poniedziałek, 24 lutego 2014

Let me in your room....

Mam nową piosenkę, którą mogłabym zaśpiewać Panu X. - 'In your room', Halestorm.

Widzieliśmy się wczoraj. Jak planowałam, napisałam do niego, czy nie poszedłby ze mną do silesii. Nie odpisał. Poszłam więc sama. Po drodze zadzwonił do mnie i powiedział, że już tam jest, i że po mnie wyjdzie. Zgodziłam się, ale miałam okropny humor. Trochę chciałam go pobić i nie wiem za co. Zauważył, że jestem dziwna, ale ja sama nie rozumiałam swojego zachowania, więc nie potrafiłam mu wyjaśnić, co się właściwie ze mną dzieje. Cały czas miałam straszne huśtawki nastrojów - raz się śmiałam, a raz go opierdalałam za to, że istnieje. W końcu kupiłam buty, połaziłam z nim po galerii i zebraliśmy się do powrotu. Zaskoczyłam go, że pracuję. Chyba liczył, że pójdziemy do niego i, że mnie przerżnie tak, jak oboje tego chcieliśmy. Niestety, było to niemożliwe. Myślałam, że może umówimy się na wieczór, ale okazało się, że jego ciocia wraca. Odprowadził mnie jednak do galerii, posiedział chwilę ze mną i poszłam do pracy. No i się popłakałam.

Dzisiaj moim największym marzeniem było go spotkać. Nie wiedziałam jednak jak to zrobić, tym bardziej, że nie jestem pewna jego planu. Poszłam więc pozałatwiać swoje sprawy. Wracałam co prawda drogą okrężną, ale go nie spotkałam. Do czasu. To był po prostu znak od wszechświata, że to jest ten dzień, żeby z nim porozmawiać. On wracał z całkiem innej strony i spotkaliśmy się przy wejściu na osiedle. Zaczekał chwile na mnie, a ja podeszłam do niego ze łzami w oczach. Nie wiedział co mi jest i chciał się dowiedzieć, ale kolejny raz nie umiałam mu odpowiedzieć na to pytanie. Zaprosił mnie więc na herbatę. Wiedziałam, co się wydarzy, ale poszłam. I to była dobra decyzja.

Zaczął całować mnie już w kuchni. Tak mi tego strasznie brakowało przez te parę dni... Następnie przeszliśmy do jego pokoju. Zaczął się do mnie dobierać i wtedy... zadzwonił mój telefon. Padre. No nic, odebrałam, a Pan X... dobierał się do mnie dalej! Było niesamowicie. W ogóle nie mogłam się skupić na rozmowie. W końcu skończyłam rozmawiać i przeszliśmy z Pięknym do konkretów. Było mi tak cudownie! Nie doszłam, ale za tym właśnie tęskniłam. Powiedział mi nawet, że jestem w tym dobra. Heh, może coś w tym jest, bo powiedział to sam z siebie. A później wszystko popsuł mówiąc, że to nie jest na zawsze. Następnie ja się popłakałam. I to tak bardzo. Był zdezorientowany. Też bym pewnie była. Znowu chciał wiedzieć co się stało, a ja kolejny raz nie umiałam mu wytłumaczyć. Cóż. Później napisałam mu esemesa. Przeprosiłam go, że był świadkiem mojego płaczu, i zaproponowałam wyłączność, bo jestem na tabletkach, i że chroni mnie to jedynie przed ciążą. Ja nie jestem jego, on nie jest mój. Kolegujemy się i uprawiamy seks. Odpowiedział mi. Oczywiście była to negatywna odpowiedź. Powiedział, że jeśli tak o tym myślę, to nie chce już więcej tego robić ze mną, bo ma ostatnio trochę problemów ze sobą. Spytałam go więc, czy powie mi o co chodzi. Odpowiedział, że wszystkiego nie może mi powiedzieć, ale powie mi, że to że się znowu po tym wszystkim rozpłakałam dało mu do myślenia. Zaczęłam go więc zapewniać, że jedno nie miało z drugim nic wspólnego itd. Powiedziałam mu też jedną z piękniejszych rzeczy - że bardzo chciałabym mu pomóc, bo on mi pomógł nie raz, ale musiałby mi na to pozwolić. Podziękował mi i powiedział, że to jest coś, co musi zrobić sam. Z biednej, pokrzywdzonej mnie, nagle to on zrobił się małym, bezbronnym chłopcem. I ja mu pomogę. Obiecałam to sobie. I tak odniosłam spory sukces, że przebiłam się przez tą skorupę w której siedzi. Jestem z siebie zadowolona. No i wiem, że nie chce mnie skrzywdzić. Teraz jak czytam kolejny raz te wiadomości, zastanawiam się, czy to nie ja go skrzywdziłam. Zaproponowałam mu prosty układ, który on sam mi proponował w zeszłym roku. No nic, jutro chcę się z nim spotkać i pogadać. Nie wiem o czym, ale tak zrobię :p

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz