Wszystko co dobre szybko się kończy. Tak właśnie było z moim wybornym humorem i zrelaksowaniem. Dzisiaj znów mam humor CS'a i jestem strasznie zdenerwowana.
Tęsknię za Panem X. Chcę go już zobaczyć, porozmawiać z nim, a on jak zwykle się nie odzywa. Gdzieś w głębi serca liczyłam, że przyjedzie do Kato dzisiaj i się spotkamy, ale hehehe, oczywiście się przeliczyłam.
Chcę go. Już. Teraz. Tutaj.
Ale dlaczego on miałby chcieć mnie? Jestem chodzącym bałaganem. Co z tego, że ponoć jestem atrakcyjna, skoro mam najebane w głowie? Jestem niestabilna emocjonalnie, tnę się, nie umiem być poważna w sytuacjach, które tego wymagają, palę, nie mam planu na swoje życie, często płaczę, krzyczę, jestem niecierpliwa, denerwuję się bez powodu, nie umiem żyć z innymi i długo by jeszcze wymieniać ile mam wad. W życiu nie chciałabym być z osobą taką jak ja, więc chyba zaczynam go rozumieć. Chciałabym być kimś innym. Kimś ułożonym i spokojnym. Jak jego była. I próbowałam, tylko gówno mi z tego wyszło. Jest jeszcze gorzej.
Patrzę na prezent dla niego i płaczę.
Im bliżej naszego spotkania, które nie wiem kiedy będzie, ale będzie, tym bardziej nie mogę tego wszystkiego znieść. Chcę już popatrzeć w jego zielone, uśmiechnięte oczy. Wtedy się uspokoję i będę szczęśliwa. I tak bardzo chcę, żeby mnie przytulił. Potrzebuję bliskości. Kogoś. Jego. I mogę mówić wszystkim, że już go nie chcę i odpuściłam sobie. Albo, że żałuję. Prawda jest jednak zupełnie inna. Kocham go dalej całym sercem, ciągle mam nadzieję, że mnie zechce i nie wiem, czy żałuję. Bo to co się między nami stało było czymś niepowtarzalnym i z nikim już nie chcę tego przeżywać. On jest jedyną osobą, z którą chcę być na każdy ze sposobów. Kto wie, może jak się kiedyś ogarnę, to on też zechce być ze mną? Ale to nie będzie już takie piękne, bo nie będę sobą. Tak było z M. Stałam się w miarę stabilna, zero jakiejkolwiek spontaniczności, zabawy. I na początku mi to odpowiadało, ale czułam się jak w klatce. Tylko, że M. nie jest Panem X. To dwie kompletnie inne osoby. Różnią się chyba wszystkim. No i Pana X. kocham bardziej. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek kochałam M. Jeżeli tak, to jestem na milion procent pewna, że nawet w 1/1000 nie tak bardzo jak Pana X. Nigdy za nim tak nie tęskniłam, nie czułam motyli przez praktycznie rok, tylko przez miesiąc, nie miałam z nim snów erotycznych, nie chciałam się tak bardzo starać, nie wyobrażałam go sobie jako ojca moich dzieci. Po co ja w ogóle z nim byłam? Może po to, żeby poznać Pana X... Bo to w końcu częściowo przez M. wylądowałam w Kato na osiedlu na którym mieszkam, w bloku obok Pana X. Więc może jednak nam jest dane być razem? Oboje mogliśmy pójść na inne studia i nigdy się nie poznać. Mogłam zamieszkać na innym osiedlu, i wtedy jestem pewna, że nie zaprzyjaźnilibyśmy się tak bardzo, o ile w ogóle. Bo jestem nieciekawa i nudna. Nie mam hobby (poza gitarą, o ile takie moje granie raz na rok można nazwać hobby), nie wiem nic o polityce ani świecie. Nie interesuję się niczym. Lubię słuchać całkiem innej muzyki niż on i oglądać filmy (inne niż on) i seriale. Mielibyśmy innych znajomych, bo ja trzymałabym się z R. i pewnie zakumulowałybyśmy się z B., którego Pan X. nie trawi. Ale wszystko potoczyło się inaczej. Nasze drogi się jakimś cudem zbiegły, zostaliśmy przyjaciółmi i pomimo, że on olewa swoich dawnych znajomych, ze mną trzyma kontakt, więc chyba jestem dla niego w jakimś stopniu, nawet odrobinę ważna? Nie może ze mną nie rozmawiać. Zawsze pyta co u mnie w domu, czy w porządku, i to dla niego na prawdę ważne. Dla mnie też. To może istnieje cień szansy, że jak się będziemy teraz spotykać, to będzie jak 26 listopada zeszłego roku, i pocałuje mnie i powie, że mnie lubi bardziej niż koleżankę? Może w końcu przestanie się tego bać? Bo im dłużej będziemy się znać, tym trudniej będzie nam udawać. Pewnego dnia ja nie wytrzymam i powiem 'kocham cię' i zniszczę to, co mamy teraz. Chyba, że on się ogarnie wcześniej i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Amen.
poniedziałek, 30 września 2013
niedziela, 29 września 2013
Jestę studętę!
Taaaaaaaak! Jestem oficjalnie studentką drugiego roku! Nie wiem pod wpływem jakich środków odurzających facet sprawdzał te egzaminy, ale mam 4.5! Dzisiaj więc jestem w iście wybornym humorze :3 A już byłam przekonana, że nie zdałam! Całe szczęście, że wczoraj po 22 postanowiłam ostatni raz sprawdzić usosa. Zaglądam a tu taki szok! Krzyczałam, piszczałam, skakałam i trzęsłam się z tego szczęścia! Od razu napisałam esa (z milionem słów 'zdałam') do Pana X., O., P. i zadzwoniłam do mamy. Drżącym głosem krzyczałam jej w słuchawkę jakie ma mądre dziecko! Z tego wszystkiego musiałam się położyć na podłodze xd. A później poszłyśmy z Ol. po ruskiego szampana, żeby to opić. Ruski szampan zawsze spoko.
Jestem z siebie taka dumna! I kocham wszystkich! Dzisiaj obdzwoniłam babcie, żeby się im pochwalić. To takie piękne! Jedno zmartwienie out. Teraz spokojnie mogę rzucić palenie :3 A raczej muszę, bo sobie obiecałam, że jak zdam, to to zrobię tak na amen. Tak więc kończę paczkę i bye bye elemki [*]
Nadal nie wierzę w to co wyświetla mi się na usosie.
Z tej ekscytacji nie mogłam zasnąć, a później śniły mi się tak milutkie sny z Panem X. w roli głównej, że ja chcę jeszcze raaaaz :3 W ogóle, nie mogę się doczekać, aż się z nim zobaczę. Ol. nie ma złych przeczuć co do nas i też nie może się doczekać naszego spotkania, bo czuje, że to może być jakiś progres. I hope so!
Jak to możliwe, że po takim czasie 'rozłąki' ja nadal mam motyle w brzuchu, za każdym razem jak o nim pomyślę? Czyżby prawdziwa miłość? Oczywiście, że tak. Ja to wiem, on to wie(?) i każdy inny też to wie.
Jestem z siebie taka dumna! I kocham wszystkich! Dzisiaj obdzwoniłam babcie, żeby się im pochwalić. To takie piękne! Jedno zmartwienie out. Teraz spokojnie mogę rzucić palenie :3 A raczej muszę, bo sobie obiecałam, że jak zdam, to to zrobię tak na amen. Tak więc kończę paczkę i bye bye elemki [*]
Nadal nie wierzę w to co wyświetla mi się na usosie.
Z tej ekscytacji nie mogłam zasnąć, a później śniły mi się tak milutkie sny z Panem X. w roli głównej, że ja chcę jeszcze raaaaz :3 W ogóle, nie mogę się doczekać, aż się z nim zobaczę. Ol. nie ma złych przeczuć co do nas i też nie może się doczekać naszego spotkania, bo czuje, że to może być jakiś progres. I hope so!
Jak to możliwe, że po takim czasie 'rozłąki' ja nadal mam motyle w brzuchu, za każdym razem jak o nim pomyślę? Czyżby prawdziwa miłość? Oczywiście, że tak. Ja to wiem, on to wie(?) i każdy inny też to wie.
sobota, 28 września 2013
Rzygamtym.pl
Boże boże boże bożeeeeeeee. Już nie mogę. Ja zacznę robić listę rzeczy którymi się martwię i jak skończę się martwić jedną rzeczą to ją odhaczę i przejdę do następnej. Bo tak na raz to się nie da, bo już nie wytrzymuję.
Nr. 1 - HS
Najpierw stres związany z poprawką, teraz z wynikami. Na początku martwiłam się, że się nie nauczę. Siadłam więc i próbowałam coś zdziałać, żeby tak się nie stało. Później okazało się, że daje testy z zerówki. Więc płacz i drgawki, bo to był najcięższy z testów, które dał do tej pory. D. przesłała mi 4 pytania, to zrobiłam sobie ściągę. I tak nie dało się ściągać, więc bosko, ale coś napisałam. Jak wyszłam z sali to się cała trzęsłam i czułam jakby mi ktoś zdjął obręcz uciskową z głowy. Pytania były wielokrotnego wyboru, a nie tak jak facet nam powiedział jednokrotnego, więc wiele nie nastrzelałam. Zaczęłam więc się martwić, że nie zdam. Próbowałam sobie racjonalnie wytłumaczyć, że skoro coś napisałam w otwartych, to nie będzie źle. Dopóki nie okazało się wczoraj, że wpisał już oceny w usosa. A ja nie mam tam nic wpisane, więc albo nie zdałam i on mnie o tym nie poinformował, albo nie wpisał. Jako, że podchodzę do takich rzeczy sceptycznie, jestem przygotowana na pierwszą opcję. Tak czy inaczej, istnieje jeszcze ta druga i to mój cień nadziei. I się tym stresuję tak bardzo, że po 3 dniach niepalenia kupiłam dziś paczkę.
