Dokładnie rok minął od czasu wernisażu, który wspominam do dzisiaj. To był jeden z przełomowych dni w moim życiu. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że moje uczucia do Pana X. wykraczają daleko poza ramy przyjaźni, zaczęłam też myśleć, że on czuje to samo. W końcu zaprosił mnie, przedstawił przyjaciołom, nie puścił z powrotem do Kato, pokazał żenujące go filmiki, dzielił się ze mną jedną żelką, karmił mnie z ręki i co najważniejsze, nie odstępował mnie na krok.
Pamiętam ten wieczór w każdym szczególe, chociaż jeszcze wtedy nic nie analizowałam. A teraz? Jestem uzależniona od drobiazgowej analizy każdego jego gestu. Prowadzę nawet specjalny notatnik, w którym zapisuję jego zachowanie.
Nigdy nie pomyślałabym, że to wszystko się tak potoczy.
Wczoraj widziałam się z nim ponownie. Napisał do mnie z rana, o której chcę iść do ikei. Zaczęłam mu odpisywać po 20 min., ale nie mógł poczekać chwili, bo dosłownie w połowie sms'a zadzwonił. Umówiliśmy się więc na 11:45 pod jego blokiem.
Jako, że ostatnio nic innego nie robię, tylko rozpamiętuję przeszłość, to postanowiłam się ubrać identycznie, jak na wernisaż. Liczyłam, że może skojarzy. Czy to zrobił - nie wiem.
W ikei wybieraliśmy wyposażenie do naszych domów marzeń. Najsmutniejsze jest to, że nasze wizje się pokrywają.
Później poszliśmy coś zjeść. Oczywiście nadal mam mega zakaz chodzenia po chodniku od strony samochodów. Po co on się tak troszczy? Pomyślałabym, że może coś chce, ale wieczorem zrozumiałam, że nie powinnam w ogóle zwracać na to uwagi. Tylko, że nie umiem.
Po wyjściu z knajpy poszliśmy tradycyjnie do biedry, a on jak zwykle zapragnął się podzielić ze mną piciem i batonem. Coli odmówiłam, marsa nie. :D
No i oczywiście odprowadził mnie pod blok.
Wieczorem spotkałam się z nim jeszcze raz, bo miał moje ołówki z ikei, a ja miałam dzisiaj kolokwium ze staty. Oczywiście to była tylko wymówka, ale to co z niej wynikło dało mi do zrozumienia, że ja nie ogarniam tego człowieka i to się nigdy nie zmieni. On ma jakąś ciężką, niezdiagnozowaną chorobę psychiczną.
No bo spotkaliśmy się, on gdzieś szedł. Zaczęłam drążyć temat i pytać gdzie idzie. Wskazał i powiedział 'tam' i nic więcej. Nie chciał mi powiedzieć gdzie i po co. Ale cholera jasna. Jak szedł na randkę, to przecież bym go nie zabiła, jakby mi powiedział wprost. Przynajmniej bym wiedziała. A nie, siedzę i rozkminiam, czy nie chciał, żebym poszła po te ołówki do niego, bo się bał spotkania ze mną sam na sam w jego mieszkaniu (od czasu listu coś takiego nie nastąpiło), czy też poszedł w niedzielę, dosyć późnym wieczorem na randkę, nie patrząc na to, że dzisiaj ma na rano zajęcia. Żadna opcja nie ma wystarczająco sensu, żeby dłużej się rozwodzić, ale innych rozwiązań nie widzę.
To jest kretyńskie i idiotyczne.
A dzisiaj siedziałam z Ol. na placu zabaw i pierwszy raz od jakiegoś czasu podszedł do nas. Święto po prostu. Poznał nas w końcu. Cały zeszły miesiąc udawał, że nas nie zna, kiedy nas widział, a dzisiaj taka niespodzianka. On jest chory. A najgorsze jest to, że ja nie umiem przestać o nim myśleć. I nikt tego nie wie. I się nie dowie. Utrzymuję pozory, że ciągnę tą znajomość, bo mnie ciekawi, do czego to wszystko zaprowadzi. Prawda jest taka, że ja dalej go kocham i nie potrafię przestać. A teraz, kiedy mija rok od początku tego wszystkiego, jest jeszcze gorzej.
Czuję, że czegoś mi brakuje. I chociaż powtarzam wszystkim, że nie wiem czego, to dokładnie wiem. Brakuje mi jego i tego ciepła, które mi dawał. Chcę, żeby znowu się mną interesował tak jak rok temu. Ale to jest niemożliwe. Jedyne co od niego dostaję, to sprzeczne sygnały i dystans. Nie jest już mną zainteresowany.
Jestem masochistką. Zdaję sobie sprawę z tego, jak beznadziejna jest moja sytuacja, ale dalej w to brnę i przypominam sobie te wszystkie cudowne chwile. To się kiedyś skończy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz