poniedziałek, 29 kwietnia 2013

A Ty jakim zwierzakiem jesteś?

Jestem strusiem. Kiedy robi się źle, ja chowam głowę w piasek i uciekam od problemu. Wniosek więc nasuwa się sam - jestem najprawdziwszym strusiem.
Tym razem miałam możliwość, więc uciekłam do domu i teraz tego żałuję. Powinnam była zostać w Katowicach i porozmawiać z Panem X, bo najbliższa okazja ku temu pojawi się dopiero za około tydzień. Tak więc, czeka mnie mniej więcej 7 dni męki. I tu już nawet nie chodzi o to, że nie mogę wytrzymać, żeby powiedzieć mu co czuję (bo ciągle nie wiem czy powinnam, no i tym bardziej jak to zrobić), ale o to, że ja przeżywam teraz coś, czego nawet nie umiem nazwać. To nie jest kombo. A może jest? Spokojnie siedzę sobie, delektując się nudą i zaczynając mieć wyrzuty sumienia, że powinnam zabrać się za psychologię albo historię socjologii, kiedy nagle czuję, że mój brzuch pełny jest miliona fruwających jak szalone, motyli. Zaczynam więc myśleć o nim (to jest nieuniknione) i o tym jak mu powiem o tym, co czuję. I zaczynam wtedy płakać. A) ze wzruszenia, B) bo boli mnie to, że jedną z wersji tego co mu powiem jest to, że nie możemy się spotykać. Muszę się wtedy położyć krzyżem na podłodze i pokontemplować. Tylko, że to coraz mniej pomaga. Ciekawe, jak daleko to zajdzie przez tydzień. Jedno jest pewne. Nigdy nie czułam do nikogo tak dużo, jak czuję do niego. NIGDY. Nie wiedziałam nawet, że tak można. Dlatego teraz pozostaje podjąć mi decyzję, czy powiedzieć mu o tym wprost. Spytałam go ostatnio po raz kolejny czy powinnam. Usłyszałam, że jeżeli uważam, że to coś zmieni, to tak, a jeżeli nie, to żebym nie komplikowała sobie bardziej życia. Tylko skąd mam wiedzieć, czy to coś zmieni? To nie ode mnie zależy, bo gdyby tak było, to nie pisałabym tego teraz. Wszystko zależy od niego. Jak zawsze. Jestem taką laleczką, której on mówi co robić. Ale tak w sumie... mi to nie przeszkadza. Zawsze myślałam, że to ja jestem od dominowania. W poprzednim związku, rządziłam byłym tak, że teraz aż mi głupio. Ale jemu to pasowało. A teraz nie mam nic do powiedzenia i nie jest mi jakoś kosmicznie źle. Wręcz przeciwnie. I źle się wyraziłam. Oczywiście, że mam coś do powiedzenia, i to dużo, tylko to do niego należy ostateczna decyzja. I nawet jak ja mam szansę ją podjąć, to zawsze mu ją oddaję. Chyba po prostu znalazłam w nim kogoś silniejszego, kto może się mną zaopiekować jak prawdziwy mężczyzna, dlatego całą władzę powierzam mu.
No bo np. ten nieszczęsny K. Oczywiście, że odbyłam z nim rozmowę. Jasne, że ja go wyjebałam (w ogóle tego wieczoru wystąpiłam jako 'Miss Nothing - heartbreaker'). Ale czułam, że jest taki sam jak mój były, że za bardzo będę nim rządzić. A ja mam dosyć bycia mężczyzną w związku. MĘŻCZYZNĄ. Bardzo wrażliwa, potrzebująca czułości, drobna kobietka, była pytana o partnera zwrotem 'gdzie twoja kobieta?' (oczywiście tak w żartach, ale to idealnie pokazuje jak wyglądał mój poprzedni związek). I czuję, że z nim byłoby tak samo. I pozostaje też sprawa tego, że nie ufam mu już. Bo podczas rozmowy powiedział mi, że wie od początku o tym co czuję do Pana X. No cholera jasna. Kto się tak zachowuje? Już nie mówię, że powinien mi o tym powiedzieć (choć powinien), tylko, że wiedział też, że ja podobam się Panu X., a mimo to ciągle podbijał do mnie! Jaki przyjaciel tak robi ja się pytam?! Tak więc pomimo tego, że, jak powiedział pewnej Pani M., bardzo mnie kocha (creepy), to nic z tego nie będzie. Nie pomogą jego łzy (!), przekonywanie. Nie będę z kimś do kogo nic nie czuję, i komu nie będę potrafiła zaufać.

A czemu uciekłam? Właśnie przez sytuację z K. i Panem X. Bo myślałam, że kolejny raz mnie wyjebał. Słowo klucz - myślałam. Jak byłam pod Krakowem napisał mi smsa, że chce wiedzieć jaki miałam problem i zaproponował pomoc.
Nie wiem więc jak to z nami jest... Czy to że mu powiem coś zmieni? No bo skoro wie, co czuję i ciągle chce być przy mnie, pomagać mi itd. to czy to nic nie znaczy? U każdego normalnego człowieka pewnie by znaczyło, ale należy pamiętać, że On nie jest normalny!

Ale póki co, tyle dni przede mną. Może jednak rzucę się w wir nauki i zabiorę się za tą nieszczęsną psychologię, skoro tak bardzo chcę mieć 5? Może to pomoże mi zapomnieć? O ile będę mogła się skupić ;)

PS.
Jedna z 'piosenek mojego życia', która opisuje idealnie to co się dzieje w mojej głowie i sercu:
I'm trying to forget that I'm addicted to you!





 PS2.
 Może ja powinnam zmienić nazwę bloga za 'Pan X story'? Żarcik. W końcu kiedyś o nim zapomnę, albo przestanie być tak ważny. A blog zostanie ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz