I wcale nie chodzi o żadne dziecko ani nic. Czuję się tak, jakbym żyła od początku. W końcu o Nim nie myślę w sposób, który mnie rani. W sumie, to mogłabym się z nim kolegować, bo za bardzo mnie obrzydza, żebym myślała o czymś więcej.
Dostałam nareszcie wszystko czego chciałam. Studiuję na 2gim roku, pracuję, mam przyjaciół, na których wiem, że zawsze mogę liczyć, wieczorami spędzamy sobie razem czas, spotykam się z innymi znajomymi, poznaję nowych ludzi. Chyba jestem szczęśliwa. Nigdy nie było tak dobrze, więc zaczynam się bać, że nie potrwa to zbyt długo. Boję się, że za chwilę coś się zjebie.
Jeżeli chodzi o pracę, to w sumie dosyć zabawna historia.
W pewnym momencie swojego życia, który był wcale nie tak dawno temu, zaczęłam wysyłać swoje CV dosłownie wszędzie. W ostatni wtorek zbudził mnie telefon. Okazało się, że dzwonią z jednego z ogłoszeń i proponują mi rozmowę kwalifikacyjną. Rzecz jasna zgodziłam się, ale nie nastawiałam się na zbyt wiele, toteż nie ubrałam się jakoś super. Nikomu też nie powiedziałam o tej rozmowie. No bo po co? Miałam się chwalić kolejną szansą, którą i tak mi pewnie odbiorą? Wiedział tylko K. i jego dwóch kumpli, bo się z nimi spotkałam przed rozmową.
Poszłam więc na totalnym luzie, żartowałam z kierownikami, dużo się uśmiechałam i ogólnie zero stresu. Zadawali mi praktyczne pytania, na które ja, o dziwo, znałam odpowiedzi. Oczywiście powiedzieli, że jak coś, to zadzwonią wieczorem. Standard.
Po rozmowie, zadzwoniła do mnie P. z propozycją spotkania. Niestety, ja byłam jeszcze w Silesii, ale umówiłyśmy się na później. Opowiedziałam jej wszystko. Jak było, o co pytali. I tak łaziłyśmy sobie po Katowickiej, aż w końcu ona musiała się już zbierać i odprowadzałam ją na pociąg. I wtedy, niespodziewanie zadzwonił mój telefon. Odebrałam, i okazało się, że w końcu gdzieś mnie chcą do roboty! Usłyszałam, że spodobałam im się tak bardzo, że pomimo, iż szukali studenta zaocznego na 3/4 etatu, to mogą mi zaoferować 1/2. Myślałam, że się posikam ze szczęścia. P. cieszyła się razem ze mną. Objęła mnie i przytulałyśmy się tak długo, że ludzie zaczęli na nas dziwnie patrzeć.
Później zadzwoniłam do rodziców. Oboje byli zachwyceni. W końcu znalazłam źródło dochodów! Następnym krokiem było poinformowanie Ol. Doszłam na osiedle i zadzwoniłam po nią, bo miałyśmy jeszcze iść po coś do paczkomatu. W końcu przyszła. Kazałam jej usiąść na ławce. Kiedy tylko to zrobiła, ja zaczęłam krzyczeć, śpiewać, skakać i tańczyć opowiadając jej przebieg rozmowy. Cieszyła się razem ze mną. Wstała i objęła mnie. A najlepszą częścią tego wieczoru było to, że kiedy tak się ekscytowałam, to całą sytuację widział Pan X., który właśnie przechodził. Nie podszedł, nie powiedział nawet 'cześć'. Minął nas bez słowa, ale kątem oka widziałam, że się ogląda na mnie.
Na drugi dzień czekałam na telefon od kolejnego kierownika, który miał do mnie zadzwonić w sprawie szkolenia. Nie zadzwonił. Za to znowu spotkałam Pana X.
Po wykładzie razem z J. postanowiłyśmy skrzyknąć parę osób na piwo grupowe. Wyszło, że poszliśmy w 3 osoby, no ale nic. J. próbowała namówić Pana X. żeby szedł z nami, ale odpowiedział jej, że ma zajęcia i nie może. Ulżyło mi.
Poszliśmy do żabki po fajki. Tyle co weszliśmy, do sklepu wszedł też Pan X. z jakimiś laskami z grupy. J. rzuciła tekstem 'a Ty nie powinieneś być teraz na zajęciach?'. On bez skrępowania odpowiedział, że skrócili mu wykład, był już na piwie, więc z nami nie pójdzie, a poza tym musi wracać. Ja nawet na niego nie patrzyłam. Stałam przy kasie. W końcu, kiedy ostentacyjnie zabierałam się do kupienia fajek, on podszedł i zaczął kłaść mi zimną butelkę coli na szyję. I w tym momencie stawiam milion znaków zapytania, bo ni chuja nie wiem o co mu chodziło. Kupiłam fajki i wyszliśmy ze sklepu. G. wszedł po coś jeszcze do sklepu obok, i w tym momencie, wyszedł Pan X. Zaczął się z nami żegnać mierzwiąc włosy najpierw J., a później mi. Ja zaczęłam się z głupią miną odchylać. Nie chciałam, żeby mnie dotykał.
Idąc w końcu na piwo, spotkaliśmy B. i jeszcze jedną laskę ode mnie z grupy. B. skomplementował mi koszulkę. Nigdy jeszcze żaden facet nie skomplementował mi ubrania, więc zrobiło mi się mega miło. Zaprosiłam ich więc na piwo, ale odpowiedzieli, że nie mogą. Prawda była taka, że zrobili to samo co Pan X. Tak czy inaczej, wyjście było bardzo udane. Później doszła do nas Z. i P. i było bardzo przyjemnie.
W czwartek telefon nadal nie dzwonił, ale wraz z J. ogarnęłyśmy kolejne wyjście na piwo. Tym razem z dwoma innymi dziewczynami od nas z grupy.
W piątek telefon w końcu zadzwonił i umówiłam się na sobotę na 8:20 na pierwszy dzień pracy. Wieczorem wyszłam razem z Ol. na otrzęsiny. Z początku było nudno. Później dołączyła do nas P. i poszłyśmy na piwo nad rzeczkę. Wracając do namiotu, spotkałyśmy B., który na mój widok się ucieszył, zaczął mnie wołać i, co dziwne, przytulił mnie. Później staliśmy i gadaliśmy o pierdołach. Okazało się, że jego kumpel mnie kojarzy. Zabawne, bo ja jego wcale. W sumie to na drugi dzień mi napisał na fejsie, ale mu nie odpisałam, bo to były chyba żarty xd. Ale wracając. Poszliśmy razem w stronę namiotu. B. ze znajomymi musiał odstać swoje w kolejce, bo nie miał jeszcze opaski, a my zostawiłyśmy ich i weszłyśmy od razu. Wtedy spotkałyśmy dwóch znajomych K. i z nimi bujałyśmy się przez resztę nocy. Odprowadzając P. na pociąg, spotkaliśmy znowu B.Chwilę pogadaliśmy, ale nie było czasu, więc się zmyliśmy. Wracając z dworca, mieliśmy dylemat: iść pod namiot, czy na domówkę K. Jako, że K. miał okazję mnie zaprosić (bo się na samym początku imprezy spotkaliśmy), ale tego nie zrobił, to olałam go i zadecydowałam, że namiot. I nie żałuję. Jak tylko weszliśmy do środka, gdzie było milion ludzi, znalazł mnie B. Oczywiście uśmiech pojawił się na jego twarzy, podszedł do mnie i przybiliśmy sobie piąteczki. A później było zajebiste pogo, po którym do dzisiaj mam siniaki.
Pod koniec okazało się, że w namiocie jest też M, która do mnie zagadała. Nawet nie wiedziałam, że kiedykolwiek się do mnie przyzna. Po prostu fejm.
W sobotę lewo zwlekłam się z łóżka, ale praca, więc ogarnęłam się jakoś. W niedziele to samo.
Wczoraj miałam zrealizować plan i spotkać się z Panem X. ale gówno z tego wyszło, jak zwykle, ale i tak było megaa. Poszliśmy do klubu, w którym jeden z barmanów do mnie ostro zarywał. Nie powiem, jest strasznie przystojny i bardzo, bardzo, bardzo, bardzo chcę pójść tam jeszcze raz, żeby go spotkać!
W końcu jakoś mi się układa.
Jestem szczęśliwa.
Jeszcze tylko zakocham się w jakimś facecie, który mnie będzie chciał i bajka!
Lubię to swoje nowe życie ;)
wtorek, 29 października 2013
piątek, 25 października 2013
Jestem kaktusem
Z miłego, przytulaśnego, pluszowego misia o złotym sercu, przeobraziłam się w zielonego, kłującego kaktusa, bez serca. Nie wiem, czy dobrze się z tym czuję, ale tak jest lepiej dla mojego zdrowia psychicznego.
Nie rozumiem Pana X., tego jak się zachowuje względem mnie w grupie naszych wspólnych znajomych (czyli jakby był moim wielkim przyjacielem), i że jest to całkiem odmienne od tego co robi, kiedy spotykamy się na osiedlu, a ja jestem z Ol. (nawet mi nie mówi 'cześć'). Dlaczego więc mam być dla niego miła i przystawać z radością na jego gesty werbalne, skierowane w moją stronę? Jestem kaktusem. Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy będzie mnie dotykał, ukłuje się i wykrwawi na śmierć.
Nie jestem pewna, czy powinnam się tak zachowywać, bo ostatnio nawet na niego nie patrzę, czy nie lepiej by było też udawać jego wielką przyjaciółkę. Nie wiem, co go bardziej wkurwi. Będąc zieloną, kującą roślinką, zgrywam jednocześnie niedostępną. Co, jak go to rajcuje? Co, jak w końcu napisze albo zadzwoni do mnie, żeby się spotkać? Bo nadal nie spotykamy się tak we dwoje, tylko czuję, że on długo nie wytrzyma. I właśnie, co jak mu się spodoba, że nie może mnie mieć przy sobie i zacznie robić wszystko, żeby to zmienić? W końcu, kiedy pieprzył głupoty, że mnie chce, to dokładnie tak było.
Tylko jak ja mam się przestawić na lajtowe podejście w stosunku do niego? Nie potrafię. Współlokatorka podrzuciła mi ten pomysł i powiedziała, że to by go bardziej wkurwiło - jakbym udawała, że nic się nie stało.
Tylko, że ja nie umiem. Kiedy tylko on się pojawia na horyzoncie, ja zakładam swój kolczasty strój, a słowa, które wypowiadam są również pełne cierni. Mój mózg zmienia swoje zaprogramowanie z miłej, słodkiej dziewczyny jaką jestem, na sukę, której wszystko wolno.
Przecież ja przez ostatnie dwa dni, kiedy go spotykałam, nawet na niego nie patrzyłam... I nawet już nie płaczę. Czuję jedynie pustkę, kiedy o nim myślę. Jest ciężko - to jest pewne. Nie wiem, jakbym sobie poradziła bez wsparcia P. i Ol. Kiedy będę już normalna, podziękuję im za to wszystko. Za wszystkie 'Jak się czujesz?' i 'Czy wszystko w porządku?'. Za milion długich uścisków, wznoszenia strasznie dziwnych toastów, godzin wspólnego karaoke i ocierania moich łez. Po prostu za zrozumienie i za to, że zawsze mogę się do nich zwrócić. Jak było bardzo źle, to Ol. nawet przyszła sama do mojego pokoju, usiadła ze mną na łóżku, cierpliwie słuchając moich obaw i pocieszając mnie.
Jestem szczęściarą, że je mam.
Wrzucę sobie nawet piosenkę, której słucham, która budzi we mnie ostatnio jakiekolwiek emocje, bo opisuje to, co chciałabym Mu powiedzieć, ale nigdy tego nie zrobię. Wolę być zła, podła i niedobra. Inaczej nie umiem.
Nie rozumiem Pana X., tego jak się zachowuje względem mnie w grupie naszych wspólnych znajomych (czyli jakby był moim wielkim przyjacielem), i że jest to całkiem odmienne od tego co robi, kiedy spotykamy się na osiedlu, a ja jestem z Ol. (nawet mi nie mówi 'cześć'). Dlaczego więc mam być dla niego miła i przystawać z radością na jego gesty werbalne, skierowane w moją stronę? Jestem kaktusem. Mam nadzieję, że kiedyś, kiedy będzie mnie dotykał, ukłuje się i wykrwawi na śmierć.
Nie jestem pewna, czy powinnam się tak zachowywać, bo ostatnio nawet na niego nie patrzę, czy nie lepiej by było też udawać jego wielką przyjaciółkę. Nie wiem, co go bardziej wkurwi. Będąc zieloną, kującą roślinką, zgrywam jednocześnie niedostępną. Co, jak go to rajcuje? Co, jak w końcu napisze albo zadzwoni do mnie, żeby się spotkać? Bo nadal nie spotykamy się tak we dwoje, tylko czuję, że on długo nie wytrzyma. I właśnie, co jak mu się spodoba, że nie może mnie mieć przy sobie i zacznie robić wszystko, żeby to zmienić? W końcu, kiedy pieprzył głupoty, że mnie chce, to dokładnie tak było.
Tylko jak ja mam się przestawić na lajtowe podejście w stosunku do niego? Nie potrafię. Współlokatorka podrzuciła mi ten pomysł i powiedziała, że to by go bardziej wkurwiło - jakbym udawała, że nic się nie stało.
Tylko, że ja nie umiem. Kiedy tylko on się pojawia na horyzoncie, ja zakładam swój kolczasty strój, a słowa, które wypowiadam są również pełne cierni. Mój mózg zmienia swoje zaprogramowanie z miłej, słodkiej dziewczyny jaką jestem, na sukę, której wszystko wolno.
Przecież ja przez ostatnie dwa dni, kiedy go spotykałam, nawet na niego nie patrzyłam... I nawet już nie płaczę. Czuję jedynie pustkę, kiedy o nim myślę. Jest ciężko - to jest pewne. Nie wiem, jakbym sobie poradziła bez wsparcia P. i Ol. Kiedy będę już normalna, podziękuję im za to wszystko. Za wszystkie 'Jak się czujesz?' i 'Czy wszystko w porządku?'. Za milion długich uścisków, wznoszenia strasznie dziwnych toastów, godzin wspólnego karaoke i ocierania moich łez. Po prostu za zrozumienie i za to, że zawsze mogę się do nich zwrócić. Jak było bardzo źle, to Ol. nawet przyszła sama do mojego pokoju, usiadła ze mną na łóżku, cierpliwie słuchając moich obaw i pocieszając mnie.
Jestem szczęściarą, że je mam.
Wrzucę sobie nawet piosenkę, której słucham, która budzi we mnie ostatnio jakiekolwiek emocje, bo opisuje to, co chciałabym Mu powiedzieć, ale nigdy tego nie zrobię. Wolę być zła, podła i niedobra. Inaczej nie umiem.
Nie umiem wybrać najlepszego fragmentu. Całość jest tym, co się teraz dzieje w mojej głowie, co chcę przekazać.
Gdzieś chyba jeszcze została jakaś pozostałość wrażliwości we mnie, że to akurat ta piosenka a nie np. Archive - Fuck You Anyway.
Cóż. Kaktusy uczuć nie mają, więc ciekawa jestem, co to będzie, jak moja metamorfoza zakończy się w 100%. Chyba, że zgrywam taką TYLKO dla Niego, a na prawdę jeszcze mi nie przeszło i przez moje głęboko ukryte, dostępne tylko dla mnie cierpienie, słucham czegoś takiego i w ogóle to rozkminiam. To bardzo możliwe.
wtorek, 22 października 2013
Pompa miliard
I oto, dzień wczorajszy był dniem konfrontacji z Panem X., czyli wyczekiwanym dniem Pompy Miliard. Przyznam sama przed sobą, że nazwa idealnie pasuje, a ja zachowałam się jak zwykle epicko. Gdybym nie była w trakcie pisania książki o sobie, to powiedziałabym, że takowa powinna powstać.
Zabawnie zaczęło być już w niedzielę.
Siedząc czwarty dzień w domu i popijając teraflu, zaczęło mnie nosić. Napisała do mnie R. z propozycją ploteczek i wina. Zgodziłam się, i po tym jak mi wytłumaczyła jak trafić do jej nowego mieszkania, zebrałam się i poszłam. Dawno tak dobrze nam się nie gadało. Zaczęłyśmy wspominać, jak zajebiście było w zeszłym roku i jakie śmieszne akcje się zdarzyły. Wróciłyśmy pamięcią do wieczoru, kiedy chciałyśmy upić Pana X., ale w końcu same się najebałyśmy, a ona do tego stopnia, że chciała się z nim pocałować. Jak się okazało, w ogóle nie pamięta tego i w zabawny sposób, zabroniła mi o tym opowiadać. Stwierdziła, że jeszcze nie jest na to gotowa. Rozmowa zeszła więc na dobrze znany temat Pana X. Powiedziałam jej o E. i tych wszystkich chorych akcjach. Spodziewała się, że tak jest. Cóż. Widocznie ja jestem mało ogarnięta, wierzę w ludzi i inne pierdoły, bo mnie to wręcz zszokowało, i to do tego stopnia, że myślałam, że już nic nigdy mnie nie zaskoczy. Wystarczyło poczekać do rozmowy z R., żebym się przekonała, jak bardzo się myliłam. Sprzedała mi ona bowiem taką informację, że po jej usłyszeniu zatkało mnie kompletnie, źle mi się zrobiło w głowie, nie mogłam oddychać, zbladłam i myślałam, że za chwilę zemdleję. R. jak zobaczyła mój wyraz twarzy zaraz powiedziała, żebym nie płakała. Ja już nie płaczę. Wyłączyłam przełącznik na łzy, albo po prostu mi się one skończyły. No nie ważne. Dowiedziałam się, że K. jej powiedział, żeby nikomu nie mówiła, ale jak Pan X. spotykał się ze mną, to spotykał się jeszcze z 3 innymi dziewczynami. Posiadając tą wiedzę, w pierwszej chwili miałam ochotę go uderzyć. Niestety, nie było go pod ręką, ale był telefon. Impulsywność wpędzi mnie kiedyś do grobu, ale i tym razem dałam się ponieść. Napisałam do niego, czy mogę go o coś zapytać. Nie odpisał przez godzinę. Napisałam mu więc ponownie, że nie to nie, i tak powiem. Kazałam mu spalić, wyrzucić, czy zrobić cokolwiek, żeby pozbyć się tego listu, i że to jest moja jedyna prośba. Oczywiście nic się nie zmieniło i nie odpisał. Kiedy wróciłam do domu, popatrzyłam na siebie i sama się spytałam 'co ty kurwa najlepszego zrobiłaś?'. To pytanie, jak i milion myśli o tym czego się dowiedziałam, kłębiły się w mojej głowie, jak ciemne, burzowe chmury. Nie mogłam zasnąć. Kiedy w końcu mi się udało, zadzwonił budzik, a ja byłam tak zmęczona, że nie miałam siły wstać. Prawie spóźniłam się na zajęcia.
Pośród tych wszystkich myśli, doszłam do wniosku, że na dobrą sprawę, o chuj mi chodzi? Ja spotykałam się z innymi ludźmi, kiedy spotykałam się z nim. Nigdy nie powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy na wyłączność. To, co mnie najbardziej zabolało, to to, że nie mówił mi o tym, a ja jemu tak. Później doszła jeszcze jedna myśl. To wyszło od K. w wielkiej tajemnicy, do mojej bliskiej przyjaciółki, więc doskonale wiedział, że mi to powtórzy. Mam go już za tak wielkiego bajkopisarza, że nawet nie wiem, czy w to wierzyć. Tym bardziej, że była sytuacja, kiedy Pan X. chciał się umówić z jakąś laską i mi o tym powiedział. Zostawiłam więc to w spokoju.
Nie poszłam na jeden z wykładów, bo wolałam spotkać się z P. Skoczyłyśmy razem na pizze i dostałam w końcu swój właściwy prezent urodzinowy. Najcudowniejsze kolczyki do tragusa. Wróciłam na zajęcia roześmiana, pełna dobrego humoru. Spotkałam się przed salą z ludźmi z grupy i w końcu byłam do nich szczerze pozytywnie nastawiona! J. zaproponowała mi wyjście na fajkę. Z uśmiechem na to przystałam. Wyszłyśmy przed budynek wydziału, siadłyśmy na ławce, odpaliłyśmy papierosy, zaczęłyśmy się z czegoś śmiać, kiedy nagle, zupełnie jak diabeł z pudełka, z prawej strony podszedł do nas Pan X. Popatrzył na mnie, na fajkę i wyglądał na zbitego z tropu. To było dziwne. Patrzył na mnie, ja na niego i starał się udawać, że wszystko jest okay. Puścił do mnie oczko (o chuj mu chodzi?!) i powiedział, że ma dla mnie prezent, ale jest w mieszkaniu i wręczy mi go, kiedy się spotkamy. Odpowiedziałam swoim zajebistym tonem o nazwie 'spierdalaj, czego ty jeszcze chcesz?', że z pewnością i poparzyłam w drugą stronę. Później zaczęłam się chwalić prezentem od P. J. była zachwycona, Pan X. nie wiem, bo nie zwróciłam na to uwagi. Za bardzo rozbawiło mnie to, że od razu zapytał, od kogo to dostałam. Oczywiście, że nie powiedziałam. J. się dowiedziała dopiero, jak poszłyśmy na zajęcia.
Rzecz jasna, nie mogło obyć się bez jakiejś jeszcze zabawniejszej akcji z mojej strony. W trakcie rozmowy wstałam i rzuciłam hasłem, że jestem tak najedzona, że wyglądam na 3 miesiąc. Mina Pana X. - bezcenna.
I tak sobie uroczo gawędziliśmy, kiedy podeszła do nas E. Dokładnie TA E. Pan X. nam ją przedstawił, a nas jej tekstem 'to są........ <chwila przerwy> one'. Wtrąciłam swoim cudownym tonem trzy grosze, bo nie mogłam się powstrzymać - powtórzyłam dokładnie to co on powiedział i zrobiło się dosyć dziwnie.W ogóle od kiedy ona przyszła tak się zrobiło. Nie żeby wcześniej tak nie było, ale to była wisienka na torcie. Ja się rozsiadłam jak królowa angielska na ławce i patrzyłam. W ogóle to był bardzo ciekawy schemat wymiany spojrzeń: ja na E, ona nie wiem na co, Pan X. na mnie, ja na niego, on na mnie, ja na E. itd. Awkward!
W końcu, odeszli w stronę zachodzącego słońca (w sumie to nie wiem, czy to było zachodzące słońce, ale w każdym bądź razie poszli sobie). My z J. wróciłyśmy na zajęcia. W międzyczasie, zadzwoniłam do P. i Ol. z piosenką 'jaka pompa, jaka pompaaaa' i od razu wiedziały o co chodzi.
Na wykładzie myślałam, że nie wytrzymam. Znowu dostawałam obłędu. Miałam ochotę wstać z ławki, położyć się na podłodze i zacząć śmiać. Opanowałam się jednak i dzięki Bogu, zajęcia skończyły się wcześniej.
Wieczorem, poszłam z Ol. na huśtawki. I oczywiście kto szedł? Taaak, oni. Ignorowałam ich jak mogłam. Nawet nie patrzyłam w ich stronę. Starałam się mówić cokolwiek i wyglądać, że wybornie się bawię. Cała ja.
Przynajmniej Ol. ją w końcu zobaczyła. Teraz możemy hejcić ją razem <3. No bo serio. Jest brzydsza niż na zdjęciach. Nigdy nie śmiałam się z tego, jak ktoś się ubiera, ale ona wyglądała jak kowbojka. Brakowało jej tylko kapelusza.
A taką miałam nadzieję, że już nigdy go nie spotkam... Życie pisze różne scenariusze xd
Zabawnie zaczęło być już w niedzielę.
Siedząc czwarty dzień w domu i popijając teraflu, zaczęło mnie nosić. Napisała do mnie R. z propozycją ploteczek i wina. Zgodziłam się, i po tym jak mi wytłumaczyła jak trafić do jej nowego mieszkania, zebrałam się i poszłam. Dawno tak dobrze nam się nie gadało. Zaczęłyśmy wspominać, jak zajebiście było w zeszłym roku i jakie śmieszne akcje się zdarzyły. Wróciłyśmy pamięcią do wieczoru, kiedy chciałyśmy upić Pana X., ale w końcu same się najebałyśmy, a ona do tego stopnia, że chciała się z nim pocałować. Jak się okazało, w ogóle nie pamięta tego i w zabawny sposób, zabroniła mi o tym opowiadać. Stwierdziła, że jeszcze nie jest na to gotowa. Rozmowa zeszła więc na dobrze znany temat Pana X. Powiedziałam jej o E. i tych wszystkich chorych akcjach. Spodziewała się, że tak jest. Cóż. Widocznie ja jestem mało ogarnięta, wierzę w ludzi i inne pierdoły, bo mnie to wręcz zszokowało, i to do tego stopnia, że myślałam, że już nic nigdy mnie nie zaskoczy. Wystarczyło poczekać do rozmowy z R., żebym się przekonała, jak bardzo się myliłam. Sprzedała mi ona bowiem taką informację, że po jej usłyszeniu zatkało mnie kompletnie, źle mi się zrobiło w głowie, nie mogłam oddychać, zbladłam i myślałam, że za chwilę zemdleję. R. jak zobaczyła mój wyraz twarzy zaraz powiedziała, żebym nie płakała. Ja już nie płaczę. Wyłączyłam przełącznik na łzy, albo po prostu mi się one skończyły. No nie ważne. Dowiedziałam się, że K. jej powiedział, żeby nikomu nie mówiła, ale jak Pan X. spotykał się ze mną, to spotykał się jeszcze z 3 innymi dziewczynami. Posiadając tą wiedzę, w pierwszej chwili miałam ochotę go uderzyć. Niestety, nie było go pod ręką, ale był telefon. Impulsywność wpędzi mnie kiedyś do grobu, ale i tym razem dałam się ponieść. Napisałam do niego, czy mogę go o coś zapytać. Nie odpisał przez godzinę. Napisałam mu więc ponownie, że nie to nie, i tak powiem. Kazałam mu spalić, wyrzucić, czy zrobić cokolwiek, żeby pozbyć się tego listu, i że to jest moja jedyna prośba. Oczywiście nic się nie zmieniło i nie odpisał. Kiedy wróciłam do domu, popatrzyłam na siebie i sama się spytałam 'co ty kurwa najlepszego zrobiłaś?'. To pytanie, jak i milion myśli o tym czego się dowiedziałam, kłębiły się w mojej głowie, jak ciemne, burzowe chmury. Nie mogłam zasnąć. Kiedy w końcu mi się udało, zadzwonił budzik, a ja byłam tak zmęczona, że nie miałam siły wstać. Prawie spóźniłam się na zajęcia.
Pośród tych wszystkich myśli, doszłam do wniosku, że na dobrą sprawę, o chuj mi chodzi? Ja spotykałam się z innymi ludźmi, kiedy spotykałam się z nim. Nigdy nie powiedzieliśmy sobie, że jesteśmy na wyłączność. To, co mnie najbardziej zabolało, to to, że nie mówił mi o tym, a ja jemu tak. Później doszła jeszcze jedna myśl. To wyszło od K. w wielkiej tajemnicy, do mojej bliskiej przyjaciółki, więc doskonale wiedział, że mi to powtórzy. Mam go już za tak wielkiego bajkopisarza, że nawet nie wiem, czy w to wierzyć. Tym bardziej, że była sytuacja, kiedy Pan X. chciał się umówić z jakąś laską i mi o tym powiedział. Zostawiłam więc to w spokoju.
Nie poszłam na jeden z wykładów, bo wolałam spotkać się z P. Skoczyłyśmy razem na pizze i dostałam w końcu swój właściwy prezent urodzinowy. Najcudowniejsze kolczyki do tragusa. Wróciłam na zajęcia roześmiana, pełna dobrego humoru. Spotkałam się przed salą z ludźmi z grupy i w końcu byłam do nich szczerze pozytywnie nastawiona! J. zaproponowała mi wyjście na fajkę. Z uśmiechem na to przystałam. Wyszłyśmy przed budynek wydziału, siadłyśmy na ławce, odpaliłyśmy papierosy, zaczęłyśmy się z czegoś śmiać, kiedy nagle, zupełnie jak diabeł z pudełka, z prawej strony podszedł do nas Pan X. Popatrzył na mnie, na fajkę i wyglądał na zbitego z tropu. To było dziwne. Patrzył na mnie, ja na niego i starał się udawać, że wszystko jest okay. Puścił do mnie oczko (o chuj mu chodzi?!) i powiedział, że ma dla mnie prezent, ale jest w mieszkaniu i wręczy mi go, kiedy się spotkamy. Odpowiedziałam swoim zajebistym tonem o nazwie 'spierdalaj, czego ty jeszcze chcesz?', że z pewnością i poparzyłam w drugą stronę. Później zaczęłam się chwalić prezentem od P. J. była zachwycona, Pan X. nie wiem, bo nie zwróciłam na to uwagi. Za bardzo rozbawiło mnie to, że od razu zapytał, od kogo to dostałam. Oczywiście, że nie powiedziałam. J. się dowiedziała dopiero, jak poszłyśmy na zajęcia.
Rzecz jasna, nie mogło obyć się bez jakiejś jeszcze zabawniejszej akcji z mojej strony. W trakcie rozmowy wstałam i rzuciłam hasłem, że jestem tak najedzona, że wyglądam na 3 miesiąc. Mina Pana X. - bezcenna.
I tak sobie uroczo gawędziliśmy, kiedy podeszła do nas E. Dokładnie TA E. Pan X. nam ją przedstawił, a nas jej tekstem 'to są........ <chwila przerwy> one'. Wtrąciłam swoim cudownym tonem trzy grosze, bo nie mogłam się powstrzymać - powtórzyłam dokładnie to co on powiedział i zrobiło się dosyć dziwnie.W ogóle od kiedy ona przyszła tak się zrobiło. Nie żeby wcześniej tak nie było, ale to była wisienka na torcie. Ja się rozsiadłam jak królowa angielska na ławce i patrzyłam. W ogóle to był bardzo ciekawy schemat wymiany spojrzeń: ja na E, ona nie wiem na co, Pan X. na mnie, ja na niego, on na mnie, ja na E. itd. Awkward!
W końcu, odeszli w stronę zachodzącego słońca (w sumie to nie wiem, czy to było zachodzące słońce, ale w każdym bądź razie poszli sobie). My z J. wróciłyśmy na zajęcia. W międzyczasie, zadzwoniłam do P. i Ol. z piosenką 'jaka pompa, jaka pompaaaa' i od razu wiedziały o co chodzi.
Na wykładzie myślałam, że nie wytrzymam. Znowu dostawałam obłędu. Miałam ochotę wstać z ławki, położyć się na podłodze i zacząć śmiać. Opanowałam się jednak i dzięki Bogu, zajęcia skończyły się wcześniej.
Wieczorem, poszłam z Ol. na huśtawki. I oczywiście kto szedł? Taaak, oni. Ignorowałam ich jak mogłam. Nawet nie patrzyłam w ich stronę. Starałam się mówić cokolwiek i wyglądać, że wybornie się bawię. Cała ja.
Przynajmniej Ol. ją w końcu zobaczyła. Teraz możemy hejcić ją razem <3. No bo serio. Jest brzydsza niż na zdjęciach. Nigdy nie śmiałam się z tego, jak ktoś się ubiera, ale ona wyglądała jak kowbojka. Brakowało jej tylko kapelusza.
A taką miałam nadzieję, że już nigdy go nie spotkam... Życie pisze różne scenariusze xd
niedziela, 20 października 2013
Psychopatka
Sądzę, że nie jestem normalna, a moje zachowanie podchodzi już trochę pod psychopatię. No bo kto przy zdrowych zmysłach, czeka na inną osobę, żeby się 'przypadkowo' spotkać? Albo chodzi na spacery, żeby sprawdzić, czy dana osoba jest w mieszkaniu?
Co się do cholery ze mną stało! Kiedyś taka nie byłam! Nie odwalałam żadnych chorych akcji, nie mówiąc już o rozmowach o swoich uczuciach. A byłam młodsza. Damn. Mam 20 lat, a zachowuję się jakbym miała 12, albo 15 (nie jestem pewna, kiedy dziewczyny stają się głupie, bo mnie to ominęło).
Nie myślałam, że się ucieszę z tego, że jestem przeziębiona, ale tak jest lepiej dla mojego zdrowia psychicznego, bo nie śledzę go przynajmniej. Chociaż strasznie korci mnie urządzenie sobie spaceru koło 21, bo wiem, że wtedy będzie wracał do mieszkania. Boże, ja chyba za dużo wiem.
Bardzo chce mi się palić, ale nie stać mnie do jutra na nową paczkę. Smutek.
Cholera, nie ma jeszcze 13, a ja już czuję, że za chwilę zeświruję. Boję się, że w chwili słabości napiszę do niego, a nie mogę sobie na to pozwolić! Muszę być silna i dzielnie czekać, aż on sam się odezwie.
Znaczy, wczoraj już wprowadziłam plan nr. 4 w życie, ale z doświadczenia wiem, że jakikolwiek plan na niego wymyślę, to i tak gówno z tego wyjdzie. Nawet taki z opracowanym, dopieszczonym każdym szczegółem. To się nazywa pech. I psychopatia. Chyba pójdę to leczyć.
Co się do cholery ze mną stało! Kiedyś taka nie byłam! Nie odwalałam żadnych chorych akcji, nie mówiąc już o rozmowach o swoich uczuciach. A byłam młodsza. Damn. Mam 20 lat, a zachowuję się jakbym miała 12, albo 15 (nie jestem pewna, kiedy dziewczyny stają się głupie, bo mnie to ominęło).
Nie myślałam, że się ucieszę z tego, że jestem przeziębiona, ale tak jest lepiej dla mojego zdrowia psychicznego, bo nie śledzę go przynajmniej. Chociaż strasznie korci mnie urządzenie sobie spaceru koło 21, bo wiem, że wtedy będzie wracał do mieszkania. Boże, ja chyba za dużo wiem.
Bardzo chce mi się palić, ale nie stać mnie do jutra na nową paczkę. Smutek.
Cholera, nie ma jeszcze 13, a ja już czuję, że za chwilę zeświruję. Boję się, że w chwili słabości napiszę do niego, a nie mogę sobie na to pozwolić! Muszę być silna i dzielnie czekać, aż on sam się odezwie.
Znaczy, wczoraj już wprowadziłam plan nr. 4 w życie, ale z doświadczenia wiem, że jakikolwiek plan na niego wymyślę, to i tak gówno z tego wyjdzie. Nawet taki z opracowanym, dopieszczonym każdym szczegółem. To się nazywa pech. I psychopatia. Chyba pójdę to leczyć.
sobota, 19 października 2013
Znowu nic nie wiem
To jest jak jakaś niekończąca się opowieść. Jest dobrze -> nagle robi się źle -> zaczynam świrować i mówić o uczuciach -> Pan X. mnie zlewa -> nie odzywamy się do siebie -> zaczynam świrować -> ktoś się w końcu odzywa (dzięki Bogu, niekoniecznie ja) -> jest dobrze -> nagle robi się źle i tak w koło macieju. Aktualnie jestem na etapie 'nie odzywamy się do siebie' i 'zaczynam świrować' (bo one się pokrywają w pewnym momencie).
Muszę się z nim zobaczyć. Mam nawet kilka planów.
1. Łazić po dworze tak długo, dopóki na siebie 'przypadkiem' nie wpadniemy (może być trudno, bo się pochorowałam). Tylko to może nie być takie genialne, bo może się nawet do mnie nie odezwać.
2. Napisać do niego coś w stylu 'chcesz 8 sezon HIMYM? Przepraszam za wszystko. Uspokoiłam się i jestem już na prostej. Przez chwilę się bałam, że mogę np. umrzeć, ale już jest okay i przepraszam za wszystko' - to też jest ryzykowne, bo może nie odpisać, plus zrobię z siebie kretynkę. Jakby to było coś nowego. Chociaż w sumie, nigdy wcześniej nie powiedziałam mu wprost 'kocham Cię, to zawsze byłeś, jesteś i będziesz Ty'. I paru innych rzeczy. Byłoby żenująco.
3. Tak, ten punkt będzie żenujący z tego samego powodu. Pomyślałam, że mogłabym upiec babeczki, ładnie zapakować, sprawdzić kiedy będzie w mieszkaniu (dobrze, że mam jego plan i doskonale wiem, które okno jest jego), zadzwonić, albo po prostu pójść do niego, zadzwonić przy drzwiach, żeby mi otworzył (bo nie działa mu dzwonek) i z szerokim uśmiechem wręczyć mu ciastka, mówiąc przy tym, że go przepraszam, że ześwirowałam, że to się nie powtórzy i mam nadzieję, że zapomnimy o tym.
4. Poprosić o pomoc T. Musiałby zorganizować wyjście na piwo w taki sposób, żebym była tam ja i Pan X. Może, jeżeli obiecam, że przyprowadzę P. to się zgodzi.
Tak czy inaczej. Nie mam zielonego pojęcia, po co chcę to zrobić. Wiem, że będzie żenująco jak się spotkamy, ale po prostu nie mogę żyć bez cierpienia, które mi daje. Jestem masochistką? Może. W moim sercu ciągle jest nadzieja, że teraz, kiedy wszystko wie, może to coś zmieni. Ugh. Wszystko wina ojca. No może nie wszystko, ale po części. Gdyby mi nie powiedział, że Pan X. był dla mnie miły, bo chciał zmienić postępowanie wobec mnie, albo naprawić wyrządzone mi krzywdy, to może by mnie to tak nie ruszyło. A tak, siedzę i się zastanawiam. Że skoro wie, i serio chciałby coś między nami zmienić, to może jedyne czego potrzebujemy, to spędzić trochę czasu razem?
Ale na drugie, czy w takim razie, to nie on powinien pierwszy się odezwać? Pomimo, że mu zabroniłam? Robiłam to już wiele razy, i za każdym razem mnie nie słuchał. Teraz też tak będzie? Nie chcę z siebie zrobić jeszcze większej idiotki i pisać, ale jak przez miesiąc się nie odezwie, to zacznę działać. Albo w końcu zrozumiem, że to bezcelowe.
A tak w ogóle, to czemu do jasnej cholery nie myślę o tym, że się pieprzył ze swoją byłą?! To powinno być ciągle w mojej głowie i robić dziurę w mózgu, ale tak nie jest! Zablokowałam to. Boję się, że jak już będziemy gadać i będzie dobrze, to nagle mi się to odblokuje i znowu wszystko się spieprzy.
Muszę chyba zrobić listę plusów i minusów tego wszystkiego. Albo znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie.
Muszę się z nim zobaczyć. Mam nawet kilka planów.
1. Łazić po dworze tak długo, dopóki na siebie 'przypadkiem' nie wpadniemy (może być trudno, bo się pochorowałam). Tylko to może nie być takie genialne, bo może się nawet do mnie nie odezwać.
2. Napisać do niego coś w stylu 'chcesz 8 sezon HIMYM? Przepraszam za wszystko. Uspokoiłam się i jestem już na prostej. Przez chwilę się bałam, że mogę np. umrzeć, ale już jest okay i przepraszam za wszystko' - to też jest ryzykowne, bo może nie odpisać, plus zrobię z siebie kretynkę. Jakby to było coś nowego. Chociaż w sumie, nigdy wcześniej nie powiedziałam mu wprost 'kocham Cię, to zawsze byłeś, jesteś i będziesz Ty'. I paru innych rzeczy. Byłoby żenująco.
3. Tak, ten punkt będzie żenujący z tego samego powodu. Pomyślałam, że mogłabym upiec babeczki, ładnie zapakować, sprawdzić kiedy będzie w mieszkaniu (dobrze, że mam jego plan i doskonale wiem, które okno jest jego), zadzwonić, albo po prostu pójść do niego, zadzwonić przy drzwiach, żeby mi otworzył (bo nie działa mu dzwonek) i z szerokim uśmiechem wręczyć mu ciastka, mówiąc przy tym, że go przepraszam, że ześwirowałam, że to się nie powtórzy i mam nadzieję, że zapomnimy o tym.
4. Poprosić o pomoc T. Musiałby zorganizować wyjście na piwo w taki sposób, żebym była tam ja i Pan X. Może, jeżeli obiecam, że przyprowadzę P. to się zgodzi.
Tak czy inaczej. Nie mam zielonego pojęcia, po co chcę to zrobić. Wiem, że będzie żenująco jak się spotkamy, ale po prostu nie mogę żyć bez cierpienia, które mi daje. Jestem masochistką? Może. W moim sercu ciągle jest nadzieja, że teraz, kiedy wszystko wie, może to coś zmieni. Ugh. Wszystko wina ojca. No może nie wszystko, ale po części. Gdyby mi nie powiedział, że Pan X. był dla mnie miły, bo chciał zmienić postępowanie wobec mnie, albo naprawić wyrządzone mi krzywdy, to może by mnie to tak nie ruszyło. A tak, siedzę i się zastanawiam. Że skoro wie, i serio chciałby coś między nami zmienić, to może jedyne czego potrzebujemy, to spędzić trochę czasu razem?
Ale na drugie, czy w takim razie, to nie on powinien pierwszy się odezwać? Pomimo, że mu zabroniłam? Robiłam to już wiele razy, i za każdym razem mnie nie słuchał. Teraz też tak będzie? Nie chcę z siebie zrobić jeszcze większej idiotki i pisać, ale jak przez miesiąc się nie odezwie, to zacznę działać. Albo w końcu zrozumiem, że to bezcelowe.
A tak w ogóle, to czemu do jasnej cholery nie myślę o tym, że się pieprzył ze swoją byłą?! To powinno być ciągle w mojej głowie i robić dziurę w mózgu, ale tak nie jest! Zablokowałam to. Boję się, że jak już będziemy gadać i będzie dobrze, to nagle mi się to odblokuje i znowu wszystko się spieprzy.
Muszę chyba zrobić listę plusów i minusów tego wszystkiego. Albo znaleźć sobie jakieś pożyteczne zajęcie.
piątek, 18 października 2013
Winna
Czuję się winna, że z Panem X. jest jak jest. Mogłam nie dawać mu tego listu, albo przynajmniej nie pisać w nim, żeby się już do mnie nie odzywał. Albo darować sobie to 'fuck you anyway' na końcu.
Chyba go przeproszę. Jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas. Nie umiem być dla niego niemiła. Znaczy, potrafię, ale w żartach, albo coś.
Wiem, że nie spotkał się z E. cały tydzień, więc chyba ta znajomość z nią niewiele dla niego znaczy, a przynajmniej mniej niż znajomość ze mną.
Dlaczego robi to, o co go poproszę?! Na miłość boską, jestem kobietą! Jak mu mówię, żeby się nie odzywał, to nie znaczy, że tak myślę! Wręcz odwrotnie.
Walczę codziennie, żeby nic mu nie napisać, bo zrobię z siebie kretynkę, ale jak mi wczoraj ojciec powiedział, że jestem głupia, bo on mógł przez wakacje sobie wszystko przemyśleć i teraz chciał zacząć od nowa, to poczułam się jak idiotka. Ja wcale nie chcę sobie wmawiać, usprawiedliwiać go, czy coś, ale co jeżeli tak jest? Czemu on nie może być normalnym, zdrowym na umyśle człowiekiem, który robi i mówi co myśli? Mógłby być łatwiejszy to rozgryzienia, a nie.
W pierwszej chwili, kiedy ojciec mi powiedział, że mu go szkoda, miałam ochotę rzucić telefonem. Teraz myślę, że jednak może miał trochę racji. Pan X. był dla mnie miły, starał się być przy mnie, chciał tego, a ja go kopnęłam w dupę. Jakby napisał, byłoby dużo łatwiej. Wiedziałabym, że jednak mu zależy itd. A teraz nie wiem, czy nie pisze, bo mu jednak nie zależy, czy dlatego, że mu zależy, ale kazałam mu się odpierdolić.
Poczekam jeszcze chwilę.
Zanim wrócę do domu, to napiszę mu coś w stylu 'czy chcesz 8 sezon himym'. I przeproszę. Zwalę wszystko na hormony, jak zwykle.
Chyba, że sam się odezwie. Dzisiaj mija dokładnie 7 dni, od kiedy nie gadamy. Za pierwszym razem, kiedy kazałam mu się do mnie nie odzywać, to było 5 dni. Najdłużej nie gadaliśmy 11, ale w końcu sam się odezwał pod mocno naciąganym pretekstem. No bo, kto pisze w sobotę, o 9 rano, w ferie, w sprawie zajęć, które mają się odbyć za tydzień? I w dodatku, jak się później okazało, napisał w tej samej sprawie do swojego kumpla. To na chuj mi pisał? Chciał po prostu zadzwonić i porozmawiać. I tyle. Ciekawe, czy tym razem też tak będzie...
Chyba go przeproszę. Jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas. Nie umiem być dla niego niemiła. Znaczy, potrafię, ale w żartach, albo coś.
Wiem, że nie spotkał się z E. cały tydzień, więc chyba ta znajomość z nią niewiele dla niego znaczy, a przynajmniej mniej niż znajomość ze mną.
Dlaczego robi to, o co go poproszę?! Na miłość boską, jestem kobietą! Jak mu mówię, żeby się nie odzywał, to nie znaczy, że tak myślę! Wręcz odwrotnie.
Walczę codziennie, żeby nic mu nie napisać, bo zrobię z siebie kretynkę, ale jak mi wczoraj ojciec powiedział, że jestem głupia, bo on mógł przez wakacje sobie wszystko przemyśleć i teraz chciał zacząć od nowa, to poczułam się jak idiotka. Ja wcale nie chcę sobie wmawiać, usprawiedliwiać go, czy coś, ale co jeżeli tak jest? Czemu on nie może być normalnym, zdrowym na umyśle człowiekiem, który robi i mówi co myśli? Mógłby być łatwiejszy to rozgryzienia, a nie.
W pierwszej chwili, kiedy ojciec mi powiedział, że mu go szkoda, miałam ochotę rzucić telefonem. Teraz myślę, że jednak może miał trochę racji. Pan X. był dla mnie miły, starał się być przy mnie, chciał tego, a ja go kopnęłam w dupę. Jakby napisał, byłoby dużo łatwiej. Wiedziałabym, że jednak mu zależy itd. A teraz nie wiem, czy nie pisze, bo mu jednak nie zależy, czy dlatego, że mu zależy, ale kazałam mu się odpierdolić.
Poczekam jeszcze chwilę.
Zanim wrócę do domu, to napiszę mu coś w stylu 'czy chcesz 8 sezon himym'. I przeproszę. Zwalę wszystko na hormony, jak zwykle.
Chyba, że sam się odezwie. Dzisiaj mija dokładnie 7 dni, od kiedy nie gadamy. Za pierwszym razem, kiedy kazałam mu się do mnie nie odzywać, to było 5 dni. Najdłużej nie gadaliśmy 11, ale w końcu sam się odezwał pod mocno naciąganym pretekstem. No bo, kto pisze w sobotę, o 9 rano, w ferie, w sprawie zajęć, które mają się odbyć za tydzień? I w dodatku, jak się później okazało, napisał w tej samej sprawie do swojego kumpla. To na chuj mi pisał? Chciał po prostu zadzwonić i porozmawiać. I tyle. Ciekawe, czy tym razem też tak będzie...
niedziela, 13 października 2013
Kolejne przypadkowe spotkanie.
Znowu to samo. Znowu go widziałam. I po raz kolejny minął mnie bez słowa. Ciekawe czy jak będzie sam, to też tak postąpi? Bo również tym razem miał towarzystwo. Nie mogłam jednak określić czy damskie, czy męskie. Ol. stwierdziła, że to było facet, ale te długie włosy... Całe szczęście, nie była to E.
To wszystko było jeszcze zabawniejsze niż zwykle. Tradycyjnie siedziałyśmy z Ol. na huśtawkach, puszczając z telefonu Avril Lavigne. Stwierdziłam, że jestem chodzącą zajebistością (a przynajmniej próbowałam sobie to wmówić dla podniesienia samooceny) i jechałam strasznie po tej żałosnej dziwce. W pewnym momencie poczułam się tak wybornie, że postanowiłam zmienić 'Rock'n roll' na 'The best damn thing'. Zeszłam z huśtawki, żeby sięgnąć do leżącej na ziemi bluzy z telefonem, kucnęłam, podniosłam na chwilę wzrok, a tam idzie Pan X. Ja zamiast patrzeć na to, kto z nim idzie, popatrzyłam w telefon, zmieniłam piosenkę, i udałam zaskoczenie, kiedy Ol. mi go pokazała. Wtedy też dostałam zaćmienia i nie mam pojęcia czy to coś, co z nim szło, to była kobieta czy facet. No po prostu jakbym mózgu nie miała. Przez moment w ogóle nie kontaktowałam. Kiedy odeszli dalej, ja zaczęłam się cała trząść i śmiać się tak głośno, że na pewno mnie słyszeli.
Ale jakie wyczucie chwili miał - włączyłam piosenkę, w której Av śpiewa:
To wszystko było jeszcze zabawniejsze niż zwykle. Tradycyjnie siedziałyśmy z Ol. na huśtawkach, puszczając z telefonu Avril Lavigne. Stwierdziłam, że jestem chodzącą zajebistością (a przynajmniej próbowałam sobie to wmówić dla podniesienia samooceny) i jechałam strasznie po tej żałosnej dziwce. W pewnym momencie poczułam się tak wybornie, że postanowiłam zmienić 'Rock'n roll' na 'The best damn thing'. Zeszłam z huśtawki, żeby sięgnąć do leżącej na ziemi bluzy z telefonem, kucnęłam, podniosłam na chwilę wzrok, a tam idzie Pan X. Ja zamiast patrzeć na to, kto z nim idzie, popatrzyłam w telefon, zmieniłam piosenkę, i udałam zaskoczenie, kiedy Ol. mi go pokazała. Wtedy też dostałam zaćmienia i nie mam pojęcia czy to coś, co z nim szło, to była kobieta czy facet. No po prostu jakbym mózgu nie miała. Przez moment w ogóle nie kontaktowałam. Kiedy odeszli dalej, ja zaczęłam się cała trząść i śmiać się tak głośno, że na pewno mnie słyszeli.
Ale jakie wyczucie chwili miał - włączyłam piosenkę, w której Av śpiewa:
'That you're not not not gonna get any better
You won't won't won't you won't get rid of me, never
Like it or not even thought she's a lot like me
We're not the same
And yeah yeah yeah I'm a lot to handle
You don't but I'm a hell of scandal
Me, I'm a scene, I'm a drama queen
I'm the best damn thing that your eyes have ever seen'
You won't won't won't you won't get rid of me, never
Like it or not even thought she's a lot like me
We're not the same
And yeah yeah yeah I'm a lot to handle
You don't but I'm a hell of scandal
Me, I'm a scene, I'm a drama queen
I'm the best damn thing that your eyes have ever seen'
Albo:
'I hate it when they go out and we stay in
And they come home smelling like their ex-girlfriend'
And they come home smelling like their ex-girlfriend'
Więc wyczucie czasu jak zwykle na wysokim poziomie.
Bardzo chcę już go spotkać, kiedy będę sama i on też będzie sam. Najlepiej przypadkiem, jak dzisiaj, czy w piątek.
Chcę żeby się odezwał... Głupie cześć powiedział, a nie udawał, że mnie nie zna... Nie wytrzymam tego, chociaż wiem, że powinnam. Nie umiem. Za bardzo go kocham.
Nie rozumiem też tego, że wyłączyły mi się emocje i myśli związane z tym, że spał i spotyka się z E. Ale to dobrze, bo chyba bym tego nie przeżyła. Wczoraj zaczęłam chwilę o tym myśleć, po czym się pocięłam.
Niechże już będzie dobrze :(
Cóż, jeżeli nam jest dane bycie razem, to ta mała rzecz, którą napisałam na karteczce leżącej pod moją poduszką, się sprawdzi - napisze do mnie. Bo jak już to zrobi, to się spotkamy i porozmawiamy. I to będzie wielki progres.
Modliłam się nawet, żeby napisał. Czy Boga nie ma, czy mnie nie słucha tylko?
Mam nadzieję, że przynajmniej jak mnie zobaczył dzisiaj, to mu się list przypomniał i się zażenował, albo zaczął myśleć. Czy coś.
W ogóle, śnił mi się, ale nie pamiętam o co chodziło. Mam nadzieję, że cokolwiek to znaczyło, to na plus.
Jutro kolejny poniedziałek, drugi tydzień studiów i 4 dzień milczenia z Panem X. A mogło być tak pięknie :( Po co ja to popsułam?
sobota, 12 października 2013
Tytułu brak, bo nie myślę.
Jest mi źle. Bardzo. Gorzej jeszcze nie było. Przestałam jeść. Zaczęłam płakać. Wiedziałam, że jak już zacznę, to nie będę umiała przestać. Pan X. się nie odezwał. Nie spotkałam go dzisiaj, chociaż cały dzień spędziłam na huśtawkach. Wczoraj spotkałam go 2 razy. Najpierw idąc z Ol. do banku. Szedł po drugiej stronie ulicy, ale nie jestem pewna czy mnie widział. Myślę, że gdyby tak, to chociaż by pomachał, czy coś, nie jesteśmy przecież na siebie obrażeni. No ale nie ważne. Wtedy jeszcze byłam w fazie pompy i mnie to wszystko bawiło. Później zaczęłam wchodzić w fazę smutku. Wieczorem coś mnie tknęło i postanowiłam pójść na huśtawki. Już miałam wychodzić, ale nie mogłam znaleźć słuchawek. Okazało się, że pomimo tego, że sprawdzałam milion razy, były w kurtce. Dowiedziałam się o tym dopiero jak wróciłam z powrotem do mieszkania, bo miałam dosyć szukania i na huśtawki poszłam 'bez'. Wychodząc na główny chodnik zobaczyłam... Pana X. idącego do swojego bloku. Nie wiedziałam co robić. Nie byłam pewna czy jestem gotowa z nim rozmawiać, bo boję się tego strasznie. Z drugiej jednak strony jestem ciekawa jego zachowania jak się spotkamy i zaczęłam myśleć co by tu zrobić, żeby się odezwać, tylko po to, żeby mnie usłyszał. Zadzwoniłam do mamy. Nie odbierała, a ja byłam zbyt sparaliżowana i spanikowana, żeby zrobić coś więcej. On nie odwrócił się ani razu. Pomyśleć, że gdyby nie te pierdolone słuchawki, to byśmy na siebie wpadli, albo on szedłby za mną... Chyba po prostu nie było nam wczoraj dane porozmawiać. To nie ten moment. Ale skoro wpadałam na niego przypadkiem, nie musiałam tego prowokować, to chyba w końcu do tego dojdzie? Bo mi już jego brakuje. Zaczęłam żałować, że dałam mu ten cholerny list, a na pewno tego, że napisałam w nim, że kończę tą znajomość. Liczyłam też na to, że pomimo wszystko, zadzwoni dzisiaj, tak jak obiecał. Nie wiem, może też musi sobie to wszystko przemyśleć? Znaczy, na pewno musi... Może się ogarnie? Chciałabym. Tak źle i tak nie dobrze.
Najbardziej przeraża mnie fakt, że jeżeli nie będziemy rozmawiać, to w końcu o nim zapomnę, a nie chcę. Wiem, że powinnam, ale się boję. Nie wiem dlaczego, nie rozumiem tego wcale.
Już za nim tęsknię. Gdybym nie dała mu listu, to dzisiaj spędzilibyśmy uroczy dzień we dwoje. Uroczy pod warunkiem, że mi by się na mózg nie rzuciło i nie zaczęłabym świrować jarzębiny.
Ciekawe, jak wiele razy przeczytał ten list od czwartku... Czy czyta go codziennie? Czy ma mind fucka? W ogóle myśli o mnie? Zastanawia się, czy może warto próbować? Czy jak się będzie pieprzył z E. to pomyśli o liście? Czy nie wychodził dziś przez cały dzień, bo czyta książkę? Podoba mu się? Mam tyle pytań, na które odpowiedzi nie dostanę. Za to on wie już wszystko o mnie, o tym co czuję.
Napisałam mu też, że należą mi się wyjaśnienia, po czym w końcówce dodałam, że znam go i wiem, że mi nie odpowie. Mógłby mi udowodnić, że jednak go nie znam i wyjaśnić wszystko, albo chociaż się spotkać, bo ja i tak bym powiedziała, że nie chcę tego słuchać.
Myślę, że za miesiąc, jak nie napisze, to ja to zrobię i go przeproszę. I powiem, że mi przeszło. Albo nie. Kurwa nie wiem. Nie wiem, czy umiałby się ze mną przyjaźnić po tym, jak powiedziałam mu, że go kocham. Ja daję radę (pomimo małych odpałów), tylko czy on? Bo jednak te dwa magiczne słowa zostały w końcu wypowiedziane przeze mnie. Nie da się ich cofnąć. I tego akurat nie żałuję.
Wszystko, czego potrzebuję to cierpliwość, bo wierzę w to, że kiedyś dojdzie do konfrontacji. To jest w sumie pewne. Albo, że jak już się to wszystko uspokoi, to że on zadzwoni. Tak czuje Ol.
Pożyję i zobaczę (o ile dożyję).
Najbardziej przeraża mnie fakt, że jeżeli nie będziemy rozmawiać, to w końcu o nim zapomnę, a nie chcę. Wiem, że powinnam, ale się boję. Nie wiem dlaczego, nie rozumiem tego wcale.
Już za nim tęsknię. Gdybym nie dała mu listu, to dzisiaj spędzilibyśmy uroczy dzień we dwoje. Uroczy pod warunkiem, że mi by się na mózg nie rzuciło i nie zaczęłabym świrować jarzębiny.
Ciekawe, jak wiele razy przeczytał ten list od czwartku... Czy czyta go codziennie? Czy ma mind fucka? W ogóle myśli o mnie? Zastanawia się, czy może warto próbować? Czy jak się będzie pieprzył z E. to pomyśli o liście? Czy nie wychodził dziś przez cały dzień, bo czyta książkę? Podoba mu się? Mam tyle pytań, na które odpowiedzi nie dostanę. Za to on wie już wszystko o mnie, o tym co czuję.
Napisałam mu też, że należą mi się wyjaśnienia, po czym w końcówce dodałam, że znam go i wiem, że mi nie odpowie. Mógłby mi udowodnić, że jednak go nie znam i wyjaśnić wszystko, albo chociaż się spotkać, bo ja i tak bym powiedziała, że nie chcę tego słuchać.
Myślę, że za miesiąc, jak nie napisze, to ja to zrobię i go przeproszę. I powiem, że mi przeszło. Albo nie. Kurwa nie wiem. Nie wiem, czy umiałby się ze mną przyjaźnić po tym, jak powiedziałam mu, że go kocham. Ja daję radę (pomimo małych odpałów), tylko czy on? Bo jednak te dwa magiczne słowa zostały w końcu wypowiedziane przeze mnie. Nie da się ich cofnąć. I tego akurat nie żałuję.
Wszystko, czego potrzebuję to cierpliwość, bo wierzę w to, że kiedyś dojdzie do konfrontacji. To jest w sumie pewne. Albo, że jak już się to wszystko uspokoi, to że on zadzwoni. Tak czuje Ol.
Pożyję i zobaczę (o ile dożyję).
czwartek, 10 października 2013
inny świat
To jest kurwa jakiś matrix. Ostatnie 2 dni są jak koszmar, z którego na prawdę chcę się obudzić.
Przedwczoraj się upiłam. Znowu. Z P. Kiedy odprowadzałam ją na dworzec, zażartowałam, że nie trafię do mieszkania. Ona tak się przejęła, że zadzwoniła do Pana X., żeby mnie odebrał. Jak zwykle było coś ważniejszego. Ale lajjjjt.
Wczoraj, akurat na moim bardzo długim okienku, zadzwonił do mnie. Zaczął się pytać co się działo, mówić, że się martwi, i przepraszać, że nie przyszedł. Okazało się, że też ma okienko i bardzo chce iść ze mną do sklepu na zakupy. Powiedziałam mu, że nie chcę, ale ten się upierał. No to się zgodziłam. W sumie, to nie powinnam, bo wyjaśnił mi jego wielki stres, który już minął. I poważnie, wolałabym nie wiedzieć. Otóż, bał się, że... ZOSTANIE TATĄ. Po prostu myślałam, że się popłaczę jak mi to powiedział. To było tylko takie 'o kurwa on z kimś spał, ale z kim?! ON Z KIMŚ SPAŁ!!!!!!!!!!!'. Z lekkością dorzucił hasło, że byłoby to w sumie zabawne, a ja zostałabym ciocią, i oczywiście zrobiłby mnie też z tej okazji chrzestną. Wtedy to myślałam, że się położę tam i zacznę ryczeć. O chuj mu chodziło?! Po kiego czorta mi to powiedział?! I jeszcze z tą chrzestną wyskoczył jak diabeł z pudełka. No kurwa. Zagadka życia.
Cały dzień to rozkminiałyśmy z Ol. O chuj mu chodzi? -> to było pytanie dnia. Powtórzyłam je milion razy. No bo na prawdę. Do tego jest jeszcze tak słodki w stosunku do mnie, że rzygam tęczą jak go widzę. A raczej 'rzygałam' i 'widziałam' bo teraz to już go nie spotkam, ale nie uprzedzając faktów.
Cały dzień było jedno wielkie zastanawianie się z 'kim?', 'jak?', 'kiedy?' i 'dlaczego?'. Obstawiałyśmy 2 opcje. Albo to zmyślił, albo serio to zrobił, najprawdopodobniej z E.
Jak się dzisiaj okazało, opcja nr. 2 to ta prawidłowa.
