Zapowiada się wspaniały miesiąc :)) W końcu!
Teoretycznie od tygodnia mam chłopaka. I muszę się z nim rozstać. Nie nadaję się do związków i nie potrafię mu zaufać, no bo jak? Wiem za dużo. Tym chłopakiem jest nie kto inny, tylko, werble proszę, K! Wszystko zaczęło się w zeszły piątek nad jeziorem.
W czwartek zlatałam całe miasto w poszukiwaniu idealnego stanika pod weselną sukienkę. Widziałam taki 2 tygodnie temu w H&M'ie, więc szukałam tylko tam. Ale nie było. Stwierdziłam więc, że pójdę do wszystkich H&M'ów, bo w końcu w którymś być musi. Nie było. Już byłam zdecydowana na chińczyka, kiedy przez przypadek weszłam do Kappahl i tam oto mi się objawił. Był dokładnie taki, jakiego potrzebowałam. W moim rozmiarze, czarny, typu bardotka. W dodatku przeceniony! Z 70 na 25 zł. Wzięłam go więc bez zastanowienia. Przy kasie okazało się, że przysługuje mi jeszcze jedna promocja! 2 w cenie 1. Tak więc po przejściu sklepu po raz kolejny, zdecydowałam się na górę od bikini. W końcu musiałam opalić białe ślady po ramiączkach.
Wracając do mieszkania zadzwoniła P. Siedziała z A. niedaleko mojego bloku i chciała żebym przyszła. Pomyślałam, że spoko. I tak nie miałam co robić. Kiedy do nich podeszłam, okazało się, że to była randka. Ten zaciesz na mojej twarzy był bezcenny. A. rzucił propozycją wyjazdu nad jezioro. Jako, że kupiłam kostium, myślałam, że posikam się ze szczęścia. Nie pomyślałam, że w sobotę mam wesele, na które muszę dojechać miliony kilometrów (może nie miliony, ale kilka). Tak czy inaczej, w piątek po południu (z 50 minutowym opóźnieniem i wejściu do nie tego pociągu, bo zbiórka była poza Kato) wybraliśmy się nad to jezioro. Autem. Kierował K.
Nad jeziorem, po wypiciu 2 piw wylądowałam w wodzie. A nie miałam zamiaru! Miałam okres i byłam w trakcie leczenia kolczyka (w sumie dalej jestem), więc nie mogłam. Ale kogo to obchodziło? Na pewno nie K., który mnie tam wrzucił. Okazało się, że umiem pływać! Hura!
Co więcej, pierwszy raz, za namową A. spróbowałam amareny. I co najgorsze, posmakowała mi. I co to była za sesja zdjęciowa, kiedy ogłosiłam, że biorę pierwszy łyk tego 'alkoholu'!
Kiedy wyszliśmy z wody, siedliśmy na jakiejś trawie. P. migdaliła się z A., a ja rozmawiałam z resztą chłopaków, głównie z K. Nie wiem jak to się stało, ale w pewnym momencie zaczęliśmy się łaskotać, a później całować. Później było już tylko całowanie i sms do Pana X., że musimy porozmawiać o naszych relacjach, na którego nie dostałam odpowiedzi, aż do przedwczoraj. Ale o tym później.
Wracając do K. Zachowywaliśmy się jak para. Nawet spaliśmy razem, w oddzielnym pokoju, bo byłam na tyle sprytna, że go wyhaczyłam i zajęłam.
Drugiego dnia było to nieszczęsne wesele. Moje relacje z K. były... dziwne? Tak to odpowiednie słowo. Nie wiedziałam jak jest teraz z nami i on chyba też. I ciągle czekałam na smsa.
Ślub jak ślub. Popłakałam się trochę. Co ja zrobię, że mnie takie rzeczy wzruszają? Jeszcze jak pomyślałam o Panu X., to już całkiem polały się łzy. A jak podczas przysięgi, ciężarna panna młoda trzymała się za brzuch, to dopiero było wzruszenie. Później był żenujący czas składania życzeń. Musiałam robić to sama, bo jako, że jestem dorosła, miałam własny prezent i w ogóle, to nie mogłam się podpiąć pod rodziców. To było okropne. Nienawidzę takich rzeczy. Zarówno składać życzeń, jak i przyjmować.
Wesele też było dziwne. Zespół był tak beznadziejny, że przesiedziałam większość czasu na dworze, albo wpieprzając (dosłownie) podawane jedzenie. K. wraz z moją mamą nie mogli się nadziwić, gdzie ja to wszystko mieszczę. Szczerze? Nie mam pojęcia. W międzyczasie, mama grzebała mi w torbie i znalazła fajki. Powiedziałam, że należą do K., ale chyba tego nie kupiła. W ogóle, co to za zwyczaje grzebania mi po rzeczach?! Już pixy znalazła, teraz to... Co to kurwa ma być. Jestem dorosła, mam własne życie i mogę posiadać co tylko chcę.
No.
Zabawa zaczęła się dopiero po oczepinach. Heh, to zabawne, ale złapałam bukiet. A miałam w ogóle do tego nie podchodzić, ale K. mnie wypchnął. Kretyn.
Kwiatki spadły mi prosto pod nogi. Potknęłam się nawet o nie. Więc schyliłam się i je podniosłam. I w tym momencie jakaś panna zaczęła mi go wyrywać! Zrobiłam z siebie idiotkę, bo pomyślałam, że skoro już go mam to nie oddam. No i nie oddałam. Teraz się suszy.
K. z kolei złapał muszkę, ale to już było ustawione. Po prostu dostał ją, bo ja złapałam bukiet, gdybym oddała go tej pannie, jej facet miałby muszkę. Trochę głupio, no ale.
Po oczepinach graliśmy w miesiące, później tańczyliśmy. Tańczyłam nawet z moim tatem, więc spełniłam swoje marzenie.
Następnego dnia po śniadaniu zebraliśmy się w drogę powrotną. Trzymaliśmy się z K. za ręce, a później pocałowaliśmy na pożegnanie. Myślałam, że tym razem nam wyjdzie. Ale później zaczęłam wątpić. Chciałam się wycofać. Wiedziałam, że to nie to. Mimo wszystko w poniedziałek wprosiłam się na grilla do niego. I wtedy właśnie pogrzebał swoje minimalne szanse na bycie moim chłopakiem. Schlał się i zrobił z siebie durnia. W dodatku, ludzie ciągle rozmawiali o Panu X. W końcu miałam przed oczami jego twarz, a w głowie słyszałam głos. To było chore.
Napierdolony K. chciał mnie całować i trzymać za rękę, ale ja powiedziałam nie. Obraził się trochę i odszedł w końcu do G. Usłyszałam tylko jak mu mówi 'a dziwisz jej się?'.
Później wyszłam z Ż. na fajkę. Jego pierwsze pytanie brzmiało 'czy masz jakikolwiek kontakt z Panem X?'. Co miałam go okłamywać. Powiedziałam mu, że tak, że widziałam się z nim tydzień temu itd. Trochę mnie to bawi i podbudowuje nadzieję: nie utrzymuje kontaktu ze znajomymi z naszej grupy z uczelni, ani ze starymi przyjaciółmi, a ze mną jednak tak. Co prawda, ostatnio nie miał nigdy dla mnie czasu, na smsa też nie odpisał, ale jako jedna z niewielu, wiedziałam co się z nim dzieje.
Później K. przyszedł mnie przeprosić. Nie umiałam jednak pozbyć się niechęci. Tak samo drugiego dnia. Teraz na szczęście wyjechał i nie wiadomo kiedy się spotkamy, ale kiedy się żegnaliśmy, powiedział, że musimy porozmawiać. I ja to wiem.
W środę, moja tęsknota za Panem X. zaczęła osiągać apogeum. Nie wiedziałam co mam robić. Modliłam się do Boga, żeby się jeszcze kiedyś odezwał, bo czułam, że nie dam rady bez niego. Zadzwonił na drugi dzień. Byłam w takim szoku, że nie wiedziałam, czy odbierać. W końcu odebrałam. Brzmiał tak wesoło... Spytał mnie, o czym chciałam rozmawiać. Nie chciałam mu powiedzieć, ale tak nalegał, groził nawet, że jak mu nie powiem, to będzie się zamartwiał i żebym mu tego oszczędziła. W końcu powiedziałam o K. i B. (bo przecież nie powiem mu przez telefon, że się znowu pocięłam). Pogadaliśmy chwilę o nich i o tym, że skoro żadnego nie chcę, to muszę z nimi skończyć. W pełni się z nim zgadzam. Spytał też, o co chodziło mi z naszymi relacjami, bo nic się nie zmieniło. Powiedziałam mu, że wiem, ale chodziło mi o to co robimy. Stwierdził, że tym razem zakończymy to. Kiedy powiedziałam, że kończyliśmy to milion razy, powiedział, że tym razem na poważnie.
Z jednej strony byłam tak podekscytowana jego telefonem, że od razu zadzwoniłam do O., a jak przyszła P., to skakałam z radości, ale z drugiej nie wiedziałam, czemu tak bardzo chce to kończyć. Zaczęłam się bać, że ma kogoś. Postanowiłam się po prostu o to spytać. Napisałam, że zastanawia mnie czemu uważa, że powinniśmy skończyć nasze życie w grzechu i czemu myśli, że teraz nam to wyjdzie, skoro ostatnio był jak najbardziej za. Udzielił mi na to bardzo dobrej, obiecującej, odpowiedzi: że nie może mi tego powiedzieć. Nie drążyłam tematu, bo przed oczami miałam już jego minę, kiedy ja się go pytam: 'ale dlaczego', a on odpowiada: 'bo nie'. Zostawiłam więc to. Z tego szczęścia, kupiłyśmy z P. kołki do mojego karnisza (oczywiście musiałyśmy poprosić jakiegoś chłopa z castoramy o pomoc i podwójną liczbę kołków - tak w razie czego) i przykręciłyśmy go. To było cenne: dwie laski przykręcające karnisz. A miał mi pomóc Pan X. Stwierdziłam jednak, że pokażę mu, że daję radę i bez niego. No i pokazałam. Karnisz mimo naszych obaw nie spadł, a na drugi dzień pochwaliłam się tym Panu X. Jaka to była radość, jak powiedział, że ma czas i mogę przyjechać, ale jednocześnie jaki stres! Jak go zobaczyłam, to ledwo go poznałam. Miał taki zarost i tak męsko w nim wyglądał, że aż mi dech zaparło. Nie wiedzieliśmy co robić więc spacerowaliśmy. Najpierw żartowaliśmy (znaczy on, a ja go biłam, bo to były głównie żarty ze mnie), a później przeszliśmy na poważniejsze tematy. Jak zwykle wysłuchał mnie i zaproponował kilka rozwiązań. W międzyczasie poszliśmy do biedry po coś do picia. Jak zwykle spytał 'co CHCEMY?'. W kolejce do kasy opowiedziałam mu historię z M. (którego kazał mi pierdolić, podobnie jak O., więc cieszę się, że tu się zgadzają) i powiedziałam jak źle ze mną było wtedy, kiedy nie miał dla mnie czasu. Powiedziałam, że złamałam daną mu obietnicę. I to co się później stało, było trochę zabawne. To był taki szybki look po moich nadgarstkach, wkurwiona mina i opierdol przy wszystkich ludziach.
A później poszliśmy na miejsce gdzie było ognisko. To też było niesamowite. Powiedziałam, że nie zaufam K. bo wraz z Kr. gadają na mnie, pomimo, że jednocześnie K. za mną biega. Nie spodobało mu się to. Ogólnie z jego strony, to był wielki hejt na K. No ale.
Siedliśmy w końcu na tej polanie. Znaczy on siadł, ja się położyłam. Patrząc na niego, znowu to widziałam. Uczucie w jego oczach. To nie było zwykłe spojrzenie, bo przecież wiem jak patrzy czasem na mnie i jak patrzy na innych. W jego oczach było to coś, co miał, kiedy mówił, że mu zależy, albo kiedy mnie całował. I kiedy już myślałam, że do czegoś dojdzie, on nagle się zerwał i powiedział, żebyśmy chodzili dalej. Bardzo mi się nie chciało, ale on chyba też poczuł, że coś się wydarzy, a skoro się przyjaźnimy, to nie mógł (jeszcze) do tego dopuścić. Tak czy inaczej, Ol. powiedziała, że to było jak randka. Nie wiem jak co to było, ale przez ostatnie dni, nie byłam tak szczęśliwa. Uwielbiam rozmowy z nim, bo zawsze mamy miliony tematów. I kocham jego spojrzenie pełne uczucia. I podoba mi się to, że w końcu jest normalnie. Może i jesteśmy tylko przyjaciółmi (przynajmniej na razie, ale spokojnie, nie nakręcam się na nic), ale wiem, że go mam. I teraz spokojnie mogę wrócić do domu, żeby się powakacjować i spotkać ze znajomymi:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz