1. Do pracy przyszedł M. Z piesełem.
2. Zadzwonił Pan X.
3. Obciągnęłam Panu X.
4. Na trzeźwo to było za dużo, więc najebałaś się z K.
5. Jest po 2, a ja dalej myślę o wszystkim, no bo kurwa...
\
Konkluzja: miłość romantyczną mogę mieć z M. ale jestem szmatą, więc seksy mam z Panem X. I jestem jego 'ulubioną dziwką'.
Kurwa. Można mieć bardziej pojebane życie?
środa, 26 listopada 2014
środa, 12 listopada 2014
Ktoś nowy.
W moim życiu pojawił się ktoś nowy. Mężczyzna. W końcu taki, który nie ma mentalności pięciolatka. Zraniony. Chciałam z nim coś fajnego stworzyć. Co więcej, wszystko się wspaniale układało. Nawet zaczęłam mieć nadzieję, że wyjdzie i że to jet to. Ale jak zwykle nie wyszło i jak zwykle uciekłam do Z. Niby do niczego między nami nie doszło, ale po dzisiejszym spotkaniu, to może być tylko kwestia czasu. Spieprzę sobie życie od nowa. Zrujnuję wszystko co zbudowałam. Czemu zamiast pójść dalej, spróbować poszukać szczęścia gdzieś indziej, ja wracam do tego gówna, w dodatku ze świadomością, że mnie to jeszcze bardziej zniszczy? Mnie to jakoś podnieca, czy coś, taka autodestrukcja?
Wiem, że jak z Z. coś się stanie, to nie będzie odwrotu. Po pierwsze ze względu na wyrzuty sumienia, a po drugie... bo tłumione we mnie uczucia wrócą. Nie będzie się liczyło nic, tylko on. Znowu.
Mojego Wspaniałego nie wiem jak zdobyć. Nie mam pojęcia. Spaliśmy razem, planowaliśmy coś i nagle się posypało. On zerwał kontakt całkowicie. A pisząc całkowicie, mam na myśli, że zaczął mnie unikać. Jestem tego pewna na milion procent. Nie zmuszę go do niczego. Nie zamierzam nawet się o to starać. Z tego co przeżyłam wiem, że to i tak nie wyjdzie. Muszę zapomnieć. Znowu. I przetrwać jakoś. Znowu. Mam nadzieję, że mnie to nie zabije. Heh, znowu.
Znowu, znowu, znowu, znowu, znowu, znowu i tak do usranej śmierci.
Wspaniale.
Wiem, że jak z Z. coś się stanie, to nie będzie odwrotu. Po pierwsze ze względu na wyrzuty sumienia, a po drugie... bo tłumione we mnie uczucia wrócą. Nie będzie się liczyło nic, tylko on. Znowu.
Mojego Wspaniałego nie wiem jak zdobyć. Nie mam pojęcia. Spaliśmy razem, planowaliśmy coś i nagle się posypało. On zerwał kontakt całkowicie. A pisząc całkowicie, mam na myśli, że zaczął mnie unikać. Jestem tego pewna na milion procent. Nie zmuszę go do niczego. Nie zamierzam nawet się o to starać. Z tego co przeżyłam wiem, że to i tak nie wyjdzie. Muszę zapomnieć. Znowu. I przetrwać jakoś. Znowu. Mam nadzieję, że mnie to nie zabije. Heh, znowu.
Znowu, znowu, znowu, znowu, znowu, znowu i tak do usranej śmierci.
Wspaniale.
niedziela, 12 października 2014
Podsumowanie dnia #1
Zacznę sobie podsumowywać dni, chociaż nigdy tego nie robiłam, a jakiś porządek w głowie muszę mieć.
- Frajer nie dzwonił, choć obiecywał
- Miałam mega wielkie kombo z M.
- Umówiłam się z M. na obiad <3
- Mam totalny rozpierdol w głowie i sercu, bo już nie wiem, co czuję
- K. była niezwykle pomocna w inwigilacji E.
- Byłam cały dzień w pracy i nic nie robiłam, poza krótką drzemką ;)
- Frajer nie dzwonił, choć obiecywał
- Miałam mega wielkie kombo z M.
- Umówiłam się z M. na obiad <3
- Mam totalny rozpierdol w głowie i sercu, bo już nie wiem, co czuję
- K. była niezwykle pomocna w inwigilacji E.
- Byłam cały dzień w pracy i nic nie robiłam, poza krótką drzemką ;)
piątek, 5 września 2014
Jest jak jest.
Wszyscy przeżyli. Ona już skraca moje imię, więc chyba jest dobrze. Plus ma faceta. Teoretycznie. A przynajmniej tak mówi o pewnym blondynie. Czyli super.
Nerwy mi przeszły, ale nie napisałam do niego, tak jak planowałam. On sam to zrobił zaraz następnego dnia. Spotkaliśmy się i ogólnie tęcza, szczeniaczki i jednorożce. Śmialiśmy się do siebie, tak beztrosko, jak za dawnych czasów. Bardzo bawiło go, że pracuję z E. Trochę też powspominaliśmy.
Ale nie zaprosił mnie do siebie.
Na drugi dzień ja zainicjowałam spotkanie. Poszliśmy do knajpy, gdzie pracuje P. Było dziwnie, tak z nią, ale i tak w dalszym ciągu słodko. Wracając, wybierał miejsca, do których chce ze mną pójść i tym razem miałam do niego wpaść, chociaż strasznie się migał od tego. Kiedy byłam już u niego, nie rzucił się na mnie. Podając mu pendriva bardzo długo go zabierał, miziając przy tym moje palce. Napięcie między nami było jak przed burzą. Później ja starałam się go dotykać swoim ramieniem, być blisko niego. Udało mi się, ale dalej nic się nie stało. Jedynie, wychodząc, kiedy chciałam się przytulić do niego, przyciągnął mnie do siebie w namiętny sposób i trzymał mocno w objęciach przez dłuższą chwilę. Oczywiście stwierdziłam, że trzeba uciec i wpierdoliłam się na drzwi. Brawo ja.
Nie rozumiem, dlaczego nic się nie dzieje. Ja wiem, że on coś komuś obiecał, ale żeby aż tak się tego trzymał? Serio to jest takie ważne dla niego? Wiem, że przyczyn dlaczego nic się nie stało jest kilka, 2 nawet są całkiem prawdopodobne i nie mają nic wspólnego z jego niedojebaniem mózgowym, ale no jednak nic nie wiem na pewno.
Z jednej strony cieszę się, że nie traktuje mnie już tylko jako obiektu seksualnego, ale z drugiej, dlaczego on już mnie nie chce w ten sposób? Damn. Tak źle i tak niedobrze.
I tęsknię za nim.
Niby wiem, że w sumie jest obok, że nasze relacje są teraz na prawdę piękne i może powoli coś zmienimy w dobrym kierunku, ale tak strasznie tęsknię. Włączam jego zdjęcie i dosłownie czuję miłość w sercu. Myślę o nim i o tym, jak kiedyś trzymał mnie za rękę i całował na środku chodnika, i mam to samo. To jednocześnie najlepsze i najgorsze uczucie. Najlepsze, bo to miłość w najczystszej i najpiękniejszej postaci. Najgorsze, bo nie umiem sobie wybaczyć, że tak to spierdoliłam i jest jak jest. Ale może będzie lepiej? Chciałabym.
Nerwy mi przeszły, ale nie napisałam do niego, tak jak planowałam. On sam to zrobił zaraz następnego dnia. Spotkaliśmy się i ogólnie tęcza, szczeniaczki i jednorożce. Śmialiśmy się do siebie, tak beztrosko, jak za dawnych czasów. Bardzo bawiło go, że pracuję z E. Trochę też powspominaliśmy.
Ale nie zaprosił mnie do siebie.
Na drugi dzień ja zainicjowałam spotkanie. Poszliśmy do knajpy, gdzie pracuje P. Było dziwnie, tak z nią, ale i tak w dalszym ciągu słodko. Wracając, wybierał miejsca, do których chce ze mną pójść i tym razem miałam do niego wpaść, chociaż strasznie się migał od tego. Kiedy byłam już u niego, nie rzucił się na mnie. Podając mu pendriva bardzo długo go zabierał, miziając przy tym moje palce. Napięcie między nami było jak przed burzą. Później ja starałam się go dotykać swoim ramieniem, być blisko niego. Udało mi się, ale dalej nic się nie stało. Jedynie, wychodząc, kiedy chciałam się przytulić do niego, przyciągnął mnie do siebie w namiętny sposób i trzymał mocno w objęciach przez dłuższą chwilę. Oczywiście stwierdziłam, że trzeba uciec i wpierdoliłam się na drzwi. Brawo ja.
Nie rozumiem, dlaczego nic się nie dzieje. Ja wiem, że on coś komuś obiecał, ale żeby aż tak się tego trzymał? Serio to jest takie ważne dla niego? Wiem, że przyczyn dlaczego nic się nie stało jest kilka, 2 nawet są całkiem prawdopodobne i nie mają nic wspólnego z jego niedojebaniem mózgowym, ale no jednak nic nie wiem na pewno.
Z jednej strony cieszę się, że nie traktuje mnie już tylko jako obiektu seksualnego, ale z drugiej, dlaczego on już mnie nie chce w ten sposób? Damn. Tak źle i tak niedobrze.
I tęsknię za nim.
Niby wiem, że w sumie jest obok, że nasze relacje są teraz na prawdę piękne i może powoli coś zmienimy w dobrym kierunku, ale tak strasznie tęsknię. Włączam jego zdjęcie i dosłownie czuję miłość w sercu. Myślę o nim i o tym, jak kiedyś trzymał mnie za rękę i całował na środku chodnika, i mam to samo. To jednocześnie najlepsze i najgorsze uczucie. Najlepsze, bo to miłość w najczystszej i najpiękniejszej postaci. Najgorsze, bo nie umiem sobie wybaczyć, że tak to spierdoliłam i jest jak jest. Ale może będzie lepiej? Chciałabym.
sobota, 30 sierpnia 2014
Rozpierdol
Zrobiłam rozpierdol stulecia i już nawet nie tylko w swoim życiu, ale też w życiu jego i jej. Dostałam pracę. Tam gdzie ona. I teoretycznie tego jeszcze nie wiem, bo się nie spotkałyśmy. Ale ona też już wie, a on wrócił, dowiedział się od niej i to był bodziec, żeby odezwać się do mnie. Sam z siebie tego nie zrobił. Oczywiście, oficjalnie nie wiem że ona mu powiedziała. Tylko co z tego skoro tak jest. Nie rozumiem, czemu mi tego nie powiedział. Znowu prowadzi jakąś grę, a ja nie wiem jak w nią grać. Nie mam już siły na to. Jak można jednocześnie kogoś kochać i nienawidzić tak bardzo jak ja jego? Tak bardzo chcę to wszystko zostawić, ale nie umiem. Już chyba milion razy próbowałam i się nie da.
A czemu nie tylko ja mam rozpierdol?
Otóż, on ma bo na pewno się boi spotkania ja-ona. Wie, że jestem zdolna do wszystkiego i nie wie co ja zrobię. A poza tym no kurwa. Spotkanie dwóch lasek, które się nienawidzą przez faceta nigdy nie kończy się dobrze. W sumie pierwszy raz nie umiem czegoś wyrazić, a właśnie teraz mam z tym problem.
Ona z kolei, też się mnie boi, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. I też z tego samego powodu. I nienawidzi.
Oboje wiedzą że jestem nieobliczalna, tylko kurwa póki co nic nie zrobię, bo niby co? Wyrzucę ją przez okno? Kurwa, ja nie wiem nawet jak mam się zachować jak ona wejdzie do sali....
A czemu nie tylko ja mam rozpierdol?
Otóż, on ma bo na pewno się boi spotkania ja-ona. Wie, że jestem zdolna do wszystkiego i nie wie co ja zrobię. A poza tym no kurwa. Spotkanie dwóch lasek, które się nienawidzą przez faceta nigdy nie kończy się dobrze. W sumie pierwszy raz nie umiem czegoś wyrazić, a właśnie teraz mam z tym problem.
Ona z kolei, też się mnie boi, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie. I też z tego samego powodu. I nienawidzi.
Oboje wiedzą że jestem nieobliczalna, tylko kurwa póki co nic nie zrobię, bo niby co? Wyrzucę ją przez okno? Kurwa, ja nie wiem nawet jak mam się zachować jak ona wejdzie do sali....
niedziela, 24 sierpnia 2014
Niewidzialna masochistka.
Podobno stricte z miłości nie da się umrzeć. Cóż, chyba będę pierwszym takim przypadkiem. Położę się i umrę, a później będzie 'stwierdzono zgon, bo umarła'. I tyle.
Nie umiem już wytrzymać. Po tym, jak wróciłam do domu, gdzie chwilę było dobrze, później źle, później dobrze to teraz znowu jest źle. Nie umiem wytrzymać bez rozmawiania z nim. Fakt, może jest na swojej wyprawie i nie ma zasięgu, albo rozładowany telefon, ale kurwa ja tęsknię. Jak to się stało, że z dnia na dzień stałam się dla niego niczym? Jakbym była niewidzialna. To boli. Wiem, że nie warto poświęcić całego swojego życia na to uczucie do niego, bo on nigdy tego nie doceni, ale nie umiem inaczej. I nie potrafię wykrzesać takich uczuć do kogoś innego - to jest w tym wszystkim najgorsze. Kocham go całym serduszkiem i nie jestem w stanie przestać, pomimo, że zdaję sobie sprawę, że to głupie bo jedyne co robi, to mnie krzywdzi. Ciągle jest dla mnie najważniejszym człowiekiem na ziemi i jak miałabym wybierać, to zawsze wybrałabym jego. Wiem, że nigdy nie będziemy razem i przeraża mnie wizja spędzenia całego życia w samotności. Tak, w samotności, bo skoro nie mogę mieć jego, to nie chcę nikogo innego. W sumie, jak już zauważyłam, to nie potrafię być z kimś innym.
To jest straszne.
Tak bardzo go potrzebuję, a on tego nie widzi. Nie dostrzega niczego. Emocjonalnie jestem dla niego niczym, ale jednocześnie chciałby, żebym była kucharką w kuchni, damą w salonie i dziwką w sypialni. Oczywiście tylko jego. Bo on może ruchać co mu się pod penisa nawinie, a ja muszę to ścierpieć i być świętsza od papieża.
Kurwa to nawet nie on mnie poniża, tylko ja to robię sama sobie.
Nie wiem czy to już to wspominałam, ale tylko masochistka mogłaby kochać takiego egoistę. Koniec, kropka.
wtorek, 5 sierpnia 2014
Wybaczenie
Do tej pory żyłam w przekonaniu, że wybaczyć i zapomnieć to dwie różne sprawy. Wybaczyć można przy odrobinie wysiłku zawsze, a zapomnieć nie. Dzisiaj jednak pomyślałam sobie 'gówno prawda'. Są rzeczy, których nie da się po prostu wybaczyć, bo ciągle o nich pamiętasz, ciągle to wraca i ciągle pali tą samą mieszanką bólu i żalu. Nie umiem mu wybaczyć tego, że wziął Ewę na wesele. Nie umiem. Mógł wziąć mnie, mógł wziąć każdą inną, a wziął ją. Wybaczyłam mu że z nią sypiał. Wybaczyłam wszystko, ale tego nie umiem. Może gdybym rozumiała to, co on miał w głowie wtedy i wiedziała jak to wszystko wyglądało, byłoby inaczej. Może bym wybaczyła. Teraz nie umiem. Rozmyślam w ogóle o tym, bo znowu się widzieliśmy i w miarę normalnie ze sobą rozmawiamy, pomimo tego co wcześniej powiedział on i co powiedziałam ja. Kolejny raz planowałam to skończyć, jak tylko zobaczyłam jego i Agnieszkę idących do niej do mieszkania. Nikogo innego nie spotkam w tej 'metropolii' tylko oczywiście jego. To się robi chore. W sumie śledziłam ich trochę, bo nie byłam pewna czy to oni, bo nie włożyłam okularów, ale w końcu spytałam go sms'em czy wrócił i to potwierdził, więc... Heh to był głupi dzień. Dostałam wtedy propozycję seksu za pieniądze. Ot tak. Siedząc na ławce, paląc fajkę i gadając przez telefon. Czy ja wyglądam jak dziwka? Adam twierdzi, że nie. Ja też. Więc o co kurwa chodzi?! To również był ten dzień kiedy, powiedziałam temu kretynowi, że ja się już nie staram, kończę to i nara, oraz ten dzień, kiedy cały spokój runął. Płakałam, krzyczałam, cięłam się, wbijałam nożyczki w udo.
Po niecałym tygodniu zadzwonił do mnie i spotkaliśmy się. Nie mam pojęcia po co i co to było, bo najpierw nie chciało mu się przyjść do galerii (pracowałam), bo miał za daleko, po czym nagle mu się odmieniło i przyszedł. W naszej rozmowie nawiązywał wiele razy do seksu, a tekstem 'nie wierzę Ci że jesteś spokojna, bo nie jesteś, a na pewno nie jak cię rżnę. Wtedy nie zachowujesz się jak spokojna osoba i na pewno nie wydajesz takich dźwięków', to mnie zabił. Dostałam kurwicy macicy. Dosłownie. Wiem, że to było wulgarne, ale strasznie mnie podjarało... Gdyby nie to, że brałam go na dystans (dlatego byłam spokojna, a nie dlatego, że jak sądził, byłam po imprezie, stąd moje 'dziwne' zachowanie) to pewnie nie poszłabym do pracy, albo rzuciła się na niego np. na schodach, kiedy mnie dźgał. On też był strasznie napalony, bo strasznie nie chciał żebym szła do pracy, a nawet pytał kilka razy czy nie mogę sobie odpuścić. I następnego dnia miałam na niego taką ochotę, że gdyby nie to, że znowu go spotkałam z Agnieszką, to bym do niego napisała. A tak, to się tylko popłakałam i zaczęłam bać, że pojechał z nią do domu. Dzięki Bogu, obawy były tylko zwykłym strachem, bo 2 dni później nie wytrzymałam i umówiłam się z nim na obiad. Oczywiście, zaproponował, żebym do niego wpadła, rzecz jasna się zgodziłam i wszystko potoczyło się jak zwykle. Zaśmiałam mu się jeszcze w twarz, kiedy spytał czy wiem, że to nic nie zmienia. Chyba go zaskoczyłam. I dobrze. Liczy się to, że dostałam tego, czego chciałam, czyli ostrego seksu na stole z wykorzystaniem jego paska od spodni po raz pierwszy, i pocałunku. A teraz dopóki znowu mi się nie zechce, niech spada. Nie wybaczę mu tego wesela. Wszystko tak. Każdą bliznę na moim ciele, każdy połamany fragment mojego serduszka, każdy uszczerbek na zdrowiu, każdą łzę, wszystko, wszystko... Pamiętam to też doskonale. Ale wesela mu nie daruję.
Po niecałym tygodniu zadzwonił do mnie i spotkaliśmy się. Nie mam pojęcia po co i co to było, bo najpierw nie chciało mu się przyjść do galerii (pracowałam), bo miał za daleko, po czym nagle mu się odmieniło i przyszedł. W naszej rozmowie nawiązywał wiele razy do seksu, a tekstem 'nie wierzę Ci że jesteś spokojna, bo nie jesteś, a na pewno nie jak cię rżnę. Wtedy nie zachowujesz się jak spokojna osoba i na pewno nie wydajesz takich dźwięków', to mnie zabił. Dostałam kurwicy macicy. Dosłownie. Wiem, że to było wulgarne, ale strasznie mnie podjarało... Gdyby nie to, że brałam go na dystans (dlatego byłam spokojna, a nie dlatego, że jak sądził, byłam po imprezie, stąd moje 'dziwne' zachowanie) to pewnie nie poszłabym do pracy, albo rzuciła się na niego np. na schodach, kiedy mnie dźgał. On też był strasznie napalony, bo strasznie nie chciał żebym szła do pracy, a nawet pytał kilka razy czy nie mogę sobie odpuścić. I następnego dnia miałam na niego taką ochotę, że gdyby nie to, że znowu go spotkałam z Agnieszką, to bym do niego napisała. A tak, to się tylko popłakałam i zaczęłam bać, że pojechał z nią do domu. Dzięki Bogu, obawy były tylko zwykłym strachem, bo 2 dni później nie wytrzymałam i umówiłam się z nim na obiad. Oczywiście, zaproponował, żebym do niego wpadła, rzecz jasna się zgodziłam i wszystko potoczyło się jak zwykle. Zaśmiałam mu się jeszcze w twarz, kiedy spytał czy wiem, że to nic nie zmienia. Chyba go zaskoczyłam. I dobrze. Liczy się to, że dostałam tego, czego chciałam, czyli ostrego seksu na stole z wykorzystaniem jego paska od spodni po raz pierwszy, i pocałunku. A teraz dopóki znowu mi się nie zechce, niech spada. Nie wybaczę mu tego wesela. Wszystko tak. Każdą bliznę na moim ciele, każdy połamany fragment mojego serduszka, każdy uszczerbek na zdrowiu, każdą łzę, wszystko, wszystko... Pamiętam to też doskonale. Ale wesela mu nie daruję.
piątek, 18 lipca 2014
Happily never after.
Nigdy nie należy czekać zbyt długo. Ja zwlekałam z rozmową na temat dwóch słów, 9 liter, które Z. powiedział do mnie. Jak się to skończyło? Cóż, na pewno nie tak jakbym chciała. Albo udawał, że nie pamięta, albo zapomniał, tak czy inaczej wszystko przepadło. Tym razem nasza rozmowa była troszeczkę inna, bo pomimo, że powiedział, że nic się nie zmienia i nie będzie mi nic tłumaczył. Spodziewałam się od niego 'co było to było', 'nie, bo nic do ciebie nie czuję' (to drugie to już standard), ale żadne z tych zdań nie padło. Wyszło na to, że nie chce związku. I tyle. Więc nie jesteśmy, i wbrew temu co mówiłam, nie będziemy nigdy razem. Co gorsze, ja nie czuję od tamtego czasu zupełnie nic. Kiedy ze mną o tym rozmawiał, poszłam do łazienki i zwymiotowałam. Sprowokowałam wymioty, bo było mi tak niedobrze, ale od tamtego momentu jest we mnie jakaś dziwna pustka. Nie uśmiecham się za często, ale nie siedzę i nie płaczę. Było kilka momentów, w których chciałam, ba powinnam, się wzruszyć, ale do tego nie doszło. Boję się, że potnę się znowu tylko dlatego, żeby poczuć ból, skoro nie poczułam go po jego stracie. Albo żeby poczuć cokolwiek. Boję się też, że pewnego dnia coś się stanie, i mój cały spokój przemieni się w popiół, bo wszystkie podświadomie gromadzone emocje wybuchną, siejąc przy tym zniszczenia na ogromną skalę.
wtorek, 1 lipca 2014
Nowy plan.
Mam pomysł. I jestem strasznie podekscytowana tym, że wracam do formy w knuciu.
Wczoraj miałam wielką kłótnię z rodzicami. W sumie skończyło się na tym, że nie mam już rodziców, a co za tym idzie, nie wracam do domu, a z kolei w konsekwencji tego, nie dostaję pieniędzy. Oczywiście podzieliłam się tym z moim najlepszym przyjacielem, który teraz chce mi pomóc, ale nie wie jak. Dobrze, że ja wiem.
Tak sobie myślę... Wrócę do domu. I go tam zaproszę. Tym razem powinien przyjechać, bo będę samotna, bez jakichkolwiek znajomych w pobliżu, z koszmarną atmosferą w domu i z brakiem możliwości wcześniejszego powrotu, jeśli chcę dostać pieniądze. Będę też po wypłacie, więc zaoferuję, że kupię mu bilet powrotny. Nie może się nie zgodzić. Plan idealny. Tym sposobem będę go miała koło siebie przez kilka dni i kto wie, może się zbliżymy jeszcze bardziej?
Po nocy, kiedy nie odpisywał mi na smsy i nie odbierał moich telefonów, czym doprowadził mnie do stanu przedzawałowego, stwierdziłam, że plan z publicznym upokorzeniem może chwilę zaczekać, bo jeżeli to zrobię w tym momencie, to będę tego żałować. Muszę wykorzystać wszystkie szanse, o które się wręcz potykam, żeby być pewną, że nic więcej nie mogę już zrobić i czas to wszystko zakończyć.
Wczoraj miałam wielką kłótnię z rodzicami. W sumie skończyło się na tym, że nie mam już rodziców, a co za tym idzie, nie wracam do domu, a z kolei w konsekwencji tego, nie dostaję pieniędzy. Oczywiście podzieliłam się tym z moim najlepszym przyjacielem, który teraz chce mi pomóc, ale nie wie jak. Dobrze, że ja wiem.
Tak sobie myślę... Wrócę do domu. I go tam zaproszę. Tym razem powinien przyjechać, bo będę samotna, bez jakichkolwiek znajomych w pobliżu, z koszmarną atmosferą w domu i z brakiem możliwości wcześniejszego powrotu, jeśli chcę dostać pieniądze. Będę też po wypłacie, więc zaoferuję, że kupię mu bilet powrotny. Nie może się nie zgodzić. Plan idealny. Tym sposobem będę go miała koło siebie przez kilka dni i kto wie, może się zbliżymy jeszcze bardziej?
Po nocy, kiedy nie odpisywał mi na smsy i nie odbierał moich telefonów, czym doprowadził mnie do stanu przedzawałowego, stwierdziłam, że plan z publicznym upokorzeniem może chwilę zaczekać, bo jeżeli to zrobię w tym momencie, to będę tego żałować. Muszę wykorzystać wszystkie szanse, o które się wręcz potykam, żeby być pewną, że nic więcej nie mogę już zrobić i czas to wszystko zakończyć.
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Nikt tylko ty - Bukowski.
NIKT TYLKO TY
nikt nie może cię uratować, tylko
ty sam.
raz po raz będziesz lądował
w prawie niemożliwych
sytuacjach.
tamci raz po raz będą próbowali
podstępem, ukradkiem i
siłą
zmusić cię, żebyś uległ, dał za wygraną i (lub) po cichu umarł
w sobie.
nikt nie może cię uratować, tylko
ty sam
i niewiele trzeba, żeby ci się to nie udało,
całkiem niewiele
ale śpiesz się, śpiesz się, śpiesz.
po prostu ich obserwuj.
słuchaj co mówią.
tym właśnie chcesz być?
istotą bez umysłu i serca?
chcesz jeszcze przed śmiercią
zaznać śmierci?
nikt nie może cię uratować, tylko
ty sam
a wart jesteś uratowania.
niełatwo będzie zwyciężyć w twojej wojnie
ale jeśli w ogóle coś warto wygrać
to właśnie ją.
pomyśl o tym.
pomyśl, jak siebie uratować.
siebie z ducha.
siebie z brzucha.
śpiewającego, magicznego
pięknego siebie.
uratuj go.
nie wstępuj do klubu martwych duchem.
pielęgnuj siebie
z humorem i gracją
a w końcu
jeżeli zajdzie potrzeba
rzuć własne życie na szalę
i mniejsza o to, jakie masz szanse, mniejsza o
cenę.
tylko ty sam możesz się
uratować
zrób to! zrób!
a wtedy dokładnie zrozumiesz, o czym
mówię.
I coraz częściej myślę, że nie mogę się uratować, i że już wstąpiłam do klubu martwych duchem. Nie mam siły. Nie mam rodziców. Nie mam nic.
nikt nie może cię uratować, tylko
ty sam.
raz po raz będziesz lądował
w prawie niemożliwych
sytuacjach.
tamci raz po raz będą próbowali
podstępem, ukradkiem i
siłą
zmusić cię, żebyś uległ, dał za wygraną i (lub) po cichu umarł
w sobie.
nikt nie może cię uratować, tylko
ty sam
i niewiele trzeba, żeby ci się to nie udało,
całkiem niewiele
ale śpiesz się, śpiesz się, śpiesz.
po prostu ich obserwuj.
słuchaj co mówią.
tym właśnie chcesz być?
istotą bez umysłu i serca?
chcesz jeszcze przed śmiercią
zaznać śmierci?
nikt nie może cię uratować, tylko
ty sam
a wart jesteś uratowania.
niełatwo będzie zwyciężyć w twojej wojnie
ale jeśli w ogóle coś warto wygrać
to właśnie ją.
pomyśl o tym.
pomyśl, jak siebie uratować.
siebie z ducha.
siebie z brzucha.
śpiewającego, magicznego
pięknego siebie.
uratuj go.
nie wstępuj do klubu martwych duchem.
pielęgnuj siebie
z humorem i gracją
a w końcu
jeżeli zajdzie potrzeba
rzuć własne życie na szalę
i mniejsza o to, jakie masz szanse, mniejsza o
cenę.
tylko ty sam możesz się
uratować
zrób to! zrób!
a wtedy dokładnie zrozumiesz, o czym
mówię.
I coraz częściej myślę, że nie mogę się uratować, i że już wstąpiłam do klubu martwych duchem. Nie mam siły. Nie mam rodziców. Nie mam nic.
środa, 25 czerwca 2014
Bardzo negatywnie.
Niedobrze mi. Już rzygam tym wszystkim. Czemu dawanie sobie spokoju jest takie ciężkie w moim wypadku? I to nie chodzi o to, że nie umiem sobie powiedzieć 'wyjebane', bo to jest proste. Gorzej z tym, że ja cierpię fizycznie. Mdli mnie, wszystko mnie doprowadza do szału i płaczu, nie umiem się na niczym skupić, nie śpię po nocach. W dodatku ciągle myślę jedynie o tym gównie i nie umiem przestać. Nie zdam roku przez to i tyle będzie.
Dzisiaj zawiodłam się jeszcze bardziej na tym człowieku i to mnie dobiło. Miał się odezwać - nie zrobił tego. Ile to zajmuje, żeby napisać głupiego smsa? To jest takie trudne? Mogę się założyć o milion złotych, że na rudą szmatę miał czas. No właśnie. Zawsze jak tylko o tym pomyślę, to zaczyna mnie mdlić.
Jestem też wkurwiona na siebie. Nie rozumiem, czemu całe moje życie kręci się wokół niego i dlaczego do tej pory nie umiałam tego zakończyć. To nie jest zdrowe, ale ja na prawdę nie potrafię zrzucić go z piedestału i podeptać. Nawet jak już go upokorzę publicznie, to później będę w takim samym stanie jak jestem teraz i pewnie po jakimś czasie jeszcze go przeproszę. Ja muszę coś zrobić ze sobą, bo tak dłużej na prawdę być nie może.
Dzisiaj zawiodłam się jeszcze bardziej na tym człowieku i to mnie dobiło. Miał się odezwać - nie zrobił tego. Ile to zajmuje, żeby napisać głupiego smsa? To jest takie trudne? Mogę się założyć o milion złotych, że na rudą szmatę miał czas. No właśnie. Zawsze jak tylko o tym pomyślę, to zaczyna mnie mdlić.
Jestem też wkurwiona na siebie. Nie rozumiem, czemu całe moje życie kręci się wokół niego i dlaczego do tej pory nie umiałam tego zakończyć. To nie jest zdrowe, ale ja na prawdę nie potrafię zrzucić go z piedestału i podeptać. Nawet jak już go upokorzę publicznie, to później będę w takim samym stanie jak jestem teraz i pewnie po jakimś czasie jeszcze go przeproszę. Ja muszę coś zrobić ze sobą, bo tak dłużej na prawdę być nie może.
niedziela, 22 czerwca 2014
Zemsta.
Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno. Cóż, mam nadzieję, bo od kiedy jestem suką, posiadam niewiele ciepła.
Planuję się delektować jej każdym kęsem, przeżuwać go powoli i dokładnie, obserwując wszystko dookoła. Wiem, że ma to niewiele wspólnego z nie patrzeniem wstecz, ale co ja na to poradzę, że coś we mnie znowu zaskoczyło i powróciła rządna zemsty, pełna nienawiści istota. Taki mały szatan, dążący do publicznego upokorzenia człowieka, na którym tak bardzo mi kiedyś zależało, którego tak kochałam. Za nim polecą wszystkie jego wielbicielki, które próbowały mi go zabrać. Nikt nie zostanie żywy na tym polu bitwy, poza mną i wszystkimi, którzy są za mną, a szczerze mówiąc, trochę się tych osób nazbierało. Powiedzenie wszystkim o moim małym sekrecie przyniosło niesamowity efekt - nie dość, że wszyscy nasi wspólni znajomi stracili do niego szacunek (w sumie to nie tylko wspólni znajomi), ale mam też swoich własnych szpiegów. Czuję się jak generał.
Z dnia na dzień narasta we mnie poczucie nienawiści i tylko czekam, aż osiągnie ono swoje apogeum. W sumie myślę, że to się stanie już niedługo.
Brak mi ostatnio cierpliwości do otaczającego mnie świata i ludzi. Dosyć mam już kłamstw tego człowieka. Chociaż raz mógłby powiedzieć prawdę, bo on i tak wie, że ja wiem (albo się dowiem) i wychodzi tylko na idiotę. Wszystko mnie irytuje i najchętniej nie wychodziłabym z pokoju, żeby uniknąć niepotrzebnych stresów. Tak się we mnie poprzestawiało od wieczoru, kiedy się naćpałam. Raz się pomyliłam w wyborze i od tego czasu jestem innym człowiekiem. No może niezupełnie. Po prostu wróciłam stara ja. I to nie jest bezpieczne. Ale, że tak zacytuję 'no matter how long you try to be good, you can't keep a bad girl dowan'.
A zemsta... Cóż, myślę, że jest to dosyć krwawe i bolesne pragnienie pierwotne każdego człowieka.
Planuję się delektować jej każdym kęsem, przeżuwać go powoli i dokładnie, obserwując wszystko dookoła. Wiem, że ma to niewiele wspólnego z nie patrzeniem wstecz, ale co ja na to poradzę, że coś we mnie znowu zaskoczyło i powróciła rządna zemsty, pełna nienawiści istota. Taki mały szatan, dążący do publicznego upokorzenia człowieka, na którym tak bardzo mi kiedyś zależało, którego tak kochałam. Za nim polecą wszystkie jego wielbicielki, które próbowały mi go zabrać. Nikt nie zostanie żywy na tym polu bitwy, poza mną i wszystkimi, którzy są za mną, a szczerze mówiąc, trochę się tych osób nazbierało. Powiedzenie wszystkim o moim małym sekrecie przyniosło niesamowity efekt - nie dość, że wszyscy nasi wspólni znajomi stracili do niego szacunek (w sumie to nie tylko wspólni znajomi), ale mam też swoich własnych szpiegów. Czuję się jak generał.
Z dnia na dzień narasta we mnie poczucie nienawiści i tylko czekam, aż osiągnie ono swoje apogeum. W sumie myślę, że to się stanie już niedługo.
Brak mi ostatnio cierpliwości do otaczającego mnie świata i ludzi. Dosyć mam już kłamstw tego człowieka. Chociaż raz mógłby powiedzieć prawdę, bo on i tak wie, że ja wiem (albo się dowiem) i wychodzi tylko na idiotę. Wszystko mnie irytuje i najchętniej nie wychodziłabym z pokoju, żeby uniknąć niepotrzebnych stresów. Tak się we mnie poprzestawiało od wieczoru, kiedy się naćpałam. Raz się pomyliłam w wyborze i od tego czasu jestem innym człowiekiem. No może niezupełnie. Po prostu wróciłam stara ja. I to nie jest bezpieczne. Ale, że tak zacytuję 'no matter how long you try to be good, you can't keep a bad girl dowan'.
A zemsta... Cóż, myślę, że jest to dosyć krwawe i bolesne pragnienie pierwotne każdego człowieka.
czwartek, 12 czerwca 2014
Wielki powrót!
-Jak tam problemy miłosne?
(chwila ciszy)
-Nie ma.
-No ale jak to, nie ma już żadnej rudej, Baśki, Kaśki, Aśki?
-Ewy. Nie ma.
-No widzisz!
-Chodzi o to, że nie ma, bo jego nie ma.
Wracam do pisania. To jest coś co lubię. Po długiej przerwie, ale jestem. Sama dla siebie. Nareszcie.
Od ostatniego wpisu wydarzyło się niemalże wszystko. Była miłość, radość, cierpienie, strach, nerwy, poczucie bezpieczeństwa, zazdrość, nowe znajomości, szalone akcje, niewiara we własne życie, łzy, krew, pot, pustka, poczucie beznadziejności i bezsensu istnienia, wiele przemyśleń, nowe spojrzenie na świat, ja w wersji zimna suka, ja w wersji słodsza niż miód. Widać nadal nie wiem kim jestem, ale powoli próbuję się w sobie odnaleźć. Tym razem zupełnie sama. Muszę się tego nauczyć, ale małymi kroczkami mam nadzieję, że mi się to uda. Nie będę wracać do minionych wspomnień, bo i tak niewiele pamiętam (co, gdzie, kiedy), ani do historii. Czas rozpocząć wszystko od nowa. Miałam przeczucie, że coś się stanie i jestem pewna, że już to nastąpiło. Nie wiem co. Po prostu coś. I czuję, że muszę to wszystko za sobą zostawić i nigdy nie oglądać się za siebie.
(chwila ciszy)
-Nie ma.
-No ale jak to, nie ma już żadnej rudej, Baśki, Kaśki, Aśki?
-Ewy. Nie ma.
-No widzisz!
-Chodzi o to, że nie ma, bo jego nie ma.
Wracam do pisania. To jest coś co lubię. Po długiej przerwie, ale jestem. Sama dla siebie. Nareszcie.
Od ostatniego wpisu wydarzyło się niemalże wszystko. Była miłość, radość, cierpienie, strach, nerwy, poczucie bezpieczeństwa, zazdrość, nowe znajomości, szalone akcje, niewiara we własne życie, łzy, krew, pot, pustka, poczucie beznadziejności i bezsensu istnienia, wiele przemyśleń, nowe spojrzenie na świat, ja w wersji zimna suka, ja w wersji słodsza niż miód. Widać nadal nie wiem kim jestem, ale powoli próbuję się w sobie odnaleźć. Tym razem zupełnie sama. Muszę się tego nauczyć, ale małymi kroczkami mam nadzieję, że mi się to uda. Nie będę wracać do minionych wspomnień, bo i tak niewiele pamiętam (co, gdzie, kiedy), ani do historii. Czas rozpocząć wszystko od nowa. Miałam przeczucie, że coś się stanie i jestem pewna, że już to nastąpiło. Nie wiem co. Po prostu coś. I czuję, że muszę to wszystko za sobą zostawić i nigdy nie oglądać się za siebie.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Stało się
Przestałam pisać. Nie wiem czemu. Nie wiem czy do tego wrócę. Tyle się dzieje, a ja nie mam ochoty na spisywanie tego. Najbardziej boli, że moje wspomnienia odchodzą w zapomnienie. Kiedyś umiałam rzucać wydarzeniami z przeszłości z dokładnymi datami, a teraz niczego nie umiem umiejscowić w czasie. Od ostatniego poważnego wpisu zdałam poprawki, zrobiłam pierwszy w życiu test ciążowy i miałam kilka poważnych rozmów. I co? Nic.
Nic też nie czuję. Nie kocham już chyba Pana X. Jedyne co mnie przy nim trzyma to przywiązanie. Jestem zimna i bez uczuć. W zeszły wtorek uprawialiśmy seks, przy czym dla niego to coś chyba znaczyło, a dla mnie nic. Nawet nie byłam w stanie podejść do niego i go objąć po wszystkim, kiedy siedział jak mały, zraniony chłopczyk, na drugim końcu pokoju. Coś się we mnie zmieniło i jeżeli tu jeszcze wrócę, to najpierw muszę to w sobie naprawić.
Nic też nie czuję. Nie kocham już chyba Pana X. Jedyne co mnie przy nim trzyma to przywiązanie. Jestem zimna i bez uczuć. W zeszły wtorek uprawialiśmy seks, przy czym dla niego to coś chyba znaczyło, a dla mnie nic. Nawet nie byłam w stanie podejść do niego i go objąć po wszystkim, kiedy siedział jak mały, zraniony chłopczyk, na drugim końcu pokoju. Coś się we mnie zmieniło i jeżeli tu jeszcze wrócę, to najpierw muszę to w sobie naprawić.
czwartek, 20 marca 2014
Rozmyślania na temat...
Miałam całkiem sporą przerwę w pisaniu. Przez ten czas tyle się wydarzyło... Ale nie mam siły o tym myśleć. Nie mam siły myśleć o niczym. Nawet nie mam siły pisać. Robię to tylko dlatego, że muszę, bo nie radzę sobie sama ze sobą. Znowu.
Za mną ciężkie chwile, a przede mną jeszcze cięższe. Muszę zostawić za sobą całą przeszłość i iść dalej, a nie potrafię. Muszę zaniechać jakiegokolwiek kontaktu z Panem X. Zero spotkań, smsów, telefonów. Nic. I nie mogę się ugiąć. I wiem, że tego nie zrobię, bo nie umiem. Ale wiem też, że nie ma innego wyjścia. I teraz nie wiem jak żyć. Czemu to wszystko jest takie ciężkie i nie ma żadnego sensu? Pierdzielnęłabym tym wszystkim, położyła się i umarła. Albo cofnęła czas. Cokolwiek, bylebym nie musiała być w tej sytuacji i czuć tego, co czuję. A co to jest, to nie wiem. Nic nie wiem. Wszystko jest chujowe i chcę, żeby się skończyło. Na dobre.
Za mną ciężkie chwile, a przede mną jeszcze cięższe. Muszę zostawić za sobą całą przeszłość i iść dalej, a nie potrafię. Muszę zaniechać jakiegokolwiek kontaktu z Panem X. Zero spotkań, smsów, telefonów. Nic. I nie mogę się ugiąć. I wiem, że tego nie zrobię, bo nie umiem. Ale wiem też, że nie ma innego wyjścia. I teraz nie wiem jak żyć. Czemu to wszystko jest takie ciężkie i nie ma żadnego sensu? Pierdzielnęłabym tym wszystkim, położyła się i umarła. Albo cofnęła czas. Cokolwiek, bylebym nie musiała być w tej sytuacji i czuć tego, co czuję. A co to jest, to nie wiem. Nic nie wiem. Wszystko jest chujowe i chcę, żeby się skończyło. Na dobre.
poniedziałek, 24 lutego 2014
Let me in your room....
Mam nową piosenkę, którą mogłabym zaśpiewać Panu X. - 'In your room', Halestorm.
Widzieliśmy się wczoraj. Jak planowałam, napisałam do niego, czy nie poszedłby ze mną do silesii. Nie odpisał. Poszłam więc sama. Po drodze zadzwonił do mnie i powiedział, że już tam jest, i że po mnie wyjdzie. Zgodziłam się, ale miałam okropny humor. Trochę chciałam go pobić i nie wiem za co. Zauważył, że jestem dziwna, ale ja sama nie rozumiałam swojego zachowania, więc nie potrafiłam mu wyjaśnić, co się właściwie ze mną dzieje. Cały czas miałam straszne huśtawki nastrojów - raz się śmiałam, a raz go opierdalałam za to, że istnieje. W końcu kupiłam buty, połaziłam z nim po galerii i zebraliśmy się do powrotu. Zaskoczyłam go, że pracuję. Chyba liczył, że pójdziemy do niego i, że mnie przerżnie tak, jak oboje tego chcieliśmy. Niestety, było to niemożliwe. Myślałam, że może umówimy się na wieczór, ale okazało się, że jego ciocia wraca. Odprowadził mnie jednak do galerii, posiedział chwilę ze mną i poszłam do pracy. No i się popłakałam.
Dzisiaj moim największym marzeniem było go spotkać. Nie wiedziałam jednak jak to zrobić, tym bardziej, że nie jestem pewna jego planu. Poszłam więc pozałatwiać swoje sprawy. Wracałam co prawda drogą okrężną, ale go nie spotkałam. Do czasu. To był po prostu znak od wszechświata, że to jest ten dzień, żeby z nim porozmawiać. On wracał z całkiem innej strony i spotkaliśmy się przy wejściu na osiedle. Zaczekał chwile na mnie, a ja podeszłam do niego ze łzami w oczach. Nie wiedział co mi jest i chciał się dowiedzieć, ale kolejny raz nie umiałam mu odpowiedzieć na to pytanie. Zaprosił mnie więc na herbatę. Wiedziałam, co się wydarzy, ale poszłam. I to była dobra decyzja.
Zaczął całować mnie już w kuchni. Tak mi tego strasznie brakowało przez te parę dni... Następnie przeszliśmy do jego pokoju. Zaczął się do mnie dobierać i wtedy... zadzwonił mój telefon. Padre. No nic, odebrałam, a Pan X... dobierał się do mnie dalej! Było niesamowicie. W ogóle nie mogłam się skupić na rozmowie. W końcu skończyłam rozmawiać i przeszliśmy z Pięknym do konkretów. Było mi tak cudownie! Nie doszłam, ale za tym właśnie tęskniłam. Powiedział mi nawet, że jestem w tym dobra. Heh, może coś w tym jest, bo powiedział to sam z siebie. A później wszystko popsuł mówiąc, że to nie jest na zawsze. Następnie ja się popłakałam. I to tak bardzo. Był zdezorientowany. Też bym pewnie była. Znowu chciał wiedzieć co się stało, a ja kolejny raz nie umiałam mu wytłumaczyć. Cóż. Później napisałam mu esemesa. Przeprosiłam go, że był świadkiem mojego płaczu, i zaproponowałam wyłączność, bo jestem na tabletkach, i że chroni mnie to jedynie przed ciążą. Ja nie jestem jego, on nie jest mój. Kolegujemy się i uprawiamy seks. Odpowiedział mi. Oczywiście była to negatywna odpowiedź. Powiedział, że jeśli tak o tym myślę, to nie chce już więcej tego robić ze mną, bo ma ostatnio trochę problemów ze sobą. Spytałam go więc, czy powie mi o co chodzi. Odpowiedział, że wszystkiego nie może mi powiedzieć, ale powie mi, że to że się znowu po tym wszystkim rozpłakałam dało mu do myślenia. Zaczęłam go więc zapewniać, że jedno nie miało z drugim nic wspólnego itd. Powiedziałam mu też jedną z piękniejszych rzeczy - że bardzo chciałabym mu pomóc, bo on mi pomógł nie raz, ale musiałby mi na to pozwolić. Podziękował mi i powiedział, że to jest coś, co musi zrobić sam. Z biednej, pokrzywdzonej mnie, nagle to on zrobił się małym, bezbronnym chłopcem. I ja mu pomogę. Obiecałam to sobie. I tak odniosłam spory sukces, że przebiłam się przez tą skorupę w której siedzi. Jestem z siebie zadowolona. No i wiem, że nie chce mnie skrzywdzić. Teraz jak czytam kolejny raz te wiadomości, zastanawiam się, czy to nie ja go skrzywdziłam. Zaproponowałam mu prosty układ, który on sam mi proponował w zeszłym roku. No nic, jutro chcę się z nim spotkać i pogadać. Nie wiem o czym, ale tak zrobię :p
Widzieliśmy się wczoraj. Jak planowałam, napisałam do niego, czy nie poszedłby ze mną do silesii. Nie odpisał. Poszłam więc sama. Po drodze zadzwonił do mnie i powiedział, że już tam jest, i że po mnie wyjdzie. Zgodziłam się, ale miałam okropny humor. Trochę chciałam go pobić i nie wiem za co. Zauważył, że jestem dziwna, ale ja sama nie rozumiałam swojego zachowania, więc nie potrafiłam mu wyjaśnić, co się właściwie ze mną dzieje. Cały czas miałam straszne huśtawki nastrojów - raz się śmiałam, a raz go opierdalałam za to, że istnieje. W końcu kupiłam buty, połaziłam z nim po galerii i zebraliśmy się do powrotu. Zaskoczyłam go, że pracuję. Chyba liczył, że pójdziemy do niego i, że mnie przerżnie tak, jak oboje tego chcieliśmy. Niestety, było to niemożliwe. Myślałam, że może umówimy się na wieczór, ale okazało się, że jego ciocia wraca. Odprowadził mnie jednak do galerii, posiedział chwilę ze mną i poszłam do pracy. No i się popłakałam.
Dzisiaj moim największym marzeniem było go spotkać. Nie wiedziałam jednak jak to zrobić, tym bardziej, że nie jestem pewna jego planu. Poszłam więc pozałatwiać swoje sprawy. Wracałam co prawda drogą okrężną, ale go nie spotkałam. Do czasu. To był po prostu znak od wszechświata, że to jest ten dzień, żeby z nim porozmawiać. On wracał z całkiem innej strony i spotkaliśmy się przy wejściu na osiedle. Zaczekał chwile na mnie, a ja podeszłam do niego ze łzami w oczach. Nie wiedział co mi jest i chciał się dowiedzieć, ale kolejny raz nie umiałam mu odpowiedzieć na to pytanie. Zaprosił mnie więc na herbatę. Wiedziałam, co się wydarzy, ale poszłam. I to była dobra decyzja.
Zaczął całować mnie już w kuchni. Tak mi tego strasznie brakowało przez te parę dni... Następnie przeszliśmy do jego pokoju. Zaczął się do mnie dobierać i wtedy... zadzwonił mój telefon. Padre. No nic, odebrałam, a Pan X... dobierał się do mnie dalej! Było niesamowicie. W ogóle nie mogłam się skupić na rozmowie. W końcu skończyłam rozmawiać i przeszliśmy z Pięknym do konkretów. Było mi tak cudownie! Nie doszłam, ale za tym właśnie tęskniłam. Powiedział mi nawet, że jestem w tym dobra. Heh, może coś w tym jest, bo powiedział to sam z siebie. A później wszystko popsuł mówiąc, że to nie jest na zawsze. Następnie ja się popłakałam. I to tak bardzo. Był zdezorientowany. Też bym pewnie była. Znowu chciał wiedzieć co się stało, a ja kolejny raz nie umiałam mu wytłumaczyć. Cóż. Później napisałam mu esemesa. Przeprosiłam go, że był świadkiem mojego płaczu, i zaproponowałam wyłączność, bo jestem na tabletkach, i że chroni mnie to jedynie przed ciążą. Ja nie jestem jego, on nie jest mój. Kolegujemy się i uprawiamy seks. Odpowiedział mi. Oczywiście była to negatywna odpowiedź. Powiedział, że jeśli tak o tym myślę, to nie chce już więcej tego robić ze mną, bo ma ostatnio trochę problemów ze sobą. Spytałam go więc, czy powie mi o co chodzi. Odpowiedział, że wszystkiego nie może mi powiedzieć, ale powie mi, że to że się znowu po tym wszystkim rozpłakałam dało mu do myślenia. Zaczęłam go więc zapewniać, że jedno nie miało z drugim nic wspólnego itd. Powiedziałam mu też jedną z piękniejszych rzeczy - że bardzo chciałabym mu pomóc, bo on mi pomógł nie raz, ale musiałby mi na to pozwolić. Podziękował mi i powiedział, że to jest coś, co musi zrobić sam. Z biednej, pokrzywdzonej mnie, nagle to on zrobił się małym, bezbronnym chłopcem. I ja mu pomogę. Obiecałam to sobie. I tak odniosłam spory sukces, że przebiłam się przez tą skorupę w której siedzi. Jestem z siebie zadowolona. No i wiem, że nie chce mnie skrzywdzić. Teraz jak czytam kolejny raz te wiadomości, zastanawiam się, czy to nie ja go skrzywdziłam. Zaproponowałam mu prosty układ, który on sam mi proponował w zeszłym roku. No nic, jutro chcę się z nim spotkać i pogadać. Nie wiem o czym, ale tak zrobię :p
sobota, 22 lutego 2014
Brnę w to dalej
Jest cudownie. Cała szyja boli mnie od Jego ukąszeń, na ramionach mam malinki, a moje piersi wyglądają jak dwie biedronki, z powodu pozostałych odcisków jego palców... A nawet nie uprawialiśmy jeszcze seksu.
Tylko dlaczego pośród idealnego życia, jest mi jakoś tak... źle?
Cała historia zaczęła się we wtorek. Byłam w pracy. Zadzwonił do mnie, no i... się nie umówiliśmy. A tak na to liczyłam. Nawet ładniej się ubrałam. Spytał po prostu o której kończę. Odpowiedziałam, pożegnaliśmy się i przez resztę zmiany miałam mega kombo. Bardzo chciałam do niego napisać i się z nim umówić, ale postanowiłam poczekać do 15. Obstawiłam, że wtedy na pewno będzie już w Kato, a i ja będę po pracy i mooooże coś wyjdzie. Było mi głupio, że to ja nalegam na spotkanie, ale co miałam robić? Po tym jak zadzwonił, mój spokój wewnętrzny runął. Na pół godziny przed końcem zmiany, w momencie, kiedy prawie mdlałam ze stresu przed wysłaniem mu wiadomości, pojawił się jak gdyby nigdy nic przy moim stoisku. Patrzył na mnie swoimi kocimi oczami i przysięgam, miał taki wzrok, że prawie się rozpłynęłam. Pogadaliśmy chwilę, zaproponowałam mu obiad i został by ze mną te 20 minut, ale w momencie, kiedy się umawialiśmy przyszedł mój kierownik. No i Piękny poszedł do mieszkania, ale obiecał, że przyjdzie po mnie o 15. Siedziałam jak na szpilkach. Spóźniał się. Zdążyłam jeszcze skoczyć do łazienki, żeby poprawić dekolt :D Wracając, czekał już na mnie na ławce. Zdecydowaliśmy, że nie jemy w galerii. Zaproponował mi knajpę, gdzie niedawno była jego mama z chłopakiem. Wydało mi się to bardzo urocze, a prawie wzruszyłam się w momencie, kiedy z kieszeni wyciągnął... jeden z kuponów, który mu zrobiłam! Taki na 3 życzenia. Jednym z nich był właśnie obiad. Po drodze, dał mi do zrozumienia, że zapomniał, że były walentynki, a ja powiedziałam mu, że z nikim ich nie spędziłam. Drugie życzenie wykorzystał, kiedy siedzieliśmy w restauracji. Chciał zobaczyć moje 'ciekawe' zdjęcia. Nie miałam wyjścia. Sama mu dałam te kupony, ale już wtedy czułam, że coś się wydarzy. Później poszliśmy do sklepu, i po wyjściu z niego, ja już byłam tego pewna. Zaczęliśmy rozmawiać o bieliźnie, którą sobie niedawno kupiłam. Zażądał, żebym mu ją pokazała, a w ogóle najlepiej to zrobiła mu pokaz mody. Widziałam ten błysk w jego oczach, kiedy powiedziałam mu, że mam ją teraz na sobie.
Oczywiście, powiedziałam, że może sobie jedynie pomarzyć o tym, że mu się w niej pokażę.
Kiedy byliśmy już na osiedlu, zaproponował, żebym poszła do niego na moment, bo na później był już umówiony z kolegami. Pomyślałam, czemu nie, zobaczę, co się stanie dalej. Weszliśmy do niego. On poszedł do łazienki, a ja usiadłam przy stole. Nie na kanapie, jak to miałam w zwyczaju, ale przy stole. Przyszedł, usiadł koło mnie, zaczął grać na gitarze. W pewnym momencie odstawił gitarę i przysunął swoje krzesło bliżej mojego. Położył mi palec na kolanie i zaczął nim stukać. Cała zaczęłam drżeć w środku z nerwów i czegoś jeszcze. Później po coś wyszedł do kuchni, a ja chciałam uciec z tego mieszkania. Bałam się, bo wiedziałam, co się za chwilę stanie. Głupio by tak było zebrać się i wyjść, podeszłam więc do okna, myśląc, że to bezpieczne miejsce. Po chwili stanął za mną tak blisko, że czułam jego oddech na szyi. Zaczęłam pleść bez sensu, a on zaczął mnie łaskotać. Powiedziałam, że tak nie można. Wtedy zaczął mnie całować po szyi i pytać czy tak można. Odpowiedziałam, że nie, ale nic nie zrobiłam bo nie miałam siły protestować. To było tak przyjemne, że do tej pory, kiedy o tym myślę, robi mi się gorąco. Nagle poczułam, że rozpina mi koszulę, a następnie, że kładzie dłonie na moich piersiach. Ciągle powtarzałam, że to złe, i że nie możemy. W końcu odwrócił mnie w swoją stronę i pocałował. Z początku nie oddałam mu pocałunku. Później popłynęłam. Posadził mnie na parapecie i zaczęliśmy się całować jak szaleni. Pamiętam swoje dłonie w jego włosach i to, jak w pewnym momencie mnie podniósł, zaczął nieść w stronę łóżka i szeptał 'pocałuj mnie'. To było niesamowite. Kiedy położył mnie na łóżku, zakomunikowałam, że nic z tego czego on chce, nie będzie. Oczywiście nie wierzył i spytał czemu. Odpowiedziałam, że spóźnił się jeden dzień. Był zdezorientowany i lekko przestraszony. Czyżby zrozumiał to tak, że spotykam się z kimś innym? I bardzo dobrze. O to mi chodziło. W końcu załapał, że mam okres. Obiecałam mu siebie za kilka dni. Ale wtedy też ładnie się pobawiliśmy. Po wszystkim poszłam do łazienki, a on za mną. Powiedział, że dawno to robił, bo dawno u niego byłam. No i wtedy walnęłam coś w stylu 'no ja tam nie wiem, ja czy jakaś inna, co ci za różnica'. Zatkało go. Powiedział, że nie rozumie. Nie chciałam powtórzyć, więc wyszedł z łazienki. Zastałam go siedzącego na kanapie. Podeszłam. Rozmawialiśmy o czymś. Położyłam mu ręce na ramionach. Nie zrzucił ich. Przytulił się do mnie. Położyłam mu dłonie na głowie i tak przytulaliśmy się przez chwilę. To było cudowne. Później położyliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać o innych ludziach. Powiedział, że nie rozumie niektórych facetów. Opowiedziałam, że każdy ma swoje, a on odparł, że racja i w sumie on nie powinien się wypowiadać na takie tematy. Wtedy to ja jemu przyznałam rację. I w sumie później prawie się pokłóciliśmy. Skończyło się jednak dobrze, bo powiedział, że wolałby tu zostać niż iść do kolegów, a później zaproponował, żebym go odprowadziła.
Do mieszkania wróciłam jak skowronek. Dawno byłam tak szczęśliwa.
Chciałam się z nim spotkać w środę. Sprawdziłam jego plan, ale niestety, ten co mam jest jakiś ruski, bo okazało się, że ma jeszcze zajęcia. Cóż. Nie odpisał mi, ale oddzwonił godzinę później informując mnie o mojej pomyłce (znaczy nie całkiem, bo on nie wie, że ja mam jego plan), mówiąc, że jest strasznie głodny i zmęczony, bo wczoraj balował z kolegą całą noc. Nie umówiliśmy się więc. Poszłam za to do R. Chyba nie mam za bardzo o czym z nią rozmawiać.
W czwartek, pięknie się z nim minęłam w galerii. Ale dowiedziałam się o tym później, od mojej agentki K., która z ekscytacją poinformowała mnie, że go widziała, jak przechodził koło naszego standu i że patrząc prosto na nią z rozczarowaną miną, minął go. Liczył, że ja tam będę. Napisałam więc do niego wieczorem. Przecież chciał mnie zobaczyć, to to nie było głupie. Tym bardziej, że nie wiedział, że ja wiem, że on był. Nie mógł się jednak spotkać, bo czekał na ciocię. A przynajmniej tak mi powiedział. Poszłam więc do K. i przegadałyśmy 4 albo 5 godzin.
A wczoraj do mnie zadzwonił. Chciał skoczyć coś jeść. Byłam już po obiedzie, bo poszłam na pizze z ludźmi z grupy, no ale jemu odmówię? Umówiliśmy się koło standu. Zadzwoniłam do K. żeby powiedziała ustalone przez nas słowo, jeżeli faktycznie to był on w czwartek (bo koniec końców nie byłyśmy pewne). Czekałyśmy na niego, aż w końcu przyszedł. Słowo padło. Poszliśmy do burger kinga. Jadąc po schodach, ugryzł mnie w ramię. Zrobiło mi się gorąco. Kiedy zjedliśmy, poszliśmy do marketu, bo czegoś potrzebował. Po drodze, spytał, co robimy jak wyjdziemy stamtąd. Odparłam, że nie wiem. Zaproponował, żebyśmy poszli do niego, bo bardzo chce mnie rozebrać. Powiedziałam, że jeszcze nie może. Nie przeszkadzało mu to i chciał rozebrać mnie tylko do połowy. No i tak się stało. Weszliśmy do niego do mieszkania. Zauważyłam książkę leżącą pod lustrem. Zaczęłam się śmiać bo dotyczyła alkoholizmu. Powiedział, że to nie jego, tylko znajomej z pedagogiki resocjalizacyjnej. Mi się od razu włączył tryb FBI i humor mi się popsuł. Przestałam być pewna tego, że frajerka jest na innej. I have to know it!
Tak czy inaczej, z nieszczęśliwą miną stanęłam w drzwiach kuchni, gdzie on coś robił. Byłam przygaszona. Chyba tego nie zauważył, bo w końcu podszedł do mnie i zaczął mnie całować. I tak oto, chwilę później rozebrał mnie po raz kolejny. Zrobiliśmy co zrobiliśmy, umówiliśmy się na seks w niedzielę, a po wszystkim, znowu leżeliśmy koło siebie. On prawie śpiąc, gładził mnie po skórze, a ja nieśmiało się przytulałam do niego. Jeszcze nie wiem na ile mogę sobie pozwolić. W końcu wstaliśmy i poszedł zrobić mi grzańca. Było tak ładnie, i wtedy zadzwonił B. Nie wiedziałam po co, bo nie odebrałam, rzuciłam telefonem na stół, powiedziałam na głos, że nie mam czasu i wróciłam do robienia wina. Widziałam, że był spięty. Ja też nie miałam humoru. Po tym jak zobaczyłam tą książkę, jakoś ta cała magia prysła. Zauważył, że coś jest nie tak. Powiedziałam, że jestem zmęczona, ale jak już wróciłam do domu, napisałam, że kłamałam, ale nie powiedziałam o co mi chodziło.
On wie, że ja dalej coś do niego czuję. Powiedziałam mu nawet, że był czas, kiedy wyobrażałam sobie jego śmierć. Oczywiście pytał czemu, co zrobił, ale odpowiedziałam, że nie chcę z nim o tym rozmawiać.
No, i tak to wygląda. Już bardzo chcę jutra. Nie tylko dlatego, że jestem napalona jak królik na wiosnę, ale po prostu jakoś tak liczę, że coś się stanie, coś się zmieni.
Tylko dlaczego pośród idealnego życia, jest mi jakoś tak... źle?
Cała historia zaczęła się we wtorek. Byłam w pracy. Zadzwonił do mnie, no i... się nie umówiliśmy. A tak na to liczyłam. Nawet ładniej się ubrałam. Spytał po prostu o której kończę. Odpowiedziałam, pożegnaliśmy się i przez resztę zmiany miałam mega kombo. Bardzo chciałam do niego napisać i się z nim umówić, ale postanowiłam poczekać do 15. Obstawiłam, że wtedy na pewno będzie już w Kato, a i ja będę po pracy i mooooże coś wyjdzie. Było mi głupio, że to ja nalegam na spotkanie, ale co miałam robić? Po tym jak zadzwonił, mój spokój wewnętrzny runął. Na pół godziny przed końcem zmiany, w momencie, kiedy prawie mdlałam ze stresu przed wysłaniem mu wiadomości, pojawił się jak gdyby nigdy nic przy moim stoisku. Patrzył na mnie swoimi kocimi oczami i przysięgam, miał taki wzrok, że prawie się rozpłynęłam. Pogadaliśmy chwilę, zaproponowałam mu obiad i został by ze mną te 20 minut, ale w momencie, kiedy się umawialiśmy przyszedł mój kierownik. No i Piękny poszedł do mieszkania, ale obiecał, że przyjdzie po mnie o 15. Siedziałam jak na szpilkach. Spóźniał się. Zdążyłam jeszcze skoczyć do łazienki, żeby poprawić dekolt :D Wracając, czekał już na mnie na ławce. Zdecydowaliśmy, że nie jemy w galerii. Zaproponował mi knajpę, gdzie niedawno była jego mama z chłopakiem. Wydało mi się to bardzo urocze, a prawie wzruszyłam się w momencie, kiedy z kieszeni wyciągnął... jeden z kuponów, który mu zrobiłam! Taki na 3 życzenia. Jednym z nich był właśnie obiad. Po drodze, dał mi do zrozumienia, że zapomniał, że były walentynki, a ja powiedziałam mu, że z nikim ich nie spędziłam. Drugie życzenie wykorzystał, kiedy siedzieliśmy w restauracji. Chciał zobaczyć moje 'ciekawe' zdjęcia. Nie miałam wyjścia. Sama mu dałam te kupony, ale już wtedy czułam, że coś się wydarzy. Później poszliśmy do sklepu, i po wyjściu z niego, ja już byłam tego pewna. Zaczęliśmy rozmawiać o bieliźnie, którą sobie niedawno kupiłam. Zażądał, żebym mu ją pokazała, a w ogóle najlepiej to zrobiła mu pokaz mody. Widziałam ten błysk w jego oczach, kiedy powiedziałam mu, że mam ją teraz na sobie.
Oczywiście, powiedziałam, że może sobie jedynie pomarzyć o tym, że mu się w niej pokażę.
Kiedy byliśmy już na osiedlu, zaproponował, żebym poszła do niego na moment, bo na później był już umówiony z kolegami. Pomyślałam, czemu nie, zobaczę, co się stanie dalej. Weszliśmy do niego. On poszedł do łazienki, a ja usiadłam przy stole. Nie na kanapie, jak to miałam w zwyczaju, ale przy stole. Przyszedł, usiadł koło mnie, zaczął grać na gitarze. W pewnym momencie odstawił gitarę i przysunął swoje krzesło bliżej mojego. Położył mi palec na kolanie i zaczął nim stukać. Cała zaczęłam drżeć w środku z nerwów i czegoś jeszcze. Później po coś wyszedł do kuchni, a ja chciałam uciec z tego mieszkania. Bałam się, bo wiedziałam, co się za chwilę stanie. Głupio by tak było zebrać się i wyjść, podeszłam więc do okna, myśląc, że to bezpieczne miejsce. Po chwili stanął za mną tak blisko, że czułam jego oddech na szyi. Zaczęłam pleść bez sensu, a on zaczął mnie łaskotać. Powiedziałam, że tak nie można. Wtedy zaczął mnie całować po szyi i pytać czy tak można. Odpowiedziałam, że nie, ale nic nie zrobiłam bo nie miałam siły protestować. To było tak przyjemne, że do tej pory, kiedy o tym myślę, robi mi się gorąco. Nagle poczułam, że rozpina mi koszulę, a następnie, że kładzie dłonie na moich piersiach. Ciągle powtarzałam, że to złe, i że nie możemy. W końcu odwrócił mnie w swoją stronę i pocałował. Z początku nie oddałam mu pocałunku. Później popłynęłam. Posadził mnie na parapecie i zaczęliśmy się całować jak szaleni. Pamiętam swoje dłonie w jego włosach i to, jak w pewnym momencie mnie podniósł, zaczął nieść w stronę łóżka i szeptał 'pocałuj mnie'. To było niesamowite. Kiedy położył mnie na łóżku, zakomunikowałam, że nic z tego czego on chce, nie będzie. Oczywiście nie wierzył i spytał czemu. Odpowiedziałam, że spóźnił się jeden dzień. Był zdezorientowany i lekko przestraszony. Czyżby zrozumiał to tak, że spotykam się z kimś innym? I bardzo dobrze. O to mi chodziło. W końcu załapał, że mam okres. Obiecałam mu siebie za kilka dni. Ale wtedy też ładnie się pobawiliśmy. Po wszystkim poszłam do łazienki, a on za mną. Powiedział, że dawno to robił, bo dawno u niego byłam. No i wtedy walnęłam coś w stylu 'no ja tam nie wiem, ja czy jakaś inna, co ci za różnica'. Zatkało go. Powiedział, że nie rozumie. Nie chciałam powtórzyć, więc wyszedł z łazienki. Zastałam go siedzącego na kanapie. Podeszłam. Rozmawialiśmy o czymś. Położyłam mu ręce na ramionach. Nie zrzucił ich. Przytulił się do mnie. Położyłam mu dłonie na głowie i tak przytulaliśmy się przez chwilę. To było cudowne. Później położyliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać o innych ludziach. Powiedział, że nie rozumie niektórych facetów. Opowiedziałam, że każdy ma swoje, a on odparł, że racja i w sumie on nie powinien się wypowiadać na takie tematy. Wtedy to ja jemu przyznałam rację. I w sumie później prawie się pokłóciliśmy. Skończyło się jednak dobrze, bo powiedział, że wolałby tu zostać niż iść do kolegów, a później zaproponował, żebym go odprowadziła.
Do mieszkania wróciłam jak skowronek. Dawno byłam tak szczęśliwa.
Chciałam się z nim spotkać w środę. Sprawdziłam jego plan, ale niestety, ten co mam jest jakiś ruski, bo okazało się, że ma jeszcze zajęcia. Cóż. Nie odpisał mi, ale oddzwonił godzinę później informując mnie o mojej pomyłce (znaczy nie całkiem, bo on nie wie, że ja mam jego plan), mówiąc, że jest strasznie głodny i zmęczony, bo wczoraj balował z kolegą całą noc. Nie umówiliśmy się więc. Poszłam za to do R. Chyba nie mam za bardzo o czym z nią rozmawiać.
W czwartek, pięknie się z nim minęłam w galerii. Ale dowiedziałam się o tym później, od mojej agentki K., która z ekscytacją poinformowała mnie, że go widziała, jak przechodził koło naszego standu i że patrząc prosto na nią z rozczarowaną miną, minął go. Liczył, że ja tam będę. Napisałam więc do niego wieczorem. Przecież chciał mnie zobaczyć, to to nie było głupie. Tym bardziej, że nie wiedział, że ja wiem, że on był. Nie mógł się jednak spotkać, bo czekał na ciocię. A przynajmniej tak mi powiedział. Poszłam więc do K. i przegadałyśmy 4 albo 5 godzin.
A wczoraj do mnie zadzwonił. Chciał skoczyć coś jeść. Byłam już po obiedzie, bo poszłam na pizze z ludźmi z grupy, no ale jemu odmówię? Umówiliśmy się koło standu. Zadzwoniłam do K. żeby powiedziała ustalone przez nas słowo, jeżeli faktycznie to był on w czwartek (bo koniec końców nie byłyśmy pewne). Czekałyśmy na niego, aż w końcu przyszedł. Słowo padło. Poszliśmy do burger kinga. Jadąc po schodach, ugryzł mnie w ramię. Zrobiło mi się gorąco. Kiedy zjedliśmy, poszliśmy do marketu, bo czegoś potrzebował. Po drodze, spytał, co robimy jak wyjdziemy stamtąd. Odparłam, że nie wiem. Zaproponował, żebyśmy poszli do niego, bo bardzo chce mnie rozebrać. Powiedziałam, że jeszcze nie może. Nie przeszkadzało mu to i chciał rozebrać mnie tylko do połowy. No i tak się stało. Weszliśmy do niego do mieszkania. Zauważyłam książkę leżącą pod lustrem. Zaczęłam się śmiać bo dotyczyła alkoholizmu. Powiedział, że to nie jego, tylko znajomej z pedagogiki resocjalizacyjnej. Mi się od razu włączył tryb FBI i humor mi się popsuł. Przestałam być pewna tego, że frajerka jest na innej. I have to know it!
Tak czy inaczej, z nieszczęśliwą miną stanęłam w drzwiach kuchni, gdzie on coś robił. Byłam przygaszona. Chyba tego nie zauważył, bo w końcu podszedł do mnie i zaczął mnie całować. I tak oto, chwilę później rozebrał mnie po raz kolejny. Zrobiliśmy co zrobiliśmy, umówiliśmy się na seks w niedzielę, a po wszystkim, znowu leżeliśmy koło siebie. On prawie śpiąc, gładził mnie po skórze, a ja nieśmiało się przytulałam do niego. Jeszcze nie wiem na ile mogę sobie pozwolić. W końcu wstaliśmy i poszedł zrobić mi grzańca. Było tak ładnie, i wtedy zadzwonił B. Nie wiedziałam po co, bo nie odebrałam, rzuciłam telefonem na stół, powiedziałam na głos, że nie mam czasu i wróciłam do robienia wina. Widziałam, że był spięty. Ja też nie miałam humoru. Po tym jak zobaczyłam tą książkę, jakoś ta cała magia prysła. Zauważył, że coś jest nie tak. Powiedziałam, że jestem zmęczona, ale jak już wróciłam do domu, napisałam, że kłamałam, ale nie powiedziałam o co mi chodziło.
On wie, że ja dalej coś do niego czuję. Powiedziałam mu nawet, że był czas, kiedy wyobrażałam sobie jego śmierć. Oczywiście pytał czemu, co zrobił, ale odpowiedziałam, że nie chcę z nim o tym rozmawiać.
No, i tak to wygląda. Już bardzo chcę jutra. Nie tylko dlatego, że jestem napalona jak królik na wiosnę, ale po prostu jakoś tak liczę, że coś się stanie, coś się zmieni.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Relaks, powrót i niejasna przyszłość :(
Na prawdę nie powinnam go kochać. Niby nic się nie stało, a jednak taka właśnie myśl przyszła mi do głowy. Nie umiem mu po prostu zaufać. I chociaż jesteśmy umówieni na jutro, to czuję, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Nie ważne, co mówią mi moje horoskopy (tak, jestem głupia i czytam takie rzeczy), albo przeczucia, że tym razem jednak z nią nie jest. Gdzieś w środku nadal siedzi we mnie obraz jego i jej idących razem i nie potrafię tego zapomnieć. Wybaczyłam, owszem, ale nie zapomniałam, bo jedno nijak nie łączy się z drugim. Może to jest ten moment, kiedy go sobie odpuszczam i jestem gotowa się tylko kolegować? Jakoś tak właśnie czuję, ale część mnie tego nie chce. Wolę się trzymać tego, że go kocham i wierzyć w to, że za 20 lat w końcu może będziemy razem, niż zacząć spotykać się z innymi. Nie pojmuję tego.
Wróciłam z powrotem do Kato. Pobyt w domu był niezwykle relaksujący. Stwierdziłam również, że... ja chyba tęsknię za rodzicami. Tak jakoś, nie bardzo chciałam wracać. Gdyby nie praca, to chyba bym jeszcze została. Z drugiej jednak strony, po jednej z rozmów z mamą, zauważyłam ile poświęciła dla mnie, i chyba jednak muszę skończyć te studia... No bo tak: nie dostała się do Zabrza na medycynę. Odpuściła całkiem i złożyła papiery do Lublina, bo tam miała bliżej. Kiedy spytałam jej, czemu nie została przy tym Zabrzu, nie odwoływała się jakoś, czy nie poszła do jakiejś innej szkoły tutaj, odpowiedziała, że gdyby to zrobiła, to kto by się mną zajmował wtedy? Myślałam, że się popłaczę. Ale na drugie, co jej za różnica była, skoro jej i tak nie było, tylko wychowywała mnie babcia? Dałaby mnie do żłobka, czy coś... Anyway, zobaczyłam ile rzeczy odpuściła dla mnie i skończę te studia. Nie dla siebie, tylko chyba bardziej dla niej.
O walentynkach nie powiem za dużo. Nie robiłam absolutnie nic nadzwyczajnego - ot, dzień jak co dzień. Obejrzałam parę seriali, przeleżałam prawie cały dzień, bo byłam chora i tak jakoś zleciało.
Nie umawiałam się z nikim, bo z góry powiedziałam, że ja się w ten dzień nie umawiam. Spotkałam się więc z T. (pomimo, że w sumie chyba nie chciałam, ale co miałam robić?) dzień później. Pojechaliśmy do miasta, postawił mi gofera, pogadaliśmy chwilę i odwiózł mnie do domu. Po drodze kupiłam mamie wino, więc po kąpielach zasiadłyśmy na kanapie z kieliszkami i wypiłyśmy całą butelkę. To był pierwszy wieczór, kiedy udało mi się zasnąć w miarę normalnie. Chyba muszę pić więcej alkoholu na noc... :p
I tak oto zakończyły się moje ferie. Jestem znowu w Kato, znowu pracuję, chodzę na uczelnię i żyję w świecie swoich problemów, których nie umiem rozwiązać. Mam cichą nadzieję, że w końcu dostanę odpowiedzi na wszystkie pytania, a Pan X. przestanie mi się śnić po nocach.
No nic, zobaczę co się stanie jutro... Ale chyba mam już tak minimalnie wyjebane...
Wróciłam z powrotem do Kato. Pobyt w domu był niezwykle relaksujący. Stwierdziłam również, że... ja chyba tęsknię za rodzicami. Tak jakoś, nie bardzo chciałam wracać. Gdyby nie praca, to chyba bym jeszcze została. Z drugiej jednak strony, po jednej z rozmów z mamą, zauważyłam ile poświęciła dla mnie, i chyba jednak muszę skończyć te studia... No bo tak: nie dostała się do Zabrza na medycynę. Odpuściła całkiem i złożyła papiery do Lublina, bo tam miała bliżej. Kiedy spytałam jej, czemu nie została przy tym Zabrzu, nie odwoływała się jakoś, czy nie poszła do jakiejś innej szkoły tutaj, odpowiedziała, że gdyby to zrobiła, to kto by się mną zajmował wtedy? Myślałam, że się popłaczę. Ale na drugie, co jej za różnica była, skoro jej i tak nie było, tylko wychowywała mnie babcia? Dałaby mnie do żłobka, czy coś... Anyway, zobaczyłam ile rzeczy odpuściła dla mnie i skończę te studia. Nie dla siebie, tylko chyba bardziej dla niej.
O walentynkach nie powiem za dużo. Nie robiłam absolutnie nic nadzwyczajnego - ot, dzień jak co dzień. Obejrzałam parę seriali, przeleżałam prawie cały dzień, bo byłam chora i tak jakoś zleciało.
Nie umawiałam się z nikim, bo z góry powiedziałam, że ja się w ten dzień nie umawiam. Spotkałam się więc z T. (pomimo, że w sumie chyba nie chciałam, ale co miałam robić?) dzień później. Pojechaliśmy do miasta, postawił mi gofera, pogadaliśmy chwilę i odwiózł mnie do domu. Po drodze kupiłam mamie wino, więc po kąpielach zasiadłyśmy na kanapie z kieliszkami i wypiłyśmy całą butelkę. To był pierwszy wieczór, kiedy udało mi się zasnąć w miarę normalnie. Chyba muszę pić więcej alkoholu na noc... :p
I tak oto zakończyły się moje ferie. Jestem znowu w Kato, znowu pracuję, chodzę na uczelnię i żyję w świecie swoich problemów, których nie umiem rozwiązać. Mam cichą nadzieję, że w końcu dostanę odpowiedzi na wszystkie pytania, a Pan X. przestanie mi się śnić po nocach.
No nic, zobaczę co się stanie jutro... Ale chyba mam już tak minimalnie wyjebane...
wtorek, 11 lutego 2014
Zaufanie
Chyba muszę mu zaufać, ale za bardzo się tego boję. Oboje mamy teraz ferie, on już wrócił do domu, ja jeszcze nie. Historia nauczyła mnie, że czas, kiedy jest w domu, wpływa niekorzystnie na nasze relacje. I chociaż ostatnie dni były jak sen z którego nie chcę się budzić, pomimo, że zdobyłam Mont Everest w robieniu z siebie idiotki, nie potrafię wykrzesać z siebie odrobiny zaufania. Za bardzo się boję. Jestem prawie przekonana, że w przyszłym tygodniu wszystko będzie jak zwykle - on będzie z nią a mnie odepchnie. Już cierpię. Najbardziej przez to, że wszystko w końcu było takie idealne, tak dobrze się układało.
Zaczęło się od tego, jak wyszliśmy na pojednawczy spacer do silesii. Było cudownie. Później, kiedy siedzieliśmy przy pizzy zauważyłam, że wyjął telefon, sprawdził sms'y, następnie go schował. Były to 3 dłuższe wiadomości, jak później rozkminiłam, od niego do niej. Tłumaczył jej coś, a ona mu nie odpisała. Rozmawiałam o tym z kumplem czekając na swoją kolej do dermatologa, i powiedział, żebym się nie spinała, bo między nimi na pewno nie tak. Oczywiście poleciałam ściemą, że nie o mnie chodzi, ale to nie ważne. 'Nie wyglądają na parę zakochańców'. Uspokoiłam się trochę, a jeszcze bardziej, kiedy siedząc z P. tego samego dnia u mnie w mieszkaniu, zadzwonił do mnie. Standardowo chciał iść na jedzenie. Niestety nie mogłam zostawić P., więc zaproponowałam, że może później. Nie mógł, ale zrozumiałam, bo miał egzamin. Z resztą, ja sama miałam już plany - imprezę u koleżanki z grupy. Nie mogłam tego ominąć. Byłam jednak zachwycona. Widzieliśmy się dzień wcześniej, tamtego dnia też chciał się umówić. A ja nie kiwnęłam nawet palcem.
Na imprezie dziewczyny pytały mnie o jego imię. Spokojnie powiedziałam, bo nikt tak do niego i tak nie mówi. Co dziwne, jedna z dziewczyn od razu spytała mnie czy o niego chodzi. Myślałam, że zemdleję. Wbiłam wzrok w podłogę i z buraczaną twarzą spytałam, czemu tak myśli. Odpowiedziała, że tak tylko pyta. Ale wszystko było dla mnie jasne. One nas podejrzewają o romans. Serio to było aż tak widać? Nawet nie gadaliśmy za bardzo na uczelni... No ale nieważne. Szybko zmieniłam temat rzucając plotką stulecia. Spłonę za to w piekle.
Na drugi dzień miałam pracę. Bardzo mi się nie chciało iść, myślałam czy może się z kimś nie zamienić, ale no to by była przesada. Co z tego, że impreza była bardzo fajna, tęskniłam za takimi pogaduszkami z dziewczynami i wspólnym piciem alkoholu, no ale przecież mam inne obowiązki. Siedziałam więc w pracy, oglądając rozdwojone końcówki włosów, i wtedy na horyzoncie pojawił się On. Byłam w szoku. Był ostatnią osobą, którą spodziewałam się zobaczyć. Myślałam, że mnie nie widzi, albo że minie stand, patrzyłam więc tylko na niego z zaskoczoną miną i wtedy on podszedł. Byłam w szoku. Pogadaliśmy chwilę. Do tej pory nie wiem, co on robił w galerii, ale chyba tak sobie przyszedł popatrzeć na mnie. Do tego wszystkiego spytał, kiedy kończę. Odpowiedziałam mu. Później rozmowa potoczyła się tak, że zrozumiałam, że zaprosiłby mnie na piwo, ale za późno kończę. Tak czy inaczej w końcu poszedł i zostawił mnie z wielkim mindfuckiem w głowie. Like always. Ale to nie był jeszcze koniec niespodzianek!
Wracając do mieszkania, rozmawiałam o Nim przez telefon z R. Szłam tą samą drogą co zawsze. Wychodząc na chodnik główny, dostrzegłam 3 chłopaków wychodzących z osiedla. Nie wiem co mnie tknęło, ale powiedziałam R. żebyśmy przestały na chwilę o Nim gadać, bo wydaje mi się, że idzie. Okazało się, że to nie on, ale 2 chłopaków stało między przejściami i patrzyło na mnie. Ja czekałam na zielone i w międzyczasie się odwróciłam. Widziałam, że drogą, którą można dojść do centrum (nie tą co ja chodzę) idzie jakiś chłopak. Ale co mnie to obchodziło? Gadałam dalej o Nim z R., minęłam chłopaków i czekałam na kolejne zielone. W pewnym momencie znowu się odwróciłam. Chłopak, który wracał od strony centrum okazał się być nim. Ale co to było. Jak go zobaczyłam, to tak jakbym Boga widziała. Tego nie da się opisać. Szedł pewnie, wszystko w okół zniknęło, był tylko on. Heh i w dodatku albo świeciła na niego latarnia, albo mi się coś w głowie porobiło, że widziałam go w świetle. A ja dalej rozmawiałam o nim przez telefon. Kiedy podchodził, zgłupiałam. Nie wiedziałam co tu robił, skąd się wziął i rzuciłam tylko 'ooo'. Bardzo chciałabym widzieć swoją minę. I to był dopiero początek robienia z siebie głupka. Okazało się, że tych 2 typów, którzy tam stali, to jego koledzy, więc nie dość, że on coś słyszał, to oni słyszeli wszystko. Pięknie. Następnie próbowałam rozmawiać z nim i jednocześnie z R. przez telefon, więc nie ogarnęłam co ja mówię, ani co on mówi. I poszłam z nimi, bo wskazał mi kierunek i zaczął iść. W końcu rozłączyłam się z R., a on do mnie z pytaniem, gdzie idę. Powiedziałam mu, że przecież powiedział, że będziemy przechodzić tam dalej. Na co on się roześmiał i powiedział, że nie, że powiedział, że oni idą w tamtą stronę. No myślałam, że się położę na chodniku przy nich wszystkich. W dodatku byłam tak zdenerwowana, że zaczęłam pieprzyć od rzeczy. Nie ogarniałam tego, co się właśnie stało. Do tej pory tego nie ogarniam, ale wygląda to tak, że to było ustawione. No bo to za duży przypadek, żeby wyszedł sobie z kolegami o tej godzinie, o której doskonale wiedział, że będę wracać, w dodatku poszedł sam gdzieś, gdzie wiedział, że mnie spotka, a ich zostawił w innym miejscu, przez które wiedział, że będę przechodzić. Nie ogarniam.
Na drugi dzień miałam test z angielskiego. Nie umiałam się na niczym skupić, więc z nauki nic nie wyszło. Za bardzo myślałam o tym, jak wielką idiotkę z siebie zrobiłam. Musiałam to jakoś odkręcić. Napisałam więc do niego, tuż przed testem, czy nie pójdzie ze mną czegoś zjeść za godzinę. Odpowiedział, że właśnie wychodzi z mieszkania i wraca do domu, ale może iść gdzieś ze mną. Podałam mu miejsce i czas i wtedy zadzwonił. Powiedział, że przecież mi napisał, że właśnie wychodzi, więc za chwilę przyjdzie. Nie wiedziałam co robić. Przecież miałam test do napisania... Umówiłam się więc z nim, że poczekam 10 min na kobietę (która nie przychodziła) i jak jej nie będzie, a tak przeczuwam, to wyjdę od razu. Zgodził się i powiedział, że przyjdzie tam, gdzie pisałam test. Niestety kobieta już była. Musiałam więc sprintem napisać test. Oczywiście sekundę przed rozpoczęciem pisania, napisałam mu, że baba jednak przyszła i żeby dał mi parę minut na ogarnięcie tego. To było straszne. Nie dość, że stresowałam się tym, że za chwilę się z nim spotkam po tak wielkim samoupokorzeniu, to jeszcze wiedziałam, że zegar tyka i że on tam na mnie czeka. Nie byłam pewna, czy zaczeka aż skończę, skoro miał wracać do domu... Nie czytałam więc do końca pytań. Zrobiłam wszystko na odwal, nie czekałam aż kobieta mi to sprawdzi, tylko wybiegłam z sali. Zauważył mnie i podszedł. Uspokoiłam się trochę, pomimo, że spodziewałam się, że zawaliłam test (heh jednak nie, bo na usosie pisze, że zdałam angielski). Wyszliśmy na dwór. Zaczęliśmy gadać, po czym powiedziałam mu, że go nienawidzę. Zaskoczony spytał o co mi chodzi. Wytłumaczyłam mu, że zrobiłam z siebie idiotkę przy nim i przy obcych ludziach. Zaczął się śmiać i nie zaprzeczył. Tak samo zareagował na to jak mu powiedziałam, ze pieprzyłam od rzeczy - to też zauważył. Całe szczęście, ponoć wszyscy byli podpici i nie zwrócili na to uwagi. Wytłumaczyłam mu też o czym rozmawiałam z R. Zmyśliłam historyjkę o jakimś zboczeńcu, który przyszedł do mnie do pracy itd. Opanowałam sytuację. Pośmialiśmy się trochę ze mnie i w końcu dotarliśmy do galerii. Jadąc po schodach do góry oparłam się o poręcz, a On... Położył głowę na moim ramieniu. I tak sobie jechaliśmy. Czułam się bardzo nieswojo, bo tak nie robi się koleżankom. Schodząc ze schodów znowu zaczęłam mówić od rzeczy. Następnie, poszliśmy coś jeść. Bardzo miło nam się rozmawiało. Powiedziałam mu o co pokłóciłam się z O., a dokładniej przeczytałam mu nasza korespondencję, więc wie, że znowu jestem normalna. Następnie ja poszłam po kawę, a on po dolewkę picia. Tyle stałam w kolejce, że w końcu do mnie podszedł. Chciał żebym się też napiła, ale nie dał mi kubka. Trzymał go i to było dziwne. Wzięłam łyka, a chwilę później znowu mi to zaproponował. Tym razem jednak zaczął odwalać i odsuwać mi kubek. Pobawiliśmy się tak chwilę, aż w końcu moja kawa była gotowa. Poszłam więc go odprowadzić na autobus. Po drodze umówiliśmy się, że jak wrócimy do Kato, to pomoże mi zmienić struny, i mam do niego zadzwonić, jak tu będę.
Uroczoo.
Można stwierdzić, że wszystko pięknie się układa. Zachowujemy się jak para itd., ale ja dalej nie umiem mu zaufać. Za dużo razy się na nim zawiodłam. No i nie wiem, czy mogę tak prosto odczytywać jego intencje, bo z nim nigdy nic nie wiadomo...
Zaufanie to trudna sprawa...
Zaczęło się od tego, jak wyszliśmy na pojednawczy spacer do silesii. Było cudownie. Później, kiedy siedzieliśmy przy pizzy zauważyłam, że wyjął telefon, sprawdził sms'y, następnie go schował. Były to 3 dłuższe wiadomości, jak później rozkminiłam, od niego do niej. Tłumaczył jej coś, a ona mu nie odpisała. Rozmawiałam o tym z kumplem czekając na swoją kolej do dermatologa, i powiedział, żebym się nie spinała, bo między nimi na pewno nie tak. Oczywiście poleciałam ściemą, że nie o mnie chodzi, ale to nie ważne. 'Nie wyglądają na parę zakochańców'. Uspokoiłam się trochę, a jeszcze bardziej, kiedy siedząc z P. tego samego dnia u mnie w mieszkaniu, zadzwonił do mnie. Standardowo chciał iść na jedzenie. Niestety nie mogłam zostawić P., więc zaproponowałam, że może później. Nie mógł, ale zrozumiałam, bo miał egzamin. Z resztą, ja sama miałam już plany - imprezę u koleżanki z grupy. Nie mogłam tego ominąć. Byłam jednak zachwycona. Widzieliśmy się dzień wcześniej, tamtego dnia też chciał się umówić. A ja nie kiwnęłam nawet palcem.
Na imprezie dziewczyny pytały mnie o jego imię. Spokojnie powiedziałam, bo nikt tak do niego i tak nie mówi. Co dziwne, jedna z dziewczyn od razu spytała mnie czy o niego chodzi. Myślałam, że zemdleję. Wbiłam wzrok w podłogę i z buraczaną twarzą spytałam, czemu tak myśli. Odpowiedziała, że tak tylko pyta. Ale wszystko było dla mnie jasne. One nas podejrzewają o romans. Serio to było aż tak widać? Nawet nie gadaliśmy za bardzo na uczelni... No ale nieważne. Szybko zmieniłam temat rzucając plotką stulecia. Spłonę za to w piekle.
Na drugi dzień miałam pracę. Bardzo mi się nie chciało iść, myślałam czy może się z kimś nie zamienić, ale no to by była przesada. Co z tego, że impreza była bardzo fajna, tęskniłam za takimi pogaduszkami z dziewczynami i wspólnym piciem alkoholu, no ale przecież mam inne obowiązki. Siedziałam więc w pracy, oglądając rozdwojone końcówki włosów, i wtedy na horyzoncie pojawił się On. Byłam w szoku. Był ostatnią osobą, którą spodziewałam się zobaczyć. Myślałam, że mnie nie widzi, albo że minie stand, patrzyłam więc tylko na niego z zaskoczoną miną i wtedy on podszedł. Byłam w szoku. Pogadaliśmy chwilę. Do tej pory nie wiem, co on robił w galerii, ale chyba tak sobie przyszedł popatrzeć na mnie. Do tego wszystkiego spytał, kiedy kończę. Odpowiedziałam mu. Później rozmowa potoczyła się tak, że zrozumiałam, że zaprosiłby mnie na piwo, ale za późno kończę. Tak czy inaczej w końcu poszedł i zostawił mnie z wielkim mindfuckiem w głowie. Like always. Ale to nie był jeszcze koniec niespodzianek!
Wracając do mieszkania, rozmawiałam o Nim przez telefon z R. Szłam tą samą drogą co zawsze. Wychodząc na chodnik główny, dostrzegłam 3 chłopaków wychodzących z osiedla. Nie wiem co mnie tknęło, ale powiedziałam R. żebyśmy przestały na chwilę o Nim gadać, bo wydaje mi się, że idzie. Okazało się, że to nie on, ale 2 chłopaków stało między przejściami i patrzyło na mnie. Ja czekałam na zielone i w międzyczasie się odwróciłam. Widziałam, że drogą, którą można dojść do centrum (nie tą co ja chodzę) idzie jakiś chłopak. Ale co mnie to obchodziło? Gadałam dalej o Nim z R., minęłam chłopaków i czekałam na kolejne zielone. W pewnym momencie znowu się odwróciłam. Chłopak, który wracał od strony centrum okazał się być nim. Ale co to było. Jak go zobaczyłam, to tak jakbym Boga widziała. Tego nie da się opisać. Szedł pewnie, wszystko w okół zniknęło, był tylko on. Heh i w dodatku albo świeciła na niego latarnia, albo mi się coś w głowie porobiło, że widziałam go w świetle. A ja dalej rozmawiałam o nim przez telefon. Kiedy podchodził, zgłupiałam. Nie wiedziałam co tu robił, skąd się wziął i rzuciłam tylko 'ooo'. Bardzo chciałabym widzieć swoją minę. I to był dopiero początek robienia z siebie głupka. Okazało się, że tych 2 typów, którzy tam stali, to jego koledzy, więc nie dość, że on coś słyszał, to oni słyszeli wszystko. Pięknie. Następnie próbowałam rozmawiać z nim i jednocześnie z R. przez telefon, więc nie ogarnęłam co ja mówię, ani co on mówi. I poszłam z nimi, bo wskazał mi kierunek i zaczął iść. W końcu rozłączyłam się z R., a on do mnie z pytaniem, gdzie idę. Powiedziałam mu, że przecież powiedział, że będziemy przechodzić tam dalej. Na co on się roześmiał i powiedział, że nie, że powiedział, że oni idą w tamtą stronę. No myślałam, że się położę na chodniku przy nich wszystkich. W dodatku byłam tak zdenerwowana, że zaczęłam pieprzyć od rzeczy. Nie ogarniałam tego, co się właśnie stało. Do tej pory tego nie ogarniam, ale wygląda to tak, że to było ustawione. No bo to za duży przypadek, żeby wyszedł sobie z kolegami o tej godzinie, o której doskonale wiedział, że będę wracać, w dodatku poszedł sam gdzieś, gdzie wiedział, że mnie spotka, a ich zostawił w innym miejscu, przez które wiedział, że będę przechodzić. Nie ogarniam.
Na drugi dzień miałam test z angielskiego. Nie umiałam się na niczym skupić, więc z nauki nic nie wyszło. Za bardzo myślałam o tym, jak wielką idiotkę z siebie zrobiłam. Musiałam to jakoś odkręcić. Napisałam więc do niego, tuż przed testem, czy nie pójdzie ze mną czegoś zjeść za godzinę. Odpowiedział, że właśnie wychodzi z mieszkania i wraca do domu, ale może iść gdzieś ze mną. Podałam mu miejsce i czas i wtedy zadzwonił. Powiedział, że przecież mi napisał, że właśnie wychodzi, więc za chwilę przyjdzie. Nie wiedziałam co robić. Przecież miałam test do napisania... Umówiłam się więc z nim, że poczekam 10 min na kobietę (która nie przychodziła) i jak jej nie będzie, a tak przeczuwam, to wyjdę od razu. Zgodził się i powiedział, że przyjdzie tam, gdzie pisałam test. Niestety kobieta już była. Musiałam więc sprintem napisać test. Oczywiście sekundę przed rozpoczęciem pisania, napisałam mu, że baba jednak przyszła i żeby dał mi parę minut na ogarnięcie tego. To było straszne. Nie dość, że stresowałam się tym, że za chwilę się z nim spotkam po tak wielkim samoupokorzeniu, to jeszcze wiedziałam, że zegar tyka i że on tam na mnie czeka. Nie byłam pewna, czy zaczeka aż skończę, skoro miał wracać do domu... Nie czytałam więc do końca pytań. Zrobiłam wszystko na odwal, nie czekałam aż kobieta mi to sprawdzi, tylko wybiegłam z sali. Zauważył mnie i podszedł. Uspokoiłam się trochę, pomimo, że spodziewałam się, że zawaliłam test (heh jednak nie, bo na usosie pisze, że zdałam angielski). Wyszliśmy na dwór. Zaczęliśmy gadać, po czym powiedziałam mu, że go nienawidzę. Zaskoczony spytał o co mi chodzi. Wytłumaczyłam mu, że zrobiłam z siebie idiotkę przy nim i przy obcych ludziach. Zaczął się śmiać i nie zaprzeczył. Tak samo zareagował na to jak mu powiedziałam, ze pieprzyłam od rzeczy - to też zauważył. Całe szczęście, ponoć wszyscy byli podpici i nie zwrócili na to uwagi. Wytłumaczyłam mu też o czym rozmawiałam z R. Zmyśliłam historyjkę o jakimś zboczeńcu, który przyszedł do mnie do pracy itd. Opanowałam sytuację. Pośmialiśmy się trochę ze mnie i w końcu dotarliśmy do galerii. Jadąc po schodach do góry oparłam się o poręcz, a On... Położył głowę na moim ramieniu. I tak sobie jechaliśmy. Czułam się bardzo nieswojo, bo tak nie robi się koleżankom. Schodząc ze schodów znowu zaczęłam mówić od rzeczy. Następnie, poszliśmy coś jeść. Bardzo miło nam się rozmawiało. Powiedziałam mu o co pokłóciłam się z O., a dokładniej przeczytałam mu nasza korespondencję, więc wie, że znowu jestem normalna. Następnie ja poszłam po kawę, a on po dolewkę picia. Tyle stałam w kolejce, że w końcu do mnie podszedł. Chciał żebym się też napiła, ale nie dał mi kubka. Trzymał go i to było dziwne. Wzięłam łyka, a chwilę później znowu mi to zaproponował. Tym razem jednak zaczął odwalać i odsuwać mi kubek. Pobawiliśmy się tak chwilę, aż w końcu moja kawa była gotowa. Poszłam więc go odprowadzić na autobus. Po drodze umówiliśmy się, że jak wrócimy do Kato, to pomoże mi zmienić struny, i mam do niego zadzwonić, jak tu będę.
Uroczoo.
Można stwierdzić, że wszystko pięknie się układa. Zachowujemy się jak para itd., ale ja dalej nie umiem mu zaufać. Za dużo razy się na nim zawiodłam. No i nie wiem, czy mogę tak prosto odczytywać jego intencje, bo z nim nigdy nic nie wiadomo...
Zaufanie to trudna sprawa...
środa, 5 lutego 2014
And that's why I smile :))
Miałam postanowienie. Jak nie zdam kultury, to wracam na ferie do domu i już nigdy nie wracam do Kato. Ale jak tu się tego trzymać i zostawić to wszystko, kiedy tak dobrze się układa?
Dzisiaj do mnie zadzwonił. Chciał wyjść na obiad. To nic, że zjadłam wcześniej 500g lazanii. Oj tam oj tam. Zmieściłam też drugi obiad. Przecież nie mogłam zmarnować takiej okazji! Jedząc kotleta w bistro, w pewnym momencie myślałam, że się porzygam. Już nie mogłam. Całe szczęście zjadł za mnie :3 Taki biedny, pokroiłam mu nawet mięso, bo przez tą rękę nie mógł sobie poradzić. A później rozwalił sobie bluzę. I mam mu ją zszyć. JA! :O Ale bez spiny, dam sobie radę. Zszywałam już sobie ciuchy, to może tym razem idiotki z siebie nie zrobię :p
Boże, jak pięknie.
Teraz też dzwonił. Napisałam mu, że kogoś zamordowali chyba na osiedlu, bo policja, karetka, ogrodzenie i czarne worki z trupami. Dokładnie z jednym. I zadzwonił tylko po to, żeby polecieć żartem, żebym tam poszła i powiedziała, że to byłam ja. Miałabym za to dostać hambsa. No niedoczekanie. Tak, czy inaczej, uśmiechnęłam się. On zawsze sprawia, że się uśmiecham :)
Dzisiaj do mnie zadzwonił. Chciał wyjść na obiad. To nic, że zjadłam wcześniej 500g lazanii. Oj tam oj tam. Zmieściłam też drugi obiad. Przecież nie mogłam zmarnować takiej okazji! Jedząc kotleta w bistro, w pewnym momencie myślałam, że się porzygam. Już nie mogłam. Całe szczęście zjadł za mnie :3 Taki biedny, pokroiłam mu nawet mięso, bo przez tą rękę nie mógł sobie poradzić. A później rozwalił sobie bluzę. I mam mu ją zszyć. JA! :O Ale bez spiny, dam sobie radę. Zszywałam już sobie ciuchy, to może tym razem idiotki z siebie nie zrobię :p
Boże, jak pięknie.
Teraz też dzwonił. Napisałam mu, że kogoś zamordowali chyba na osiedlu, bo policja, karetka, ogrodzenie i czarne worki z trupami. Dokładnie z jednym. I zadzwonił tylko po to, żeby polecieć żartem, żebym tam poszła i powiedziała, że to byłam ja. Miałabym za to dostać hambsa. No niedoczekanie. Tak, czy inaczej, uśmiechnęłam się. On zawsze sprawia, że się uśmiecham :)
poniedziałek, 3 lutego 2014
Jak ogarnąć? ;)
To prawda, że człowiek zakochany nie potrafi się na niczym skupić. Nie ważne, czy ta miłość daje niewyobrażalne szczęście, czy ogrom rozpaczy.
Powinnam się teraz uczyć. Znowu. Ale nie mogę, bo jestem zbyt szczęśliwa i zadowolona z tego jak mi się w tym momencie układa z Panem X. Znaczy jeszcze niewiele zbudowałam, ale wydaje mi się, że wszystko będzie dobrze. Wiem, że myślałam tak miliony razy, a kończyło się to płaczem, ale kurcze, skoro mamy się oślubić w końcu, to za którymś razem wyjdzie.
Skoro dał mi do zrozumienia, że nie kocha pterodaktyla, to poza jego pojebaną głową, co nam stoi na przeszkodzie? Ja już się nawet nie przejmuję co powiedzą znajomi. Chcę w końcu dostać to, czego chcę, na co zasługuję i co sprawi, że nareszcie będę szczęśliwa. Jak komuś się to nie spodoba to trudno. Teraz liczę się ja i moje uczucia. I w sumie w sobotę naładowałam sobie bateryjki uczuciowe i teraz jest mi dobrze. Nie świruję. Tylko ciągle myślę o następnym spotkaniu :)
Ostatnio się nie uczyłam, bo nie dawało mi spokoju, że się nie odzywa i jest źle. Teraz nie mogę, bo jest dobrze. Trzeba się opanować. Czekam bardzo końca egzaminów, czyli jutra, bo w końcu będę się mogła z nim ponownie zobaczyć :)
Powinnam się teraz uczyć. Znowu. Ale nie mogę, bo jestem zbyt szczęśliwa i zadowolona z tego jak mi się w tym momencie układa z Panem X. Znaczy jeszcze niewiele zbudowałam, ale wydaje mi się, że wszystko będzie dobrze. Wiem, że myślałam tak miliony razy, a kończyło się to płaczem, ale kurcze, skoro mamy się oślubić w końcu, to za którymś razem wyjdzie.
Skoro dał mi do zrozumienia, że nie kocha pterodaktyla, to poza jego pojebaną głową, co nam stoi na przeszkodzie? Ja już się nawet nie przejmuję co powiedzą znajomi. Chcę w końcu dostać to, czego chcę, na co zasługuję i co sprawi, że nareszcie będę szczęśliwa. Jak komuś się to nie spodoba to trudno. Teraz liczę się ja i moje uczucia. I w sumie w sobotę naładowałam sobie bateryjki uczuciowe i teraz jest mi dobrze. Nie świruję. Tylko ciągle myślę o następnym spotkaniu :)
Ostatnio się nie uczyłam, bo nie dawało mi spokoju, że się nie odzywa i jest źle. Teraz nie mogę, bo jest dobrze. Trzeba się opanować. Czekam bardzo końca egzaminów, czyli jutra, bo w końcu będę się mogła z nim ponownie zobaczyć :)
niedziela, 2 lutego 2014
Sekret c.d
Ja za chwilę zemrę. Muszę z kimś porozmawiać o swoim małym sekrecie, bo wybuchnę, ale nie mam z kim! Mam przyjaciół, ale każdy mnie za to zabije. Tajemnice to rzecz, której nienawidzę najbardziej na świecie i teraz nie umiem żyć z tym, że teraz sama mam jedną. Chciałabym porozkminiać Jego zachowanie i w ogóle, bo nie umiem myśleć o niczym innym. Muszę chyba znaleźć kogoś nowego, z kim będę mogła o tym gadać, czyli kogoś, kto go nie nienawidzi, a najlepiej nie zna. Tylko, że to będzie trudne, bo będę musiała opowiedzieć całą historię, a w połowie każdy normalny człowiek go znienawidzi. To jest za ciężkie.
Dzisiaj chodzę zachwycona, brakuje tylko motylków, które by za mną latały i nikomu nie mogę powiedzieć prawdziwego powodu mojego szczęścia. Nie wiem, czy np. P. zabije mnie bardziej za to, że jej nie powiedziałam, czy za to co zrobiłam. Bo to chyba kiedyś wyjdzie. Muszę jej spytać. Boziuuuuuu, a może jednak nic nie powiem? Może dzięki temu w końcu wyjdzie coś? Cholera, znowu jest trudno. Było, jak on się nie odzywał, bo byłam nieszczęśliwa, a teraz jest, bo się odzywa i nie mogę się tym z nikim podzielić. Plus jest taki, że dałam sobie spokój z planami. No poza tym żeby być idealnym człowiekiem.
Uch uch uuuuuch!!!!!!!! Położę się i umrę. I tyle.
Dzisiaj chodzę zachwycona, brakuje tylko motylków, które by za mną latały i nikomu nie mogę powiedzieć prawdziwego powodu mojego szczęścia. Nie wiem, czy np. P. zabije mnie bardziej za to, że jej nie powiedziałam, czy za to co zrobiłam. Bo to chyba kiedyś wyjdzie. Muszę jej spytać. Boziuuuuuu, a może jednak nic nie powiem? Może dzięki temu w końcu wyjdzie coś? Cholera, znowu jest trudno. Było, jak on się nie odzywał, bo byłam nieszczęśliwa, a teraz jest, bo się odzywa i nie mogę się tym z nikim podzielić. Plus jest taki, że dałam sobie spokój z planami. No poza tym żeby być idealnym człowiekiem.
Uch uch uuuuuch!!!!!!!! Położę się i umrę. I tyle.
sobota, 1 lutego 2014
Sekret
Got a secret
Can you keep it?
Swear this one you'll save
Better lock it in your pocket
Taking this one to the grave
If I show you then I know you
Won't tell what I said
Cause two can keep a secret
If one of them is dead.
Can you keep it?
Swear this one you'll save
Better lock it in your pocket
Taking this one to the grave
If I show you then I know you
Won't tell what I said
Cause two can keep a secret
If one of them is dead.
Jestem złym człowiekiem. Dla siebie i dla innych. Dzisiaj potajemnie się spotkałam z Panem X. Wie o tym jedynie K., bo to dzięki niej w ogóle do niego napisałam. Kryła mnie przed Ol. nawet. Nikt inny nie wie, co na prawdę dzisiaj robiłam. I było niesamowicieeee! Napisałam mu, czy w ramach zgody nie poszedłby ze mną do silesii. Za moment oddzwonił do mnie. Razem z K. piszczałyśmy i skakałyśmy na standzie. Aż laski z naprzeciwka się uśmiechnęły. Miałam takie kombo jak nigdy. Od razu ustaliłyśmy w co się ubiorę i inne duperele. Wyszłam wcześniej z pracy (K. znowu mnie kryła), dobiegłam do mieszkania i od razu poleciałam do łazienki z rzeczami. W pół godziny zdążyłam ogolić nogi, wykąpać się, umyć zęby, pomalować paznokcie, poprawić makijaż i całkowicie zmienić ubranie. I o idealnej godzinie wyszłam z mieszkania, bo on akurat podchodził pod mój blok. Opowiedział mi wszystko: jak było w szpitalu, jak doszło do tego, że w ogóle tam trafił, co się dzieje u niego na studiach, że jego przyjacielowi urodziło się dziecko itd. O wisiorku nadal ani słowa. Ciekawe co on z nim zrobił. Teraz jestem taka podekscytowana tym wszystkim, że skaczę i tańczę. Jestem pewna, że dojdzie do tego, że wylądujemy w łóżku. Widzę jego wzrok i wiem, że mnie chce. Jak będę miała czekać jeszcze 4 tygodnie zanim mu zdejmą gips to chyba zemrę. Bo aż mi się gorąco robi, jak pomyślę o tym wszystkim co będzie mi robił... Może w końcu dojdę :p
Już dzisiaj miałam ochotę się na niego rzucić, ale wiedziałam, że nie mogę. Po prostu płonęłam jak na niego patrzyłam, a jak stykaliśmy się rękami to myślałam, że upadnę. A jak w kolejce zaczął mnie miziać po ramieniu to oooo jeeeezuuuuuu. Ja tylko czekam, aż znajdziemy się sami w jego mieszkaniu. Wiem, że to głupie. Ale wiem też, że nie jest z pterodaktylem, i że jak go złapię w końcu, to będzie mój na zawsze. I do tego dążę. Bo że się nie odkocham, to jest pewne. Będę więc człowiekiem idealnym. Zawsze miła, uśmiechnięta (bo powiedział mi, że bardzo mu się nie podoba mój sarkazm), pomocna i wyglądająca jak milion dolarów.
piątek, 31 stycznia 2014
Co to w ogóle było?
"wróciłeś
nie całkiem
lecz słowami
znowu od początku
uczysz mnie
jak płakać z miłości
nigdy niespełnionej"
nie całkiem
lecz słowami
znowu od początku
uczysz mnie
jak płakać z miłości
nigdy niespełnionej"
-Natalia Gaweł
Niesamowity dzień. Spotkałam chyba wszystkich, których niespodziewałam się spotkać.
No i wydaje mi się, że zdałam statę, ale to pewnie jest bardzo złudne. Poszłam na egzamin w ogóle nie przygotowana. Znaczy, coś tam czytałam, ale zasiadłam do tego o 23, bo do 17 pisałam pracę zaliczeniową na metody, później mi się nie chciało, a później poszłam do roboty, tak więc trochę to olałam.
Już poranek był dziwny. Najpierw stwierdziłam, że chyba mnie pojebało wczoraj wieczorem i nie wiem co miałam w głowie, nastawiając budzik na 8, skoro mam na 10. Później zadzwoniła do mnie siostra z prośbą o pomoc przy pracy na maturę z polskiego. Jestem dla niej za dobra i się zgodziłam. Okazało się też, że wzięłam pustą paczkę fajek, więc nie miałam jak się odstresować przed testem.
Następnie egzamin. J. też pomyliła godziny, tylko że na jej niekorzyść - spóźniła się pół godziny :p.
Po wszystkim, A. (przez którego zostałam dziś skomplementowana za wygląd), zaproponował, że chętnie podzieli się fajkami. No to poszłam z nim zapalić. Poczęstował mnie nawet żujżujem :p
Postałam z nim chwilę, później z J., i w międzyczasie umówiłam się z P. na huśtawkach. Byłam strasznie głodna, więc zmyłam się z wydziału i poszłam pod ścianę płaczu licząc, że mam coś na koncie. Pierwszy raz się nie przeliczyłam. W sumie nie wiedziałam, że aż tyle. W duchu modliłam się o 100 zł a tu taka niespodzianka :) I like it.
Stwierdziłam, że wpadnę na chwilę do mieszkania. Wchodząc do bloku zauważyłam wychodzącego z niego kumpla Pana X. To było dziwne. Ja gapiłam się na niego, on na mnie i nie wiedziałam czy powiedzieć mu 'cześć', czy nie. Na szczęście, on powiedział to pierwszy, więc odpowiedziałam i spytałam co tu robi. Okazało się, że z dziewczyną byli w serwisie komputerowym na dole.
To rozpoczęło mojego mindfucka. W mieszkaniu posiedziałam dosłownie parę minut, bo P. napisała, że już idzie. Poszłam więc w miejsce, w którym się umówiłyśmy - na huśtawki. Tyle co siadłam, zobaczyłam że idzie ON. Nie od razu go poznałam. Dopiero, kiedy zauważyłam, że nie zamierza iść chodnikiem, tylko zmierza na teren zielony prosto w moim kierunku, domyśliłam się, kto to. Nie wiedziałam co mam zrobić. Najchętniej bym stamtąd uciekła, ale to by było głupie. Myślałam więc, że mu się roześmieję prosto w twarz. Nie ułatwiało mi zachowania powagi to, że szedł uśmiechając się, no i cała nasza sytuacja. Kiedy powiedział 'cześć', mnie totalnie zatkało. Widziałam, że po nim całkowicie spłynęła moja akcja, moje esemesy, wszystko. Chciał się przekonać, czy jestem obrażona i jak bardzo. Zajęło mi więc chwilę wykrztuszenie z siebie prostego 'hej'. Rozmowa była... miła? Okazało się, że istnieje sprawiedliwość na tym świecie - 2 tygodnie temu rozwalił sobie ścięgna w ręce, wylądował w szpitalu i był tam tydzień. Miło, że dał znać. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie ja mu to zrobiłam. Ale pomijając. Na koniec, zanim odwróciłam się od niego mówiąc dwukrotnie oschłym tonem 'nara', powiedział, żebym mu się pokazała kiedyś w ombre, które miałam zrobić. Ja nie ogarniam tego człowieka. Poważnie. Czekałam tylko na moment, w którym coś powie o wisiorku, a zamiast tego dowiedziałam się o jego sesji, pielęgniarkach w szpitalu i innych gównach. I znowu czuję się rozbita. Wrócił. To wszystko się znowu zacznie. Widziałam w jego wzroku, że mu się ciągle podobam. Jeszcze nie skończyłam się leczyć po ostatnich ranach, które mi zadał, a już planuje zadać kolejne. I ja mu na to pozwolę. Znowu go dopuszczę do siebie, albo sam wejdzie niespodziewanie do mojego serca, zagrzeje tam się trochę i je zmiażdży po raz kolejny. Ot, dla zabawy.
W drodze do galerii spotkałam pomkę, a w galerii chłopaka, którego P. nie chciała spotkać, bo od pół roku trzyma pożyczone od niego magazyny. A na sam koniec jakiś facet podszedł do mnie i do niej, jak stałyśmy na fajce i pytał czy nie jesteśmy z Top Model, mówił, że nas kocha i chciał nam śpiewać 'sto lat'.
Chory dzień.
A makro nie zdałam. Ale pogadałam z facetem o Melu Gibsonie :)
wtorek, 28 stycznia 2014
obłęd
Milion wypalonych papierosów, jeden za drugim, bicie serca jak u przestraszonego, schwytanego, dzikiego zwierzątka, chęć szalonego krzyku, a w głowie milion niewykształconych do końca myśli. To właśnie czuję. I to jest obłęd. Przez moment chciałam się pociąć. Przyniosłam sobie nawet sprzęt do tego. Całe szczęście przeszło mi. Nie do końca, ale wystarczająco, żeby nie skakać z balkonu.
Nie rozumiem tego, że nie pisze. Zawsze jak o kimś pomyślę, to ta osoba nagle się odzywa. Zawsze. Jak gdybym przywoływała tą osobę myślami. A ON nie.
W niedzielę byłam nawet w kościele, ale gówno to dało. Nic się nie zmieniło. Ani nie przestałam o nim myśleć (a chyba nawet zaczęłam bardziej), ani się nie odezwał. Pocieszeniem dla mnie jest to, że ten pterodaktyl lajkuje cytaty w stylu: "Kochająca osoba popełnia prawie zawsze ten błąd, że nie czuje, kiedy druga strona przestaje kochać." To znaczy, że nie są razem. Bo jaki szczęśliwy człowiek coś takiego lubi? Też to zlajkowałam i po raz kolejny poczułam się dziwnie, że zarówno ja i ona myślałyśmy przy tym o tej samej osobie. Bo, że tak jest to jestem pewna. Ona jest dziewczyną, więc wiem jak myśli.
Dzisiaj najgorszą rzeczą jest to, że jutro mam egzamin ustny z makro. I nie jestem w stanie się uczyć. Przejebałam wszystkie dni, które poświęciłam na naukę. Robiłam dosłownie NIC. I jak zwykle jestem w dupie. Bardziej zależy mi na tym, żeby się odezwał, niż na tym, żebym zdała i to mnie zgubi, bo nie mogę przestać o tym myśleć...
Nie rozumiem tego, że nie pisze. Zawsze jak o kimś pomyślę, to ta osoba nagle się odzywa. Zawsze. Jak gdybym przywoływała tą osobę myślami. A ON nie.
W niedzielę byłam nawet w kościele, ale gówno to dało. Nic się nie zmieniło. Ani nie przestałam o nim myśleć (a chyba nawet zaczęłam bardziej), ani się nie odezwał. Pocieszeniem dla mnie jest to, że ten pterodaktyl lajkuje cytaty w stylu: "Kochająca osoba popełnia prawie zawsze ten błąd, że nie czuje, kiedy druga strona przestaje kochać." To znaczy, że nie są razem. Bo jaki szczęśliwy człowiek coś takiego lubi? Też to zlajkowałam i po raz kolejny poczułam się dziwnie, że zarówno ja i ona myślałyśmy przy tym o tej samej osobie. Bo, że tak jest to jestem pewna. Ona jest dziewczyną, więc wiem jak myśli.
Dzisiaj najgorszą rzeczą jest to, że jutro mam egzamin ustny z makro. I nie jestem w stanie się uczyć. Przejebałam wszystkie dni, które poświęciłam na naukę. Robiłam dosłownie NIC. I jak zwykle jestem w dupie. Bardziej zależy mi na tym, żeby się odezwał, niż na tym, żebym zdała i to mnie zgubi, bo nie mogę przestać o tym myśleć...
niedziela, 26 stycznia 2014
Choroba psychiczna.
To już jest choroba psychiczna. Siedzę sobie w pracy/idę chodnikiem i nagle pojawia się ON. W każdym przechodzącym obok mężczyźnie. Każdy z nich ma JEGO twarz. A ja zaczynam wariować i mówić sobie 'uspokój się, przecież widzisz, że to jest jednak zupełnie inny człowiek'. Podobnie jest z zapachami. Nie ważne co robię, niespodziewanie czuję w głowie ten specyficzny zapach jego ciała, i każdy inny zapach mi się z nim kojarzy. Nie rozumiem tego. Jednocześnie wracają wspomnienia, a od tego do płaczu jest już tylko jeden krok. I wcale mi nie przeszkadza, że właśnie jestem w pracy i patrzy na mnie dziesiątki ludzi. Łzy same napływają do oczu. Gdzieś we mnie jest nadzieja, że jeden z przechodzących mężczyzn na prawdę okaże się nim, podejdzie i.... No właśnie. Co wtedy? Udam, że go nie znam i jest po prostu klientem albo minę go bez słowa? Chciałabym, ale chyba nie umiem. Chociaż w sumie zależy od dnia i tego co mi akurat strzeli do głowy. Może to będzie jeden z tych dni kiedy go nienawidzę, więc po prostu uderzę go w twarz? Ale równie dobrze może być to jeden z dni tęsknoty i pójdę z nim gdzie tylko mnie zaprowadzi.
Dzisiaj na przykład mam dzień tęsknoty. Walczę ze sobą, żeby do niego nie napisać. Wiem, że jak się odezwę, to to będzie najgłupsza rzecz jaką mogłabym zrobić, bo wiem, że powinnam mieć nastawienie 'nie to nie, będziesz jeszcze żałował'. Tylko, że przez te moje sny ON ciągle siedzi w mojej głowie i nie chce z niej wyjść. I chcę go odzyskać. Nie wiem po co, po prostu czuję, że jesteśmy sobie przeznaczeni, i że muszę to zrobić. I ja go jeszcze będę miała. Co więcej, my się nawet oślubimy w końcu. Sam do mnie wróci. Po prostu muszę być cierpliwa i żyć sobie swoim życiem, a w końcu dostanę to, czego tak bardzo pragnę.
Mam przeczucie, że wystarczy tylko, że pojawię się znowu w jego życiu i namieszam mu w głowie, jak on do tej pory mi. Będę najlepszą koleżanką na świecie. Zniosę to, że jest (?) z tym pterodaktylem. Wystarczy, że będę.
Ja się powinnam udać na leczenie. Albo egzorcyzmy od razu.
Dzisiaj na przykład mam dzień tęsknoty. Walczę ze sobą, żeby do niego nie napisać. Wiem, że jak się odezwę, to to będzie najgłupsza rzecz jaką mogłabym zrobić, bo wiem, że powinnam mieć nastawienie 'nie to nie, będziesz jeszcze żałował'. Tylko, że przez te moje sny ON ciągle siedzi w mojej głowie i nie chce z niej wyjść. I chcę go odzyskać. Nie wiem po co, po prostu czuję, że jesteśmy sobie przeznaczeni, i że muszę to zrobić. I ja go jeszcze będę miała. Co więcej, my się nawet oślubimy w końcu. Sam do mnie wróci. Po prostu muszę być cierpliwa i żyć sobie swoim życiem, a w końcu dostanę to, czego tak bardzo pragnę.
Mam przeczucie, że wystarczy tylko, że pojawię się znowu w jego życiu i namieszam mu w głowie, jak on do tej pory mi. Będę najlepszą koleżanką na świecie. Zniosę to, że jest (?) z tym pterodaktylem. Wystarczy, że będę.
Ja się powinnam udać na leczenie. Albo egzorcyzmy od razu.
czwartek, 23 stycznia 2014
Niech coś się stanie!
Dlaczego to wszystko po prostu ode mnie nie odejdzie? Cały ból i myśli. Nawet w nocy oboje mi się śnią. Nie zajdę za daleko z tak zniszczoną psychiką. Nawet nauki nie mogę już ogarnąć.
Potrzebuję go zobaczyć. Bez niej. I tylko tyle.
Chcę wiedzieć jak się zachowa, czy znowu będzie mnie unikał i nawet się nie przywita. Nie mogę znieść tego, że byłam dla niego nikim. Moje serce nadal przyspiesza kiedy o nim myślę. Ja już byłabym nawet skłonna go przeprosić za to co zrobiłam i powiedziałam, tylko, że to nic nie da. Może się odezwie, ale nie wyciągnie z tego lekcji i za jakiś czas historia się powtórzy. To nie ja mam być tą, która wyciągnie rękę. Z drugiej strony bardzo boję się tak czekać i nic nie robić... No bo jakbyśmy spędzali ze sobą czas, to ta mała dziwka poszłaby w zapomnienie (na zawsze albo na jakiś czas) a tak, to pewnie widują się codziennie, w każdej wolnej chwili. Jak ja i on rok temu.
Ja już tego nie umiem dłużej znieść. Nawet nie mogę o tym z nikim porozmawiać, bo każdy albo ma już dosyć, albo przed resztą utrzymuję, że jest w porządku. Zostałam więc sama ze swoimi myślami, snami i potrzaskanym sercem. I zupełnie nie wiem co mam zrobić, żeby go spotkać. Nawet nie wiem czy powinnam. Rozum mówi mi, że nie. Pomęczę się z rok i może przeżyje. Tylko co to będzie za życie. Serce też ma już dosyć. Jest dosłownie w kawałkach, krwawi i nie umie się posklejać. Tylko że, spośród miliona tych części, jest jedna taka, która mówi, żebym się nie poddawała i jedna taka, która tęskni i nie pozwala zapomnieć.
Jestem po prostu głupia, ale liczę, że jednak się po sesji odezwie. Jak nie, to cóż. Będę czekać do wiosny i ciepła, bo wtedy będzie można wyjść i posiedzieć na osiedlu bez większych podejrzeń.
Potrzebuję go zobaczyć. Bez niej. I tylko tyle.
Chcę wiedzieć jak się zachowa, czy znowu będzie mnie unikał i nawet się nie przywita. Nie mogę znieść tego, że byłam dla niego nikim. Moje serce nadal przyspiesza kiedy o nim myślę. Ja już byłabym nawet skłonna go przeprosić za to co zrobiłam i powiedziałam, tylko, że to nic nie da. Może się odezwie, ale nie wyciągnie z tego lekcji i za jakiś czas historia się powtórzy. To nie ja mam być tą, która wyciągnie rękę. Z drugiej strony bardzo boję się tak czekać i nic nie robić... No bo jakbyśmy spędzali ze sobą czas, to ta mała dziwka poszłaby w zapomnienie (na zawsze albo na jakiś czas) a tak, to pewnie widują się codziennie, w każdej wolnej chwili. Jak ja i on rok temu.
Ja już tego nie umiem dłużej znieść. Nawet nie mogę o tym z nikim porozmawiać, bo każdy albo ma już dosyć, albo przed resztą utrzymuję, że jest w porządku. Zostałam więc sama ze swoimi myślami, snami i potrzaskanym sercem. I zupełnie nie wiem co mam zrobić, żeby go spotkać. Nawet nie wiem czy powinnam. Rozum mówi mi, że nie. Pomęczę się z rok i może przeżyje. Tylko co to będzie za życie. Serce też ma już dosyć. Jest dosłownie w kawałkach, krwawi i nie umie się posklejać. Tylko że, spośród miliona tych części, jest jedna taka, która mówi, żebym się nie poddawała i jedna taka, która tęskni i nie pozwala zapomnieć.
Jestem po prostu głupia, ale liczę, że jednak się po sesji odezwie. Jak nie, to cóż. Będę czekać do wiosny i ciepła, bo wtedy będzie można wyjść i posiedzieć na osiedlu bez większych podejrzeń.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
'Questions, problems, answers, I've got none.'
Ostatnimi czasy zrobiłam się bardzo religijna. Co noc modlę się do Boga o to, żeby w końcu się odezwał. A przecież nie wierzę ani w jedno, ani w drugie.
Proszę też wszechświat o to, żebyśmy znowu na siebie wpadli.
I nic.
Moje prośby giną gdzieś pomiędzy miliardami próśb innych ludzi.
Czym sobie zasłużyłam na takie odtrącenie? Czemu każdy jest głuchy na moje wołanie? Czemu tak mało dla wszystkich znaczę?
Niby udaję przed wszystkimi, że poszłam naprzód, że jest mi lepiej i już zapominam. Wcale tak nie jest, ale się do tego nie przyznam.
W pewnym sensie czuję się inaczej niż w październiku. Jakbym wiedziała, że tym razem to jest koniec, ale tak na poważnie i że muszę się pożegnać z Nim i wszystkimi wspomnieniami. Tylko, że z drugiej strony nie chcę, żeby to się tak kończyło. Jakbyśmy nigdy się nie znali i jakby to wszystko nie miało miejsca. Wiem, że jest skurwysynem, któremu nie zależy, ale co ja poradzę na to, że dla Niego jestem zdolna przecierpieć wszystko? Mam różne akcje i odpały na te świństwa które mi robi, ale koniec końców, zawsze jestem w stanie mu wybaczyć, jeżeli wiem, że wróci. Bo to, że wracał jednak coś znaczyło. Teraz boję się, że będzie inaczej. I tego nie chcę. Nie dlatego, że go potrzebuję, bo tak już nie jest. Po prostu czuję się zrobiona w chuja. Myślałam, że w pewnym stopniu mu zależy. W końcu był prawie zawsze przy mnie, kiedy go potrzebowałam. Tyle się między nami wydarzyło... Dużo za dużo jak na to, żeby tak sobie odejść.
Nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić. Chciałabym znaleźć sposób na to, żeby się z nim skontaktować, ale to nasze spotkanie i odbudowanie relacji, pozostanie na zawsze naiwną mrzonką. On tego nie chce. Gdyby było inaczej, już dawno by się odezwał. I to boli najbardziej.
W mojej głowie jest tylko jedno pytanie: dlaczego. Nic więcej tam nie ma.
Proszę też wszechświat o to, żebyśmy znowu na siebie wpadli.
I nic.
Moje prośby giną gdzieś pomiędzy miliardami próśb innych ludzi.
Czym sobie zasłużyłam na takie odtrącenie? Czemu każdy jest głuchy na moje wołanie? Czemu tak mało dla wszystkich znaczę?
Niby udaję przed wszystkimi, że poszłam naprzód, że jest mi lepiej i już zapominam. Wcale tak nie jest, ale się do tego nie przyznam.
W pewnym sensie czuję się inaczej niż w październiku. Jakbym wiedziała, że tym razem to jest koniec, ale tak na poważnie i że muszę się pożegnać z Nim i wszystkimi wspomnieniami. Tylko, że z drugiej strony nie chcę, żeby to się tak kończyło. Jakbyśmy nigdy się nie znali i jakby to wszystko nie miało miejsca. Wiem, że jest skurwysynem, któremu nie zależy, ale co ja poradzę na to, że dla Niego jestem zdolna przecierpieć wszystko? Mam różne akcje i odpały na te świństwa które mi robi, ale koniec końców, zawsze jestem w stanie mu wybaczyć, jeżeli wiem, że wróci. Bo to, że wracał jednak coś znaczyło. Teraz boję się, że będzie inaczej. I tego nie chcę. Nie dlatego, że go potrzebuję, bo tak już nie jest. Po prostu czuję się zrobiona w chuja. Myślałam, że w pewnym stopniu mu zależy. W końcu był prawie zawsze przy mnie, kiedy go potrzebowałam. Tyle się między nami wydarzyło... Dużo za dużo jak na to, żeby tak sobie odejść.
Nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić. Chciałabym znaleźć sposób na to, żeby się z nim skontaktować, ale to nasze spotkanie i odbudowanie relacji, pozostanie na zawsze naiwną mrzonką. On tego nie chce. Gdyby było inaczej, już dawno by się odezwał. I to boli najbardziej.
W mojej głowie jest tylko jedno pytanie: dlaczego. Nic więcej tam nie ma.
sobota, 18 stycznia 2014
Nic nie rozumiem, bo to jest bez sensu
No i nic się nie stało. Nigdy się już do mnie nie odezwał, chociaż się złamałam i napisałam. Wiedziałam, że tak będzie. Może było zbyt emocjonalnie?
Napisałam mu 2 wiadomości:
1. 'Mam nadzieję, że podobała Ci się moja mała, urocza niespodzianka i że zdążyłeś ją już wykorzystać zgodnie z instrukcją :) wgl chciałabym z Tobą ostatni (?) raz pogadać bo myślę, że mogłeś źle zrozumieć mój gest. Ale pewnie a) nie masz czasu b) właśnie się za coś zabrałeś c) czytasz książkę d) już nigdy mi nie odpiszesz.'
<2 godziny bez odpowiedzi>
2. 'No i właśnie o tym chciałam pogadać: przez ostatni miesiąc ciągle wybierałeś opcję d. Po tym jak myślałam, że już nigdy się nie odezwę znowu Ci zaufałam i chciałam się z Tobą TYLKO KOLEGOWAĆ ale Ty najwidoczniej masz gdzieś mnie jako koleżankę. Tylko nie wiem po co to wszystko zaczynałeś od nowa skoro tak to zniszczyłeś. A ja serio przez ten miesiąc potrzebowałam bardzo porozmawiać bo lekarz itd. No trudno. Przynajmniej się przekonałam jaki jesteś na prawdę i jak bardzo 'szanujesz' mnie, to co Ci mówię i jak bardzo Ci 'zależy' na naszych relacjach'.
Zero odzewu. To jest jak grochem o ścianę. Mógł w końcu zaprzeczyć, ale tego nie zrobił. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle mnie znielubił, odciął się. Znaczy mam parę teorii, ale to wszystko i tak jest bez sensu. No bo co mi po tym, jak nawet on z nią był tylko przez święta, a później znowu chciał wrócić do mnie? Sytuacja jak przez wakacje i początkowe miesiące roku akademickiego, więc prawdopodobne. Plus, jego wpatrzony w chodnik wzrok, gdy mnie z nią mijał. Jakby nie chciał, żebym się o tym dowiedziała. No i najważniejsze, jej lajki na fejsie, do smutnych, miłosnych cytatów (jestem chora i sprawdziłam wszystkie wpisy na profilu, który też lubię, i powiem szczerze, bardzo to dziwne uczucie, kiedy zdaję sobie sprawę, że obie klikamy 'lubię to' myśląc o tej samej osobie).
Zero w tym sensu i logiki i nadziei na przyszłość. Staram się zapomnieć i jednego dnia mi to lepiej wychodzi, a innego gorzej.
Pomimo, że wiem, że powinnam to zostawić, to nie umiem. Staram się, na prawdę, tylko że, coś we mnie siedzi, co mówi mi, żebym tego nie robiła. W takich chwilach, albo w tych kiedy o nim myślę, rozmawiam ze sobą w głowie. Mówię do siebie 'spokojnie, nie myśl o tym, uspokój się' i tak kilka razy. W sumie pomaga. Nie myślę tak obsesyjnie o nim, ale podświadomie czekam dnia, aż się spotkamy. Specjalnie wychodzę z mieszkania o takich godzinach, żeby mieć szansę na niego wpaść. Jeszcze mi się to nie udało, ale nie poddam się. I tak już zmanipulowałam naszym wspólnym znajomym, żeby razem pić, więc liczę, że spotkamy się wcześniej, bo inaczej będzie strasznie żenująco.
Najgorsze z tego wszystkiego jest to uczucie, które mnie wypełnia. Nie umiem być do końca szczęśliwa. Nie ważne, czy z kimś rozmawiam na całkiem inny temat, czy śmieję się do rozpuku - ono we mnie jest i mnie kłuje. Dosłownie. Ściska mnie za każdy pojedynczy kawałeczek serca i przypomina, że nie mam prawa do pełni szczęścia, bo tyle straciłam. Był dla mnie wszystkim, a ja byłam dla niego nikim. Ot, osoba którą się kiedyś znało, idealna na chwile nudy.
Znajomość z tym człowiekiem mnie zniszczyła. Nigdy już nie zaufam żadnemu facetowi, nie zaangażuję się w nic tak mocno, i wątpię, że kogoś równie silnie pokocham. To było TO COŚ, czego nie wolno w życiu przegapić. Szkoda, że okoliczności nam nie sprzyjały. Może, gdyby były inne, to teraz nie pisałabym tego, tylko siedziała z nim w pracy, zachwycona tym, co robi? Cóż, czasu nie cofnę i muszę żyć tym co jest. Pewnego dnia, to wszystko odejdzie ode mnie i będę znowu wolnym człowiekiem. Chyba, że wcześniej się z nim spotkam i to wszystko się zacznie od nowa.
Jestem mistrzem autodestrukcji i komplikowania sobie życia.
Napisałam mu 2 wiadomości:
1. 'Mam nadzieję, że podobała Ci się moja mała, urocza niespodzianka i że zdążyłeś ją już wykorzystać zgodnie z instrukcją :) wgl chciałabym z Tobą ostatni (?) raz pogadać bo myślę, że mogłeś źle zrozumieć mój gest. Ale pewnie a) nie masz czasu b) właśnie się za coś zabrałeś c) czytasz książkę d) już nigdy mi nie odpiszesz.'
<2 godziny bez odpowiedzi>
2. 'No i właśnie o tym chciałam pogadać: przez ostatni miesiąc ciągle wybierałeś opcję d. Po tym jak myślałam, że już nigdy się nie odezwę znowu Ci zaufałam i chciałam się z Tobą TYLKO KOLEGOWAĆ ale Ty najwidoczniej masz gdzieś mnie jako koleżankę. Tylko nie wiem po co to wszystko zaczynałeś od nowa skoro tak to zniszczyłeś. A ja serio przez ten miesiąc potrzebowałam bardzo porozmawiać bo lekarz itd. No trudno. Przynajmniej się przekonałam jaki jesteś na prawdę i jak bardzo 'szanujesz' mnie, to co Ci mówię i jak bardzo Ci 'zależy' na naszych relacjach'.
Zero odzewu. To jest jak grochem o ścianę. Mógł w końcu zaprzeczyć, ale tego nie zrobił. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle mnie znielubił, odciął się. Znaczy mam parę teorii, ale to wszystko i tak jest bez sensu. No bo co mi po tym, jak nawet on z nią był tylko przez święta, a później znowu chciał wrócić do mnie? Sytuacja jak przez wakacje i początkowe miesiące roku akademickiego, więc prawdopodobne. Plus, jego wpatrzony w chodnik wzrok, gdy mnie z nią mijał. Jakby nie chciał, żebym się o tym dowiedziała. No i najważniejsze, jej lajki na fejsie, do smutnych, miłosnych cytatów (jestem chora i sprawdziłam wszystkie wpisy na profilu, który też lubię, i powiem szczerze, bardzo to dziwne uczucie, kiedy zdaję sobie sprawę, że obie klikamy 'lubię to' myśląc o tej samej osobie).
Zero w tym sensu i logiki i nadziei na przyszłość. Staram się zapomnieć i jednego dnia mi to lepiej wychodzi, a innego gorzej.
Pomimo, że wiem, że powinnam to zostawić, to nie umiem. Staram się, na prawdę, tylko że, coś we mnie siedzi, co mówi mi, żebym tego nie robiła. W takich chwilach, albo w tych kiedy o nim myślę, rozmawiam ze sobą w głowie. Mówię do siebie 'spokojnie, nie myśl o tym, uspokój się' i tak kilka razy. W sumie pomaga. Nie myślę tak obsesyjnie o nim, ale podświadomie czekam dnia, aż się spotkamy. Specjalnie wychodzę z mieszkania o takich godzinach, żeby mieć szansę na niego wpaść. Jeszcze mi się to nie udało, ale nie poddam się. I tak już zmanipulowałam naszym wspólnym znajomym, żeby razem pić, więc liczę, że spotkamy się wcześniej, bo inaczej będzie strasznie żenująco.
Najgorsze z tego wszystkiego jest to uczucie, które mnie wypełnia. Nie umiem być do końca szczęśliwa. Nie ważne, czy z kimś rozmawiam na całkiem inny temat, czy śmieję się do rozpuku - ono we mnie jest i mnie kłuje. Dosłownie. Ściska mnie za każdy pojedynczy kawałeczek serca i przypomina, że nie mam prawa do pełni szczęścia, bo tyle straciłam. Był dla mnie wszystkim, a ja byłam dla niego nikim. Ot, osoba którą się kiedyś znało, idealna na chwile nudy.
Znajomość z tym człowiekiem mnie zniszczyła. Nigdy już nie zaufam żadnemu facetowi, nie zaangażuję się w nic tak mocno, i wątpię, że kogoś równie silnie pokocham. To było TO COŚ, czego nie wolno w życiu przegapić. Szkoda, że okoliczności nam nie sprzyjały. Może, gdyby były inne, to teraz nie pisałabym tego, tylko siedziała z nim w pracy, zachwycona tym, co robi? Cóż, czasu nie cofnę i muszę żyć tym co jest. Pewnego dnia, to wszystko odejdzie ode mnie i będę znowu wolnym człowiekiem. Chyba, że wcześniej się z nim spotkam i to wszystko się zacznie od nowa.
Jestem mistrzem autodestrukcji i komplikowania sobie życia.
niedziela, 12 stycznia 2014
Niedziela
Dzień komba ostatecznego. Aż sobie melisę kupiłam, żeby pić. Całkiem fajnie wycisza i uspokaja.
W pracy chyba nie wysiedzę. Już teraz mi się wszystko przewraca w brzuchu i w głowie, więc ja nie wiem co to będzie jak tam pójdę (bo to jest miejsce, gdzie mam czas przemyśleć 10 razy swoje życie).
Trochę smutno, że się nie dowiem, jak zareagował, bo nie napisze, ale z drugiej strony to może i lepiej? Chyba, że sama go podpuszczę i się odezwę. W końcu w środę to zrobiłam. Nie mogłam ryzykować, że zajrzy do skrzynki za miesiąc czy dwa. Odpisał mi w sekundzie: 'o kurcze, co to za niespodzianka'. Powiedziałam mu, żeby sprawdził to się dowie. Poinformował mnie wtedy, że super, ale dopiero w niedzielę wraca. I na tym konwersacja się skończyła, bo przekazałam, co miałam do przekazania, więc na chuj drążyć temat. Później wpadłam na to, że mogłam dodać, że nie musiał mi się tłumaczyć z tego, kiedy wraca, bo to już nie jest moja sprawa ani przedmiot zainteresowań, ale no trudno. Najważniejsze, że to otworzy.
Znalazłam też coś, co pomaga mi o tym wszystkim nie myśleć - zakupy! Nigdy nie spodziewałam się, że potrafią one tak odmóżdżyć. W czwartek kupiłam sobie koszulę i koszulkę, a wczoraj mój wymarzony zapach Avril Lavigne Forbidden Rose. Z moich planów poprawy humoru pozostało mi jeszcze zrobić sobie ombre. Wtedy całkiem to skończę. W końcu włosy, to jednak mój łącznik z przeszłością i zawsze lekka zmiana bardzo pomaga. Tym razem będzie dosyć odważnie i już nie mogę się doczekać :)
Zdziwiło mnie w tym wszystkim, że odcięłam się od niektórych ludzi. Np. od R. To jest akurat uzasadnione, bo dostawałam przez nią głupawki, ale nie gadam też z O. Może dlatego, że bagatelizuje to wszystko i mówi mi przykre rzeczy? Co prawda P. czasem też mi powie, ale jednak są one w trochę innym wydaniu i mnie motywują, albo je zlewam.
Kurcze, mam straszny mętlik w głowie, za dużo kontrastowych rzeczy chcę zrobić w związku z moją obecną sytuacją:
1) napisać do Niego
2) zapomnieć o nim
3) rozbić mu związek
4) kolegować się z nim
Nie potrafię żyć bez kontaktu z tym człowiekiem, ale wiem, że strasznie mnie to niszczy. Ciągle liczę, że on w końcu znormalnieje, przejrzy na oczy i będziemy razem. Bo ja mu wszystko wybaczę. Może nie od razu, ale z czasem to przyjdzie. Bo wiem, że jest jedyną osobą na tym świecie, która da mi szczęście.
To wszystko jest takie trudnee :( Najgorsza jednak jest ta niewiedza, co mam teraz zrobić, bo każda z opcji jest zła :(
W pracy chyba nie wysiedzę. Już teraz mi się wszystko przewraca w brzuchu i w głowie, więc ja nie wiem co to będzie jak tam pójdę (bo to jest miejsce, gdzie mam czas przemyśleć 10 razy swoje życie).
Trochę smutno, że się nie dowiem, jak zareagował, bo nie napisze, ale z drugiej strony to może i lepiej? Chyba, że sama go podpuszczę i się odezwę. W końcu w środę to zrobiłam. Nie mogłam ryzykować, że zajrzy do skrzynki za miesiąc czy dwa. Odpisał mi w sekundzie: 'o kurcze, co to za niespodzianka'. Powiedziałam mu, żeby sprawdził to się dowie. Poinformował mnie wtedy, że super, ale dopiero w niedzielę wraca. I na tym konwersacja się skończyła, bo przekazałam, co miałam do przekazania, więc na chuj drążyć temat. Później wpadłam na to, że mogłam dodać, że nie musiał mi się tłumaczyć z tego, kiedy wraca, bo to już nie jest moja sprawa ani przedmiot zainteresowań, ale no trudno. Najważniejsze, że to otworzy.
Znalazłam też coś, co pomaga mi o tym wszystkim nie myśleć - zakupy! Nigdy nie spodziewałam się, że potrafią one tak odmóżdżyć. W czwartek kupiłam sobie koszulę i koszulkę, a wczoraj mój wymarzony zapach Avril Lavigne Forbidden Rose. Z moich planów poprawy humoru pozostało mi jeszcze zrobić sobie ombre. Wtedy całkiem to skończę. W końcu włosy, to jednak mój łącznik z przeszłością i zawsze lekka zmiana bardzo pomaga. Tym razem będzie dosyć odważnie i już nie mogę się doczekać :)
Zdziwiło mnie w tym wszystkim, że odcięłam się od niektórych ludzi. Np. od R. To jest akurat uzasadnione, bo dostawałam przez nią głupawki, ale nie gadam też z O. Może dlatego, że bagatelizuje to wszystko i mówi mi przykre rzeczy? Co prawda P. czasem też mi powie, ale jednak są one w trochę innym wydaniu i mnie motywują, albo je zlewam.
Kurcze, mam straszny mętlik w głowie, za dużo kontrastowych rzeczy chcę zrobić w związku z moją obecną sytuacją:
1) napisać do Niego
2) zapomnieć o nim
3) rozbić mu związek
4) kolegować się z nim
Nie potrafię żyć bez kontaktu z tym człowiekiem, ale wiem, że strasznie mnie to niszczy. Ciągle liczę, że on w końcu znormalnieje, przejrzy na oczy i będziemy razem. Bo ja mu wszystko wybaczę. Może nie od razu, ale z czasem to przyjdzie. Bo wiem, że jest jedyną osobą na tym świecie, która da mi szczęście.
To wszystko jest takie trudnee :( Najgorsza jednak jest ta niewiedza, co mam teraz zrobić, bo każda z opcji jest zła :(
środa, 8 stycznia 2014
Przegrałam
Jest z nią. Szli za rękę. Widziałam. I usłyszałam dźwięk mojego pękającego serduszka. Nikt mnie nie zniszczył tak jak on. Czuję się pusta w środku. I to, że szedł ze spuszczoną głową, co nie jest w jego stylu, niczego nie zmienia. Wybrał ją. Ja przegrałam.
Wiem, że go uśmierciłam, ale widząc to wszystko, jego żywego, zabolało. I boli dalej, jak cholera.
Po tym wszystkim zrobiłam rzecz, która przyszła mi do głowy i spotkała się z wielką aprobatą ze strony Ol. i P. Zerwałam z szyi wisiorek od niego (na początku chciałam go rzucić w krzaki albo do rzeki, ale dobrze, że się powstrzymałam), włożyłam w kopertę, napisałam krótką notkę 'wsadź se to w dupe/daj ukochanej, niepotrzebne skreślić), którą dołączyłam do wisiorka, kopertę zakleiłam, podpisałam 'dla skarbeńka :*', dodałam całuska, i poszłam do jego bloku. Najpierw upewniłam się, czy jest w mieszkaniu. Był. Następnie wysłałam Ol. na jego piętro, żeby sprawdziła nr. mieszkania. Bardzo się bałam, że on mnie nakryje na tym wszystkim. Ol. też, ale jednocześnie chciała, żeby się to stało, bo nawrzeszczałaby na niego i dała mu w twarz. Ja też bardzo chciałam to zrobić. P. mówiła, że powinnam nawet pójść do niego do mieszkania i zrobić scenę. Stwierdziłam, że to by była już przesada. Ale wracając. Ol. w końcu zjechała z powrotem na parter, podała mi nr., poszłyśmy do skrzynek na listy i wrzuciłam swój prezencik w odpowiednią. Nie mogę się doczekać, aż to zobaczy. I tak gówno zrobi, ale mam nadzieję, że go zaboli.
Po całej akcji postanowiłam się upić. Z resztą jak zwykle w takich momentach.
No i dokładnie jak w październiku zablokowałam myślenie o tym. Może i dobrze, bo chyba bym umarła.
Jak można być takim skurwysynem? Jak można było mnie tak zwodzić i oszukiwać przez cały czas?
Najchętniej bym go zabiła. Tak serio. Ją też. Obojgu, ale w szczególności jej, życzę śmierci. Niech wpadnie pod tramwaj/autobus czy dostanie jakiejś choroby i umrze. Jeżeli on ją kocha, to wtedy będzie wiedział co ja czułam, kiedy straciłam jego. Ale on jej nie kocha. Nie potrafi żywić takich uczuć do innych ludzi za wyjątkiem siebie.
Wiem, że go uśmierciłam, ale widząc to wszystko, jego żywego, zabolało. I boli dalej, jak cholera.
Po tym wszystkim zrobiłam rzecz, która przyszła mi do głowy i spotkała się z wielką aprobatą ze strony Ol. i P. Zerwałam z szyi wisiorek od niego (na początku chciałam go rzucić w krzaki albo do rzeki, ale dobrze, że się powstrzymałam), włożyłam w kopertę, napisałam krótką notkę 'wsadź se to w dupe/daj ukochanej, niepotrzebne skreślić), którą dołączyłam do wisiorka, kopertę zakleiłam, podpisałam 'dla skarbeńka :*', dodałam całuska, i poszłam do jego bloku. Najpierw upewniłam się, czy jest w mieszkaniu. Był. Następnie wysłałam Ol. na jego piętro, żeby sprawdziła nr. mieszkania. Bardzo się bałam, że on mnie nakryje na tym wszystkim. Ol. też, ale jednocześnie chciała, żeby się to stało, bo nawrzeszczałaby na niego i dała mu w twarz. Ja też bardzo chciałam to zrobić. P. mówiła, że powinnam nawet pójść do niego do mieszkania i zrobić scenę. Stwierdziłam, że to by była już przesada. Ale wracając. Ol. w końcu zjechała z powrotem na parter, podała mi nr., poszłyśmy do skrzynek na listy i wrzuciłam swój prezencik w odpowiednią. Nie mogę się doczekać, aż to zobaczy. I tak gówno zrobi, ale mam nadzieję, że go zaboli.
Po całej akcji postanowiłam się upić. Z resztą jak zwykle w takich momentach.
No i dokładnie jak w październiku zablokowałam myślenie o tym. Może i dobrze, bo chyba bym umarła.
Jak można być takim skurwysynem? Jak można było mnie tak zwodzić i oszukiwać przez cały czas?
Najchętniej bym go zabiła. Tak serio. Ją też. Obojgu, ale w szczególności jej, życzę śmierci. Niech wpadnie pod tramwaj/autobus czy dostanie jakiejś choroby i umrze. Jeżeli on ją kocha, to wtedy będzie wiedział co ja czułam, kiedy straciłam jego. Ale on jej nie kocha. Nie potrafi żywić takich uczuć do innych ludzi za wyjątkiem siebie.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Hipotetycznie najgorszy rok ever
To będzie beznadziejny rok. Tak coś czuję. Nic się nie zmieni, a jak zmieni to na gorzej.
Pan X. umarł. Jest zimnym trupem w mojej głowie. A przynajmniej staram się żeby tak było.
Nie rozmawialiśmy ze sobą praktycznie przez całe święta, poza jednym epizodem, po kilkunastu dniach milczenia, kiedy napisałam do niego, czy ma nr. do P. (bo rozwaliłam telefon i ten sms do niego to był akt desperacji, bo musiałam się z nią skontaktować. Ale już wtedy pokazał, jak bardzo ma mnie w dupie. W sylwestra to samo. Dał mi jasno do zrozumienia, że nic ciekawego nie ma do roboty, ale wszystko będzie ciekawsze niż impreza u mnie. Od tamtego czasu cisza... A jestem na 99,9% pewna, że wrócił do Kato. Tak więc zmuszona zostałam do poczynienia kroków drastycznych i ostatecznych. Nie żyje. Muszę tylko zdecydować jak umarł i sobie to wszystko ładnie wkręcić.
Tylko czemu tak się stało? Przed świętami było idealnie. Spotykał się ze mną, chodził po sklepach mierząc swetry dla mojego ojca, dał mi przepiękny prezent - wisiorek z nieskończonością (pomimo wielkiej chęci kupienia mi pierścionka, co bardzo mnie rozbawiło, stwierdził, że wie co ten symbol znaczy i mu się podoba) i czekoladki (ale nie takie zwykłe, no bo gdzież). Nawet zaczęłam podejrzewać, że skoro tak się spotykamy, jest cud miód, to wszystko jest na dobrej drodze, nie siedzimy u niego w mieszkaniu, bo chce trochę zwolnić i nie uprawiać koleżeńskiego seksu, i w końcu nam to pyknie. A tu jak zwykle zaskoczył mnie. Może jak się będę nastawiać na najgorsze z jego strony, to w końcu coś wyjdzie. Co ja mówię. Na nic się nie nastawiam, bo on nie żyje.
Czuł coś do mnie za życia, tego jestem pewna. Kiedy uprawialiśmy seks, powiedziałam mu, że nie jestem jego. Widziałam, że go to zabolało i chciał mi później udowodnić, że się mylę. Po wszystkim powiedziałam, że to był odpoczynek od poczytalności. Zrobiło mu się przykro.
W ogóle co to był za wieczór. Już w sklepie, kiedy zastanawiałam się jaki sok wybrać, czułam jego obecność za mną, całą sobą. Jakbyśmy byli razem, to chyba byśmy poszli do jakiejś łazienki i się ruchnęli. Te iskry w przestrzeni między nami dało się dosłownie poczuć na własnej skórze, jestem tego pewna. Jak już szliśmy do tego sklepu, to miałam plan ruchnięcia się z nim. Tak więc, kiedy wracaliśmy, zrobiłam tak, żeby mnie do siebie zaprosił. Oczywiście nie obyło się bez focha i dziecięcej kłótni, ale cel został osiągnięty. No bo skoro zaprosił mnie wcześniej do siebie (odmówiłam), to miałam czarno na białym to, czego on oczekuje i mogłam się wprosić.
Po wszystkim dostałam nawet obiecane kakałko, bo przed w ogóle nie było o tym mowy. Ta jego niecierpliwość... On nie może wytrzymać jak ja mieszam herbatę, to co mówić, żeby poczekał aż wypiję.
Dobrze tak sobie to powspominać te miłe chwile, które i tak się nie powtórzą, bo się nie odezwie już nigdy.
Ach.
A u lekarza okazało się to, co przypuszczałam. Policystyczne jajniki. Ale szansę na dziecko mam, jupi! Ogólnie wszystko jest w porządku, muszę jeszcze tylko odebrać wyniki cytologii, żeby mieć 100% pewność, no i zrobić kolejne badania hormonalne.
Umarła mi też świnka morska :((( Moja kochana Dżudżu :( W święta miałyśmy pożegnanie. Ale cóż, była stara i chyba na coś ostatnio chorowała. Tyle śmierci mnie otacza... To jest aż straszne.
Przez to wszystko stwierdzam, że skoro ten rok zaczął się w taki parszywy sposób, to taki będzie już do końca. Smutek :(
Pan X. umarł. Jest zimnym trupem w mojej głowie. A przynajmniej staram się żeby tak było.
Nie rozmawialiśmy ze sobą praktycznie przez całe święta, poza jednym epizodem, po kilkunastu dniach milczenia, kiedy napisałam do niego, czy ma nr. do P. (bo rozwaliłam telefon i ten sms do niego to był akt desperacji, bo musiałam się z nią skontaktować. Ale już wtedy pokazał, jak bardzo ma mnie w dupie. W sylwestra to samo. Dał mi jasno do zrozumienia, że nic ciekawego nie ma do roboty, ale wszystko będzie ciekawsze niż impreza u mnie. Od tamtego czasu cisza... A jestem na 99,9% pewna, że wrócił do Kato. Tak więc zmuszona zostałam do poczynienia kroków drastycznych i ostatecznych. Nie żyje. Muszę tylko zdecydować jak umarł i sobie to wszystko ładnie wkręcić.
Tylko czemu tak się stało? Przed świętami było idealnie. Spotykał się ze mną, chodził po sklepach mierząc swetry dla mojego ojca, dał mi przepiękny prezent - wisiorek z nieskończonością (pomimo wielkiej chęci kupienia mi pierścionka, co bardzo mnie rozbawiło, stwierdził, że wie co ten symbol znaczy i mu się podoba) i czekoladki (ale nie takie zwykłe, no bo gdzież). Nawet zaczęłam podejrzewać, że skoro tak się spotykamy, jest cud miód, to wszystko jest na dobrej drodze, nie siedzimy u niego w mieszkaniu, bo chce trochę zwolnić i nie uprawiać koleżeńskiego seksu, i w końcu nam to pyknie. A tu jak zwykle zaskoczył mnie. Może jak się będę nastawiać na najgorsze z jego strony, to w końcu coś wyjdzie. Co ja mówię. Na nic się nie nastawiam, bo on nie żyje.
Czuł coś do mnie za życia, tego jestem pewna. Kiedy uprawialiśmy seks, powiedziałam mu, że nie jestem jego. Widziałam, że go to zabolało i chciał mi później udowodnić, że się mylę. Po wszystkim powiedziałam, że to był odpoczynek od poczytalności. Zrobiło mu się przykro.
W ogóle co to był za wieczór. Już w sklepie, kiedy zastanawiałam się jaki sok wybrać, czułam jego obecność za mną, całą sobą. Jakbyśmy byli razem, to chyba byśmy poszli do jakiejś łazienki i się ruchnęli. Te iskry w przestrzeni między nami dało się dosłownie poczuć na własnej skórze, jestem tego pewna. Jak już szliśmy do tego sklepu, to miałam plan ruchnięcia się z nim. Tak więc, kiedy wracaliśmy, zrobiłam tak, żeby mnie do siebie zaprosił. Oczywiście nie obyło się bez focha i dziecięcej kłótni, ale cel został osiągnięty. No bo skoro zaprosił mnie wcześniej do siebie (odmówiłam), to miałam czarno na białym to, czego on oczekuje i mogłam się wprosić.
Po wszystkim dostałam nawet obiecane kakałko, bo przed w ogóle nie było o tym mowy. Ta jego niecierpliwość... On nie może wytrzymać jak ja mieszam herbatę, to co mówić, żeby poczekał aż wypiję.
Dobrze tak sobie to powspominać te miłe chwile, które i tak się nie powtórzą, bo się nie odezwie już nigdy.
Ach.
A u lekarza okazało się to, co przypuszczałam. Policystyczne jajniki. Ale szansę na dziecko mam, jupi! Ogólnie wszystko jest w porządku, muszę jeszcze tylko odebrać wyniki cytologii, żeby mieć 100% pewność, no i zrobić kolejne badania hormonalne.
Umarła mi też świnka morska :((( Moja kochana Dżudżu :( W święta miałyśmy pożegnanie. Ale cóż, była stara i chyba na coś ostatnio chorowała. Tyle śmierci mnie otacza... To jest aż straszne.
Przez to wszystko stwierdzam, że skoro ten rok zaczął się w taki parszywy sposób, to taki będzie już do końca. Smutek :(
środa, 1 stycznia 2014
Nowy Rok
Każdy Nowy Rok to nowe plany, które i tak nie wyjdą, albo postanowienia, których i tak nie dotrzymam.
Pomimo to, również w tym roku postanowiłam wymyślić coś, co chcę zmienić w tym nadchodzącym roku. Moje główne postanowienia dotyczą oczywiście Pana X.
No właśnie, Pan X.
Przez praktycznie cały miesiąc nie miałam komputera a wydarzyło się całkiem sporo, min. zrobiliśmy TO ponownie. I było całkiem inaczej. Ale o tym innym razem. O tym, że ponownie wydawało mi się, że coś z tego wyjdzie, a jak zwykle gówno wyszło, też.
Tylko ja wiem, jak czuję się w tej chwili, tego pierwszego dnia nowego roku. Za nic w świecie nie chcę czuć się w ten sposób w inne dni roku. Musi być lepiej. MUSI. BĘDZIE! Innego wyjścia nie ma. Nie mam zamiaru siedzieć codziennie z kieliszkiem wina musującego (bądź zwykłego, najlepiej kadarki) w ręce, z miską chipsów, czekoladą i pudełkiem chusteczek obok, chlipiąc ileś godzin, śpiewając smutne piosenki, wpatrując się przy tym w Jego zdjęcie i robiąc sobie krótki odpoczynek od tego wszystkiego poprzez sprawdzanie na fejsbóku komu z jego znajomych dała lajki ta frajerka jego ex i odwrotnie, oraz odpowiednio wszystko analizując, dorabiając sobie ideologię. NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIEEEEEEE!!! Ten rok nie może tak wyglądać! On musi być lepszy. Nie mogę być dłużej tak słaba i myśleć o nim. Ma mnie w dupie. Koniec, kropka. W tym roku poznam kogoś nowego, w kim się zakocham, i kto będzie wart tej miłości. On zostaje w 2013 roku. Wiem, że takie postanowienie miałam też rok temu, ale wtedy była inna sytuacja.
Teraz nie będę już naiwną idiotką.
Tylko czemu myśląc w ten sposób, czuję w sercu, że sama siebie próbuję przekonać, choć i tak nic z tego nie wyjdzie?
Nie chcę chyba żyć.
Poważnie.
Mam tego wszystkiego dosyć. Nigdy się od niego nie uwolnię, choćbym nie wiem jak się starała. Nigdy nie będę z nikim szczęśliwa, bo nie potrafię o nim zapomnieć i zaangażować się w coś nowego.
Jestem nieszczęśliwa.
Smutek wypełnia mnie po brzegi, od stóp, po sam czubek głowy, w ten pierwszy dzień nowego roku.
A jutro idę do lekarza.
Z jednej strony bardzo bym chciała, żeby doktorka powiedziała, że coś mi jest i na to umrę w przeciągu powiedzmy miesiąca, a z drugiej modlę się, żeby tak nie było, bo boję się fizycznego bólu.
Mały tchórz ze mnie.
Ale to rozwiązałoby wszystkie problemy. Zdążyłabym się ze wszystkimi pożegnać i to wszystko by się raz na zawsze skończyło. Bo to jest jedyne rozwiązanie tej sytuacji: śmierć. Moja czy jego - to nie jest ważne. Tylko jeżeli któreś z nas umrze, to to się zakończy. Z jednej strony chcę żyć, i wolałabym żeby to on zginął, ale z drugiej nie umiałabym żyć bez niego, ze świadomością, że już nigdy go nie zobaczę. Za bardzo go kocham.
To wszystko jest takie skomplikowane. Dlaczego? Dlaczego to nie zostało w 2013 roku? To jest jakaś moja kara, czy o co chodzi?
Pomimo to, również w tym roku postanowiłam wymyślić coś, co chcę zmienić w tym nadchodzącym roku. Moje główne postanowienia dotyczą oczywiście Pana X.
No właśnie, Pan X.
Przez praktycznie cały miesiąc nie miałam komputera a wydarzyło się całkiem sporo, min. zrobiliśmy TO ponownie. I było całkiem inaczej. Ale o tym innym razem. O tym, że ponownie wydawało mi się, że coś z tego wyjdzie, a jak zwykle gówno wyszło, też.
Tylko ja wiem, jak czuję się w tej chwili, tego pierwszego dnia nowego roku. Za nic w świecie nie chcę czuć się w ten sposób w inne dni roku. Musi być lepiej. MUSI. BĘDZIE! Innego wyjścia nie ma. Nie mam zamiaru siedzieć codziennie z kieliszkiem wina musującego (bądź zwykłego, najlepiej kadarki) w ręce, z miską chipsów, czekoladą i pudełkiem chusteczek obok, chlipiąc ileś godzin, śpiewając smutne piosenki, wpatrując się przy tym w Jego zdjęcie i robiąc sobie krótki odpoczynek od tego wszystkiego poprzez sprawdzanie na fejsbóku komu z jego znajomych dała lajki ta frajerka jego ex i odwrotnie, oraz odpowiednio wszystko analizując, dorabiając sobie ideologię. NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIEEEEEEE!!! Ten rok nie może tak wyglądać! On musi być lepszy. Nie mogę być dłużej tak słaba i myśleć o nim. Ma mnie w dupie. Koniec, kropka. W tym roku poznam kogoś nowego, w kim się zakocham, i kto będzie wart tej miłości. On zostaje w 2013 roku. Wiem, że takie postanowienie miałam też rok temu, ale wtedy była inna sytuacja.
Teraz nie będę już naiwną idiotką.
Tylko czemu myśląc w ten sposób, czuję w sercu, że sama siebie próbuję przekonać, choć i tak nic z tego nie wyjdzie?
Nie chcę chyba żyć.
Poważnie.
Mam tego wszystkiego dosyć. Nigdy się od niego nie uwolnię, choćbym nie wiem jak się starała. Nigdy nie będę z nikim szczęśliwa, bo nie potrafię o nim zapomnieć i zaangażować się w coś nowego.
Jestem nieszczęśliwa.
Smutek wypełnia mnie po brzegi, od stóp, po sam czubek głowy, w ten pierwszy dzień nowego roku.
A jutro idę do lekarza.
Z jednej strony bardzo bym chciała, żeby doktorka powiedziała, że coś mi jest i na to umrę w przeciągu powiedzmy miesiąca, a z drugiej modlę się, żeby tak nie było, bo boję się fizycznego bólu.
Mały tchórz ze mnie.
Ale to rozwiązałoby wszystkie problemy. Zdążyłabym się ze wszystkimi pożegnać i to wszystko by się raz na zawsze skończyło. Bo to jest jedyne rozwiązanie tej sytuacji: śmierć. Moja czy jego - to nie jest ważne. Tylko jeżeli któreś z nas umrze, to to się zakończy. Z jednej strony chcę żyć, i wolałabym żeby to on zginął, ale z drugiej nie umiałabym żyć bez niego, ze świadomością, że już nigdy go nie zobaczę. Za bardzo go kocham.
To wszystko jest takie skomplikowane. Dlaczego? Dlaczego to nie zostało w 2013 roku? To jest jakaś moja kara, czy o co chodzi?
Subskrybuj:
Posty (Atom)