Nr. 2 - Pan X.
Jedna rzecz, że się zmienił, druga, że nie wiem, czy mieszać i powiedzieć mu, że K. na niego gada. Chyba powinnam być uczciwa i mu powiedzieć, tym bardziej, że przedwczoraj pozytywnie mnie zaskoczył. Zadzwonił do mnie ot tak i pytał jak mi poszło na egzaminie (nie myślałam, że pamięta, kiedy mam tą poprawkę, w końcu tylko o niej wspomniałam mimochodem) i gadaliśmy prawie 20 min o niczym. Z początku byłam taka 'po chuj dzwonisz i tak jestem obrażona', ale pod koniec rozmowy krzyczałam, ale nie ze złości, tylko w ten sposób jak zawsze to robię, kiedy jestem rozbawiona, albo zadowolona.
Martwię się więc nim ogólnie. Sobą też, bo to się łączy.
Nr. 3 -P.
Nie wiem czy powinnam jej powiedzieć o A. To coś zmieni? Poza tym, że ją zaboli. Niechże już wróci.
Nr. 3 - Dom
Dużo się dzieje. K. w szpitalu, A. w szpitalu. I oboje są w dosyć ciężkich sytuacjach. K. zrobię niespodziankę i do niego zadzwonię, tylko najpierw muszę zadzwonić do babci, niech mi da nr.
Nr. 4 - Pieniądze
Skąd mam je do cholery wziąć?! Nie lubię prosić rodziców, bo i tak na mnie dużo wydają, ale chyba muszę zacząć spłacać długi. A pracy jak nie było tak nie ma. Więc SKĄD MAM JE WYTRZASNĄĆ?!
Nr. 5 - Nowy rok szkolny
Już pisałam o tym. Boję się jak będzie, bo się wszystko pozmieniało.
Nr. 6 - Moje życie
Jak zwykle pojebane, nie mam nikogo, nie wiem co mam ze sobą zrobić i w ogóle co mam robić. Czuję się zagubiona, zestresowana i nie daję rady. I muszę walczyć z własnymi uczuciami.
Najchętniej to bym się z tego wszystkiego położyła i pocięła. Albo wyskoczyła przez balkon. No bo kurwa. Nie pociągnę długo z taką listą problemów (a to dopiero początek). Muszę się przejść. Nie wiem nic, ale jebać. Jak posiedzę jeszcze chwilę w mieszkaniu to oszaleję.
RZYGAM JUŻ TYM WSZYSTKIM TAK BARDZO, ŻE ZA CHWILĘ WYRZYGAM WŁASNY ŻOŁĄDEK I CHĘĆ DO ŻYCIA.
Nr. 1 - HS
Najpierw stres związany z poprawką, teraz z wynikami. Na początku martwiłam się, że się nie nauczę. Siadłam więc i próbowałam coś zdziałać, żeby tak się nie stało. Później okazało się, że daje testy z zerówki. Więc płacz i drgawki, bo to był najcięższy z testów, które dał do tej pory. D. przesłała mi 4 pytania, to zrobiłam sobie ściągę. I tak nie dało się ściągać, więc bosko, ale coś napisałam. Jak wyszłam z sali to się cała trzęsłam i czułam jakby mi ktoś zdjął obręcz uciskową z głowy. Pytania były wielokrotnego wyboru, a nie tak jak facet nam powiedział jednokrotnego, więc wiele nie nastrzelałam. Zaczęłam więc się martwić, że nie zdam. Próbowałam sobie racjonalnie wytłumaczyć, że skoro coś napisałam w otwartych, to nie będzie źle. Dopóki nie okazało się wczoraj, że wpisał już oceny w usosa. A ja nie mam tam nic wpisane, więc albo nie zdałam i on mnie o tym nie poinformował, albo nie wpisał. Jako, że podchodzę do takich rzeczy sceptycznie, jestem przygotowana na pierwszą opcję. Tak czy inaczej, istnieje jeszcze ta druga i to mój cień nadziei. I się tym stresuję tak bardzo, że po 3 dniach niepalenia kupiłam dziś paczkę.
Nr. 2 - Pan X.
Jedna rzecz, że się zmienił, druga, że nie wiem, czy mieszać i powiedzieć mu, że K. na niego gada. Chyba powinnam być uczciwa i mu powiedzieć, tym bardziej, że przedwczoraj pozytywnie mnie zaskoczył. Zadzwonił do mnie ot tak i pytał jak mi poszło na egzaminie (nie myślałam, że pamięta, kiedy mam tą poprawkę, w końcu tylko o niej wspomniałam mimochodem) i gadaliśmy prawie 20 min o niczym. Z początku byłam taka 'po chuj dzwonisz i tak jestem obrażona', ale pod koniec rozmowy krzyczałam, ale nie ze złości, tylko w ten sposób jak zawsze to robię, kiedy jestem rozbawiona, albo zadowolona.
Martwię się więc nim ogólnie. Sobą też, bo to się łączy.
Nr. 3 -P.
Nie wiem czy powinnam jej powiedzieć o A. To coś zmieni? Poza tym, że ją zaboli. Niechże już wróci.
Nr. 3 - Dom
Dużo się dzieje. K. w szpitalu, A. w szpitalu. I oboje są w dosyć ciężkich sytuacjach. K. zrobię niespodziankę i do niego zadzwonię, tylko najpierw muszę zadzwonić do babci, niech mi da nr.
Nr. 4 - Pieniądze
Skąd mam je do cholery wziąć?! Nie lubię prosić rodziców, bo i tak na mnie dużo wydają, ale chyba muszę zacząć spłacać długi. A pracy jak nie było tak nie ma. Więc SKĄD MAM JE WYTRZASNĄĆ?!
Nr. 5 - Nowy rok szkolny
Już pisałam o tym. Boję się jak będzie, bo się wszystko pozmieniało.
Nr. 6 - Moje życie
Jak zwykle pojebane, nie mam nikogo, nie wiem co mam ze sobą zrobić i w ogóle co mam robić. Czuję się zagubiona, zestresowana i nie daję rady. I muszę walczyć z własnymi uczuciami.
Najchętniej to bym się z tego wszystkiego położyła i pocięła. Albo wyskoczyła przez balkon. No bo kurwa. Nie pociągnę długo z taką listą problemów (a to dopiero początek). Muszę się przejść. Nie wiem nic, ale jebać. Jak posiedzę jeszcze chwilę w mieszkaniu to oszaleję.
RZYGAM JUŻ TYM WSZYSTKIM TAK BARDZO, ŻE ZA CHWILĘ WYRZYGAM WŁASNY ŻOŁĄDEK I CHĘĆ DO ŻYCIA.
niedziela, 22 września 2013
Prokrastynacja.
Nie nauczę się.
Nie umiem się skupić.
Nie zdam.
Wszystkie dni, które mogłam wykorzystać do nauki, przeciekły mi przez palce. Zostały mi 2 dni. 2 DNI. Będę się starać, ale chyba nie dam rady. Zaczynam panikować.
I to wcale nie jest tak, że ja jestem leniwa. Fakt, trochę czasem mi się nie chce czegoś robić, ale to już jest prokrastynacja. Zostawiłam sobie wszystko na ostatnią chwilę, nie bo mi się nie chciało uczyć, tylko ciągle wydawało mi się, że mam kupę czasu, a jak zacznę się uczyć za wcześnie to pozapominam, bla, bla, bla. No i teraz mam.
Niespodziewane wydarzenia po drodze, takie jak urodziny K., skutecznie mnie od nauki odciągnęły. Bo musiałam iść, skoro on był na moich. W sumie, to liczyłam trochę, że spotkam tam Pana X., ale jak się okazuje, chyba się już nie lubią. K. określił go mianem 'bydła' i stwierdził, że Pan X. wszystkich denerwuje. Fakt, mnie też zdenerwował swoim ostatnim zachowaniem, ale chyba zaczynam się o niego martwić... I właśnie to jest na chwilę obecną moja główna przyczyna braku skupienia. Martwię się o niego. Zmienił się niesamowicie. Dawni znajomi urywają z nim kontakt, bo mają go dosyć, uważa się za nie wiadomo kogo, no i podobno zrobił się strasznie agresywny... Coś jest nie halo. To nie jest ten Pan X., którego znałam. Albo myślałam, że znam. Tak czy inaczej, jest zupełnie innym człowiekiem i martwię się, że coś się wydarzyło i się pogubił. Oddałabym wszystkie cukierki za to, żeby do mnie zadzwonił i pogadał. Przysięgam już sobie w tym momencie, że jak się spotkamy (bo w końcu skończę z graniem obrażonej księżniczki), to nie powiem ani słowa o sobie. Chcę, żeby to on mówił. Muszę się dowiedzieć, co się stało. Chcę go uratować przed nim samym, bo wiem jak to jest, jak się trzyma głowę za wysoko. I znowu poświęcę mu miesiące mojej uwagi i dostanę za to ból i cierpienie. Trudno. Za bardzo mi zależy, żebym pozwoliła mu skończyć tak, jak do tego zmierza.
No i jest jeszcze K., który jest chyba najgorszym kumplem na świecie. Zamiast mu pomóc się ogarnąć, to ten szepcze za jego plecami. Boże, jacy oni wszyscy są fałszywi! Po co się kumplują, skoro jeden napierdala na drugiego, a drugi śmieje się z pierwszego? Co to ma być w ogóle za znajomość? I w jakiej sytuacji to stawia mnie? Mam powiedzieć Panu X. o tym, co mówi o nim K.? Ech, szkoda, że O. i P. pracują. Chciałabym z nimi o tym porozmawiać i się poradzić, co mam robić z tym wszystkim.
Pozostaje też jeszcze jedna kwestia do zastanowienia się w tej sprawie.
Jak bardzo poszło im o mnie?
Bo zbierając wszystkie fakty wychodzi, że całkiem możliwe, że ja też byłam w to wszystko zamieszana. K. gada na prawo i lewo o mnie (każdy z jego znajomych mnie zna, chociaż ja nie znam nikogo i żenuje mnie to) i na milion procent rozmawia o mnie z Panem X. (-> Pan X. sam mi powiedział, że wie, że byłam z K. na weselu i jeszcze parę rzeczy przywołał, które wskazują właśnie na to). Na podstawie mojego diagramu porównawczego sytuacji: ja-K-Ol i Pan X-ja-K, dochodzę do wniosku, że Pan X. jest o mnie w cholerę zazdrosny. To tłumaczy wszystkie disy na K., kiedy o nim rozmawiamy. Dodając do tego sytuację przy pierwszym pocałunku z K., wtedy u mnie w łazience na parapetówce, mogę przypuszczać, że Pan X. coś jednak do mnie czuje. No bo niby dlaczego miałby zabić K. za całowanie mnie? No i nie mogę zapomnieć o sytuacji w klubie, kiedy Pan X. mówił K, że ma na oku jakąś dziewczynę, spotykają się, ale nie wie czy ma ryzykować. Ta ostatnia sytuacja zdarzyła się przed poprzednią opisaną, więc wszystko nabiera sensu. Powiedzmy. Bo ja przyjmuję, że tak jest, bo to się wydaje logiczne, ale wcale może tak nie być. No ale. Zakładając, że to wszystko tak właśnie wygląda, to zaczynam mieć podejrzenia, że Pan X. być może chce coś ze mną, a K. się wkurwił, bo przecież postanowił nie odpuszczać.
Bo J. nic nie mówił o Panu X., więc wygląda to tak, że to K. jest na niego najbardziej cięty. I to wszystko ma dlatego sens. Czy tak jest na prawdę, okaże się w przyszłości.
W ogóle wczoraj zrobiłam coś bardzo ryzykownego. Pomijając to, że się upiłam. Ogólnie impreza była w barze. Siedziałam głównie koło J., więc najwięcej z nim gadałam plus po 4 czy 5 piwie, karmiłam go popcornem, na jego prośbę.W sumie było zabawnie.
Koło 2 poszliśmy na kebsa. Rzecz jasna, J. dosiadł się do mnie i pomógł mi go zjeść.
Następnie wybraliśmy się na wódkę. Mieliśmy oczywiście alkohol, sok znaleziony na przystanku, i coś innego do popicia. Poszliśmy w jakąś ślepą uliczkę przy której był niby park. Ja już nie piłam tej wódki. Wiedziałam, że jak to zrobię, to mnie to zabije, więc udawałam. I wszystko byłoby spoko, gdybyśmy nie zaczęli jarać. J. wyciągnął zioło i poszło w obieg. Już przed jaraniem lubiliśmy się bardzo bardzo, ale po...
Paląc siedzieliśmy. Kiedy skończyliśmy jarać, J. w pewnym momencie powiedział, żebym go przytuliła. No myślę, okay, przytulanie to nic złego.
Za jakiś czas, kiedy M. już spał na ulicy, my też się położyliśmy. Nie żeby pójść w ślady M., tylko żeby po prostu poleżeć. Mieliśmy też mega ataki śmiechu, ale to oczywiste.
Z początku leżałam na przeciwko J., tak, że go nie widziałam. Po pewnym czasie on wstał, stwierdził, że będę jego poduszką i położył się na mnie. Myślę, no spoko. Później prosił mnie, żebym dała mu rękę. To już było dziwne, ale okay. I tacy pijani i zjarani leżeliśmy sobie na ulicy. W końcu K. zaczął na nas krzyczeć i motywować, żebyśmy wstali. No to w końcu to zrobiliśmy. Oczywiście J. wstał pierwszy i pomagał mi wstawać i zrobił to tak, że wpadłam prosto w jego ramiona, jak już stanęłam na nogach. Uroczo. Strasznie dużo mnie przytulał też później. Idąc na przystanek szliśmy objęci. Znaczy on obejmował mnie.
Gdyby tylko to G. widziała... :D W sumie, to pewnie i tak będzie o tym wszystkim wiedzieć, więc chyba się trochę boję.
W międzyczasie, zadzwoniła do mnie O. Niewiele pamiętam z tej rozmowy, ale wiem, że J. z nią rozmawiał, a później K., który powiedział jej, że właśnie wyrywam. No pięknie.
No i wyrwałam na tyle, że chciał mnie przenocować, ale to by już było za bardzo ryzykowne. Poszłam spać do K. :D.
Było żenująco.
Jak zwykle.
A teraz kończę te wywody i idę się coś pouczę, bo już mi lepiej. Wyrzuciłam z siebie wszystkie obawy o Pana X. i może spróbuję się skupić.
Nie umiem się skupić.
Nie zdam.
Wszystkie dni, które mogłam wykorzystać do nauki, przeciekły mi przez palce. Zostały mi 2 dni. 2 DNI. Będę się starać, ale chyba nie dam rady. Zaczynam panikować.
I to wcale nie jest tak, że ja jestem leniwa. Fakt, trochę czasem mi się nie chce czegoś robić, ale to już jest prokrastynacja. Zostawiłam sobie wszystko na ostatnią chwilę, nie bo mi się nie chciało uczyć, tylko ciągle wydawało mi się, że mam kupę czasu, a jak zacznę się uczyć za wcześnie to pozapominam, bla, bla, bla. No i teraz mam.
Niespodziewane wydarzenia po drodze, takie jak urodziny K., skutecznie mnie od nauki odciągnęły. Bo musiałam iść, skoro on był na moich. W sumie, to liczyłam trochę, że spotkam tam Pana X., ale jak się okazuje, chyba się już nie lubią. K. określił go mianem 'bydła' i stwierdził, że Pan X. wszystkich denerwuje. Fakt, mnie też zdenerwował swoim ostatnim zachowaniem, ale chyba zaczynam się o niego martwić... I właśnie to jest na chwilę obecną moja główna przyczyna braku skupienia. Martwię się o niego. Zmienił się niesamowicie. Dawni znajomi urywają z nim kontakt, bo mają go dosyć, uważa się za nie wiadomo kogo, no i podobno zrobił się strasznie agresywny... Coś jest nie halo. To nie jest ten Pan X., którego znałam. Albo myślałam, że znam. Tak czy inaczej, jest zupełnie innym człowiekiem i martwię się, że coś się wydarzyło i się pogubił. Oddałabym wszystkie cukierki za to, żeby do mnie zadzwonił i pogadał. Przysięgam już sobie w tym momencie, że jak się spotkamy (bo w końcu skończę z graniem obrażonej księżniczki), to nie powiem ani słowa o sobie. Chcę, żeby to on mówił. Muszę się dowiedzieć, co się stało. Chcę go uratować przed nim samym, bo wiem jak to jest, jak się trzyma głowę za wysoko. I znowu poświęcę mu miesiące mojej uwagi i dostanę za to ból i cierpienie. Trudno. Za bardzo mi zależy, żebym pozwoliła mu skończyć tak, jak do tego zmierza.
No i jest jeszcze K., który jest chyba najgorszym kumplem na świecie. Zamiast mu pomóc się ogarnąć, to ten szepcze za jego plecami. Boże, jacy oni wszyscy są fałszywi! Po co się kumplują, skoro jeden napierdala na drugiego, a drugi śmieje się z pierwszego? Co to ma być w ogóle za znajomość? I w jakiej sytuacji to stawia mnie? Mam powiedzieć Panu X. o tym, co mówi o nim K.? Ech, szkoda, że O. i P. pracują. Chciałabym z nimi o tym porozmawiać i się poradzić, co mam robić z tym wszystkim.
Pozostaje też jeszcze jedna kwestia do zastanowienia się w tej sprawie.
Jak bardzo poszło im o mnie?
Bo zbierając wszystkie fakty wychodzi, że całkiem możliwe, że ja też byłam w to wszystko zamieszana. K. gada na prawo i lewo o mnie (każdy z jego znajomych mnie zna, chociaż ja nie znam nikogo i żenuje mnie to) i na milion procent rozmawia o mnie z Panem X. (-> Pan X. sam mi powiedział, że wie, że byłam z K. na weselu i jeszcze parę rzeczy przywołał, które wskazują właśnie na to). Na podstawie mojego diagramu porównawczego sytuacji: ja-K-Ol i Pan X-ja-K, dochodzę do wniosku, że Pan X. jest o mnie w cholerę zazdrosny. To tłumaczy wszystkie disy na K., kiedy o nim rozmawiamy. Dodając do tego sytuację przy pierwszym pocałunku z K., wtedy u mnie w łazience na parapetówce, mogę przypuszczać, że Pan X. coś jednak do mnie czuje. No bo niby dlaczego miałby zabić K. za całowanie mnie? No i nie mogę zapomnieć o sytuacji w klubie, kiedy Pan X. mówił K, że ma na oku jakąś dziewczynę, spotykają się, ale nie wie czy ma ryzykować. Ta ostatnia sytuacja zdarzyła się przed poprzednią opisaną, więc wszystko nabiera sensu. Powiedzmy. Bo ja przyjmuję, że tak jest, bo to się wydaje logiczne, ale wcale może tak nie być. No ale. Zakładając, że to wszystko tak właśnie wygląda, to zaczynam mieć podejrzenia, że Pan X. być może chce coś ze mną, a K. się wkurwił, bo przecież postanowił nie odpuszczać.
Bo J. nic nie mówił o Panu X., więc wygląda to tak, że to K. jest na niego najbardziej cięty. I to wszystko ma dlatego sens. Czy tak jest na prawdę, okaże się w przyszłości.
W ogóle wczoraj zrobiłam coś bardzo ryzykownego. Pomijając to, że się upiłam. Ogólnie impreza była w barze. Siedziałam głównie koło J., więc najwięcej z nim gadałam plus po 4 czy 5 piwie, karmiłam go popcornem, na jego prośbę.W sumie było zabawnie.
Koło 2 poszliśmy na kebsa. Rzecz jasna, J. dosiadł się do mnie i pomógł mi go zjeść.
Następnie wybraliśmy się na wódkę. Mieliśmy oczywiście alkohol, sok znaleziony na przystanku, i coś innego do popicia. Poszliśmy w jakąś ślepą uliczkę przy której był niby park. Ja już nie piłam tej wódki. Wiedziałam, że jak to zrobię, to mnie to zabije, więc udawałam. I wszystko byłoby spoko, gdybyśmy nie zaczęli jarać. J. wyciągnął zioło i poszło w obieg. Już przed jaraniem lubiliśmy się bardzo bardzo, ale po...
Paląc siedzieliśmy. Kiedy skończyliśmy jarać, J. w pewnym momencie powiedział, żebym go przytuliła. No myślę, okay, przytulanie to nic złego.
Za jakiś czas, kiedy M. już spał na ulicy, my też się położyliśmy. Nie żeby pójść w ślady M., tylko żeby po prostu poleżeć. Mieliśmy też mega ataki śmiechu, ale to oczywiste.
Z początku leżałam na przeciwko J., tak, że go nie widziałam. Po pewnym czasie on wstał, stwierdził, że będę jego poduszką i położył się na mnie. Myślę, no spoko. Później prosił mnie, żebym dała mu rękę. To już było dziwne, ale okay. I tacy pijani i zjarani leżeliśmy sobie na ulicy. W końcu K. zaczął na nas krzyczeć i motywować, żebyśmy wstali. No to w końcu to zrobiliśmy. Oczywiście J. wstał pierwszy i pomagał mi wstawać i zrobił to tak, że wpadłam prosto w jego ramiona, jak już stanęłam na nogach. Uroczo. Strasznie dużo mnie przytulał też później. Idąc na przystanek szliśmy objęci. Znaczy on obejmował mnie.
Gdyby tylko to G. widziała... :D W sumie, to pewnie i tak będzie o tym wszystkim wiedzieć, więc chyba się trochę boję.
W międzyczasie, zadzwoniła do mnie O. Niewiele pamiętam z tej rozmowy, ale wiem, że J. z nią rozmawiał, a później K., który powiedział jej, że właśnie wyrywam. No pięknie.
No i wyrwałam na tyle, że chciał mnie przenocować, ale to by już było za bardzo ryzykowne. Poszłam spać do K. :D.
Było żenująco.
Jak zwykle.
A teraz kończę te wywody i idę się coś pouczę, bo już mi lepiej. Wyrzuciłam z siebie wszystkie obawy o Pana X. i może spróbuję się skupić.
czwartek, 19 września 2013
Słodko
Tia. Pan X. znowu zrobił mnie w chuja. Inaczej nazwać tego nie można. Jak zwykle znalazło się coś ważniejszego czym musiał się zająć, więc nie mógł się spotkać. Uroczo. A ja się tak odstawiłam jak na wizytę prezydenta. Mam ochotę wyrzucić ten prezent dla niego przez okno. Albo spalić. I coraz bardziej chcę dać mu TEN list. Przeczytam go zaraz i jeżeli okaże się, że jednak pasuje, to to zrobię. Nie wiem po co, bo w końcu jestem gotowa powiedzieć to na głos, że ŻAŁUJĘ. Żałuję, że się z nim przespałam. Dałam mu to, czego nie powinnam i teraz nie mogę już tego cofnąć, a CHCIAŁABYM. I jestem tego pewna. To mnie zniszczyło, a dokładniej wszystkie moje następne związki. Nie wyobrażam sobie, że będę z kimś, i że ten ktoś mnie dotknie. To było zarezerwowane dla Pana X. Teraz rozumiem, czemu każdy 'doświadczony' mówi, że pierwszy raz ma wpływ na psychikę. Chyba pójdę po pomoc do psychologa. Nie chcę czuć się tak jak się czuję, czyli jak zwykła szmata. Nie ważne, że go kochałam. On mnie nie. Nie byliśmy razem i teraz cierpię z tego powodu, że to zrobiłam. Do tej pory myślałam, że zrobiłam to z właściwą osobą, w niewłaściwy sposób, ale doszłam do wniosku, że to było błędne myślenie. Nie był właściwą osobą, bo mnie nie kochał. Zranił mnie tylko. A najgorsze w tym wszystkim jest, że jak zwykle to ja najbardziej siebie skrzywdziłam. Mogłam powiedzieć 'nie', ale nie zrobiłam tego. Mogłam się z nim nie przyjaźnić i nie spotykać. I już nie będę, ale tego, że z nim spałam nie cofnę. To był największy błąd w moim życiu. I nie umiem sobie z tym poradzić. Wyrzucam sobie, że byłam taka głupia. Myślałam, że to coś zmieni między nami. Zachowałam się jak taka naiwna nastolatka, którą nigdy nie chciałam się stać. Brakowało tylko, żebym mu powiedziała, że jestem w ciąży, żeby go zatrzymać. Dzięki Bogu nie zrobiłam tego. Tylko szkoda, że to mnie nie pociesza, ani niczego nie zmienia. Nadal jestem kretynką i sobie tego nie wybaczę. Jemu z resztą też, bo wiedział co to dla mnie znaczy, a mimo to, wykorzystał to. Chciałabym chociaż umieć wyobrazić sobie, że tego nie było. Wmówić to sobie, ale nie potrafię. To było zbyt cenne przeżycie, żeby je wyrzucić do kosza. I jestem teraz w kropce. Nie wiem jak mam to ogarnąć. Sama chyba nie dam rady.
środa, 18 września 2013
Stressss
Mega się denerwuję. Wczoraj umówiłam się z Panem X., że dziś jest ten dzień, w którym wynagrodzi mi to, że nie było go na imprezie. Zabrałam się więc za robienie prezentu idealnego - kuponów urodzinowych. No i właśnie one mnie stresują. Bo czy to nie będzie za bardzo poza przyjacielskie? Niby nie napisałam tam nic w rodzaju 'kupon na seks na stole', ale niektóre kupony można potraktować dwuznacznie, albo tak trochę bardziej niż jak od koleżanki dla kolegi. Konsultowałam to z O. i kazała mi się wyczilować, bo kupony są ładne i w żaden sposób nie powinna mnie stresować ich treść. Jest podobno dobrze. Zobaczymy. Tak czy inaczej, liczę, że doceni to chociaż, bo tak się przy tym napracowałam, jak nigdy. W końcu wycięcie 20 sztuk karteczek o dziwnym kształcie, ale podobnej wielkości, pomalowanie brzegów i wypełnienie każdego kuponu podobną czcionką i treścią, to nie tak szybko i łatwo! Wymyślenie haseł też do prostych nie należało. Narobiłam się jak dziki osioł (hahaha lubię to powiedzenie, bawi mnie xd) i teraz nie mogę się doczekać jego miny.
Wszystkie kupony złożyłam na kupkę, związałam wstążeczką i włożyłam do koperty z napisem sto lat. Kopertę z kolei włożyłam w zakupioną specjalnie dla niego książkę ("Ręka mistrza"-S. King). I to wszystko okleiłam pięknym, różowym papierem w bohaterów z bajki "Kubuś Puchatek" (bo to jego ulubiona) i obwinęłam czerwoną wstążką. Czułam się jak przed świętami, ale nie tylko przez pakowanie prezentu. Towarzyszyła temu wszystkiemu jakaś dziwna atmosfera. Stres, radość, ekscytacja, niecierpliwość i wiele podobnych, pomieszanych uczuć.
Tak bardzo to wszystko przeżywam, że nawet nie zastanawiam się, czy i co od Niego dostanę. Niech już przyjeżdża bo umrę ze stresu. Najgorsze jest to, że nie umówiliśmy się na żadną konkretną godzinę i teraz siedzę i czekam ;/ Durna ja.
Nawet nie mam z kim poczekać, bo P. wyjechała wczoraj do Belgii :( Tak bardzo będę za nią tęsknić :(( Już mi jej brakuje. Zupełnie jak O.
W ogóle bardzo dziwna rzecz się wczoraj stała. K. miał przyjść po klucze, które zostawił u mnie po imprezie. Umówiliśmy się mniej więcej na 19, więc byłam przygotowana (pomalowana itd.). Po 19, usłyszałam dzwonek domofonu. Niewiele myśląc nacisnęłam guzik żeby go wpuścić. Za chwilę, zamiast dzwonka do drzwi, usłyszałam stukanie. Myślę 'ha ha ha bardzo zabawne K.'. Otwieram, patrzę a tam... G. TA G. Od kręgu hejtu P. I z uśmiechem na twarzy do mnie rozmawia, że przyszła po klucze K. Mnie zatkało. Nie wiedziałam kompletnie co mam zrobić. Wpuścić ją, walnąć, czy co. W końcu poszłam po klucze, przez ten szok nie zaprosiłam jej do środka nawet od razu, więc żeby weszła krzyczałam z pokoju. Okazało się, że za nią weszli J. i K. Jacy oni są zabawni. Nic tylko się cieszyć. Zaproponowałam im z grzeczności kawę i herbatę (J. poprosił o kakałko, no bo przecież musi być taaki zabawny), ale i tak czułam się mega zażenowana. Jakbym zdradzała P. normalnie. Jeszcze jakby była sama G. to mooże bym z nią o tym porozmawiała, a tak... Po co on ich w ogóle przyprowadzał? Narobił zamieszania (jak zwykle) i zadowolony. Grr. I jeszcze zaprosił mnie na urodziny w sobotę. Cudownie. Nie mam pieniędzy anii ochoty, ale wypada iść.
No nie ważne. Mam taki stres, że zapaliłabym, a skoro nie mogę, to chyba się położę krzyżem, albo coś. Litery już mi się plączą z tego wszystkiego... :p
Wszystkie kupony złożyłam na kupkę, związałam wstążeczką i włożyłam do koperty z napisem sto lat. Kopertę z kolei włożyłam w zakupioną specjalnie dla niego książkę ("Ręka mistrza"-S. King). I to wszystko okleiłam pięknym, różowym papierem w bohaterów z bajki "Kubuś Puchatek" (bo to jego ulubiona) i obwinęłam czerwoną wstążką. Czułam się jak przed świętami, ale nie tylko przez pakowanie prezentu. Towarzyszyła temu wszystkiemu jakaś dziwna atmosfera. Stres, radość, ekscytacja, niecierpliwość i wiele podobnych, pomieszanych uczuć.
Tak bardzo to wszystko przeżywam, że nawet nie zastanawiam się, czy i co od Niego dostanę. Niech już przyjeżdża bo umrę ze stresu. Najgorsze jest to, że nie umówiliśmy się na żadną konkretną godzinę i teraz siedzę i czekam ;/ Durna ja.
Nawet nie mam z kim poczekać, bo P. wyjechała wczoraj do Belgii :( Tak bardzo będę za nią tęsknić :(( Już mi jej brakuje. Zupełnie jak O.
W ogóle bardzo dziwna rzecz się wczoraj stała. K. miał przyjść po klucze, które zostawił u mnie po imprezie. Umówiliśmy się mniej więcej na 19, więc byłam przygotowana (pomalowana itd.). Po 19, usłyszałam dzwonek domofonu. Niewiele myśląc nacisnęłam guzik żeby go wpuścić. Za chwilę, zamiast dzwonka do drzwi, usłyszałam stukanie. Myślę 'ha ha ha bardzo zabawne K.'. Otwieram, patrzę a tam... G. TA G. Od kręgu hejtu P. I z uśmiechem na twarzy do mnie rozmawia, że przyszła po klucze K. Mnie zatkało. Nie wiedziałam kompletnie co mam zrobić. Wpuścić ją, walnąć, czy co. W końcu poszłam po klucze, przez ten szok nie zaprosiłam jej do środka nawet od razu, więc żeby weszła krzyczałam z pokoju. Okazało się, że za nią weszli J. i K. Jacy oni są zabawni. Nic tylko się cieszyć. Zaproponowałam im z grzeczności kawę i herbatę (J. poprosił o kakałko, no bo przecież musi być taaki zabawny), ale i tak czułam się mega zażenowana. Jakbym zdradzała P. normalnie. Jeszcze jakby była sama G. to mooże bym z nią o tym porozmawiała, a tak... Po co on ich w ogóle przyprowadzał? Narobił zamieszania (jak zwykle) i zadowolony. Grr. I jeszcze zaprosił mnie na urodziny w sobotę. Cudownie. Nie mam pieniędzy anii ochoty, ale wypada iść.
No nie ważne. Mam taki stres, że zapaliłabym, a skoro nie mogę, to chyba się położę krzyżem, albo coś. Litery już mi się plączą z tego wszystkiego... :p
wtorek, 17 września 2013
Coraz dziwniej
No i już nie mam 20 lat. Skończyło się. Ciekawe co teraz się zacznie i co się zmieni.
Sam dzień moich urodzin był dziwny.
Na początku odebrałam O. z dworca. Tak bardzo się cieszyłam, że przyjechała. W drodze powrotnej szłyśmy drogą naokoło, bo obiecałam jej pokazać katowickie dziwki xd. Niestety, żadnej nie było :( W zamian za to pokazałam jej jazz club, w którym przesiadywaliśmy z Panem X. i studio tatuażu i piercingu, gdzie zrobiłam kolczyka. Poza tym pokazałam jej też swój stary stary i stary blok, plus blok Pana X. i drogę do mieszkania K.
Idąc, zadzwonił do mnie T. Jako pierwszy złożył mi życzenia, co było bardzo słodkie i urocze. Bardzo żałuję, że go nie było na imprezie :(
Mieli żartobliwy fight z O., bo to ona miała być pierwsza. Niestety, nie wyszło. On podobno pisał z jakąś laską przez pół godz., żeby nie zasnąć i zadzwonić. Mówiłam, że uroczo ;)
O. za to była pierwszą osobą, która dała mi prezent. I jest on najlepszym prezentem na świecie! Dostałam obiecany młotek, którym mam się jebnąć, jak będę się uważała za brzydką, mało wartościową, beznadziejną, gorszą od innych, czy niewystarczającą dla Pana X. Taki nasz osobisty żart ;) Poza tym, tenże młotek zapakowany był w drewnianą skrzynkę, na której podczas imprezy, O. napisała mi przecudowne życzenia i hasła, a wczoraj ja uzupełniłam o kilka nowych, i tak będę uzupełniać. W skrzynce były też świeczuszki i tona cuksów. Ona wie, co lubię <3
14 zaczął się więc świetnie. Należy dodać, że po przyjściu do domu, wypiłyśmy za moje zdrowie tego woodstockowego carlsberga, w którym był znaczek pocztowy i oczywiście trafił się on O. :p
A później zaczęło robić się dziwnie.
Weszłam na fejsbóka, żeby sprawdzić jakie życzenia napisał mi T. na tablicy (bo przez telefon mi obiecał). Były oczywiście cudowne, alee zaszokowała mnie jedna rzecz. M., z którym nie rozmawiałam od 2 mieś. zlajkował mi obrazek, który wrzuciłam O. na ścianę. Mało tego, on go skomentował, a później do mnie napisał. Nie wiedziałam jak i czy mam z nim rozmawiać, ale w końcu złożył mi życzenia, przeprosił za wszystko i daliśmy radę ;)
Tak czy inaczej, to było niespodziewane i dziwne. Nie żebym na to nie czekała! Nie, nie! Miałam postanowienie, że czekam do urodzin, żeby zobaczyć co się stanie, czy napisze, i wtedy podjąć decyzję odnośnie naszej znajomości, bo oczywiście, że myślałam o naszej sytuacji przez cały ten czas.
Kolejną dziwną rzeczą były życzenia od siostry M. Nie gadamy ze sobą od początku liceum, na 99% ona mnie nie lubi, a ja też jej nie trawię, a tu taki surprise o 3 rano... I jeszcze jak miło to napisała... Nie mam pojęcia o co kaman.
Jak w końcu się zbudziłyśmy rano (hahaha) to zrobiłyśmy tripa do silesii po zakupy na bibę, prezent dla Pana X., ogólnie połazić po sklepach i na obiad. Kolejność podałam bardzo losową, bo te zakupy na bibę były na samiuśkim końcu. I właśnie wtedy zadzwonił Pan X., mówiąc, że jednak nie przyjdzie, bo cały dzień rzyga. Zrobiło mi się przykro. Miałam już dla niego prezent i w ogóle, ale nawet nie o to chodziło. Po prostu się nastawiłam, że będzie, a on jak zwykle zrobił mnie w chuja. I teraz nie wiem, czy serio był chory, czy nie chciał przyjść, ale obiecał mi, że mi to wszystko wynagrodzi i spotkamy się jeszcze we wrześniu. O północy z 14 na 15 zadzwoniłam do niego życząc mu miłości i super dziewczyny (mogłam dodać takiej jak ja) i spytałam, czy możemy się zobaczyć 20 po mojej poprawce (która jest jednak 25 -.-). Stwierdził, że nie wie, czy nie będzie miał pracy w weekend, więc ja nie mam zielonego pojęcia co on niby zamierza robić ze mną :O No i niby na jedno miło, a na drugie było mi tak smutno, że koło 4 zamknęłam się w pokoju i leżałam prawie płacząc, a 15 po południu, po prostu zostawiłam gości (tak, miałam ich przez ok. 24 godz) i poszłam płakać na balkon.
No i nie muszę dodawać, że nic mi nie napisał, choć miał.
Ale wracając do 14.
W międzyczasie, napisała do mnie życzenia dziewczyna, z którą nie gadam od gimnazjum. Kiedyś byłyśmy przyjaciółkami, a później się pokłóciłyśmy. Więc kolejny szok.
Następny przyszedł, kiedy już czekałyśmy na gości. Tym razem, napisał mi życzenia K. Z nim też czekałam do urodzin, co się stanie i się doczekałam. Wysłał mi niesamowite życzenia i całkiem zapomniałam, że nie gadaliśmy miesiąc i jakim chujem był w tym czasie. Co więcej, ja go zaprosiłam do siebie na imprezę. A później zadzwoniła do niego moja szalona O. i namawiała żeby przyszedł. Chciała to zrobić z Panem X., ale jej nie pozwoliłam. Szkoda, że się nie poznali. Poznała za to K. i nie przypadł jej do gustu.
Ogólnie impreza była ponoć udana. Mieliśmy picie, tańce i ślub. Oślubiała się O. z B., a ja byłam ich księdzem. Całkiem zabawnie.
Później zaczęło być znowu dziwnie. Ol. zaczęła się przystawiać do K. Przystawiać to mało powiedziane. Ona na nim WISIAŁA. Wiem, że powinno mi być wszystko jedno, ale nie jest. Wkurzyłam się na nią. Na niego na początku też, ale później porozmawiałam z O. i powiedziała mi, że zauważyła, że on patrzył na nią w pewnym momencie wzrokiem 'wtf?', a jak mu Ol. zaproponowała nocleg u siebie, to powiedział, że przyjdzie tylko wtedy, jeżeli ja go wyrzucę ze swojego łoża. Oczywiście, że tego nie zrobiłam, chociaż może powinnam, bo tak to nie wiem czy nie namieszałam. Anyway. Na drugi dzień, Ol. dalej była uwieszona na K., ale ten w pewnym momencie bardziej trzymał się mnie. Szczególnie po tym jak wróciłam zapłakana z rozmowy z O. Nie żebym płakała przez nią! Ona mnie pocieszała po prostu, a ja jak to w takich sytuacjach, po prostu się rozkleiłam. Zaczęłam mówić czemu jest źle itd. Bała mi się przyznać do romansu z B. ale ja na prawdę nie mam nic przeciwko. W sumie, to nawet żałuję, że Wawa jest tak daleko od Kato, bo bym im kibicowała z całego serduszka, a tak to nic z tego nie będzie :( Ale przynajmniej ja mam z nim spokój :D
No i w sumie od 15 tak się wszystko zaczęło pieprzyć. Rano zbiłam mój kubek od Pana X., później było mi ogólnie źle i płakałam, następnie O. wyjechała [*]. Wczoraj z kolei okazało się, że ten kretyn z haesu zmienił termin poprawki, a ja muszę wybrać specjalizację. No ciekawe co będzie dzisiaj.
Przynajmniej zrobiłam sobie rozpiskę sytuacji ja-K-Ol i wyszło, że to jest identyczna sytuacja jak Pan X.-ja-K. Doszłam w tym do ciekawych wniosków i chyba będę jeszcze to rozkminiać. A póki co idę jeść :D
Sam dzień moich urodzin był dziwny.
Na początku odebrałam O. z dworca. Tak bardzo się cieszyłam, że przyjechała. W drodze powrotnej szłyśmy drogą naokoło, bo obiecałam jej pokazać katowickie dziwki xd. Niestety, żadnej nie było :( W zamian za to pokazałam jej jazz club, w którym przesiadywaliśmy z Panem X. i studio tatuażu i piercingu, gdzie zrobiłam kolczyka. Poza tym pokazałam jej też swój stary stary i stary blok, plus blok Pana X. i drogę do mieszkania K.
Idąc, zadzwonił do mnie T. Jako pierwszy złożył mi życzenia, co było bardzo słodkie i urocze. Bardzo żałuję, że go nie było na imprezie :(
Mieli żartobliwy fight z O., bo to ona miała być pierwsza. Niestety, nie wyszło. On podobno pisał z jakąś laską przez pół godz., żeby nie zasnąć i zadzwonić. Mówiłam, że uroczo ;)
O. za to była pierwszą osobą, która dała mi prezent. I jest on najlepszym prezentem na świecie! Dostałam obiecany młotek, którym mam się jebnąć, jak będę się uważała za brzydką, mało wartościową, beznadziejną, gorszą od innych, czy niewystarczającą dla Pana X. Taki nasz osobisty żart ;) Poza tym, tenże młotek zapakowany był w drewnianą skrzynkę, na której podczas imprezy, O. napisała mi przecudowne życzenia i hasła, a wczoraj ja uzupełniłam o kilka nowych, i tak będę uzupełniać. W skrzynce były też świeczuszki i tona cuksów. Ona wie, co lubię <3
14 zaczął się więc świetnie. Należy dodać, że po przyjściu do domu, wypiłyśmy za moje zdrowie tego woodstockowego carlsberga, w którym był znaczek pocztowy i oczywiście trafił się on O. :p
A później zaczęło robić się dziwnie.
Weszłam na fejsbóka, żeby sprawdzić jakie życzenia napisał mi T. na tablicy (bo przez telefon mi obiecał). Były oczywiście cudowne, alee zaszokowała mnie jedna rzecz. M., z którym nie rozmawiałam od 2 mieś. zlajkował mi obrazek, który wrzuciłam O. na ścianę. Mało tego, on go skomentował, a później do mnie napisał. Nie wiedziałam jak i czy mam z nim rozmawiać, ale w końcu złożył mi życzenia, przeprosił za wszystko i daliśmy radę ;)
Tak czy inaczej, to było niespodziewane i dziwne. Nie żebym na to nie czekała! Nie, nie! Miałam postanowienie, że czekam do urodzin, żeby zobaczyć co się stanie, czy napisze, i wtedy podjąć decyzję odnośnie naszej znajomości, bo oczywiście, że myślałam o naszej sytuacji przez cały ten czas.
Kolejną dziwną rzeczą były życzenia od siostry M. Nie gadamy ze sobą od początku liceum, na 99% ona mnie nie lubi, a ja też jej nie trawię, a tu taki surprise o 3 rano... I jeszcze jak miło to napisała... Nie mam pojęcia o co kaman.
Jak w końcu się zbudziłyśmy rano (hahaha) to zrobiłyśmy tripa do silesii po zakupy na bibę, prezent dla Pana X., ogólnie połazić po sklepach i na obiad. Kolejność podałam bardzo losową, bo te zakupy na bibę były na samiuśkim końcu. I właśnie wtedy zadzwonił Pan X., mówiąc, że jednak nie przyjdzie, bo cały dzień rzyga. Zrobiło mi się przykro. Miałam już dla niego prezent i w ogóle, ale nawet nie o to chodziło. Po prostu się nastawiłam, że będzie, a on jak zwykle zrobił mnie w chuja. I teraz nie wiem, czy serio był chory, czy nie chciał przyjść, ale obiecał mi, że mi to wszystko wynagrodzi i spotkamy się jeszcze we wrześniu. O północy z 14 na 15 zadzwoniłam do niego życząc mu miłości i super dziewczyny (mogłam dodać takiej jak ja) i spytałam, czy możemy się zobaczyć 20 po mojej poprawce (która jest jednak 25 -.-). Stwierdził, że nie wie, czy nie będzie miał pracy w weekend, więc ja nie mam zielonego pojęcia co on niby zamierza robić ze mną :O No i niby na jedno miło, a na drugie było mi tak smutno, że koło 4 zamknęłam się w pokoju i leżałam prawie płacząc, a 15 po południu, po prostu zostawiłam gości (tak, miałam ich przez ok. 24 godz) i poszłam płakać na balkon.
No i nie muszę dodawać, że nic mi nie napisał, choć miał.
Ale wracając do 14.
W międzyczasie, napisała do mnie życzenia dziewczyna, z którą nie gadam od gimnazjum. Kiedyś byłyśmy przyjaciółkami, a później się pokłóciłyśmy. Więc kolejny szok.
Następny przyszedł, kiedy już czekałyśmy na gości. Tym razem, napisał mi życzenia K. Z nim też czekałam do urodzin, co się stanie i się doczekałam. Wysłał mi niesamowite życzenia i całkiem zapomniałam, że nie gadaliśmy miesiąc i jakim chujem był w tym czasie. Co więcej, ja go zaprosiłam do siebie na imprezę. A później zadzwoniła do niego moja szalona O. i namawiała żeby przyszedł. Chciała to zrobić z Panem X., ale jej nie pozwoliłam. Szkoda, że się nie poznali. Poznała za to K. i nie przypadł jej do gustu.
Ogólnie impreza była ponoć udana. Mieliśmy picie, tańce i ślub. Oślubiała się O. z B., a ja byłam ich księdzem. Całkiem zabawnie.
Później zaczęło być znowu dziwnie. Ol. zaczęła się przystawiać do K. Przystawiać to mało powiedziane. Ona na nim WISIAŁA. Wiem, że powinno mi być wszystko jedno, ale nie jest. Wkurzyłam się na nią. Na niego na początku też, ale później porozmawiałam z O. i powiedziała mi, że zauważyła, że on patrzył na nią w pewnym momencie wzrokiem 'wtf?', a jak mu Ol. zaproponowała nocleg u siebie, to powiedział, że przyjdzie tylko wtedy, jeżeli ja go wyrzucę ze swojego łoża. Oczywiście, że tego nie zrobiłam, chociaż może powinnam, bo tak to nie wiem czy nie namieszałam. Anyway. Na drugi dzień, Ol. dalej była uwieszona na K., ale ten w pewnym momencie bardziej trzymał się mnie. Szczególnie po tym jak wróciłam zapłakana z rozmowy z O. Nie żebym płakała przez nią! Ona mnie pocieszała po prostu, a ja jak to w takich sytuacjach, po prostu się rozkleiłam. Zaczęłam mówić czemu jest źle itd. Bała mi się przyznać do romansu z B. ale ja na prawdę nie mam nic przeciwko. W sumie, to nawet żałuję, że Wawa jest tak daleko od Kato, bo bym im kibicowała z całego serduszka, a tak to nic z tego nie będzie :( Ale przynajmniej ja mam z nim spokój :D
No i w sumie od 15 tak się wszystko zaczęło pieprzyć. Rano zbiłam mój kubek od Pana X., później było mi ogólnie źle i płakałam, następnie O. wyjechała [*]. Wczoraj z kolei okazało się, że ten kretyn z haesu zmienił termin poprawki, a ja muszę wybrać specjalizację. No ciekawe co będzie dzisiaj.
Przynajmniej zrobiłam sobie rozpiskę sytuacji ja-K-Ol i wyszło, że to jest identyczna sytuacja jak Pan X.-ja-K. Doszłam w tym do ciekawych wniosków i chyba będę jeszcze to rozkminiać. A póki co idę jeść :D
piątek, 13 września 2013
20!
Za godzinę 10 min. skończę 20 lat. Wychodzę za próg bycia nastolatką i wchodzę do bycia staruszką. No nie do końca, ale może to odpowiedni czas, żeby zacząć się poważniej zachowywać? Bo to, jaka teraz jestem to przekracza moje wyobrażenie bycia dorosłym człowiekiem. Kiedy się ekscytuję krzyczę, tańczę, śpiewam, skaczę (czasem po łóżku/kanapie). Tak jak dzisiaj, kiedy Pan X. powiedział, że przyjdzie jutro na moje urodziny. Byłam tak podekscytowana, że jeszcze chwila a z tego szczęścia wyskoczyłabym przez balkon ;)
Co więcej? Boję się przeczytać wiadomości od Pana X. czy B. Musi to za mnie robić ktoś inny (od kiedy mieszkam z Ol. ona) i nie ma tak, że od razu mi mówi co tam pisze. Nie, nie! To by było jeszcze w miarę! Najpierw zadaję pytanie, czy jest dobrze. Później, czy odpowiedź jest długa. W końcu, kiedy jestem odpowiednio nastrojona, może mi powiedzieć co pisze. Dziecinne to jest. I durne. Ale co ja poradzę, że się boję odpowiedzi?
Kiedy nikogo przy mnie nie ma a On odpisze, odsuwam od siebie telefon jak daleko potrafię i kątem oka patrzę, czy odpowiedź jest długa. Jestem dziwna.
Da się to jakoś zmienić?
Dziś piątek 13go, a dla mnie to nie jest w żaden sposób pechowy dzień. Jestem podekscytowana tym, że jutro zobaczę swoich przyjaciół, dostanę kupę prezentów i ogólnie będzie fajnie :) Pluuuuuus, moja najukochańsza O. przyjeżdża do mnie prosto z Warszawki! Za chwilę idę ją odebrać z dworca.
Jaram się więc tym wszystkim, jak Rzym za Nerona :3
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś dokładnie tak, jak skończyłam swoje notatki z haesu :D
Milion minek i uśmieszków napisałam. Jestem w naprawdę wybornym humorze. A jak już odbiorę O, to chyba skoczymy do maka, bo ostatnio mam nowe hobby - nocne wpierdalanie. Będę gruba. Ale WHO CARES?!
Co więcej? Boję się przeczytać wiadomości od Pana X. czy B. Musi to za mnie robić ktoś inny (od kiedy mieszkam z Ol. ona) i nie ma tak, że od razu mi mówi co tam pisze. Nie, nie! To by było jeszcze w miarę! Najpierw zadaję pytanie, czy jest dobrze. Później, czy odpowiedź jest długa. W końcu, kiedy jestem odpowiednio nastrojona, może mi powiedzieć co pisze. Dziecinne to jest. I durne. Ale co ja poradzę, że się boję odpowiedzi?
Kiedy nikogo przy mnie nie ma a On odpisze, odsuwam od siebie telefon jak daleko potrafię i kątem oka patrzę, czy odpowiedź jest długa. Jestem dziwna.
Da się to jakoś zmienić?
Dziś piątek 13go, a dla mnie to nie jest w żaden sposób pechowy dzień. Jestem podekscytowana tym, że jutro zobaczę swoich przyjaciół, dostanę kupę prezentów i ogólnie będzie fajnie :) Pluuuuuus, moja najukochańsza O. przyjeżdża do mnie prosto z Warszawki! Za chwilę idę ją odebrać z dworca.
Jaram się więc tym wszystkim, jak Rzym za Nerona :3
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś dokładnie tak, jak skończyłam swoje notatki z haesu :D
Milion minek i uśmieszków napisałam. Jestem w naprawdę wybornym humorze. A jak już odbiorę O, to chyba skoczymy do maka, bo ostatnio mam nowe hobby - nocne wpierdalanie. Będę gruba. Ale WHO CARES?!
niedziela, 8 września 2013
Już nie mogę, to wszystko mnie męczy.
Boże. Rzygam już tym HS'em. Piszę notatki od 2 dni, za mną już połowa, ale jak pomyślę, że muszę się tego jeszcze uczyć to na raz robi mi się słabo w głowie i niedobrze w brzuchu.
Fajnie by było, jakbym z okazji pisania tych durnot zapamiętała cokolwiek, ale tak chyba nie będzie. I jak zwykle, wszystko jest winą Pana X. Bo siedzę sobie i robię te nieszczęsne notatki i im bardziej staram się skupić, tym głośniejszy i bardziej przeszkadzający głos w mojej głowie mówi mi coś w stylu 'Pierdol to! Pomyśl sobie może o Panu X. i powspominaj wszystkie zajebiste chwile spędzone razem, jak to był w Tobie zakochany, a później pocierp trochę i przypomnij sobie, jak nagle się to wszystko zjebało, i że teraz już Cię nie chce i nigdy nie będziecie razem'. Super, nie? Po tej poprawce będę miała tak podzielną uwagę, że chyba nauczę się grać na perkusji. Bo oczywiście, staram się zignorować ten głos, ale nie mogę i muszę go tolerować, przy równoczesnej próbie zrobienia notatek. Bo jakbym go posłuchała i zarzuciła, to bym siedziała zaryczana przez najbliższy tydzień, przez co wyglądałabym jak kupa gówna i tak też bym się czuła. Ogarnęłabym się w urodziny, albo O. by mnie ogarnęła, bo ma przyjechać (<3). I może nawet bym się później trzymała. Tylko co z tego, jak na zrobienie notatek i NAUCZENIE SIĘ miałabym jakieś 5 dni?
Dlatego NIE NIE NIE NIE NIE! Nie mogę mu się poddać! A najlepiej sio mi z głowy! A kysz!
Bo w sumie nie rozumiem, po co i czemu myślę o Panu X. I tak wiem, że pomimo cudownych horoskopów (taaak, bo sprawdzam sobie ostatnio i są mega) i całego morza nadziei, nic z tego nie będzie, choćbym na rzęsach stanęła. Na urodziny pewnie też nie przyjdzie, bo będzie zajęty albo nie wiem, zaplanuje chorobę.
Ciężkie to moje życie i bycie więźniem własnych myśli. W chwilach, kiedy nie mogę zapanować nad nimi, czuję się jak w klatce. Dosłownie. Nawet to sobie wyobrażam.
Ale koniec, spróbuję się wydostać. Zapominam o tym człowieku i się ogarniam. Pewnie i tak się popłaczę, jak mi napisze, że nie przyjdzie, ale ojjj tam. Jak sobie teraz stworzę pozory, to może później będzie łatwiej grać przed wszystkimi, że jest okay. I hope so.
A od jutra znowu - DO NAUKI! A raczej póki co - DO NOTATEK! I ponownie walka z własną głową.
Brawo kochanie, jakbyś poszła na kulturoznawstwo to to WSZYSTKO by się teraz nie działo. Ale skąd głupiutka mogłaś to wiedzieć...?
Fajnie by było, jakbym z okazji pisania tych durnot zapamiętała cokolwiek, ale tak chyba nie będzie. I jak zwykle, wszystko jest winą Pana X. Bo siedzę sobie i robię te nieszczęsne notatki i im bardziej staram się skupić, tym głośniejszy i bardziej przeszkadzający głos w mojej głowie mówi mi coś w stylu 'Pierdol to! Pomyśl sobie może o Panu X. i powspominaj wszystkie zajebiste chwile spędzone razem, jak to był w Tobie zakochany, a później pocierp trochę i przypomnij sobie, jak nagle się to wszystko zjebało, i że teraz już Cię nie chce i nigdy nie będziecie razem'. Super, nie? Po tej poprawce będę miała tak podzielną uwagę, że chyba nauczę się grać na perkusji. Bo oczywiście, staram się zignorować ten głos, ale nie mogę i muszę go tolerować, przy równoczesnej próbie zrobienia notatek. Bo jakbym go posłuchała i zarzuciła, to bym siedziała zaryczana przez najbliższy tydzień, przez co wyglądałabym jak kupa gówna i tak też bym się czuła. Ogarnęłabym się w urodziny, albo O. by mnie ogarnęła, bo ma przyjechać (<3). I może nawet bym się później trzymała. Tylko co z tego, jak na zrobienie notatek i NAUCZENIE SIĘ miałabym jakieś 5 dni?
Dlatego NIE NIE NIE NIE NIE! Nie mogę mu się poddać! A najlepiej sio mi z głowy! A kysz!
Bo w sumie nie rozumiem, po co i czemu myślę o Panu X. I tak wiem, że pomimo cudownych horoskopów (taaak, bo sprawdzam sobie ostatnio i są mega) i całego morza nadziei, nic z tego nie będzie, choćbym na rzęsach stanęła. Na urodziny pewnie też nie przyjdzie, bo będzie zajęty albo nie wiem, zaplanuje chorobę.
Ciężkie to moje życie i bycie więźniem własnych myśli. W chwilach, kiedy nie mogę zapanować nad nimi, czuję się jak w klatce. Dosłownie. Nawet to sobie wyobrażam.
Ale koniec, spróbuję się wydostać. Zapominam o tym człowieku i się ogarniam. Pewnie i tak się popłaczę, jak mi napisze, że nie przyjdzie, ale ojjj tam. Jak sobie teraz stworzę pozory, to może później będzie łatwiej grać przed wszystkimi, że jest okay. I hope so.
A od jutra znowu - DO NAUKI! A raczej póki co - DO NOTATEK! I ponownie walka z własną głową.
Brawo kochanie, jakbyś poszła na kulturoznawstwo to to WSZYSTKO by się teraz nie działo. Ale skąd głupiutka mogłaś to wiedzieć...?
sobota, 7 września 2013
Koniec wakacji
I tak oto właśnie wakacje dobiegły końca i pora wrócić do szarej rzeczywistości, w której tkwię samotnie.
Byłam na urodzinkach u mojej słodkiej E. i to był koniec moich dobrych dni. Mała urosła nie do poznania i wypiękniała. Jak dorośnie będzie śliczną kobietą. W jej dużych, niebieskich oczach zakocha się każdy facet. Jestem tego pewna. Prezent trafił w jej dziecięcy gust, więc praktycznie od kiedy go rozpakowała, nie dawała mi spokoju i chciała się nim bawić ze mną. Cieszę się, że mnie lubi i nie wstydzi się, jak większość dzieci. Chciałabym widywać ją częściej, ale jednak mam kawałek drogi.
W ogóle spodziewałam się, że będzie dziwnie. Nie wiedziałam, czy jestem na tyle dorosła, żeby tam jechać i rozmawiać z rodziną, tak bez rodziców. Bałam się, że nie będziemy mieli tematów i będzie żenująco. Ale nie było. Większość czasu poświęciłam zabawie z E., która jest małym szaleńcem i strasznie ją kocham, trochę posiedziałam z wujkiem i ciocią w ich nowym mieszkaniu, a trochę rozmawiałam z G. o małej, albo życiu. Więc wizyta się udała, tak myślę. Szkoda tylko, że trwała tak krótko.
W drodze powrotnej tak chciało mi się sikać, że miałam już myśl, żeby się posikać w autobusie. Spodnie miałam już rozpięte, siedziałam z jedną nogą na drugiej i starałam się nie myśleć o tym jak bardzo boli mnie pęcherz. Nigdy więcej nie piję alkoholu i kawy przed jakimkolwiek wyjazdem. NIGDY. Dzięki Bogu wytrzymałam do Krakowa, i zaraz po tym jak skorzystałam z łazienki, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, przez plus/minus 15 min. Bo później zaczęłam płakać w busie do Katowic. Oczywiście powodem był Pan X.
Parę dni później przeprowadziłam się do nowego mieszkania. W przenoszeniu gratów pomagała mi jedynie P., bo Pan X. był jak zwykle zbyt zajęty.
I tak sobie teraz tu mieszkam. W sumie większość czasu jestem sama, więc mogę zacząć się uczyć do poprawki.
Jako, że mój nowy blok jest dosłownie na środku osiedla, przechodzę przez jego centrum. I jakieś dwa, czy trzy dni temu, wracając ze spotkania z R. i zakupów, wydawało mi się, że widzę Pana X. Wiem, że ja go ciągle widzę i to wszędzie, ale tym razem to by nawet pasowało. Bo widziałam mężczyznę chyba jego wzrostu, idącego od strony jego bloku, ubranego na czarno, z brodą i plecakiem. Niestety, jestem ślepa i nie widziałam z daleka twarzy. Chciałam schować się w jakieś krzaki i poczatować, ale w myślach postukałam się w głowę i poszłam do mieszkania. Chyba normalnieję.
Później przez kilka godzin nie dawało mi spokoju pytanie czy to był on. Bo jeżeli tak, to nawet wiem, czemu mnie nie poinformował, że jest w Kato - spotkalibyśmy się, sami u niego albo u mnie i do czegoś by doszło, a przecież mieliśmy to skończyć. Nie wiem tylko, czy zdaje sobie sprawę z tego, że kiedyś i tak dojdzie do sytuacji sam na sam.
No ale nie ma co spekulować i nazywać go durniem, skoro to mógł nie być on.
Przedwczoraj wpadła P. i po raz pierwszy piłyśmy w naszym nowym mieszkaniu. Założyłyśmy też zespół i funclub Avril Lavigne, śpiewając przez kilka godzin jej piosenki. Było miło i zabawnie. Wydawało mi się, że jest mi dobrze tak jak jest, czyli samej. Ale nie jest.
Wczoraj myślałam, że to odpowiedni czas na pożegnanie z nim. Napisałam więc ostatni, 23 list, w którym mówiłam mu 'do widzenia'. Moje serce było temu bardzo przeciwne i przyspieszało swój rytm, za każdym razem, kiedy o nim pomyślałam. Tak to właśnie jest kochać za mocno.
Ale wakacje się już skończyły. Pora wrócić do nauki na poprawkę i skończyć z wakacyjnymi marzeniami i planami, bo i tak się nie spełnią. Trzeba zejść na ziemię. Tylko żeby ten upadek z chmur nie okazał się zbyt bolesny.
Byłam na urodzinkach u mojej słodkiej E. i to był koniec moich dobrych dni. Mała urosła nie do poznania i wypiękniała. Jak dorośnie będzie śliczną kobietą. W jej dużych, niebieskich oczach zakocha się każdy facet. Jestem tego pewna. Prezent trafił w jej dziecięcy gust, więc praktycznie od kiedy go rozpakowała, nie dawała mi spokoju i chciała się nim bawić ze mną. Cieszę się, że mnie lubi i nie wstydzi się, jak większość dzieci. Chciałabym widywać ją częściej, ale jednak mam kawałek drogi.
W ogóle spodziewałam się, że będzie dziwnie. Nie wiedziałam, czy jestem na tyle dorosła, żeby tam jechać i rozmawiać z rodziną, tak bez rodziców. Bałam się, że nie będziemy mieli tematów i będzie żenująco. Ale nie było. Większość czasu poświęciłam zabawie z E., która jest małym szaleńcem i strasznie ją kocham, trochę posiedziałam z wujkiem i ciocią w ich nowym mieszkaniu, a trochę rozmawiałam z G. o małej, albo życiu. Więc wizyta się udała, tak myślę. Szkoda tylko, że trwała tak krótko.
W drodze powrotnej tak chciało mi się sikać, że miałam już myśl, żeby się posikać w autobusie. Spodnie miałam już rozpięte, siedziałam z jedną nogą na drugiej i starałam się nie myśleć o tym jak bardzo boli mnie pęcherz. Nigdy więcej nie piję alkoholu i kawy przed jakimkolwiek wyjazdem. NIGDY. Dzięki Bogu wytrzymałam do Krakowa, i zaraz po tym jak skorzystałam z łazienki, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, przez plus/minus 15 min. Bo później zaczęłam płakać w busie do Katowic. Oczywiście powodem był Pan X.
Parę dni później przeprowadziłam się do nowego mieszkania. W przenoszeniu gratów pomagała mi jedynie P., bo Pan X. był jak zwykle zbyt zajęty.
I tak sobie teraz tu mieszkam. W sumie większość czasu jestem sama, więc mogę zacząć się uczyć do poprawki.
Jako, że mój nowy blok jest dosłownie na środku osiedla, przechodzę przez jego centrum. I jakieś dwa, czy trzy dni temu, wracając ze spotkania z R. i zakupów, wydawało mi się, że widzę Pana X. Wiem, że ja go ciągle widzę i to wszędzie, ale tym razem to by nawet pasowało. Bo widziałam mężczyznę chyba jego wzrostu, idącego od strony jego bloku, ubranego na czarno, z brodą i plecakiem. Niestety, jestem ślepa i nie widziałam z daleka twarzy. Chciałam schować się w jakieś krzaki i poczatować, ale w myślach postukałam się w głowę i poszłam do mieszkania. Chyba normalnieję.
Później przez kilka godzin nie dawało mi spokoju pytanie czy to był on. Bo jeżeli tak, to nawet wiem, czemu mnie nie poinformował, że jest w Kato - spotkalibyśmy się, sami u niego albo u mnie i do czegoś by doszło, a przecież mieliśmy to skończyć. Nie wiem tylko, czy zdaje sobie sprawę z tego, że kiedyś i tak dojdzie do sytuacji sam na sam.
No ale nie ma co spekulować i nazywać go durniem, skoro to mógł nie być on.
Przedwczoraj wpadła P. i po raz pierwszy piłyśmy w naszym nowym mieszkaniu. Założyłyśmy też zespół i funclub Avril Lavigne, śpiewając przez kilka godzin jej piosenki. Było miło i zabawnie. Wydawało mi się, że jest mi dobrze tak jak jest, czyli samej. Ale nie jest.
Wczoraj myślałam, że to odpowiedni czas na pożegnanie z nim. Napisałam więc ostatni, 23 list, w którym mówiłam mu 'do widzenia'. Moje serce było temu bardzo przeciwne i przyspieszało swój rytm, za każdym razem, kiedy o nim pomyślałam. Tak to właśnie jest kochać za mocno.
Ale wakacje się już skończyły. Pora wrócić do nauki na poprawkę i skończyć z wakacyjnymi marzeniami i planami, bo i tak się nie spełnią. Trzeba zejść na ziemię. Tylko żeby ten upadek z chmur nie okazał się zbyt bolesny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)