Siedziałam na huśtawkach w przerwie między zajęciami. I nagle, ja się patrzę, a tam idzie on z nią. I idą do niego do mieszkania. No myślałam, że się pochlastam. Rozpłakałam się, zadzwoniłam do O. Napisałam do Ol. i P. Pierwsza przyszła Ol. Pożyczyłam od niej kasę na fajki, bo stwierdziłam, że ja nie dam rady bez używek. Po wczoraj miałam takiego mind fucka jak nigdy, ale to co się działo dzisiaj w mojej głowie, to jest nie do opisania. Nie ma na to odpowiedniego słowa. Nawet nie płakałam. Czułam taką przewielką pustkę w sobie. I ciągle w mojej głowie było pytanie: 'dlaczego? co ona ma takiego czego ja nie mam?'. Jedyne co czułam to, że mój żołądek jest związany na supeł. Paliłam jednego papierosa za drugim. Ol. bardzo chciała ich razem zobaczyć, więc siedziałyśmy w najlepszym miejscu do spotkania kogoś, na naszym osiedlu. Niestety, nie udało nam się ich złapać. Zaniechałyśmy. Nie poszłam na zajęcia, bo nie byłam w stanie, ale wpadłam za to na genialny pomysł. Napisałam mu kolejny list, w którym wyrzuciłam mu wszystko (w sumie sporo przepisałam z tego głównego, ale dodałam jeszcze parę rzeczy), powiedziałam, że go kocham, a w p.s'ie dodałam 'fuck you anyway'. Rozpakowałam prezent, zamieniłam kupony na list, zapakowałam i umówiłam się z nim na spotkanie, mówiąc, że to strasznie ważne, żebyśmy się dzisiaj zobaczyli. Jeszcze bym się rozmyśliła. W sumie to jak się spotkaliśmy to prawie tak było, ale myślę, nieeeee, będę silna. Zrobiłam w końcu ten krok. Ogólnie, jak zwykle był przeuroczy, obiecał mi, że dostanę najlepszy prezent na świecie, ale nie był świadomy tego co jest w tym liście, więc mu sugerowałam, że tak nie będzie. Teraz już pewnie go przeczytał i to wie :D Ale jarał się tym prezentem jak Rzym za Nerona. A na koniec mnie pocałował. W czoło.
A ja mam wyborny humor. Pomimo, że twarz mi dosłownie płonie. Nie przez ten pocałunek, o w życiu! Po prostu mam z tego taką pompę, bo nie wierzę, że to się dzieje na prawdę. To jest jakiś bardzo zły sen. Nie ogarniam. Mam do tego za mały rozum :(
Przedwczoraj się upiłam. Znowu. Z P. Kiedy odprowadzałam ją na dworzec, zażartowałam, że nie trafię do mieszkania. Ona tak się przejęła, że zadzwoniła do Pana X., żeby mnie odebrał. Jak zwykle było coś ważniejszego. Ale lajjjjt.
Wczoraj, akurat na moim bardzo długim okienku, zadzwonił do mnie. Zaczął się pytać co się działo, mówić, że się martwi, i przepraszać, że nie przyszedł. Okazało się, że też ma okienko i bardzo chce iść ze mną do sklepu na zakupy. Powiedziałam mu, że nie chcę, ale ten się upierał. No to się zgodziłam. W sumie, to nie powinnam, bo wyjaśnił mi jego wielki stres, który już minął. I poważnie, wolałabym nie wiedzieć. Otóż, bał się, że... ZOSTANIE TATĄ. Po prostu myślałam, że się popłaczę jak mi to powiedział. To było tylko takie 'o kurwa on z kimś spał, ale z kim?! ON Z KIMŚ SPAŁ!!!!!!!!!!!'. Z lekkością dorzucił hasło, że byłoby to w sumie zabawne, a ja zostałabym ciocią, i oczywiście zrobiłby mnie też z tej okazji chrzestną. Wtedy to myślałam, że się położę tam i zacznę ryczeć. O chuj mu chodziło?! Po kiego czorta mi to powiedział?! I jeszcze z tą chrzestną wyskoczył jak diabeł z pudełka. No kurwa. Zagadka życia.
Cały dzień to rozkminiałyśmy z Ol. O chuj mu chodzi? -> to było pytanie dnia. Powtórzyłam je milion razy. No bo na prawdę. Do tego jest jeszcze tak słodki w stosunku do mnie, że rzygam tęczą jak go widzę. A raczej 'rzygałam' i 'widziałam' bo teraz to już go nie spotkam, ale nie uprzedzając faktów.
Cały dzień było jedno wielkie zastanawianie się z 'kim?', 'jak?', 'kiedy?' i 'dlaczego?'. Obstawiałyśmy 2 opcje. Albo to zmyślił, albo serio to zrobił, najprawdopodobniej z E.
Jak się dzisiaj okazało, opcja nr. 2 to ta prawidłowa.
Siedziałam na huśtawkach w przerwie między zajęciami. I nagle, ja się patrzę, a tam idzie on z nią. I idą do niego do mieszkania. No myślałam, że się pochlastam. Rozpłakałam się, zadzwoniłam do O. Napisałam do Ol. i P. Pierwsza przyszła Ol. Pożyczyłam od niej kasę na fajki, bo stwierdziłam, że ja nie dam rady bez używek. Po wczoraj miałam takiego mind fucka jak nigdy, ale to co się działo dzisiaj w mojej głowie, to jest nie do opisania. Nie ma na to odpowiedniego słowa. Nawet nie płakałam. Czułam taką przewielką pustkę w sobie. I ciągle w mojej głowie było pytanie: 'dlaczego? co ona ma takiego czego ja nie mam?'. Jedyne co czułam to, że mój żołądek jest związany na supeł. Paliłam jednego papierosa za drugim. Ol. bardzo chciała ich razem zobaczyć, więc siedziałyśmy w najlepszym miejscu do spotkania kogoś, na naszym osiedlu. Niestety, nie udało nam się ich złapać. Zaniechałyśmy. Nie poszłam na zajęcia, bo nie byłam w stanie, ale wpadłam za to na genialny pomysł. Napisałam mu kolejny list, w którym wyrzuciłam mu wszystko (w sumie sporo przepisałam z tego głównego, ale dodałam jeszcze parę rzeczy), powiedziałam, że go kocham, a w p.s'ie dodałam 'fuck you anyway'. Rozpakowałam prezent, zamieniłam kupony na list, zapakowałam i umówiłam się z nim na spotkanie, mówiąc, że to strasznie ważne, żebyśmy się dzisiaj zobaczyli. Jeszcze bym się rozmyśliła. W sumie to jak się spotkaliśmy to prawie tak było, ale myślę, nieeeee, będę silna. Zrobiłam w końcu ten krok. Ogólnie, jak zwykle był przeuroczy, obiecał mi, że dostanę najlepszy prezent na świecie, ale nie był świadomy tego co jest w tym liście, więc mu sugerowałam, że tak nie będzie. Teraz już pewnie go przeczytał i to wie :D Ale jarał się tym prezentem jak Rzym za Nerona. A na koniec mnie pocałował. W czoło.
A ja mam wyborny humor. Pomimo, że twarz mi dosłownie płonie. Nie przez ten pocałunek, o w życiu! Po prostu mam z tego taką pompę, bo nie wierzę, że to się dzieje na prawdę. To jest jakiś bardzo zły sen. Nie ogarniam. Mam do tego za mały rozum :(
wtorek, 8 października 2013
...
Nawet nie wiem jak mam zacząć. Strasznie mi trudno o tym wszystkim myśleć, ale chcę o tym porozmawiać z P. (bo na O. nie mogę w tym wypadku liczyć), to muszę się przełamać.
Nie wiem sama o co mi chodzi.
Wczoraj spotkałam się z Panem X.
Zaczęło się od tego, że poszłam na uczelnię. Na pierwszym wykładzie zachciało mi się płakać, bo uświadomiłam sobie, że go tu nie ma i już nie będzie.
Później zaczęłam rozmawiać z J. Jakoś tak chyba będziemy trzymać się razem.
Zaczęła go wspominać. Że jej smutno, że już go nie ma, że nie złożyła mu życzeń urodzinowych, bo zapomniała itd. Chwilę pogadałyśmy o nim. I nagle, zupełnie niespodziewanie, zadzwonił do mnie. Chciał się spotkać. Jako, że miałam mieć za chwilę zajęcia, odmówiłam, ale mieliśmy się spotkać później. Jak to na mojej uczelni za zwyczaj bywa, zajęć nie było, tak więc mieliśmy 4.5 godzinne okienko. No i oczywiście spotkaliśmy się całą grupą z Panem X., który czekał przed wydziałem.
I teraz zaczyna się ta część, o której nie mogę myśleć.
Podeszłam do niego z uśmiechem na twarzy. Przytulił mnie. Ale nie tak jak zwykle. Zamknął mnie całą w swoich ramionach i miałam wrażenie, że chce mnie pocałować w głowę. Durne, ale tak właśnie się ustawił.
Później gadaliśmy. T. zauważył, że Pan X. ciągle mi wrzuca. I oczywiście podzielił się tym z nami. Pomyślałam 'kto się czubi ten się lubi, jest jakaś nadzieja'.
Następnie poszliśmy do niego. Znowu patrzył na mnie TYM wzrokiem. Z tym wyjątkiem, że teraz robił to przy wszystkich. I robił to często. Nie tak, że gadaliśmy i on na mnie wtedy patrzył. Nie. Gadał z kimś i jak ktoś mu odpowiadał, to on wtedy look na mnie. Chciałam z nim zostać sam na sam. Niestety, wcześniej spełniłam jego prośbę i wpisałam się do jego grupy na fejsie, i okazało się, że ma spotkanie integracyjne. Powtórzył kilka razy, że mu się nie chce iść (może to miał być jakiś sygnał dla mnie?), ale koniec końców poszedł. Wyszliśmy wszyscy razem. Ja poszłam do mieszkania, bo chciałam się przygotować na późniejsze spotkanie z nim (bo powiedział, że zadzwoni, i że wyjdziemy gdzieś), J., T. i A. poszli na uczelnię (że też im się chciało), a Pan X. na spotkanie.
Miałam taki wyborny humor!
O 18 zwątpiłam, że zadzwoni. Wszystko się posypało. Zaczęłam płakać. Poszłam na huśtawki. Napisałam do P. Zaczęła mnie pocieszać i obiecała, że dzisiaj wpadnie.
Uświadomiłam sobie, że łatwiej jest mi się z nim nie widywać i tęsknić za nim, niż widzieć go i nie móc się do niego przytulić, być odtrąconą. Zaczęłam się bać, że poznał milion nowych dziewczyn i już mnie olał.
Jak tylko napisałam P., że mnie wystawił, zadzwonił do mnie. Zapłakana odebrałam. Jak mówił wcześniej, chciał się spotkać. Zgodziłam się. Szłam pod wydział, gdzie się umówiliśmy, ale dalej chciało mi się płakać. Kiedy doszłam na miejsce, jego nie było. Musiałam poczekać. Siedziałam więc i słuchałam muzyki i przeglądając swoje zdjęcia. Podszedł do mnie z tyłu wchodząc na murek, na którym siedziałam. Jak tylko się odwróciłam, a on zobaczył moją zapłakaną twarz, od razu zatroskanym głosem spytał co się stało. Odpowiedziałam mu, że nic. Bo co niby miałam powiedzieć? Jestem chora psychicznie i mam jakieś irracjonalne lęki, bo Cię kocham? On mi nie uwierzył, doskonale wiedział, że na huśtawki chodzę jak jestem smutna. No i moje zapłakane oczęta... Stanął koło mnie i chciał mnie przytulić. Kiedy próbował mnie odwrócić w swoją stronę i przyciągnąć do siebie, ja poczułam w moim brzuchu milion zwariowanych motyli. Myślałam, że zemdleję za chwilę. Nogi mi się dosłownie ugięły. Jak w tych wszystkich książkach. Wyrwałam mu się i powiedziałam, że jest dobrze. Plus, kiedy chciał mnie przytulić, poczułam, że sposób w jaki to robi , jest poza przyjacielski. Tak jakby za chwilę miał mnie pocałować. Chyba nawet się nachylił. Przez tą krótką chwilę poczułam tak wiele emocji... W mojej głowie było tylko 'o kurwa, on się zachowuje jak mój chłopak'. Ale się wyrwałam, odwróciłam i zaczęłam iść. Poszliśmy do galerii, on sobie kupił coś do jedzenia, ja posiedziałam. Jak zwykle podzielił się ze mną colą. Wracając do mieszkania, podkreślał, że jest strasznie zmęczony. Myślałam, że spędzimy trochę więcej czasu ze sobą, ale trudno, skoro 'był zmęczony'.
Powiedziałam mu, że mam problem. Oczywiście chętnie chciał mi go pomóc rozwiązać. Opowiedziałam więc, że mam 2 znajomych, przyjaźnimy się wszyscy i nagle jeden zaczyna się zachowywać nie fair wobec drugiego. I czy powinnam powiedzieć o tym temu pokrzywdzonemu. Powiedział, że tak i że teraz będzie zgadywał o kogo chodzi. Po kilkunastu próbach, kiedy powiedziałam mu, że na pewno zna te osoby, w końcu domyślił się, że chodzi o niego. Po kilku innych trafił w końcu, że tą nie fair osobą jest K. Opowiedziałam mu całą historię z urodzin. No poza tą częścią z J. Chyba go zabolało. Udawał, że nie, ale widziałam zmianę w jego zachowaniu.
Powiedział mi też jeszcze jedną rzecz - że jest czymś zestresowany strasznie. Nie chciał jednak powiedzieć czym. Zabolało. Ja mu mówię, czemu jest mi źle (no nie zawsze, bo jak wczoraj powiedział coś w stylu 'No powiedz co się stało. Jak nie powiesz mi to komu?', to ja odpowiedziałam 'Swojej głowie. Albo P.'). Boję się, że kogoś poznał i chce stworzyć związek i teraz będzie ryzykował z tą osobą i obawia się, że ta osoba go odtrąci. Czy coś.
Pomimo, że zaproponował mi wczoraj, że mnie odprowadzi, jak tylko trafiłam do mieszkania, siadłam i się popłakałam.
I płaczę do dzisiaj.
Nie ważne, że dzwonił do mnie wczoraj, żebym znowu mu pomogła ze studiami. Albo, że znam jedno z jego haseł (bo mi je musiał podać).
To wszystko nie ma już żadnego sensu. Zachowuje się, jakby chciał się zbliżyć, ale gówno, bo prawdopodobnie chce być z kimś innym.
I znowu mi się śnił.
Nie wytrzymuję już.
Znalazłam idealną piosenkę dla siebie. Siedzę teraz i jej słucham . I płaczę. Nie umiem się pozbierać. Będę wyglądać jak kupa gówna jak przyjdzie P. Może ona mnie poskleja.
Nie wiem sama o co mi chodzi.
Wczoraj spotkałam się z Panem X.
Zaczęło się od tego, że poszłam na uczelnię. Na pierwszym wykładzie zachciało mi się płakać, bo uświadomiłam sobie, że go tu nie ma i już nie będzie.
Później zaczęłam rozmawiać z J. Jakoś tak chyba będziemy trzymać się razem.
Zaczęła go wspominać. Że jej smutno, że już go nie ma, że nie złożyła mu życzeń urodzinowych, bo zapomniała itd. Chwilę pogadałyśmy o nim. I nagle, zupełnie niespodziewanie, zadzwonił do mnie. Chciał się spotkać. Jako, że miałam mieć za chwilę zajęcia, odmówiłam, ale mieliśmy się spotkać później. Jak to na mojej uczelni za zwyczaj bywa, zajęć nie było, tak więc mieliśmy 4.5 godzinne okienko. No i oczywiście spotkaliśmy się całą grupą z Panem X., który czekał przed wydziałem.
I teraz zaczyna się ta część, o której nie mogę myśleć.
Podeszłam do niego z uśmiechem na twarzy. Przytulił mnie. Ale nie tak jak zwykle. Zamknął mnie całą w swoich ramionach i miałam wrażenie, że chce mnie pocałować w głowę. Durne, ale tak właśnie się ustawił.
Później gadaliśmy. T. zauważył, że Pan X. ciągle mi wrzuca. I oczywiście podzielił się tym z nami. Pomyślałam 'kto się czubi ten się lubi, jest jakaś nadzieja'.
Następnie poszliśmy do niego. Znowu patrzył na mnie TYM wzrokiem. Z tym wyjątkiem, że teraz robił to przy wszystkich. I robił to często. Nie tak, że gadaliśmy i on na mnie wtedy patrzył. Nie. Gadał z kimś i jak ktoś mu odpowiadał, to on wtedy look na mnie. Chciałam z nim zostać sam na sam. Niestety, wcześniej spełniłam jego prośbę i wpisałam się do jego grupy na fejsie, i okazało się, że ma spotkanie integracyjne. Powtórzył kilka razy, że mu się nie chce iść (może to miał być jakiś sygnał dla mnie?), ale koniec końców poszedł. Wyszliśmy wszyscy razem. Ja poszłam do mieszkania, bo chciałam się przygotować na późniejsze spotkanie z nim (bo powiedział, że zadzwoni, i że wyjdziemy gdzieś), J., T. i A. poszli na uczelnię (że też im się chciało), a Pan X. na spotkanie.
Miałam taki wyborny humor!
O 18 zwątpiłam, że zadzwoni. Wszystko się posypało. Zaczęłam płakać. Poszłam na huśtawki. Napisałam do P. Zaczęła mnie pocieszać i obiecała, że dzisiaj wpadnie.
Uświadomiłam sobie, że łatwiej jest mi się z nim nie widywać i tęsknić za nim, niż widzieć go i nie móc się do niego przytulić, być odtrąconą. Zaczęłam się bać, że poznał milion nowych dziewczyn i już mnie olał.
Jak tylko napisałam P., że mnie wystawił, zadzwonił do mnie. Zapłakana odebrałam. Jak mówił wcześniej, chciał się spotkać. Zgodziłam się. Szłam pod wydział, gdzie się umówiliśmy, ale dalej chciało mi się płakać. Kiedy doszłam na miejsce, jego nie było. Musiałam poczekać. Siedziałam więc i słuchałam muzyki i przeglądając swoje zdjęcia. Podszedł do mnie z tyłu wchodząc na murek, na którym siedziałam. Jak tylko się odwróciłam, a on zobaczył moją zapłakaną twarz, od razu zatroskanym głosem spytał co się stało. Odpowiedziałam mu, że nic. Bo co niby miałam powiedzieć? Jestem chora psychicznie i mam jakieś irracjonalne lęki, bo Cię kocham? On mi nie uwierzył, doskonale wiedział, że na huśtawki chodzę jak jestem smutna. No i moje zapłakane oczęta... Stanął koło mnie i chciał mnie przytulić. Kiedy próbował mnie odwrócić w swoją stronę i przyciągnąć do siebie, ja poczułam w moim brzuchu milion zwariowanych motyli. Myślałam, że zemdleję za chwilę. Nogi mi się dosłownie ugięły. Jak w tych wszystkich książkach. Wyrwałam mu się i powiedziałam, że jest dobrze. Plus, kiedy chciał mnie przytulić, poczułam, że sposób w jaki to robi , jest poza przyjacielski. Tak jakby za chwilę miał mnie pocałować. Chyba nawet się nachylił. Przez tą krótką chwilę poczułam tak wiele emocji... W mojej głowie było tylko 'o kurwa, on się zachowuje jak mój chłopak'. Ale się wyrwałam, odwróciłam i zaczęłam iść. Poszliśmy do galerii, on sobie kupił coś do jedzenia, ja posiedziałam. Jak zwykle podzielił się ze mną colą. Wracając do mieszkania, podkreślał, że jest strasznie zmęczony. Myślałam, że spędzimy trochę więcej czasu ze sobą, ale trudno, skoro 'był zmęczony'.
Powiedziałam mu, że mam problem. Oczywiście chętnie chciał mi go pomóc rozwiązać. Opowiedziałam więc, że mam 2 znajomych, przyjaźnimy się wszyscy i nagle jeden zaczyna się zachowywać nie fair wobec drugiego. I czy powinnam powiedzieć o tym temu pokrzywdzonemu. Powiedział, że tak i że teraz będzie zgadywał o kogo chodzi. Po kilkunastu próbach, kiedy powiedziałam mu, że na pewno zna te osoby, w końcu domyślił się, że chodzi o niego. Po kilku innych trafił w końcu, że tą nie fair osobą jest K. Opowiedziałam mu całą historię z urodzin. No poza tą częścią z J. Chyba go zabolało. Udawał, że nie, ale widziałam zmianę w jego zachowaniu.
Powiedział mi też jeszcze jedną rzecz - że jest czymś zestresowany strasznie. Nie chciał jednak powiedzieć czym. Zabolało. Ja mu mówię, czemu jest mi źle (no nie zawsze, bo jak wczoraj powiedział coś w stylu 'No powiedz co się stało. Jak nie powiesz mi to komu?', to ja odpowiedziałam 'Swojej głowie. Albo P.'). Boję się, że kogoś poznał i chce stworzyć związek i teraz będzie ryzykował z tą osobą i obawia się, że ta osoba go odtrąci. Czy coś.
Pomimo, że zaproponował mi wczoraj, że mnie odprowadzi, jak tylko trafiłam do mieszkania, siadłam i się popłakałam.
I płaczę do dzisiaj.
Nie ważne, że dzwonił do mnie wczoraj, żebym znowu mu pomogła ze studiami. Albo, że znam jedno z jego haseł (bo mi je musiał podać).
To wszystko nie ma już żadnego sensu. Zachowuje się, jakby chciał się zbliżyć, ale gówno, bo prawdopodobnie chce być z kimś innym.
I znowu mi się śnił.
Nie wytrzymuję już.
Znalazłam idealną piosenkę dla siebie. Siedzę teraz i jej słucham . I płaczę. Nie umiem się pozbierać. Będę wyglądać jak kupa gówna jak przyjdzie P. Może ona mnie poskleja.
I still remember, the pain of December...
Nawet miesiąc się zgadza...
:(((
Subskrybuj:
Posty (Atom)