wtorek, 11 lutego 2014

Zaufanie

Chyba muszę mu zaufać, ale za bardzo się tego boję. Oboje mamy teraz ferie, on już wrócił do domu, ja jeszcze nie. Historia nauczyła mnie, że czas, kiedy jest w domu, wpływa niekorzystnie na nasze relacje. I chociaż ostatnie dni były jak sen z którego nie chcę się budzić, pomimo, że zdobyłam Mont Everest w robieniu z siebie idiotki, nie potrafię wykrzesać z siebie odrobiny zaufania. Za bardzo się boję. Jestem prawie przekonana, że w przyszłym tygodniu wszystko będzie jak zwykle - on będzie z nią a mnie odepchnie. Już cierpię. Najbardziej przez to, że wszystko w końcu było takie idealne, tak dobrze się układało.

Zaczęło się od tego, jak wyszliśmy na pojednawczy spacer do silesii. Było cudownie. Później, kiedy siedzieliśmy przy pizzy zauważyłam, że wyjął telefon, sprawdził sms'y, następnie go schował. Były to 3 dłuższe wiadomości, jak później rozkminiłam, od niego do niej. Tłumaczył jej coś, a ona mu nie odpisała. Rozmawiałam o tym z kumplem czekając na swoją kolej do dermatologa, i powiedział, żebym się nie spinała, bo między nimi na pewno nie tak. Oczywiście poleciałam ściemą, że nie o mnie chodzi, ale to nie ważne. 'Nie wyglądają na parę zakochańców'. Uspokoiłam się trochę, a jeszcze bardziej, kiedy siedząc z P. tego samego dnia u mnie w mieszkaniu, zadzwonił do mnie. Standardowo chciał iść na jedzenie. Niestety nie mogłam zostawić P., więc zaproponowałam, że może później. Nie mógł, ale zrozumiałam, bo miał egzamin. Z resztą, ja sama miałam już plany - imprezę u koleżanki z grupy. Nie mogłam tego ominąć. Byłam jednak zachwycona. Widzieliśmy się dzień wcześniej, tamtego dnia też chciał się umówić. A ja nie kiwnęłam nawet palcem.

Na imprezie dziewczyny pytały mnie o jego imię. Spokojnie powiedziałam, bo nikt tak do niego i tak nie mówi. Co dziwne, jedna z dziewczyn od razu spytała mnie czy o niego chodzi. Myślałam, że zemdleję. Wbiłam wzrok w podłogę i z buraczaną twarzą spytałam, czemu tak myśli. Odpowiedziała, że tak tylko pyta. Ale wszystko było dla mnie jasne. One nas podejrzewają o romans. Serio to było aż tak widać? Nawet nie gadaliśmy za bardzo na uczelni... No ale nieważne. Szybko zmieniłam temat rzucając plotką stulecia. Spłonę za to w piekle.

Na drugi dzień miałam pracę. Bardzo mi się nie chciało iść, myślałam czy może się z kimś nie zamienić, ale no to by była przesada. Co z tego, że impreza była bardzo fajna, tęskniłam za takimi pogaduszkami z dziewczynami i wspólnym piciem alkoholu, no ale przecież mam inne obowiązki. Siedziałam więc w pracy, oglądając rozdwojone końcówki włosów, i wtedy na horyzoncie pojawił się On. Byłam w szoku. Był ostatnią osobą, którą spodziewałam się zobaczyć. Myślałam, że mnie nie widzi, albo że minie stand, patrzyłam więc tylko na niego z zaskoczoną miną i wtedy on podszedł. Byłam w szoku. Pogadaliśmy chwilę. Do tej pory nie wiem, co on robił w galerii, ale chyba tak sobie przyszedł popatrzeć na mnie. Do tego wszystkiego spytał, kiedy kończę. Odpowiedziałam mu. Później rozmowa potoczyła się tak, że zrozumiałam, że zaprosiłby mnie na piwo, ale za późno kończę. Tak czy inaczej w końcu poszedł i zostawił mnie z wielkim mindfuckiem w głowie. Like always.  Ale to nie był jeszcze koniec niespodzianek!
Wracając do mieszkania, rozmawiałam o Nim przez telefon z R. Szłam tą samą drogą co zawsze. Wychodząc na chodnik główny, dostrzegłam 3 chłopaków wychodzących z osiedla. Nie wiem co mnie tknęło, ale powiedziałam R. żebyśmy przestały na chwilę o  Nim gadać, bo wydaje mi się, że idzie. Okazało się, że to nie on, ale 2 chłopaków stało między przejściami i patrzyło na mnie. Ja czekałam na zielone i w międzyczasie się odwróciłam. Widziałam, że drogą, którą można dojść do centrum (nie tą co ja chodzę) idzie jakiś chłopak. Ale co mnie to obchodziło? Gadałam dalej o Nim z R., minęłam chłopaków i czekałam na kolejne zielone. W pewnym momencie znowu się odwróciłam. Chłopak, który wracał od strony centrum okazał się być nim. Ale co to było. Jak go zobaczyłam, to tak jakbym Boga widziała. Tego nie da się opisać. Szedł pewnie, wszystko w okół zniknęło, był tylko on. Heh i w dodatku albo świeciła na niego latarnia, albo mi się coś w głowie porobiło, że widziałam go w świetle. A ja dalej rozmawiałam o nim przez telefon. Kiedy podchodził, zgłupiałam. Nie wiedziałam co tu robił, skąd się wziął i rzuciłam tylko 'ooo'. Bardzo chciałabym widzieć swoją minę. I to był dopiero początek robienia z siebie głupka. Okazało się, że tych 2 typów, którzy tam stali, to jego koledzy, więc nie dość, że on coś słyszał, to oni słyszeli wszystko. Pięknie. Następnie próbowałam rozmawiać z nim i jednocześnie z R. przez telefon, więc nie ogarnęłam co ja mówię, ani co on mówi. I poszłam z nimi, bo wskazał mi kierunek i zaczął iść. W końcu rozłączyłam się z R., a on do mnie z pytaniem, gdzie idę. Powiedziałam mu, że przecież powiedział, że będziemy przechodzić tam dalej. Na co on się roześmiał i powiedział, że nie, że powiedział, że oni idą w tamtą stronę. No myślałam, że się położę na chodniku przy nich wszystkich. W dodatku byłam tak zdenerwowana, że zaczęłam pieprzyć od rzeczy. Nie ogarniałam tego, co się właśnie stało. Do tej pory tego nie ogarniam, ale wygląda to tak, że to było ustawione. No bo to za duży przypadek, żeby wyszedł sobie z kolegami o tej godzinie, o której doskonale wiedział, że będę wracać, w dodatku poszedł sam gdzieś, gdzie wiedział, że mnie spotka, a ich zostawił w innym miejscu, przez które wiedział, że będę przechodzić. Nie ogarniam.

Na drugi dzień miałam test z angielskiego. Nie umiałam się na niczym skupić, więc z nauki nic nie wyszło. Za bardzo myślałam o tym, jak wielką idiotkę z siebie zrobiłam. Musiałam to jakoś odkręcić. Napisałam więc do niego, tuż przed testem, czy nie pójdzie ze mną czegoś zjeść za godzinę. Odpowiedział, że właśnie wychodzi z mieszkania i wraca do domu, ale może iść gdzieś ze mną. Podałam mu miejsce i czas i wtedy zadzwonił. Powiedział, że przecież mi napisał, że właśnie wychodzi, więc za chwilę przyjdzie. Nie wiedziałam co robić. Przecież miałam test do napisania... Umówiłam się więc z nim, że poczekam 10 min na kobietę (która nie przychodziła) i jak jej nie będzie, a tak przeczuwam, to wyjdę od razu. Zgodził się i powiedział, że przyjdzie tam, gdzie pisałam test. Niestety kobieta już była. Musiałam więc sprintem napisać test. Oczywiście sekundę przed rozpoczęciem pisania, napisałam mu, że baba jednak przyszła i żeby dał mi parę minut na ogarnięcie tego. To było straszne. Nie dość, że stresowałam się tym, że za chwilę się z nim spotkam po tak wielkim samoupokorzeniu, to jeszcze wiedziałam, że zegar tyka i że on tam na mnie czeka. Nie byłam pewna, czy zaczeka aż skończę, skoro miał wracać do domu... Nie czytałam więc do końca pytań. Zrobiłam wszystko na odwal, nie czekałam aż kobieta mi to sprawdzi, tylko wybiegłam z sali. Zauważył mnie i podszedł. Uspokoiłam się trochę, pomimo, że spodziewałam się, że zawaliłam test (heh jednak nie, bo na usosie pisze, że zdałam angielski). Wyszliśmy na dwór. Zaczęliśmy gadać, po czym powiedziałam mu, że go nienawidzę. Zaskoczony spytał o co mi chodzi. Wytłumaczyłam mu, że zrobiłam z siebie idiotkę przy nim i przy obcych ludziach. Zaczął się śmiać i nie zaprzeczył. Tak samo zareagował na to jak mu powiedziałam, ze pieprzyłam od rzeczy - to też zauważył. Całe szczęście, ponoć wszyscy byli podpici i nie zwrócili na to uwagi. Wytłumaczyłam mu też o czym rozmawiałam z R. Zmyśliłam historyjkę o jakimś zboczeńcu, który przyszedł do mnie do pracy itd. Opanowałam sytuację. Pośmialiśmy się trochę ze mnie i w końcu dotarliśmy do galerii. Jadąc po schodach do góry oparłam się o poręcz, a On... Położył głowę na moim ramieniu. I tak sobie jechaliśmy. Czułam się bardzo nieswojo, bo tak nie robi się koleżankom. Schodząc ze schodów znowu zaczęłam mówić od rzeczy. Następnie, poszliśmy coś jeść. Bardzo miło nam się rozmawiało. Powiedziałam mu o co pokłóciłam się z O., a dokładniej przeczytałam mu nasza korespondencję, więc wie, że znowu jestem normalna. Następnie ja poszłam po kawę, a on po dolewkę picia. Tyle stałam w kolejce, że w końcu do mnie podszedł. Chciał żebym się też napiła, ale nie dał mi kubka. Trzymał go i to było dziwne. Wzięłam łyka, a chwilę później znowu mi to zaproponował. Tym razem jednak zaczął odwalać i odsuwać mi kubek. Pobawiliśmy się tak chwilę, aż w końcu moja kawa była gotowa. Poszłam więc go odprowadzić na autobus. Po drodze umówiliśmy się, że jak wrócimy do Kato, to pomoże mi zmienić struny, i mam do niego zadzwonić, jak tu będę.

Uroczoo.

Można stwierdzić, że wszystko pięknie się układa. Zachowujemy się jak para itd., ale ja dalej nie umiem mu zaufać. Za dużo razy się na nim zawiodłam. No i nie wiem, czy mogę tak prosto odczytywać jego intencje, bo z nim nigdy nic nie wiadomo...

Zaufanie to trudna sprawa...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz