Co jest ze mną nie tak? Dzisiaj widziałam się w końcu z Panem X... I teraz płaczę, a ostatnio po tym jak się widzieliśmy przez tydzień chodziłam wesolutka jak skowronek.
Bo w końcu się odezwał. Z wielkim entuzjazmem oznajmił, że pójdzie ze mną po ten prezent i przeprosił, że dziwnie pisze. Kiedy zadzwonił, żeby się jakoś umówić, zaczęłam krzyczeć z radości. Dosłownie. Darłam się tak długo, że prawie się rozłączył, i dopiero pod koniec melodii odebrałam. P. skomentowała to jednym, prostym zdaniem 'szkoda, że tego nie słyszał', po czym dostałam ataku śmiechu i nie mogłam z nim normalnie rozmawiać. Był smutny. Niby mówił, że jest w porządku, ale głos go zdradzał. W końcu przyznał, że jest po prostu zmęczony (to była druga opcja którą obstawiałam), bo to był długi dzień. Wtedy zaczęłam się martwić, bo to stwierdzenie nigdy nie oznacza nic dobrego. Nie umówiliśmy się wtedy na zakupy, bo jego kumpela nie wiedziała, kiedy pracuje. Następnego dnia, albo 2 dni później, w końcu się dogadaliśmy. Umówiliśmy się na dzisiaj. W międzyczasie dwie laski, z którymi miałyśmy wynajmować z Ol. mieszkanie, się rozmyśliły. Że niby za drogo. I w ten oto sposób, mieszkanie idealne przeszło nam koło nosa i teraz będziemy mieszkać w norze. A już widziałam jak wprowadzam się z powrotem do bloku obok Pana X. Jak to P. powiedziała, ona też to widziała, a przez chwilę widziała nawet, że wprowadza się tam ze mną. Tak, to było mieszkanie marzeń. No cóż.
Przedwczoraj zaczęłam też panikować, że ta koleżanka Pana X. i on coś kręcą razem. Postanowiłam odnaleźć ją na fejsbóku, który dla mnie jest źródłem wiedzy i przydatną pomocą w szpiegowaniu. Niestety, jego znajomy miał u siebie w znajomych kilka dziewczyn o takim imieniu, a że nie wiedziałam jak ona wygląda, musiałam odpuścić. Dzisiaj się dowiedziałam, więc zaraz jak wróciłam do mieszkania to ją sprawdziłam. Całe szczęście ma już narzeczonego, więc mogę spać spokojnie.
Tak. A z Panem X.... Wczoraj nie wiedziałam w co się ubrać na spotkanie, O. mi pomogła, ale i tak się dzisiaj przebrałam. Całą drogę byłam w nerwach. Śmiałam się do siebie jak głupia. Ludzie myśleli chyba, że jestem jakaś nienormalna. Ja bym tak pomyślała o kimś, kto się zachowuje jak ja dzisiaj. Jak się spotkaliśmy to mieliśmy milion tematów do rozmów. I znowu się z nim nie nagadałam :(
Co dziwne, to on zaczął dzisiaj wspominać. Przypomniał sobie min. jak zostawiłam swój telefon u niego i bałam się, że go zgubiłam. Poza tym padło milion żenujących tekstów. Oglądał moje zdjęcia na telefonie, chociaż prosiłam go, żeby nie oglądał wszystkich, i kiedy zobaczył moje cycki (tak, z nudów zrobiłam sobie zdjęcie dekoltu, ale byłam UBRANA) znacząco się uśmiechnął, powiedział 'o a teraz cycki', a kiedy ja próbowałam mu zabrać telefon, odsunął się i dodał 'no przecież już je widziałem'. Później, kiedy jadłam (tak, my zawsze musimy pójść razem coś zjeść), a on już się niecierpliwił, powiedział, żebym gryzła więcej (jadłam pizze). Kiedy ugryzłam mały kęs, rzucił tekstem, który najbardziej mnie dzisiaj zażenował: ' no przecież wiem, że zmieścisz więcej'. Chyba się połapał, co powiedział i jak to zabrzmiało, a ja opuściłam wzrok z tego zażenowania. Ogólnie, powiedziałabym, że chyba na plus było to spotkanie. Może bardziej po przyjacielsku niż ostatnio, ale chyba pozytywnie. Patrzyliśmy sobie znowu w oczy, ale tym razem nie widziałam w nich tego, co poprzednio. Powiedziałam mu też, że nienawidzę K., i że na wesele chciałam wziąć T., ale za późno na to wpadłam. Zgodził się ze mną, że nie wypadało go odwoływać. Był co prawda przy tym jakiś smutny, no ale... Rozgryzłam dzięki temu, czemu mnie nie zabrał na 'swoje' wesele :D
A oglądać zdjęcia skończył, jak zobaczył mnie i T. Jak to powiedział, 'o a teraz ty z jakimś facetem' i oddał mi telefon.
Nie wiem, czy to wszystko było na plus, czy na minus. Mam straszny mętlik w głowie. Za dużo emocji i teraz jest mi źle. Plus powiedział tej kupeli, że idzie ze mną na urodzinki do E., co stawia mnie w bardzo dziwnym świetle. Niemalże jakbyśmy byli razem... A dodać do tego to, że będzie świadkiem na ich ślubie, to robi się jeszcze dziwniej. Heh może tym razem mnie weźmie?
Dobra, idę na fajkę, nie mogę już tego dłużej analizować, bo będzie mi jeszcze gorzej. Wiem, że miałam rzucać, ale w tej sytuacji chyba nie dam rady.
czwartek, 29 sierpnia 2013
niedziela, 25 sierpnia 2013
Pan X.
Tak w sumie to nie wiem, czy go kocham, czy nienawidzę (przynajmniej na chwilę obecną) i to bardzo miesza mi w głowie.
Jako, że bezmyślnie wtajemniczyłam go w sprawę z K., zaraz po tym jak się z tego wyplątałam, napisałam do niego sms'a z tą radosną nowiną i propozycją wyjścia nad jezioro. Nie odpisał.
5 dni później, czyli już po powrocie do domu, napisałam sms'a do P., czy nie ma ochoty czegoś porobić. Po paru minutach, przyszedł mi sms od Pana X. o treści 'no jasne a kiedy wracasz'.
W życiu nie czułam się tak zażenowana. Pomyślałam, że pomyliłam odbiorcę, ale nie miałam pojęcia jak, bo byłam pewna, że wysłałam to do niej. Weszłam nawet w wiadomości, żeby to sprawdzić i co się okazało? Oczywiście, że wiadomość była do niej, a Pan X. miał tylko zajebiste wyczucie czasu i odpisał mi na moją propozycję jeziora. No cudownie, że w ogóle sobie o mnie przypomniał...
Niczego wtedy nie ustaliliśmy, więc kilka dni później, kiedy miałam w planie powrót do Kato, odezwałam się znowu do niego, żebyśmy się jakoś dogadali. Ale znowu się nie dało. Nie mogę tego człowieka. Zamiast napisać 'tak, chcę iść', albo 'nie, nie chcę iść', pisał ciągle 'no mogę' i rzucał tekstami, które normalnie wiedziałabym, że są żartem, ale w tej sytuacji nie byłam tego pewna. Zaczęło mi się wydawać, że wcale nie chce tam iść, że ja naciskam, a on po prostu nie ma odwagi powiedzieć 'nie'. Zdenerwował mnie tym strasznie, więc go o tym poinformowałam. Odpisał po godzinie, kiedy ja już zdążyłam się z tych nerwów popłakać i pociąć milion kartek. Powiedział, żebym się uspokoiła, bo żartuje. Stwierdziłam, że nie będę miła i poinformowałam go, że nie bawią mnie jego żarty, bo w takich sytuacjach nie wiem, kiedy żartuje, i że chyba już nie chcę się na nic umawiać.
Może to błahostka, a ja się za bardzo przejmuję, ale nie mam zielonego pojęcia, co on w ogóle ma w głowie i dlatego mnie to wkurza.
Nie spałam wtedy do 4:30. Było mi strasznie źle. Z jednej strony byłam na niego zła, a z drugiej chciałam go mieć koło siebie. Zabawna mieszanka.
Stwierdziłam, że jednak jestem na niego zła i postanowiłam się nie odzywać. Niestety, zbliżają się urodziny E., a że obiecał mi pójść do sklepu z zabawkami ze mną, to musiałam się odezwać. No i cóż, od 2 dni czekam na odpowiedź i chyba się nie doczekam, a nie zamierzam pisać kolejny raz, bo to by było głupie. Znaczy, to już jest głupie, ale byłoby jeszcze bardziej. Niech się sam ogarnie i w końcu zdecyduje czy mnie kocha, czy chce się przyjaźnić, czy nie, bo to jest denerwujące.
No i w ten właśnie sposób, ja też już nie wiem, po której stronie jestem. Bo nie da się zaprzeczyć, że strasznie chcę się z nim zobaczyć, porozmawiać, pośmiać (przytulić i całować też, ale nie ma co już o tym wspominać), bo tęsknię, ale jednocześnie jestem strasznie zła, bo ile można grać w kotka i myszkę? I to jeszcze na jakichś nowych zasadach, których nie łapię?
Jako, że bezmyślnie wtajemniczyłam go w sprawę z K., zaraz po tym jak się z tego wyplątałam, napisałam do niego sms'a z tą radosną nowiną i propozycją wyjścia nad jezioro. Nie odpisał.
5 dni później, czyli już po powrocie do domu, napisałam sms'a do P., czy nie ma ochoty czegoś porobić. Po paru minutach, przyszedł mi sms od Pana X. o treści 'no jasne a kiedy wracasz'.
W życiu nie czułam się tak zażenowana. Pomyślałam, że pomyliłam odbiorcę, ale nie miałam pojęcia jak, bo byłam pewna, że wysłałam to do niej. Weszłam nawet w wiadomości, żeby to sprawdzić i co się okazało? Oczywiście, że wiadomość była do niej, a Pan X. miał tylko zajebiste wyczucie czasu i odpisał mi na moją propozycję jeziora. No cudownie, że w ogóle sobie o mnie przypomniał...
Niczego wtedy nie ustaliliśmy, więc kilka dni później, kiedy miałam w planie powrót do Kato, odezwałam się znowu do niego, żebyśmy się jakoś dogadali. Ale znowu się nie dało. Nie mogę tego człowieka. Zamiast napisać 'tak, chcę iść', albo 'nie, nie chcę iść', pisał ciągle 'no mogę' i rzucał tekstami, które normalnie wiedziałabym, że są żartem, ale w tej sytuacji nie byłam tego pewna. Zaczęło mi się wydawać, że wcale nie chce tam iść, że ja naciskam, a on po prostu nie ma odwagi powiedzieć 'nie'. Zdenerwował mnie tym strasznie, więc go o tym poinformowałam. Odpisał po godzinie, kiedy ja już zdążyłam się z tych nerwów popłakać i pociąć milion kartek. Powiedział, żebym się uspokoiła, bo żartuje. Stwierdziłam, że nie będę miła i poinformowałam go, że nie bawią mnie jego żarty, bo w takich sytuacjach nie wiem, kiedy żartuje, i że chyba już nie chcę się na nic umawiać.
Może to błahostka, a ja się za bardzo przejmuję, ale nie mam zielonego pojęcia, co on w ogóle ma w głowie i dlatego mnie to wkurza.
Nie spałam wtedy do 4:30. Było mi strasznie źle. Z jednej strony byłam na niego zła, a z drugiej chciałam go mieć koło siebie. Zabawna mieszanka.
Stwierdziłam, że jednak jestem na niego zła i postanowiłam się nie odzywać. Niestety, zbliżają się urodziny E., a że obiecał mi pójść do sklepu z zabawkami ze mną, to musiałam się odezwać. No i cóż, od 2 dni czekam na odpowiedź i chyba się nie doczekam, a nie zamierzam pisać kolejny raz, bo to by było głupie. Znaczy, to już jest głupie, ale byłoby jeszcze bardziej. Niech się sam ogarnie i w końcu zdecyduje czy mnie kocha, czy chce się przyjaźnić, czy nie, bo to jest denerwujące.
No i w ten właśnie sposób, ja też już nie wiem, po której stronie jestem. Bo nie da się zaprzeczyć, że strasznie chcę się z nim zobaczyć, porozmawiać, pośmiać (przytulić i całować też, ale nie ma co już o tym wspominać), bo tęsknię, ale jednocześnie jestem strasznie zła, bo ile można grać w kotka i myszkę? I to jeszcze na jakichś nowych zasadach, których nie łapię?
piątek, 23 sierpnia 2013
Najlepsze wakacje ever!
To zdecydowanie najlepsze wakacje w moim życiu! No i miałam rację co do sierpnia - całkiem spoko miesiąc :) W końcu!
Po kolei to było mniej więcej tak:
7.08 umówiłam się z K. poszukać jeziora w Kato. No i znaleźliśmy. Było całkiem spoko jak na randkę z nim. Humor też mi się poprawił. Nie wiedziałam tylko co mam zrobić z tą znajomością... Dzień przedtem zlamiłam strasznie, bo postanowiłam, że to skończę. Powiedziałam mu więc, że nie potrafię mu zaufać, bo gada źle o mnie ze swoimi znajomymi, no i, że wiedział o mnie i Panu X. i mi nie powiedział. Dodałam, że on też mi nie będzie umiał zaufać, bo nie zamierzam kończyć znajomości z Panem X. i czasem będę z nim spędzać czas sam na sam. No i najważniejsze, że nie umiem się zaangażować, bo się boję. Normalny człowiek dałby na wstrzymanie, ale nie on. Stanęło więc na niczym, a później postawił mi martini, więc głupio mi było z nim zerwać, jako że to już była randka. Później napisałam do Pana X. i oczywiście zamiast mi pomóc to mnie rozbawił do tego stopnia, że kiedy przed snem przypadkiem przypomniałam sobie co mi pisał, to zaczynałam się na głos śmiać i nie mogłam zasnąć. Siódmego więc, poszłam z nim na kolejną randkę. Pomyślałam, że może jednak spróbuję coś z nim. I jak mówiłam było całkiem całkiem. Dopóki mnie nie pocałował. W mojej głowie było tylko 'weź już skończ'. Ale nie żeby to całkowicie zaważyło o późniejszych wydarzeniach, bo liczyłam, że może jakoś to wszystko przecierpię i kiedyś będzie lepiej.
Kiedy już wracaliśmy z tego jeziora, zaczęliśmy się kłócić. On strzelił focha i nie chciał mi powiedzieć za co, a ja się tak na niego przez to zdenerwowałam, że nie chciałam już go nawet widzieć. W końcu powiedział o co mu chodzi - nie ponowiłam zaproszenia do domu. I to mnie jeszcze bardziej wkurzyło. Nie jestem dziewczyną, która się narzuca (no chyba, że chodzi o Pana X., ale to też robię z umiarem). Nie docierało to do niego. W końcu, kiedy znalazłam się w mieszkaniu, stwierdziłam, że to nie ma sensu. Nie jestem tym kim on chce i nie zamierzam się znowu zmieniać dla faceta. Napisałam mu, że musimy ponownie porozmawiać o naszych relacjach. Odpisał, że tak, i że najlepiej teraz. Tak więc spotkaliśmy się ponownie i rozmawialiśmy przez jakieś 2-3 godziny. I właśnie wtedy zakończyłam to wszystko. Czułam się trochę jak Pan X., kiedy rozmawiał ze mną, ale później doszłam do wniosku, że jednak te dwie sytuacje się różnią. Później przenocowałam K. i rano, kiedy go odprowadzałam, rozmawialiśmy po raz ostatni.
Tego samego dnia wróciłam do domu na całe szczęście i wtedy się zaczęło :D.
9.08 umówiłam się z O. Po tylu miesiącach niewidzenia się, to było cudowne móc się w końcu spotkać! Najpierw poszłyśmy na drinka (przy okazji poznałam wtedy chłopaka mojej siostry), a później wariowałyśmy na plantach. Byłam szczęśliwa, pomimo, że rozmawiałyśmy o tych naszych dwóch kretynach. Skakałam, tańczyłam, śpiewałam. No i zrobiłyśmy milion zdjęć <3.
Po spotkaniu z nią, spotkałam się z P. Umówiłyśmy się wcześniej na piwo i miałyśmy do wyboru, czy pijemy je pod biblioteką czy na przystanku. Zaproponowałam więc, żeby nie bawić się tak bardzo w żula i pójść do mnie na taras. I tak właśnie było. Siedziałyśmy u mnie na tarasie i rozmawiałyśmy o naszych romansach. Była mega podekscytowana, że następnego dnia przyjeżdża do niej A. Kiedy skończyło się piwo, przyszła do nas moja siostra oferując martini. I tym sposobem, wypiłyśmy jeszcze i to, po czym, W. bardzo chciała usłyszeć co łączy mnie z K2., więc aby mnie przekupić, ukradła ojcu absynta. No i powiedziałam jej. Liczyłam na inną reakcję, bo usłyszałam 'no wcale mnie to nie zdziwiło'. Nie rozumiem o co jej chodziło, ale okay. Plus dowiedziała się też, że palę.
10.08 na strasznym kacu zgarnęłam P. i A. i pojechaliśmy po O. i przy okazji, żeby pokazać mu nasze miasteczko. Pierwszy raz rodzice dali mi samochód w dłuższą trasę <3 Całe szczęście nawet go nie porysowałam, chociaż raz było blisko.
Tak więc, chodziliśmy sobie w 4, rozmawialiśmy, a ja i O. robiłyśmy sobie oczywiście zdjęcia <3 Później pojechaliśmy nad jezioro (właśnie w drodze powrotnej prawie uszkodziłam samochód, ale ciii). Przez godzinę szukaliśmy, gdzie można się przebrać. W końcu znaleźliśmy toaletę za free (no nie całkiem) i żeby nie tracić czasu przebierałyśmy się we 3 (A. nie był zachwycony, że go nie wzięłyśmy do środka). Następną atrakcją miał być grill, ale tak się rozpadało, że podrzuciłam P. i A. do niej do domu, a ja i O. pojechałyśmy do mnie, żeby poczekać, aż przestanie padać i się trochę ogarnąć. Pokazałam jej wtedy jak wygląda K. i stwierdziła, że dobra z niego dupa. Wiem to, ale co ja zrobię, że po prostu do siebie nie pasujemy?
W końcu przestało padać, już się zbierałyśmy do wyjścia, kiedy zawołał mnie ojciec i powiedział, że urwałam zderzak. Nie wiedziałam jakim sposobem niby, ale mega się przestraszyłam. Poszłam więc za nim i wtedy okazało się, że to był jego sposób, żebym pomogła im wyjąć zakupy. Brawo tato, przyprawiłeś mnie prawie o zawał.
W końcu poszłyśmy do P. Najpierw było dosyć drętwo, bo był jej brat i kuzyn z dziewczyną, ale w końcu poszli i wtedy zrobiło się zabawnie. Niestety O. musiała zmywać się jako pierwsza i było mi bardzo smutno z tego powodu, bo w sumie ona była moją 'dziewczyną', a P. zajmowała się A. Tak więc, kiedy poszła, zrobiło mi się smutno i nudno. Dopiłam piwo, i wróciłam do siebie. P. z A. odprowadzili mnie i nawet na chwilę weszli, żeby A. mógł przedstawić się mojej siostrze i powiedzieć, że ma na serio na imię tak jak ma (bo na naszym babskim wieczorku, W. nie wiedziała, czemu mówimy do niego A.). Oczywiście był tak pijany, że zapomniał co ma powiedzieć i musiał się mnie o to spytać. Tak czy inaczej, było zabawnie. Ja też już byłam wstawiona, ale moja siostra nie uznała tego jako dobrej wymówki, żebym nie piła z jej znajomymi, którzy wyszli, i w ten oto sposób pomieszałam piwo z wódką. Again. No i wypaliłam mega dużo fajek (a już miałam nie paliiiiić!). Całe szczęście, nic złego się później nie stało. Byłam strasznie zmęczona, więc dosyć szybko się zmyłam z tej imprezy i mimo próśb, olałam towarzystwo. Zasnęłabym tam po prostu. Zdążyłam jeszcze napisać list do Pana X. i padłam. Rano obudziłam się kolejny raz na wielkim kacu. A wieczorem spotkałam się z P. i poszłyśmy na wieś: ona jeździła na rolkach, ja na rowerze. I tak mniej więcej robiłyśmy codziennie, dopóki ona nie wyjechała do Kato, a ja musiałam zostać.
13.08 spotkałam się z T. Zadzwonił do mnie, że wrócił już z gór i chce się spotkać. No to się zgodziłam. Pojechaliśmy na gofry, a później poszliśmy pogadać do parku. Chociaż jest młodszy to bardzo go lubię. Tylko strasznie boję się z nim jeździć, bo prowadzi jak szaleniec. Lubię szybką jazdę, sama mam ciężką nogę, ale on jeździ jakoś tak, że się po prostu boję.
Nie wiem jak długo się nie widzieliśmy, ale dobrze było go zobaczyć i w końcu z nim porozmawiać <3 Oczywiście, z nim też mam zdjęcie :D
Później poza spotkaniami z P., nudziłam się. A po tym jak wyjechała, to już całkiem.
17.08 miałam rodzinnego grilla, i oczywiście ojciec mnie zawstydził. Ciocia wyskoczyła z tekstem 'no to wcześniej był M. a teraz jest K., tak?', na co ja wytłumaczyłam jej, że K. to tylko kolega i byłam z nim na weselu, bo był reprezentacyjny (no dobra, w rzeczywistości było trochę inaczej, ale taki był zamiar, więc tak to będę przedstawiać). I wtedy ojciec wyskoczył, że 'no i nie możemy zapomnieć o Panu X.'. Tak mnie zażenował, że czułam, że robię się czerwona, spuściłam wzrok i głupio się uśmiechnęłam, bo nie wiedziałam co mam innego zrobić, czy powiedzieć. Tym bardziej, że wcześniej pytał mnie, którego wolę - K. czy X. Powiedziałam mu, że to tylko koledzy, ale chyba tego nie przyjął do wiadomości. Inteligentna bestia.
W trakcie tej 'dzikiej wixy' zadzwoniłam pogadać z O., a później z P. Okazało się, że K. jak zwykle namieszał i tym razem odbiło się na związku P. i A., do tego stopnia, że mają kryzys. No miałam ochotę go zniszczyć, a G., która była współwinna, po prostu wjebać. I zrobiłabym to, gdyby nie powiedzieli, że jest im przykro. Tak czy inaczej, nienawidzę skurwiela już teraz.
19.08 zadzwonił do mnie po raz kolejny T. z propozycją wyjazdu nad jezioro następnego dnia. Zgodziłam się i pojechaliśmy. Było świetnie. Lubię z nim przebywać, bo mnie bawi. Najpierw podrzuciliśmy jego brata na zjazd modlących się (mieliśmy z tego wielką pompę, tym bardziej, że organizacja myślała, że my tam zostaniemy - wzrok laski rozdającej identyfikatory skierowany na mnie, był bezcenny). Koniec końców, wyśmialiśmy ich trochę między sobą i poszliśmy pływać. Powietrze tam jest cudowne. Idąc przez las normalnie się zaciągałam. Nigdy nie zachwycałam się zapachem lasu, do teraz. Mogłabym tam zostać na zawsze.
Popływaliśmy sobie, ja się poopalałam, pośmialiśmy się, a później poszliśmy coś zjeść i na lody. Później T. podrzucił mnie do domu i umówiliśmy się jeszcze na piwo, ale już nam nie wyszło, bo musiałam się spakować do Kato, bo następnego dnia wyjechałam.
Po drodze tutaj myślałam ciągle o Panu X. Nie żeby to było coś nowego, ale moja głowa bardzo chciała z nim skończyć. Tylko, że im bardziej chciała, tym bardziej serce się sprzeciwiało. Jechałam więc z bardzo mieszanymi uczuciami. Z dworca odebrała mnie P. i poszłyśmy do mnie pić wino <3. Trochę się upiłyśmy i pokazałam jej TE filmiki. Stwierdziła podobnie jak ja, że są niesamowite.
Wczoraj wieczorem niestety mnie opuściła i pojechała do A. na jakiś czas. Smutno trochę, ale dobrze zrobiła. Niech skończą z kryzysem w końcu!
No i jak tu się nie cieszyć tymi wakacjami? Co prawda był mało miły incydent z Panem X., ale dzisiaj go pominę i powspominam, jak cudownie było zobaczyć moich najbliższych znajomych i spędzić z nimi czas <3
Po kolei to było mniej więcej tak:
7.08 umówiłam się z K. poszukać jeziora w Kato. No i znaleźliśmy. Było całkiem spoko jak na randkę z nim. Humor też mi się poprawił. Nie wiedziałam tylko co mam zrobić z tą znajomością... Dzień przedtem zlamiłam strasznie, bo postanowiłam, że to skończę. Powiedziałam mu więc, że nie potrafię mu zaufać, bo gada źle o mnie ze swoimi znajomymi, no i, że wiedział o mnie i Panu X. i mi nie powiedział. Dodałam, że on też mi nie będzie umiał zaufać, bo nie zamierzam kończyć znajomości z Panem X. i czasem będę z nim spędzać czas sam na sam. No i najważniejsze, że nie umiem się zaangażować, bo się boję. Normalny człowiek dałby na wstrzymanie, ale nie on. Stanęło więc na niczym, a później postawił mi martini, więc głupio mi było z nim zerwać, jako że to już była randka. Później napisałam do Pana X. i oczywiście zamiast mi pomóc to mnie rozbawił do tego stopnia, że kiedy przed snem przypadkiem przypomniałam sobie co mi pisał, to zaczynałam się na głos śmiać i nie mogłam zasnąć. Siódmego więc, poszłam z nim na kolejną randkę. Pomyślałam, że może jednak spróbuję coś z nim. I jak mówiłam było całkiem całkiem. Dopóki mnie nie pocałował. W mojej głowie było tylko 'weź już skończ'. Ale nie żeby to całkowicie zaważyło o późniejszych wydarzeniach, bo liczyłam, że może jakoś to wszystko przecierpię i kiedyś będzie lepiej.
Kiedy już wracaliśmy z tego jeziora, zaczęliśmy się kłócić. On strzelił focha i nie chciał mi powiedzieć za co, a ja się tak na niego przez to zdenerwowałam, że nie chciałam już go nawet widzieć. W końcu powiedział o co mu chodzi - nie ponowiłam zaproszenia do domu. I to mnie jeszcze bardziej wkurzyło. Nie jestem dziewczyną, która się narzuca (no chyba, że chodzi o Pana X., ale to też robię z umiarem). Nie docierało to do niego. W końcu, kiedy znalazłam się w mieszkaniu, stwierdziłam, że to nie ma sensu. Nie jestem tym kim on chce i nie zamierzam się znowu zmieniać dla faceta. Napisałam mu, że musimy ponownie porozmawiać o naszych relacjach. Odpisał, że tak, i że najlepiej teraz. Tak więc spotkaliśmy się ponownie i rozmawialiśmy przez jakieś 2-3 godziny. I właśnie wtedy zakończyłam to wszystko. Czułam się trochę jak Pan X., kiedy rozmawiał ze mną, ale później doszłam do wniosku, że jednak te dwie sytuacje się różnią. Później przenocowałam K. i rano, kiedy go odprowadzałam, rozmawialiśmy po raz ostatni.
Tego samego dnia wróciłam do domu na całe szczęście i wtedy się zaczęło :D.
9.08 umówiłam się z O. Po tylu miesiącach niewidzenia się, to było cudowne móc się w końcu spotkać! Najpierw poszłyśmy na drinka (przy okazji poznałam wtedy chłopaka mojej siostry), a później wariowałyśmy na plantach. Byłam szczęśliwa, pomimo, że rozmawiałyśmy o tych naszych dwóch kretynach. Skakałam, tańczyłam, śpiewałam. No i zrobiłyśmy milion zdjęć <3.
Po spotkaniu z nią, spotkałam się z P. Umówiłyśmy się wcześniej na piwo i miałyśmy do wyboru, czy pijemy je pod biblioteką czy na przystanku. Zaproponowałam więc, żeby nie bawić się tak bardzo w żula i pójść do mnie na taras. I tak właśnie było. Siedziałyśmy u mnie na tarasie i rozmawiałyśmy o naszych romansach. Była mega podekscytowana, że następnego dnia przyjeżdża do niej A. Kiedy skończyło się piwo, przyszła do nas moja siostra oferując martini. I tym sposobem, wypiłyśmy jeszcze i to, po czym, W. bardzo chciała usłyszeć co łączy mnie z K2., więc aby mnie przekupić, ukradła ojcu absynta. No i powiedziałam jej. Liczyłam na inną reakcję, bo usłyszałam 'no wcale mnie to nie zdziwiło'. Nie rozumiem o co jej chodziło, ale okay. Plus dowiedziała się też, że palę.
10.08 na strasznym kacu zgarnęłam P. i A. i pojechaliśmy po O. i przy okazji, żeby pokazać mu nasze miasteczko. Pierwszy raz rodzice dali mi samochód w dłuższą trasę <3 Całe szczęście nawet go nie porysowałam, chociaż raz było blisko.
Tak więc, chodziliśmy sobie w 4, rozmawialiśmy, a ja i O. robiłyśmy sobie oczywiście zdjęcia <3 Później pojechaliśmy nad jezioro (właśnie w drodze powrotnej prawie uszkodziłam samochód, ale ciii). Przez godzinę szukaliśmy, gdzie można się przebrać. W końcu znaleźliśmy toaletę za free (no nie całkiem) i żeby nie tracić czasu przebierałyśmy się we 3 (A. nie był zachwycony, że go nie wzięłyśmy do środka). Następną atrakcją miał być grill, ale tak się rozpadało, że podrzuciłam P. i A. do niej do domu, a ja i O. pojechałyśmy do mnie, żeby poczekać, aż przestanie padać i się trochę ogarnąć. Pokazałam jej wtedy jak wygląda K. i stwierdziła, że dobra z niego dupa. Wiem to, ale co ja zrobię, że po prostu do siebie nie pasujemy?
W końcu przestało padać, już się zbierałyśmy do wyjścia, kiedy zawołał mnie ojciec i powiedział, że urwałam zderzak. Nie wiedziałam jakim sposobem niby, ale mega się przestraszyłam. Poszłam więc za nim i wtedy okazało się, że to był jego sposób, żebym pomogła im wyjąć zakupy. Brawo tato, przyprawiłeś mnie prawie o zawał.
W końcu poszłyśmy do P. Najpierw było dosyć drętwo, bo był jej brat i kuzyn z dziewczyną, ale w końcu poszli i wtedy zrobiło się zabawnie. Niestety O. musiała zmywać się jako pierwsza i było mi bardzo smutno z tego powodu, bo w sumie ona była moją 'dziewczyną', a P. zajmowała się A. Tak więc, kiedy poszła, zrobiło mi się smutno i nudno. Dopiłam piwo, i wróciłam do siebie. P. z A. odprowadzili mnie i nawet na chwilę weszli, żeby A. mógł przedstawić się mojej siostrze i powiedzieć, że ma na serio na imię tak jak ma (bo na naszym babskim wieczorku, W. nie wiedziała, czemu mówimy do niego A.). Oczywiście był tak pijany, że zapomniał co ma powiedzieć i musiał się mnie o to spytać. Tak czy inaczej, było zabawnie. Ja też już byłam wstawiona, ale moja siostra nie uznała tego jako dobrej wymówki, żebym nie piła z jej znajomymi, którzy wyszli, i w ten oto sposób pomieszałam piwo z wódką. Again. No i wypaliłam mega dużo fajek (a już miałam nie paliiiiić!). Całe szczęście, nic złego się później nie stało. Byłam strasznie zmęczona, więc dosyć szybko się zmyłam z tej imprezy i mimo próśb, olałam towarzystwo. Zasnęłabym tam po prostu. Zdążyłam jeszcze napisać list do Pana X. i padłam. Rano obudziłam się kolejny raz na wielkim kacu. A wieczorem spotkałam się z P. i poszłyśmy na wieś: ona jeździła na rolkach, ja na rowerze. I tak mniej więcej robiłyśmy codziennie, dopóki ona nie wyjechała do Kato, a ja musiałam zostać.
13.08 spotkałam się z T. Zadzwonił do mnie, że wrócił już z gór i chce się spotkać. No to się zgodziłam. Pojechaliśmy na gofry, a później poszliśmy pogadać do parku. Chociaż jest młodszy to bardzo go lubię. Tylko strasznie boję się z nim jeździć, bo prowadzi jak szaleniec. Lubię szybką jazdę, sama mam ciężką nogę, ale on jeździ jakoś tak, że się po prostu boję.
Nie wiem jak długo się nie widzieliśmy, ale dobrze było go zobaczyć i w końcu z nim porozmawiać <3 Oczywiście, z nim też mam zdjęcie :D
Później poza spotkaniami z P., nudziłam się. A po tym jak wyjechała, to już całkiem.
17.08 miałam rodzinnego grilla, i oczywiście ojciec mnie zawstydził. Ciocia wyskoczyła z tekstem 'no to wcześniej był M. a teraz jest K., tak?', na co ja wytłumaczyłam jej, że K. to tylko kolega i byłam z nim na weselu, bo był reprezentacyjny (no dobra, w rzeczywistości było trochę inaczej, ale taki był zamiar, więc tak to będę przedstawiać). I wtedy ojciec wyskoczył, że 'no i nie możemy zapomnieć o Panu X.'. Tak mnie zażenował, że czułam, że robię się czerwona, spuściłam wzrok i głupio się uśmiechnęłam, bo nie wiedziałam co mam innego zrobić, czy powiedzieć. Tym bardziej, że wcześniej pytał mnie, którego wolę - K. czy X. Powiedziałam mu, że to tylko koledzy, ale chyba tego nie przyjął do wiadomości. Inteligentna bestia.
W trakcie tej 'dzikiej wixy' zadzwoniłam pogadać z O., a później z P. Okazało się, że K. jak zwykle namieszał i tym razem odbiło się na związku P. i A., do tego stopnia, że mają kryzys. No miałam ochotę go zniszczyć, a G., która była współwinna, po prostu wjebać. I zrobiłabym to, gdyby nie powiedzieli, że jest im przykro. Tak czy inaczej, nienawidzę skurwiela już teraz.
19.08 zadzwonił do mnie po raz kolejny T. z propozycją wyjazdu nad jezioro następnego dnia. Zgodziłam się i pojechaliśmy. Było świetnie. Lubię z nim przebywać, bo mnie bawi. Najpierw podrzuciliśmy jego brata na zjazd modlących się (mieliśmy z tego wielką pompę, tym bardziej, że organizacja myślała, że my tam zostaniemy - wzrok laski rozdającej identyfikatory skierowany na mnie, był bezcenny). Koniec końców, wyśmialiśmy ich trochę między sobą i poszliśmy pływać. Powietrze tam jest cudowne. Idąc przez las normalnie się zaciągałam. Nigdy nie zachwycałam się zapachem lasu, do teraz. Mogłabym tam zostać na zawsze.
Popływaliśmy sobie, ja się poopalałam, pośmialiśmy się, a później poszliśmy coś zjeść i na lody. Później T. podrzucił mnie do domu i umówiliśmy się jeszcze na piwo, ale już nam nie wyszło, bo musiałam się spakować do Kato, bo następnego dnia wyjechałam.
Po drodze tutaj myślałam ciągle o Panu X. Nie żeby to było coś nowego, ale moja głowa bardzo chciała z nim skończyć. Tylko, że im bardziej chciała, tym bardziej serce się sprzeciwiało. Jechałam więc z bardzo mieszanymi uczuciami. Z dworca odebrała mnie P. i poszłyśmy do mnie pić wino <3. Trochę się upiłyśmy i pokazałam jej TE filmiki. Stwierdziła podobnie jak ja, że są niesamowite.
Wczoraj wieczorem niestety mnie opuściła i pojechała do A. na jakiś czas. Smutno trochę, ale dobrze zrobiła. Niech skończą z kryzysem w końcu!
No i jak tu się nie cieszyć tymi wakacjami? Co prawda był mało miły incydent z Panem X., ale dzisiaj go pominę i powspominam, jak cudownie było zobaczyć moich najbliższych znajomych i spędzić z nimi czas <3
środa, 7 sierpnia 2013
Po co?
Nie mogę sobie wyobrazić nowego roku akademickiego. Wszystko będzie takie... inne. Będę sama. I jestem przerażona tą wizją. I nie chcę tego. Chcę, żeby było jak w zeszłym roku, kiedy zaczynałam studia. Moim marzeniem jest cofnąć się w czasie i jeszcze raz pójść na pierwsze spotkanie grupy i poznać tam pewną brunetkę, która podobnie jak ja, wynajmuje mieszkanie w Katowicach. Ponieważ to właśnie ta brunetka, stała się moją przyjaciółką.
I chcę jeszcze raz przeżyć ten dzień, kiedy nie wpuścili nas na tą cholerną immatrykulację.
I jeszcze raz wymienić pierwsze uściski dłoni i uśmiechy z ubranym w garnitur Panem X. I po drodze donikąd, zacząć z nim rozmowę o gitarach i muzyce. Bo to była nasza pierwsza rozmowa, dzięki której się sobą zainteresowaliśmy.
I pójść do jego mieszkania, zamiast wrócić do swojego, w takiej kompletnie nie znającej się grupie i pić truskawkową herbatę.
I później pić ją przy każdej wizycie, przez całą jesień i zimę. Głupia herbata. Nawet nie była nie wiadomo jak dobra, a przynosi tyle wspomnień. Wystarczy wyobrażenie jej smaku, czy opakowanie na półce w sklepie.
Jak mam funkcjonować sama? Z kim będę uciekać z angielskiego, a później bać się odrabiania nieobecności? Z kim będę wracać do mieszkania? Z NIKIM. Będę kompletnie sama. Oni znajdą sobie nowych znajomych i mnie zostawią. Jedyne co mi zostanie, to wspomnienia.
Nie wypiję już truskawkowej herbaty, oglądając jakiegoś klasyka, czy słuchając gitarowych popisów. I nie będę musiała odrabiać nieobecności.
Nie uchronię się przed nadchodzącą samotnością. Najbardziej boli to, że nie mogę nic zrobić, żeby to wszystko zatrzymać. Oczywiście, będzie to w mojej głowie, ale sprawi mi tylko jeszcze większe cierpienie.
Teraz tak myślę... Po co to się w ogóle wydarzyło?
I chcę jeszcze raz przeżyć ten dzień, kiedy nie wpuścili nas na tą cholerną immatrykulację.
I jeszcze raz wymienić pierwsze uściski dłoni i uśmiechy z ubranym w garnitur Panem X. I po drodze donikąd, zacząć z nim rozmowę o gitarach i muzyce. Bo to była nasza pierwsza rozmowa, dzięki której się sobą zainteresowaliśmy.
I pójść do jego mieszkania, zamiast wrócić do swojego, w takiej kompletnie nie znającej się grupie i pić truskawkową herbatę.
I później pić ją przy każdej wizycie, przez całą jesień i zimę. Głupia herbata. Nawet nie była nie wiadomo jak dobra, a przynosi tyle wspomnień. Wystarczy wyobrażenie jej smaku, czy opakowanie na półce w sklepie.
Jak mam funkcjonować sama? Z kim będę uciekać z angielskiego, a później bać się odrabiania nieobecności? Z kim będę wracać do mieszkania? Z NIKIM. Będę kompletnie sama. Oni znajdą sobie nowych znajomych i mnie zostawią. Jedyne co mi zostanie, to wspomnienia.
Nie wypiję już truskawkowej herbaty, oglądając jakiegoś klasyka, czy słuchając gitarowych popisów. I nie będę musiała odrabiać nieobecności.
Nie uchronię się przed nadchodzącą samotnością. Najbardziej boli to, że nie mogę nic zrobić, żeby to wszystko zatrzymać. Oczywiście, będzie to w mojej głowie, ale sprawi mi tylko jeszcze większe cierpienie.
Teraz tak myślę... Po co to się w ogóle wydarzyło?
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
Teścik
Czy to co czuję, albo nie, przy odpalaniu mojej fajki przez osobników płci męskiej, może dobrze, bądź źle wróżyć naszej przyszłej relacji? No bo tak: kiedy odpalał mi K. nie czułam kompletnie nic. Ot, odpalił mi. Na przerwie świątecznej, kiedy zrobił to K2., było to jedno z bardziej erotycznych przeżyć w moim prawie dwudziestoletnim życiu. Nie zapomnę tego do końca swoich dni. Tak bardzo chciałam się z nim po tym migdalić... A wiedziałam, że nie mogę, bo miał (i ma nadal) dziewczynę, poza którą świata nie widzi. Wiedziałam, ale i tak to zrobiłam, bo on też był chętny. Chciał nawet więcej. Mieliśmy się nawet umówić, ale jako, że ja byłam jeszcze PRZED, a on myślał, że jestem PO, więc musiałam zaniechać. Nie chciałam, żeby mój pierwszy raz był z kimś, kto mi się podoba, ale go nie kocham. Prawdopodobnie byłabym w stanie się w nim zakochać. Nie wiem, nie miałam okazji się przekonać, ale z Panem X. też było 'to coś' przy odpalaniu. Co prawda, z nim było trochę inaczej. To ja miałam wtedy chłopaka i nie paliliśmy fajek, a pierwszy raz zioło. Z lufki, więc po pewnym czasie, on sam z siebie zaczął mi odpalać. I w tym też była chemia. Patrzyłam mu prosto w oczy i zaciągałam się. Zabawne, mój ex w swoich wszystkich zakazach, zabronił mi jarać, a z Panem X. złamałam ten zakaz i mi się podobało. No i co najważniejsze, wyszła z tego miłość.
Więc może to jednak ma jakiś sens? Heh, zrobię z tego test dla potencjalnych kandydatów dla chłopaka :p
Więc może to jednak ma jakiś sens? Heh, zrobię z tego test dla potencjalnych kandydatów dla chłopaka :p
niedziela, 4 sierpnia 2013
Hejty, miłość i mieszkanie ;)
Wczoraj stwierdziłam, że kocham tego bloga. Mogę napisać wszystko co myślę i nikt mi się nie wtrąci w to i nie skomentuje. Oczywiście, jest mi lżej, kiedy opowiadam o swoich problemach przyjaciółkom, bo potrafią mi pomóc, ale na drugie, one nie siedzą w mojej głowie i nie wiedzą co tam jest. No i nie powiem im wszystkiego. W sumie, najwięcej wie o mnie O. A zaraz za nią jest Pan X. Oni i R. są jedynymi osobami, które wiedzą, że robię sobie krzywdę. Tylko im na tyle zaufałam, żeby powiedzieć. Co prawda, nie wiem jak jest teraz między mną i R., ale może jakoś się to ułoży. Ostatnio zwierzyłam się Panu X. z tego, co mi zrobiła. Oczywiście poleciał hejt, no a jak. Z tym wyjątkiem, że tym razem nie stanęłam w jej obronie, bo miał rację. Tak szczerze, to lubię, kiedy dissuje ludzi dlatego, że mnie skrzywdzili. Albo, kiedy to robi z zazdrości ;)
Czuję, że z K. koniec miłości. Z mojej strony nigdy jej nie było, ale on chyba dał sobie spokój. Od dnia, kiedy wyjeżdżał na wooda, pisał mi codziennie smsy. Tak mniej więcej do czwartku. Dzisiaj chyba wrócił, ale ciszaaa. Dobrze, przynajmniej tyle spokoju mam ;) Do czasu :D
Jest też mega pompa z mieszkaniem. Chcemy je wynająć razem z Ol. i dwoma laskami. Okazało się jednak, że te dwie nas wystawiły! Już napisałam milion ogłoszeń itd. i byłam tak zła, że chciałam skoczyć z okna, a na pewno musiałam wystawić głowę na zewnątrz, gdy okazało się, że jednak będą je z nami brały. Tylko teraz nie wiem kiedy. Do środy wszystko musi być załatwione, bo wtedy wracam do domu. Nie żebym uciekała przed K. :p
W ogóle dziwne dni nastały... Nie mogę jeść. Jest mi niedobrze. W dodatku, cały dzień się stresowałam i miałam podniesiony poziom adrenaliny -> było mi gorąco w twarz.
No i miałam motyle w brzuchu chwilami.
Trochę się zaczynam tego wszystkiego obawiać...
Czuję, że z K. koniec miłości. Z mojej strony nigdy jej nie było, ale on chyba dał sobie spokój. Od dnia, kiedy wyjeżdżał na wooda, pisał mi codziennie smsy. Tak mniej więcej do czwartku. Dzisiaj chyba wrócił, ale ciszaaa. Dobrze, przynajmniej tyle spokoju mam ;) Do czasu :D
Jest też mega pompa z mieszkaniem. Chcemy je wynająć razem z Ol. i dwoma laskami. Okazało się jednak, że te dwie nas wystawiły! Już napisałam milion ogłoszeń itd. i byłam tak zła, że chciałam skoczyć z okna, a na pewno musiałam wystawić głowę na zewnątrz, gdy okazało się, że jednak będą je z nami brały. Tylko teraz nie wiem kiedy. Do środy wszystko musi być załatwione, bo wtedy wracam do domu. Nie żebym uciekała przed K. :p
W ogóle dziwne dni nastały... Nie mogę jeść. Jest mi niedobrze. W dodatku, cały dzień się stresowałam i miałam podniesiony poziom adrenaliny -> było mi gorąco w twarz.
No i miałam motyle w brzuchu chwilami.
Trochę się zaczynam tego wszystkiego obawiać...
sobota, 3 sierpnia 2013
Sierpień
Zapowiada się wspaniały miesiąc :)) W końcu!
Teoretycznie od tygodnia mam chłopaka. I muszę się z nim rozstać. Nie nadaję się do związków i nie potrafię mu zaufać, no bo jak? Wiem za dużo. Tym chłopakiem jest nie kto inny, tylko, werble proszę, K! Wszystko zaczęło się w zeszły piątek nad jeziorem.
W czwartek zlatałam całe miasto w poszukiwaniu idealnego stanika pod weselną sukienkę. Widziałam taki 2 tygodnie temu w H&M'ie, więc szukałam tylko tam. Ale nie było. Stwierdziłam więc, że pójdę do wszystkich H&M'ów, bo w końcu w którymś być musi. Nie było. Już byłam zdecydowana na chińczyka, kiedy przez przypadek weszłam do Kappahl i tam oto mi się objawił. Był dokładnie taki, jakiego potrzebowałam. W moim rozmiarze, czarny, typu bardotka. W dodatku przeceniony! Z 70 na 25 zł. Wzięłam go więc bez zastanowienia. Przy kasie okazało się, że przysługuje mi jeszcze jedna promocja! 2 w cenie 1. Tak więc po przejściu sklepu po raz kolejny, zdecydowałam się na górę od bikini. W końcu musiałam opalić białe ślady po ramiączkach.
Wracając do mieszkania zadzwoniła P. Siedziała z A. niedaleko mojego bloku i chciała żebym przyszła. Pomyślałam, że spoko. I tak nie miałam co robić. Kiedy do nich podeszłam, okazało się, że to była randka. Ten zaciesz na mojej twarzy był bezcenny. A. rzucił propozycją wyjazdu nad jezioro. Jako, że kupiłam kostium, myślałam, że posikam się ze szczęścia. Nie pomyślałam, że w sobotę mam wesele, na które muszę dojechać miliony kilometrów (może nie miliony, ale kilka). Tak czy inaczej, w piątek po południu (z 50 minutowym opóźnieniem i wejściu do nie tego pociągu, bo zbiórka była poza Kato) wybraliśmy się nad to jezioro. Autem. Kierował K.
Nad jeziorem, po wypiciu 2 piw wylądowałam w wodzie. A nie miałam zamiaru! Miałam okres i byłam w trakcie leczenia kolczyka (w sumie dalej jestem), więc nie mogłam. Ale kogo to obchodziło? Na pewno nie K., który mnie tam wrzucił. Okazało się, że umiem pływać! Hura!
Co więcej, pierwszy raz, za namową A. spróbowałam amareny. I co najgorsze, posmakowała mi. I co to była za sesja zdjęciowa, kiedy ogłosiłam, że biorę pierwszy łyk tego 'alkoholu'!
Kiedy wyszliśmy z wody, siedliśmy na jakiejś trawie. P. migdaliła się z A., a ja rozmawiałam z resztą chłopaków, głównie z K. Nie wiem jak to się stało, ale w pewnym momencie zaczęliśmy się łaskotać, a później całować. Później było już tylko całowanie i sms do Pana X., że musimy porozmawiać o naszych relacjach, na którego nie dostałam odpowiedzi, aż do przedwczoraj. Ale o tym później.
Wracając do K. Zachowywaliśmy się jak para. Nawet spaliśmy razem, w oddzielnym pokoju, bo byłam na tyle sprytna, że go wyhaczyłam i zajęłam.
Drugiego dnia było to nieszczęsne wesele. Moje relacje z K. były... dziwne? Tak to odpowiednie słowo. Nie wiedziałam jak jest teraz z nami i on chyba też. I ciągle czekałam na smsa.
Ślub jak ślub. Popłakałam się trochę. Co ja zrobię, że mnie takie rzeczy wzruszają? Jeszcze jak pomyślałam o Panu X., to już całkiem polały się łzy. A jak podczas przysięgi, ciężarna panna młoda trzymała się za brzuch, to dopiero było wzruszenie. Później był żenujący czas składania życzeń. Musiałam robić to sama, bo jako, że jestem dorosła, miałam własny prezent i w ogóle, to nie mogłam się podpiąć pod rodziców. To było okropne. Nienawidzę takich rzeczy. Zarówno składać życzeń, jak i przyjmować.
Wesele też było dziwne. Zespół był tak beznadziejny, że przesiedziałam większość czasu na dworze, albo wpieprzając (dosłownie) podawane jedzenie. K. wraz z moją mamą nie mogli się nadziwić, gdzie ja to wszystko mieszczę. Szczerze? Nie mam pojęcia. W międzyczasie, mama grzebała mi w torbie i znalazła fajki. Powiedziałam, że należą do K., ale chyba tego nie kupiła. W ogóle, co to za zwyczaje grzebania mi po rzeczach?! Już pixy znalazła, teraz to... Co to kurwa ma być. Jestem dorosła, mam własne życie i mogę posiadać co tylko chcę.
No.
Zabawa zaczęła się dopiero po oczepinach. Heh, to zabawne, ale złapałam bukiet. A miałam w ogóle do tego nie podchodzić, ale K. mnie wypchnął. Kretyn.
Kwiatki spadły mi prosto pod nogi. Potknęłam się nawet o nie. Więc schyliłam się i je podniosłam. I w tym momencie jakaś panna zaczęła mi go wyrywać! Zrobiłam z siebie idiotkę, bo pomyślałam, że skoro już go mam to nie oddam. No i nie oddałam. Teraz się suszy.
K. z kolei złapał muszkę, ale to już było ustawione. Po prostu dostał ją, bo ja złapałam bukiet, gdybym oddała go tej pannie, jej facet miałby muszkę. Trochę głupio, no ale.
Po oczepinach graliśmy w miesiące, później tańczyliśmy. Tańczyłam nawet z moim tatem, więc spełniłam swoje marzenie.
Następnego dnia po śniadaniu zebraliśmy się w drogę powrotną. Trzymaliśmy się z K. za ręce, a później pocałowaliśmy na pożegnanie. Myślałam, że tym razem nam wyjdzie. Ale później zaczęłam wątpić. Chciałam się wycofać. Wiedziałam, że to nie to. Mimo wszystko w poniedziałek wprosiłam się na grilla do niego. I wtedy właśnie pogrzebał swoje minimalne szanse na bycie moim chłopakiem. Schlał się i zrobił z siebie durnia. W dodatku, ludzie ciągle rozmawiali o Panu X. W końcu miałam przed oczami jego twarz, a w głowie słyszałam głos. To było chore.
Napierdolony K. chciał mnie całować i trzymać za rękę, ale ja powiedziałam nie. Obraził się trochę i odszedł w końcu do G. Usłyszałam tylko jak mu mówi 'a dziwisz jej się?'.
Później wyszłam z Ż. na fajkę. Jego pierwsze pytanie brzmiało 'czy masz jakikolwiek kontakt z Panem X?'. Co miałam go okłamywać. Powiedziałam mu, że tak, że widziałam się z nim tydzień temu itd. Trochę mnie to bawi i podbudowuje nadzieję: nie utrzymuje kontaktu ze znajomymi z naszej grupy z uczelni, ani ze starymi przyjaciółmi, a ze mną jednak tak. Co prawda, ostatnio nie miał nigdy dla mnie czasu, na smsa też nie odpisał, ale jako jedna z niewielu, wiedziałam co się z nim dzieje.
Później K. przyszedł mnie przeprosić. Nie umiałam jednak pozbyć się niechęci. Tak samo drugiego dnia. Teraz na szczęście wyjechał i nie wiadomo kiedy się spotkamy, ale kiedy się żegnaliśmy, powiedział, że musimy porozmawiać. I ja to wiem.
W środę, moja tęsknota za Panem X. zaczęła osiągać apogeum. Nie wiedziałam co mam robić. Modliłam się do Boga, żeby się jeszcze kiedyś odezwał, bo czułam, że nie dam rady bez niego. Zadzwonił na drugi dzień. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, czy odbierać. W końcu odebrałam. Brzmiał tak wesoło... Spytał mnie, o czym chciałam rozmawiać. Nie chciałam mu powiedzieć, ale tak nalegał, groził nawet, że jak mu nie powiem, to będzie się zamartwiał i żebym mu tego oszczędziła. W końcu powiedziałam o K. i B. (bo przecież nie powiem mu przez telefon, że się znowu pocięłam). Pogadaliśmy chwilę o nich i o tym, że skoro żadnego nie chcę, to muszę z nimi skończyć. W pełni się z nim zgadzam. Spytał też, o co chodziło mi z naszymi relacjami, bo nic się nie zmieniło. Powiedziałam mu, że wiem, ale chodziło mi o to co robimy. Stwierdził, że tym razem zakończymy to. Kiedy powiedziałam, że kończyliśmy to milion razy, powiedział, że tym razem na poważnie.
Z jednej strony byłam tak podekscytowana jego telefonem, że od razu zadzwoniłam do O., a jak przyszła P., to skakałam z radości, ale z drugiej nie wiedziałam, czemu tak bardzo chce to kończyć. Zaczęłam się bać, że ma kogoś. Postanowiłam się po prostu o to spytać. Napisałam, że zastanawia mnie czemu uważa, że powinniśmy skończyć nasze życie w grzechu i czemu myśli, że teraz nam to wyjdzie, skoro ostatnio był jak najbardziej za. Udzielił mi na to bardzo dobrej, obiecującej, odpowiedzi: że nie może mi tego powiedzieć. Nie drążyłam tematu, bo przed oczami miałam już jego minę, kiedy ja się go pytam: 'ale dlaczego', a on odpowiada: 'bo nie'. Zostawiłam więc to. Z tego szczęścia, kupiłyśmy z P. kołki do mojego karnisza (oczywiście musiałyśmy poprosić jakiegoś chłopa z castoramy o pomoc i podwójną liczbę kołków - tak w razie czego) i przykręciłyśmy go. To było cenne: dwie laski przykręcające karnisz. A miał mi pomóc Pan X. Stwierdziłam jednak, że pokażę mu, że daję radę i bez niego. No i pokazałam. Karnisz mimo naszych obaw nie spadł, a na drugi dzień pochwaliłam się tym Panu X. Jaka to była radość, jak powiedział, że ma czas i mogę przyjechać, ale jednocześnie jaki stres! Jak go zobaczyłam, to ledwo go poznałam. Miał taki zarost i tak męsko w nim wyglądał, że aż mi dech zaparło. Nie wiedzieliśmy co robić więc spacerowaliśmy. Najpierw żartowaliśmy (znaczy on, a ja go biłam, bo to były głównie żarty ze mnie), a później przeszliśmy na poważniejsze tematy. Jak zwykle wysłuchał mnie i zaproponował kilka rozwiązań. W międzyczasie poszliśmy do biedry po coś do picia. Jak zwykle spytał 'co CHCEMY?'. W kolejce do kasy opowiedziałam mu historię z M. (którego kazał mi pierdolić, podobnie jak O., więc cieszę się, że tu się zgadzają) i powiedziałam jak źle ze mną było wtedy, kiedy nie miał dla mnie czasu. Powiedziałam, że złamałam daną mu obietnicę. I to co się później stało, było trochę zabawne. To był taki szybki look po moich nadgarstkach, wkurwiona mina i opierdol przy wszystkich ludziach.
A później poszliśmy na miejsce gdzie było ognisko. To też było niesamowite. Powiedziałam, że nie zaufam K. bo wraz z Kr. gadają na mnie, pomimo, że jednocześnie K. za mną biega. Nie spodobało mu się to. Ogólnie z jego strony, to był wielki hejt na K. No ale.
Siedliśmy w końcu na tej polanie. Znaczy on siadł, ja się położyłam. Patrząc na niego, znowu to widziałam. Uczucie w jego oczach. To nie było zwykłe spojrzenie, bo przecież wiem jak patrzy czasem na mnie i jak patrzy na innych. W jego oczach było to coś, co miał, kiedy mówił, że mu zależy, albo kiedy mnie całował. I kiedy już myślałam, że do czegoś dojdzie, on nagle się zerwał i powiedział, żebyśmy chodzili dalej. Bardzo mi się nie chciało, ale on chyba też poczuł, że coś się wydarzy, a skoro się przyjaźnimy, to nie mógł (jeszcze) do tego dopuścić. Tak czy inaczej, Ol. powiedziała, że to było jak randka. Nie wiem jak co to było, ale przez ostatnie dni, nie byłam tak szczęśliwa. Uwielbiam rozmowy z nim, bo zawsze mamy miliony tematów. I kocham jego spojrzenie pełne uczucia. I podoba mi się to, że w końcu jest normalnie. Może i jesteśmy tylko przyjaciółmi (przynajmniej na razie, ale spokojnie, nie nakręcam się na nic), ale wiem, że go mam. I teraz spokojnie mogę wrócić do domu, żeby się powakacjować i spotkać ze znajomymi:)
Teoretycznie od tygodnia mam chłopaka. I muszę się z nim rozstać. Nie nadaję się do związków i nie potrafię mu zaufać, no bo jak? Wiem za dużo. Tym chłopakiem jest nie kto inny, tylko, werble proszę, K! Wszystko zaczęło się w zeszły piątek nad jeziorem.
W czwartek zlatałam całe miasto w poszukiwaniu idealnego stanika pod weselną sukienkę. Widziałam taki 2 tygodnie temu w H&M'ie, więc szukałam tylko tam. Ale nie było. Stwierdziłam więc, że pójdę do wszystkich H&M'ów, bo w końcu w którymś być musi. Nie było. Już byłam zdecydowana na chińczyka, kiedy przez przypadek weszłam do Kappahl i tam oto mi się objawił. Był dokładnie taki, jakiego potrzebowałam. W moim rozmiarze, czarny, typu bardotka. W dodatku przeceniony! Z 70 na 25 zł. Wzięłam go więc bez zastanowienia. Przy kasie okazało się, że przysługuje mi jeszcze jedna promocja! 2 w cenie 1. Tak więc po przejściu sklepu po raz kolejny, zdecydowałam się na górę od bikini. W końcu musiałam opalić białe ślady po ramiączkach.
Wracając do mieszkania zadzwoniła P. Siedziała z A. niedaleko mojego bloku i chciała żebym przyszła. Pomyślałam, że spoko. I tak nie miałam co robić. Kiedy do nich podeszłam, okazało się, że to była randka. Ten zaciesz na mojej twarzy był bezcenny. A. rzucił propozycją wyjazdu nad jezioro. Jako, że kupiłam kostium, myślałam, że posikam się ze szczęścia. Nie pomyślałam, że w sobotę mam wesele, na które muszę dojechać miliony kilometrów (może nie miliony, ale kilka). Tak czy inaczej, w piątek po południu (z 50 minutowym opóźnieniem i wejściu do nie tego pociągu, bo zbiórka była poza Kato) wybraliśmy się nad to jezioro. Autem. Kierował K.
Nad jeziorem, po wypiciu 2 piw wylądowałam w wodzie. A nie miałam zamiaru! Miałam okres i byłam w trakcie leczenia kolczyka (w sumie dalej jestem), więc nie mogłam. Ale kogo to obchodziło? Na pewno nie K., który mnie tam wrzucił. Okazało się, że umiem pływać! Hura!
Co więcej, pierwszy raz, za namową A. spróbowałam amareny. I co najgorsze, posmakowała mi. I co to była za sesja zdjęciowa, kiedy ogłosiłam, że biorę pierwszy łyk tego 'alkoholu'!
Kiedy wyszliśmy z wody, siedliśmy na jakiejś trawie. P. migdaliła się z A., a ja rozmawiałam z resztą chłopaków, głównie z K. Nie wiem jak to się stało, ale w pewnym momencie zaczęliśmy się łaskotać, a później całować. Później było już tylko całowanie i sms do Pana X., że musimy porozmawiać o naszych relacjach, na którego nie dostałam odpowiedzi, aż do przedwczoraj. Ale o tym później.
Wracając do K. Zachowywaliśmy się jak para. Nawet spaliśmy razem, w oddzielnym pokoju, bo byłam na tyle sprytna, że go wyhaczyłam i zajęłam.
Drugiego dnia było to nieszczęsne wesele. Moje relacje z K. były... dziwne? Tak to odpowiednie słowo. Nie wiedziałam jak jest teraz z nami i on chyba też. I ciągle czekałam na smsa.
Ślub jak ślub. Popłakałam się trochę. Co ja zrobię, że mnie takie rzeczy wzruszają? Jeszcze jak pomyślałam o Panu X., to już całkiem polały się łzy. A jak podczas przysięgi, ciężarna panna młoda trzymała się za brzuch, to dopiero było wzruszenie. Później był żenujący czas składania życzeń. Musiałam robić to sama, bo jako, że jestem dorosła, miałam własny prezent i w ogóle, to nie mogłam się podpiąć pod rodziców. To było okropne. Nienawidzę takich rzeczy. Zarówno składać życzeń, jak i przyjmować.
Wesele też było dziwne. Zespół był tak beznadziejny, że przesiedziałam większość czasu na dworze, albo wpieprzając (dosłownie) podawane jedzenie. K. wraz z moją mamą nie mogli się nadziwić, gdzie ja to wszystko mieszczę. Szczerze? Nie mam pojęcia. W międzyczasie, mama grzebała mi w torbie i znalazła fajki. Powiedziałam, że należą do K., ale chyba tego nie kupiła. W ogóle, co to za zwyczaje grzebania mi po rzeczach?! Już pixy znalazła, teraz to... Co to kurwa ma być. Jestem dorosła, mam własne życie i mogę posiadać co tylko chcę.
No.
Zabawa zaczęła się dopiero po oczepinach. Heh, to zabawne, ale złapałam bukiet. A miałam w ogóle do tego nie podchodzić, ale K. mnie wypchnął. Kretyn.
Kwiatki spadły mi prosto pod nogi. Potknęłam się nawet o nie. Więc schyliłam się i je podniosłam. I w tym momencie jakaś panna zaczęła mi go wyrywać! Zrobiłam z siebie idiotkę, bo pomyślałam, że skoro już go mam to nie oddam. No i nie oddałam. Teraz się suszy.
K. z kolei złapał muszkę, ale to już było ustawione. Po prostu dostał ją, bo ja złapałam bukiet, gdybym oddała go tej pannie, jej facet miałby muszkę. Trochę głupio, no ale.
Po oczepinach graliśmy w miesiące, później tańczyliśmy. Tańczyłam nawet z moim tatem, więc spełniłam swoje marzenie.
Następnego dnia po śniadaniu zebraliśmy się w drogę powrotną. Trzymaliśmy się z K. za ręce, a później pocałowaliśmy na pożegnanie. Myślałam, że tym razem nam wyjdzie. Ale później zaczęłam wątpić. Chciałam się wycofać. Wiedziałam, że to nie to. Mimo wszystko w poniedziałek wprosiłam się na grilla do niego. I wtedy właśnie pogrzebał swoje minimalne szanse na bycie moim chłopakiem. Schlał się i zrobił z siebie durnia. W dodatku, ludzie ciągle rozmawiali o Panu X. W końcu miałam przed oczami jego twarz, a w głowie słyszałam głos. To było chore.
Napierdolony K. chciał mnie całować i trzymać za rękę, ale ja powiedziałam nie. Obraził się trochę i odszedł w końcu do G. Usłyszałam tylko jak mu mówi 'a dziwisz jej się?'.
Później wyszłam z Ż. na fajkę. Jego pierwsze pytanie brzmiało 'czy masz jakikolwiek kontakt z Panem X?'. Co miałam go okłamywać. Powiedziałam mu, że tak, że widziałam się z nim tydzień temu itd. Trochę mnie to bawi i podbudowuje nadzieję: nie utrzymuje kontaktu ze znajomymi z naszej grupy z uczelni, ani ze starymi przyjaciółmi, a ze mną jednak tak. Co prawda, ostatnio nie miał nigdy dla mnie czasu, na smsa też nie odpisał, ale jako jedna z niewielu, wiedziałam co się z nim dzieje.
Później K. przyszedł mnie przeprosić. Nie umiałam jednak pozbyć się niechęci. Tak samo drugiego dnia. Teraz na szczęście wyjechał i nie wiadomo kiedy się spotkamy, ale kiedy się żegnaliśmy, powiedział, że musimy porozmawiać. I ja to wiem.
W środę, moja tęsknota za Panem X. zaczęła osiągać apogeum. Nie wiedziałam co mam robić. Modliłam się do Boga, żeby się jeszcze kiedyś odezwał, bo czułam, że nie dam rady bez niego. Zadzwonił na drugi dzień. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, czy odbierać. W końcu odebrałam. Brzmiał tak wesoło... Spytał mnie, o czym chciałam rozmawiać. Nie chciałam mu powiedzieć, ale tak nalegał, groził nawet, że jak mu nie powiem, to będzie się zamartwiał i żebym mu tego oszczędziła. W końcu powiedziałam o K. i B. (bo przecież nie powiem mu przez telefon, że się znowu pocięłam). Pogadaliśmy chwilę o nich i o tym, że skoro żadnego nie chcę, to muszę z nimi skończyć. W pełni się z nim zgadzam. Spytał też, o co chodziło mi z naszymi relacjami, bo nic się nie zmieniło. Powiedziałam mu, że wiem, ale chodziło mi o to co robimy. Stwierdził, że tym razem zakończymy to. Kiedy powiedziałam, że kończyliśmy to milion razy, powiedział, że tym razem na poważnie.
Z jednej strony byłam tak podekscytowana jego telefonem, że od razu zadzwoniłam do O., a jak przyszła P., to skakałam z radości, ale z drugiej nie wiedziałam, czemu tak bardzo chce to kończyć. Zaczęłam się bać, że ma kogoś. Postanowiłam się po prostu o to spytać. Napisałam, że zastanawia mnie czemu uważa, że powinniśmy skończyć nasze życie w grzechu i czemu myśli, że teraz nam to wyjdzie, skoro ostatnio był jak najbardziej za. Udzielił mi na to bardzo dobrej, obiecującej, odpowiedzi: że nie może mi tego powiedzieć. Nie drążyłam tematu, bo przed oczami miałam już jego minę, kiedy ja się go pytam: 'ale dlaczego', a on odpowiada: 'bo nie'. Zostawiłam więc to. Z tego szczęścia, kupiłyśmy z P. kołki do mojego karnisza (oczywiście musiałyśmy poprosić jakiegoś chłopa z castoramy o pomoc i podwójną liczbę kołków - tak w razie czego) i przykręciłyśmy go. To było cenne: dwie laski przykręcające karnisz. A miał mi pomóc Pan X. Stwierdziłam jednak, że pokażę mu, że daję radę i bez niego. No i pokazałam. Karnisz mimo naszych obaw nie spadł, a na drugi dzień pochwaliłam się tym Panu X. Jaka to była radość, jak powiedział, że ma czas i mogę przyjechać, ale jednocześnie jaki stres! Jak go zobaczyłam, to ledwo go poznałam. Miał taki zarost i tak męsko w nim wyglądał, że aż mi dech zaparło. Nie wiedzieliśmy co robić więc spacerowaliśmy. Najpierw żartowaliśmy (znaczy on, a ja go biłam, bo to były głównie żarty ze mnie), a później przeszliśmy na poważniejsze tematy. Jak zwykle wysłuchał mnie i zaproponował kilka rozwiązań. W międzyczasie poszliśmy do biedry po coś do picia. Jak zwykle spytał 'co CHCEMY?'. W kolejce do kasy opowiedziałam mu historię z M. (którego kazał mi pierdolić, podobnie jak O., więc cieszę się, że tu się zgadzają) i powiedziałam jak źle ze mną było wtedy, kiedy nie miał dla mnie czasu. Powiedziałam, że złamałam daną mu obietnicę. I to co się później stało, było trochę zabawne. To był taki szybki look po moich nadgarstkach, wkurwiona mina i opierdol przy wszystkich ludziach.
A później poszliśmy na miejsce gdzie było ognisko. To też było niesamowite. Powiedziałam, że nie zaufam K. bo wraz z Kr. gadają na mnie, pomimo, że jednocześnie K. za mną biega. Nie spodobało mu się to. Ogólnie z jego strony, to był wielki hejt na K. No ale.
Siedliśmy w końcu na tej polanie. Znaczy on siadł, ja się położyłam. Patrząc na niego, znowu to widziałam. Uczucie w jego oczach. To nie było zwykłe spojrzenie, bo przecież wiem jak patrzy czasem na mnie i jak patrzy na innych. W jego oczach było to coś, co miał, kiedy mówił, że mu zależy, albo kiedy mnie całował. I kiedy już myślałam, że do czegoś dojdzie, on nagle się zerwał i powiedział, żebyśmy chodzili dalej. Bardzo mi się nie chciało, ale on chyba też poczuł, że coś się wydarzy, a skoro się przyjaźnimy, to nie mógł (jeszcze) do tego dopuścić. Tak czy inaczej, Ol. powiedziała, że to było jak randka. Nie wiem jak co to było, ale przez ostatnie dni, nie byłam tak szczęśliwa. Uwielbiam rozmowy z nim, bo zawsze mamy miliony tematów. I kocham jego spojrzenie pełne uczucia. I podoba mi się to, że w końcu jest normalnie. Może i jesteśmy tylko przyjaciółmi (przynajmniej na razie, ale spokojnie, nie nakręcam się na nic), ale wiem, że go mam. I teraz spokojnie mogę wrócić do domu, żeby się powakacjować i spotkać ze znajomymi:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)