Miałam wszystko: pracę, uczelnię, najukochańszych przyjaciół, rodzinę, grono facetów, którym się podobałam, a nawet trochę pieniędzy. Ostatnio nawet z Panem X. zaczęło mi się układać i liczyłam, że może tym razem potoczy się to we właściwy sposób. Myślałam sobie, że szczęściara ze mnie i zastanawiałam się, jak to jest możliwe, że spotyka mnie w ostatnim czasie tyle dobrego? Podświadomie czekałam, aż to wszystko się spierdoli, np. Pan X. wyskoczy z jakąś niespodzianką, wywalą mnie z roboty, albo wylecę ze studiów. W życiu bym nie pomyślała, że oczywiście się spieprzy, ale w całkiem inny sposób.
Wczoraj odebrałam wyniki badań. Poziom androstendionu wynosi u mnie 2 razy tyle co górna granica normy, co oznacza, że są 3 opcje:
1) po prostu jestem mega rozregulowana
2) mam raka
3) mam PCOS -> i to jest najbardziej prawdopodobna z opcji.
A co to oznacza? Właśnie to, że nie grozi mi niechciana ciąża, bo z chcianą będę miała spore problemy.
Najgorsze jest to, że ostatnio zaczęłam myśleć o dziecku i to na poważnie. Stwierdziłam, że jestem już na to gotowa i jeżeli nawet zdarzyłaby mi się wpadka, to nie rozpaczałabym jakoś strasznie, a nawet bym się ucieszyła. Czyżby organizm wysyłał mi znaki? Bo jeżeli okaże się, że mam PCOS, to ciąża będzie cudem.
Nikomu jeszcze o tym nie powiedziałam, no poza moją mamą, ale to inna sprawa. Swoim przyjaciółkom wolałam powiedzieć, że istnieje ryzyko, że mam raka, niż przyznać się, i powiedzieć na głos, że możliwe, że nie będę miała dziecka. To głupie, ale ten rak jest praktycznie niemożliwy, nie wierzę w to ani trochę, odrzucam całkowicie tą myśl, bo jestem przekonana, że mam PCOS. I chyba dlatego, że traktuję to właśnie w ten sposób, mówię to, co mówię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz