coś do picia. Łapię go na tym, że zawsze mówi magiczne 'my', chociaż nie zawsze ma konkretnie 'nas' na myśli. Odnosi się to czasem tylko do mnie, albo do niego.
Co dziwne, kiedy opowiadał mi historię o tym, jak odprowadzał koleżankę, zaczął mówić 'szliśmy', ale się poprawił i powiedział 'szedłem z...', a chwilę później, ponownie używał sformułowania 'my' w związku z nami. Oczywiście, i tak jestem zazdrosna o nią. Tym bardziej, że poszedł wczoraj na jakąś imprezę. Chciałabym się z nim dzisiaj spotkać, ale nie napiszę do niego po raz kolejny, bo to głupie.
Plus wczoraj widzieliśmy się bardzo długo. Po tym całym pobieraniu krwi, poszliśmy połazić po sklepach (bo szukał prezentu dla kumpla), standardowo na pizze i po pixy dla mnie. Kupowanie z nim tabletek było dziwne, ale cóż.
Wieczorem, żeby nie myśleć o tej jego imprezie poszłam do R., u której sama wypiłam całe wino.
I dzisiaj jest mi smutno i źle. Nie rozumiem czemu. Staram się nie analizować jego zachowania itd., chociaż mogłoby ono świadczyć o tym, że się ogarnął, ale pomimo to łzy same płynął po moich policzkach.
A trzeba się zebrać i iść do pracy...
piątek, 15 listopada 2013
Powrót do ćpania
Znowu ćpam. Może nie tak jak wcześniej, ale od nowa. W sumie, to chyba nigdy nie przestałam. Sny mówią same za siebie. Dzisiaj znowu mnie odwiedził. Uśmiechał się, przytulał mnie i mówił, że jeszcze nie teraz, ale w święta... I się obudziłam. Beznadziejne uczucie. Moja senna podświadomość krzyczała do mnie to, co chciałam usłyszeć i prawdopodobnie bym usłyszała, ale tak się nie stało, bo się zbudziłam.
Ciągle jest w mojej głowie.
A jutro rano moje źrenice znowu będą niemalże wielkości tęczówki.
Nie potrafię się od tego uwolnić.
Ciągle do tego wracam, a po pewnym czasie, żebrzę po więcej.
W sumie nigdy mnie nie opuścił. Ciągle był bardzo blisko - w mojej głowie.
Znalazłam zdjęcia z TEGO wernisażu. Nie wierzę, że to było rok temu. Wtedy jeszcze byłam czysta, a moje życie nie było aż tak skomplikowane. Nie czułam tak wielkiej potrzeby jakiegokolwiek kontaktu z Nim.
Sama się niszczę. Pozwalam mu być w moim życiu i wprowadzać zamęt i cierpienie. Ba, ja o to zabiegam na wszelkie możliwe sposoby.
Uzależniłam się od Jego obecności i nie wiem, gdzie musiałabym się zamknąć, żeby to się skończyło.
Ciągle jest w mojej głowie.
A jutro rano moje źrenice znowu będą niemalże wielkości tęczówki.
Nie potrafię się od tego uwolnić.
Ciągle do tego wracam, a po pewnym czasie, żebrzę po więcej.
W sumie nigdy mnie nie opuścił. Ciągle był bardzo blisko - w mojej głowie.
Znalazłam zdjęcia z TEGO wernisażu. Nie wierzę, że to było rok temu. Wtedy jeszcze byłam czysta, a moje życie nie było aż tak skomplikowane. Nie czułam tak wielkiej potrzeby jakiegokolwiek kontaktu z Nim.
Sama się niszczę. Pozwalam mu być w moim życiu i wprowadzać zamęt i cierpienie. Ba, ja o to zabiegam na wszelkie możliwe sposoby.
Uzależniłam się od Jego obecności i nie wiem, gdzie musiałabym się zamknąć, żeby to się skończyło.
poniedziałek, 11 listopada 2013
11 listopada
Do patriotki mi daleko, więc dzisiejszy dzień zaowocował w końcu zrobionym praniem, posprzątaniem pokoju, pozmywaniem naczyń, spotkaniem z Pięknym i wizytą w maku. Mój strój też był dość ciekawy. Do południa dres. Po południu, a raczej od momentu w którym Piękny napisał mi, że w Kato pojawi się dopiero za 2-3 godziny, była to sukienka. No bo wtedy stwierdziłam, że trzeba się przystroić i pomimo, że teoretycznie miałam kupę czasu, zabrałam się za przebieranie. Jak zwykle, moim priorytetem było pokazanie mu co stracił, czyli odsłonięcie nóg. Co prawda powiedział mi, że wyglądam jak żona rambo, bo ta sukienka była moro, a rajstopy podarte, ale generalnie bardzo do siebie pasowaliśmy ubraniowo.
Dzięki Bogu, że ogarnęłam swój wygląd w miarę szybko, bo po godzinie zadzwonił do mnie, że już jest. Jaki ja miałam stres! Spotkaliśmy się jak gdyby nigdy nic i nie wiedzieliśmy co robić. Po tym co mówił wywnioskowałam, że chciał iść do mnie albo do niego. Nie wiedziałam jednak czy 'wypada' więc zarządziłam spacer. I w ten oto sposób trafiliśmy do maka, gdzie zaczęliśmy rozmawiać o związkach. Ja nie wiem, czy on mnie torturuje, czy mu to przez przypadek wychodzi. Chyba to pierwsze, bo wracając zaczęliśmy rozmawiać o zaroście, a on postanowił poznać moją opinię na temat jego brody, tzn. co o niej myślę, czy mi się podoba itd., a jeszcze później zaczął coś mówić o mojej miłości do mojego potencjalnego psa i już całkiem zgłupiałam.
O. mówi, że może zmądrzał po liście. Ol. namawiała mnie dzisiaj, żebym do niego napisała. To wszystko jest dziwne. Tym razem próbuję nad niczym się nie nastawiać, żyć sobie swoim życiem, może kogoś poznam, może on serio się ogarnął, nie wiem. Co ma być to będzie. A pożyjemy, to zobaczymy, co to będzie.
Dzięki Bogu, że ogarnęłam swój wygląd w miarę szybko, bo po godzinie zadzwonił do mnie, że już jest. Jaki ja miałam stres! Spotkaliśmy się jak gdyby nigdy nic i nie wiedzieliśmy co robić. Po tym co mówił wywnioskowałam, że chciał iść do mnie albo do niego. Nie wiedziałam jednak czy 'wypada' więc zarządziłam spacer. I w ten oto sposób trafiliśmy do maka, gdzie zaczęliśmy rozmawiać o związkach. Ja nie wiem, czy on mnie torturuje, czy mu to przez przypadek wychodzi. Chyba to pierwsze, bo wracając zaczęliśmy rozmawiać o zaroście, a on postanowił poznać moją opinię na temat jego brody, tzn. co o niej myślę, czy mi się podoba itd., a jeszcze później zaczął coś mówić o mojej miłości do mojego potencjalnego psa i już całkiem zgłupiałam.
O. mówi, że może zmądrzał po liście. Ol. namawiała mnie dzisiaj, żebym do niego napisała. To wszystko jest dziwne. Tym razem próbuję nad niczym się nie nastawiać, żyć sobie swoim życiem, może kogoś poznam, może on serio się ogarnął, nie wiem. Co ma być to będzie. A pożyjemy, to zobaczymy, co to będzie.
niedziela, 10 listopada 2013
Brak czasu
Nigdy nie pomyślałam, że brak czasu jest czymś dobrym. Pracuję, studiuję i to zapycha mi wszelkie wolne chwile. Mało kiedy zdarza mi się myśleć o pierdołach. Jedyne czego żałuję, to to, że zaniedbałam bloga, bo jednak to jest takie moje miejsce, gdzie mogę oczyścić swój umysł ze wszystkich przemyśleń.
Tylko, że teraz zamiast siedzieć na kompie, to w jakiejś luźniejszej chwili, spotykam się ze znajomymi, bo jednak potrzebuję też życia towarzyskiego. W ogóle, teraz jestem pewna, że kogoś potrzebuję. Kogoś, czyli faceta. Chcę móc się przytulić do niego, pobyć z nim. Potrzebuję takiej bliskiej mojemu sercu, osoby. Oczywiście, o Panu X. nie zapomniałam, no bo jakbym mogła, ale powoli otwieram serduszko na kogoś nowego. Tęsknię za kimś obok. Mam nadzieję, że okazja na wypełnienie tej pustki pojawi się niedługo.
Że nie koniec z Panem X., zdałam sobie sprawę w domu, do którego wróciłam z okazji wszystkich świętych. Teoretycznie tam też nie miałam czasu. Codziennie byli goście, raz spotkałam się z M. i T. na popijawie u mojej babci (w końcu dostałam swoje whiskey i milkę *.*), a wieczorami/nocą spotykałam się z P. na fajkę, jako, że musiałam się ukrywać z tym przed rodzicami. Ogólnie moja rodzina ma nas za parę. Babcia prawie zeszła na zawał jak postanowiłam z tego zażartować i przy stole rzuciłam, że jesteśmy zaręczone.
W niedzielę po świętach przyjechała moja kochana E. Jak zwykle trafiłam z prezentem (duży miś, którego wybrałam dla niej rzecz jasna z P.), więc mała była moja przez cały dzień. No i dzięki temu, nareszcie doczekałam chwili, że to nie moja siostra, tylko ja, stałam się, przynajmniej w oczach ciotki, kimś fajnym. No ale w końcu, to ja do nich jeżdżę, interesuję się, kupuję małej prezenty. Po prostu, staram się być dobrą chrzestną i dać jej wszystko to, czego ja ze strony swoich chrzestnych, nie dostałam.
I niby ciągle byłam zajęta, ciągle coś robiłam, ale w mojej głowie i sercu, włączył się ten magiczny guziczek włączający moje uczucia związane z tym co się stało. Myślałam, że się nie opanuję. Zaczynałam płakać w nieodpowiednich momentach, np. w pociągu, bo przypomniało mi się, jak ostatnim razem wracałam pociągiem do Kato i Pan X. po mnie przyszedł, jak mnie pocałował zaraz po wyjściu z ciuchci i jak później spędziliśmy naszą pierwszą wspólną noc. Zaczęłam też myśleć o tym wszystkim co się stało, co on zrobił, mając włączone emocje. No i zaczęłam wariować. Nie polepszał tej sprawy fakt, że dzień przed moim wyjazdem do domu, zadzwonił do mnie i chciał się umówić, żeby dać mi prezent, a ja obiecałam mu, że dam znać jak tylko wrócę. Tak więc jak zwykle, kiedy chciałam się zresetować na drugim końcu Polski, on musiał o sobie przypomnieć włączając mi tryb myślenia na niego. Cudownie.
Podróż do Kato, to była katorga. Nie dość, że w głowie był tylko Pan X. i milion wspomnień i pytań, to jeszcze moja walizka była praktycznie mojej wielkości i 3 razy cięższa, i nie było nikogo, kto by mi z nią pomógł, np. wysiadając z pociągu, czy wchodząc/schodząc po schodach w Krk. (bo tam miałam przesiadkę). Do Kato wróciłam więc zmordowana, ale nie miałam chwili żeby usiąść, bo byłam umówiona po klucze na stoisko (na drugi dzień miałam otwierać) i na piwo z P., G., i T.
Wpadłam więc do mieszkania, zmieniłam ciuchy i poleciałam na to piwo. Okazało się, że jest tam też K. Moja reakcja na tą informację była zabójcza. Rzuciłam tekstem: 'A po co?'. Ale w sumie było spoko. Powspominałyśmy z P. naszą halloweenową imprezę z chłopakami, pośmialiśmy się i mogłam spokojnie polecieć po klucze, a później do mieszkania, żeby chociaż trochę się wyspać. Na drugi dzień pracowałam. Kiedy skończyłam i wróciłam do mieszkania, byłam tak padnięta, że jedyne o czym myślałam, to żeby się położyć. I tak paląc sobie fajeczkę dla relaksu, odebrałam telefon od Pana X. Przeprosił, że nie odpisał (w trakcie piwa miałam tak wyborny humor, że go poinformowałam, że wróciłam), ale że chciałby się ze mną zobaczyć i kiedy mogę. W sumie to powiedziałam mu, że cały tydzień jestem zajęta. On chciał się ze mną spotkać na drugi dzień. Powiedziałam, ze się zastanowię. Po pół godzinie odpisałam mu, że ewentualnie możemy się zobaczyć koło 14. Byliśmy umówieni.
Tego dnia wyglądałam kwitnąco. Oczy zrobiłam w stylu Avril w Rock'n Roll, i włożyłam spódniczkę. Wiem jak bardzo podobają mu się moje nogi, a chciałam mu dokładnie zaprezentować co stracił.
Już z samego rana napisał do mnie, o której się widzimy. Po wielu niezgodnościach, zrezygnowałam z wykładu i umówiłam się z nim pod moim wydziałem. Dziwnie było go zobaczyć, a jeszcze dziwniej rozmawiać. Mój list wisiał nad nami jak chmura burzowa i czekał tylko na błyskawicę, żeby zagrzmieć. Nic takiego się jednak nie stało, a ja dostałam obiad (czyli wygranego hambsa) i jeden z najlepszych prezentów na świecie - najnowszą płytę BT (której podobno szukał w baardzo wielu miejscach, bo uparł się, że to musi być koniecznie ta), i muffinki od milki (bo ponoć jak tylko je zobaczył, to od razu pomyślał, że musi mi je kupić). Kiedy mi to dał, byłam tak uradowana, że pomimo tej całej żenującej sytuacji z listem, rzuciłam się wręcz na niego. I zaprosiłam na sernik i szarlotkę, które przywiozłam z domu (hehehehe jak zwykle był zajęty). W sumie było spoko. Było parę dziwnych momentów, jak np. kiedy skomplementował moje rajstopy (!), czy kiedy opowiadał mi historię Dantego, albo kiedy zadzwonił K. i zaprosiłam go do siebie, a Pan X. momentalnie się wtedy obraził.
Tak.
Namieszało to w mojej głowie. Teraz mam wolne od studiów i pracy i tak siedzę rozkminiając. Już zaczęłam nawet płakać. Chciałabym, żeby jutro do mnie się odezwał, bo chciałabym się z nim zobaczyć. W sumie jutro to jedyny dzień, kiedy mogę, a do końca roku chciałabym, żeby to wszystko się między nami tak poukładało, żeby było normalnie. Dałabym wszystko, żeby się odezwał, ale pewnie tak się nie stanie. No trudno.
Tylko, że teraz zamiast siedzieć na kompie, to w jakiejś luźniejszej chwili, spotykam się ze znajomymi, bo jednak potrzebuję też życia towarzyskiego. W ogóle, teraz jestem pewna, że kogoś potrzebuję. Kogoś, czyli faceta. Chcę móc się przytulić do niego, pobyć z nim. Potrzebuję takiej bliskiej mojemu sercu, osoby. Oczywiście, o Panu X. nie zapomniałam, no bo jakbym mogła, ale powoli otwieram serduszko na kogoś nowego. Tęsknię za kimś obok. Mam nadzieję, że okazja na wypełnienie tej pustki pojawi się niedługo.
Że nie koniec z Panem X., zdałam sobie sprawę w domu, do którego wróciłam z okazji wszystkich świętych. Teoretycznie tam też nie miałam czasu. Codziennie byli goście, raz spotkałam się z M. i T. na popijawie u mojej babci (w końcu dostałam swoje whiskey i milkę *.*), a wieczorami/nocą spotykałam się z P. na fajkę, jako, że musiałam się ukrywać z tym przed rodzicami. Ogólnie moja rodzina ma nas za parę. Babcia prawie zeszła na zawał jak postanowiłam z tego zażartować i przy stole rzuciłam, że jesteśmy zaręczone.
W niedzielę po świętach przyjechała moja kochana E. Jak zwykle trafiłam z prezentem (duży miś, którego wybrałam dla niej rzecz jasna z P.), więc mała była moja przez cały dzień. No i dzięki temu, nareszcie doczekałam chwili, że to nie moja siostra, tylko ja, stałam się, przynajmniej w oczach ciotki, kimś fajnym. No ale w końcu, to ja do nich jeżdżę, interesuję się, kupuję małej prezenty. Po prostu, staram się być dobrą chrzestną i dać jej wszystko to, czego ja ze strony swoich chrzestnych, nie dostałam.
I niby ciągle byłam zajęta, ciągle coś robiłam, ale w mojej głowie i sercu, włączył się ten magiczny guziczek włączający moje uczucia związane z tym co się stało. Myślałam, że się nie opanuję. Zaczynałam płakać w nieodpowiednich momentach, np. w pociągu, bo przypomniało mi się, jak ostatnim razem wracałam pociągiem do Kato i Pan X. po mnie przyszedł, jak mnie pocałował zaraz po wyjściu z ciuchci i jak później spędziliśmy naszą pierwszą wspólną noc. Zaczęłam też myśleć o tym wszystkim co się stało, co on zrobił, mając włączone emocje. No i zaczęłam wariować. Nie polepszał tej sprawy fakt, że dzień przed moim wyjazdem do domu, zadzwonił do mnie i chciał się umówić, żeby dać mi prezent, a ja obiecałam mu, że dam znać jak tylko wrócę. Tak więc jak zwykle, kiedy chciałam się zresetować na drugim końcu Polski, on musiał o sobie przypomnieć włączając mi tryb myślenia na niego. Cudownie.
Podróż do Kato, to była katorga. Nie dość, że w głowie był tylko Pan X. i milion wspomnień i pytań, to jeszcze moja walizka była praktycznie mojej wielkości i 3 razy cięższa, i nie było nikogo, kto by mi z nią pomógł, np. wysiadając z pociągu, czy wchodząc/schodząc po schodach w Krk. (bo tam miałam przesiadkę). Do Kato wróciłam więc zmordowana, ale nie miałam chwili żeby usiąść, bo byłam umówiona po klucze na stoisko (na drugi dzień miałam otwierać) i na piwo z P., G., i T.
Wpadłam więc do mieszkania, zmieniłam ciuchy i poleciałam na to piwo. Okazało się, że jest tam też K. Moja reakcja na tą informację była zabójcza. Rzuciłam tekstem: 'A po co?'. Ale w sumie było spoko. Powspominałyśmy z P. naszą halloweenową imprezę z chłopakami, pośmialiśmy się i mogłam spokojnie polecieć po klucze, a później do mieszkania, żeby chociaż trochę się wyspać. Na drugi dzień pracowałam. Kiedy skończyłam i wróciłam do mieszkania, byłam tak padnięta, że jedyne o czym myślałam, to żeby się położyć. I tak paląc sobie fajeczkę dla relaksu, odebrałam telefon od Pana X. Przeprosił, że nie odpisał (w trakcie piwa miałam tak wyborny humor, że go poinformowałam, że wróciłam), ale że chciałby się ze mną zobaczyć i kiedy mogę. W sumie to powiedziałam mu, że cały tydzień jestem zajęta. On chciał się ze mną spotkać na drugi dzień. Powiedziałam, ze się zastanowię. Po pół godzinie odpisałam mu, że ewentualnie możemy się zobaczyć koło 14. Byliśmy umówieni.
Tego dnia wyglądałam kwitnąco. Oczy zrobiłam w stylu Avril w Rock'n Roll, i włożyłam spódniczkę. Wiem jak bardzo podobają mu się moje nogi, a chciałam mu dokładnie zaprezentować co stracił.
Już z samego rana napisał do mnie, o której się widzimy. Po wielu niezgodnościach, zrezygnowałam z wykładu i umówiłam się z nim pod moim wydziałem. Dziwnie było go zobaczyć, a jeszcze dziwniej rozmawiać. Mój list wisiał nad nami jak chmura burzowa i czekał tylko na błyskawicę, żeby zagrzmieć. Nic takiego się jednak nie stało, a ja dostałam obiad (czyli wygranego hambsa) i jeden z najlepszych prezentów na świecie - najnowszą płytę BT (której podobno szukał w baardzo wielu miejscach, bo uparł się, że to musi być koniecznie ta), i muffinki od milki (bo ponoć jak tylko je zobaczył, to od razu pomyślał, że musi mi je kupić). Kiedy mi to dał, byłam tak uradowana, że pomimo tej całej żenującej sytuacji z listem, rzuciłam się wręcz na niego. I zaprosiłam na sernik i szarlotkę, które przywiozłam z domu (hehehehe jak zwykle był zajęty). W sumie było spoko. Było parę dziwnych momentów, jak np. kiedy skomplementował moje rajstopy (!), czy kiedy opowiadał mi historię Dantego, albo kiedy zadzwonił K. i zaprosiłam go do siebie, a Pan X. momentalnie się wtedy obraził.
Tak.
Namieszało to w mojej głowie. Teraz mam wolne od studiów i pracy i tak siedzę rozkminiając. Już zaczęłam nawet płakać. Chciałabym, żeby jutro do mnie się odezwał, bo chciałabym się z nim zobaczyć. W sumie jutro to jedyny dzień, kiedy mogę, a do końca roku chciałabym, żeby to wszystko się między nami tak poukładało, żeby było normalnie. Dałabym wszystko, żeby się odezwał, ale pewnie tak się nie stanie. No trudno.
Subskrybuj:
Posty (Atom)