wtorek, 9 lipca 2013

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina

Nie mogę już znieść tego wszystkiego, tej całej sytuacji związanej z Panem X. To się robi za ciężkie. Z dnia na dzień jest coraz gorzej... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko, to moja wina. Gdybym 8 miesięcy temu nie zrobiła mu tej awantury, albo powiedziała, że mimo wszystko chcę z nim być, teraz byłabym szczęśliwa. Tak sądzę. Myślałam, że dałam sobie spokój, że to wszystko odchodzi. Myliłam się.
Oglądając 'One Tree Hill' postanowiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, które tam padło. Z kim chciałabym być, kiedy moje największe marzenie się spełni. Pomimo bólu i krzywdy, którą mi wyrządził odpowiedź brzmi: z nim. To zawsze będzie On. Czuję to całym, krwawiącym sercem. I nie umiem sobie z tym poradzić. Poza tym to chyba właśnie On jest moim największym marzeniem i nie wiem co mam zrobić, żeby mnie chciał, ani czy w ogóle jest szansa, że będziemy razem. Niby jeżeli dwoje ludzi jest sobie przeznaczonych, w końcu będą razem. Tylko czy jest coś takiego jak przeznaczenie? Działa ono w ogóle? Niby w to wierzę, tak jak w to, że to On jest tym jedynym, ale póki co jedyne co mam to ból i cierpienie.
Czuję się zagubiona. Dlaczego nie mogę mieć z nim szczęśliwego zakończenia? A może mogę, tylko muszę zrobić coś, czego nie potrafię? Co jest ze mną nie tak? I dlaczego nie potrafię powiedzieć mu wprost 'kocham cię'? Przecież to właśnie czuję. Tak jak chciał, powiedziałam mu, co czuję. Ale nie mogłam powiedzieć tych dwóch słów. Za bardzo się boję. Raz to powiedziałam, pomimo, że tego nie czułam i teraz nabrało to ogromnej wagi. Nie chcę być odtrącona, kiedy mu to powiem. Nawet nie chcę, żeby odpowiadał. Chcę, żeby po prostu mnie wtedy przytulił. Nie musi nic mówić, nie wymagam tego od niego. Chcę tylko, żeby mnie nie odtrącał. Ale to się nie stanie. Chociaż czuję, pierwszy raz na prawdę czuję, że mogłoby nam wyjść. Właśnie teraz, bo nasze ostatnie spotkanie było jakieś inne... Nie potrafię tego wyrazić. Nie umiem znaleźć słów, żeby to opisać. Ale nie wiem co mam robić. To wszystko mnie przerasta i na prawdę mam tego dosyć. Chciałabym się  położyć i wykrwawić na śmierć, ale wiem, że nie mogę tego zrobić. Nie mogę nie istnieć, chociażby ze względu na rodziców. Nie zrozumieliby tego, a nie chcę być dla nich ciężarem, nawet jeżeli mnie już nie będzie. Ciekawi mnie czy On by się przejął? Co by pomyślał? Uznałby mnie za wariatkę, czy zdał sobie w końcu sprawę jak bardzo mnie skrzywdził? Żałowałby tego, że mnie nie miał? Brakowałoby mu mnie? Może. To straszne, że za każdym razem robię z niego potwora, którym tak na prawdę nie jest. To on zawsze mnie ratuje i najbardziej potrafi pomóc. I to z nim mam najpiękniejsze wspomnienia i najwięcej mu zawdzięczam. Jest moim bohaterem. Dzięki niemu dorosłam. Tylko, że zaczęło łączyć nas za dużo i chyba dlatego go pokochałam.
Boże, gdybym wtedy zawalczyła o nas... Nie umiem sobie wybaczyć tego wszystkiego. I nie umiem już żyć z tym poczuciem winy. To mnie zabija od środka. Spalam się. I nie ważne jak szczęśliwa jestem przez chwilę, bo pod koniec dnia, to i tak do mnie wraca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz