poniedziałek, 17 lutego 2014

Relaks, powrót i niejasna przyszłość :(

Na prawdę nie powinnam go kochać. Niby nic się nie stało, a jednak taka właśnie myśl przyszła mi do głowy. Nie umiem mu po prostu zaufać. I chociaż jesteśmy umówieni na jutro, to czuję, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Nie ważne, co mówią mi moje horoskopy (tak, jestem głupia i czytam takie rzeczy), albo przeczucia, że tym razem jednak z nią nie jest. Gdzieś w środku nadal siedzi we mnie obraz jego i jej idących razem i nie potrafię tego zapomnieć. Wybaczyłam, owszem, ale nie zapomniałam, bo jedno nijak nie łączy się z drugim. Może to jest ten moment, kiedy go sobie odpuszczam i jestem gotowa się tylko kolegować? Jakoś tak właśnie czuję, ale część mnie tego nie chce. Wolę się trzymać tego, że go kocham i wierzyć w to, że za 20 lat w końcu może będziemy razem, niż zacząć spotykać się z innymi. Nie pojmuję tego.

Wróciłam z powrotem do Kato. Pobyt w domu był niezwykle relaksujący. Stwierdziłam również, że... ja chyba tęsknię za rodzicami. Tak jakoś, nie bardzo chciałam wracać. Gdyby nie praca, to chyba bym jeszcze została. Z drugiej jednak strony, po jednej z rozmów z mamą, zauważyłam ile poświęciła dla mnie, i chyba jednak muszę skończyć te studia... No bo tak: nie dostała się do Zabrza na medycynę. Odpuściła całkiem i złożyła papiery do Lublina, bo tam miała bliżej. Kiedy spytałam jej, czemu nie została przy tym Zabrzu, nie odwoływała się jakoś, czy nie poszła do jakiejś innej szkoły tutaj, odpowiedziała, że gdyby to zrobiła, to kto by się mną zajmował wtedy? Myślałam, że się popłaczę. Ale na drugie, co jej za różnica była, skoro jej i tak nie było, tylko wychowywała mnie babcia? Dałaby mnie do żłobka, czy coś... Anyway, zobaczyłam ile rzeczy odpuściła dla mnie i skończę te studia. Nie dla siebie, tylko chyba bardziej dla niej.

 O walentynkach nie powiem za dużo. Nie robiłam absolutnie nic nadzwyczajnego - ot, dzień jak co dzień. Obejrzałam parę seriali, przeleżałam prawie cały dzień, bo byłam chora i tak jakoś zleciało.
Nie umawiałam się z nikim, bo z góry powiedziałam, że ja się w ten dzień nie umawiam. Spotkałam się więc z T. (pomimo, że w sumie chyba nie chciałam, ale co miałam robić?) dzień później. Pojechaliśmy do miasta, postawił mi gofera, pogadaliśmy chwilę i odwiózł mnie do domu. Po drodze kupiłam mamie wino, więc po kąpielach zasiadłyśmy na kanapie z kieliszkami i wypiłyśmy całą butelkę. To był pierwszy wieczór, kiedy udało mi się zasnąć w miarę normalnie. Chyba muszę pić więcej alkoholu na noc... :p

I tak oto zakończyły się moje ferie. Jestem znowu w Kato, znowu pracuję, chodzę na uczelnię i żyję w świecie swoich problemów, których nie umiem rozwiązać. Mam cichą nadzieję, że w końcu dostanę odpowiedzi na wszystkie pytania, a Pan X. przestanie mi się śnić po nocach.
No nic, zobaczę co się stanie jutro... Ale chyba mam już tak minimalnie wyjebane...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz