I tak oto właśnie wakacje dobiegły końca i pora wrócić do szarej rzeczywistości, w której tkwię samotnie.
Byłam na urodzinkach u mojej słodkiej E. i to był koniec moich dobrych dni. Mała urosła nie do poznania i wypiękniała. Jak dorośnie będzie śliczną kobietą. W jej dużych, niebieskich oczach zakocha się każdy facet. Jestem tego pewna. Prezent trafił w jej dziecięcy gust, więc praktycznie od kiedy go rozpakowała, nie dawała mi spokoju i chciała się nim bawić ze mną. Cieszę się, że mnie lubi i nie wstydzi się, jak większość dzieci. Chciałabym widywać ją częściej, ale jednak mam kawałek drogi.
W ogóle spodziewałam się, że będzie dziwnie. Nie wiedziałam, czy jestem na tyle dorosła, żeby tam jechać i rozmawiać z rodziną, tak bez rodziców. Bałam się, że nie będziemy mieli tematów i będzie żenująco. Ale nie było. Większość czasu poświęciłam zabawie z E., która jest małym szaleńcem i strasznie ją kocham, trochę posiedziałam z wujkiem i ciocią w ich nowym mieszkaniu, a trochę rozmawiałam z G. o małej, albo życiu. Więc wizyta się udała, tak myślę. Szkoda tylko, że trwała tak krótko.
W drodze powrotnej tak chciało mi się sikać, że miałam już myśl, żeby się posikać w autobusie. Spodnie miałam już rozpięte, siedziałam z jedną nogą na drugiej i starałam się nie myśleć o tym jak bardzo boli mnie pęcherz. Nigdy więcej nie piję alkoholu i kawy przed jakimkolwiek wyjazdem. NIGDY. Dzięki Bogu wytrzymałam do Krakowa, i zaraz po tym jak skorzystałam z łazienki, byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, przez plus/minus 15 min. Bo później zaczęłam płakać w busie do Katowic. Oczywiście powodem był Pan X.
Parę dni później przeprowadziłam się do nowego mieszkania. W przenoszeniu gratów pomagała mi jedynie P., bo Pan X. był jak zwykle zbyt zajęty.
I tak sobie teraz tu mieszkam. W sumie większość czasu jestem sama, więc mogę zacząć się uczyć do poprawki.
Jako, że mój nowy blok jest dosłownie na środku osiedla, przechodzę przez jego centrum. I jakieś dwa, czy trzy dni temu, wracając ze spotkania z R. i zakupów, wydawało mi się, że widzę Pana X. Wiem, że ja go ciągle widzę i to wszędzie, ale tym razem to by nawet pasowało. Bo widziałam mężczyznę chyba jego wzrostu, idącego od strony jego bloku, ubranego na czarno, z brodą i plecakiem. Niestety, jestem ślepa i nie widziałam z daleka twarzy. Chciałam schować się w jakieś krzaki i poczatować, ale w myślach postukałam się w głowę i poszłam do mieszkania. Chyba normalnieję.
Później przez kilka godzin nie dawało mi spokoju pytanie czy to był on. Bo jeżeli tak, to nawet wiem, czemu mnie nie poinformował, że jest w Kato - spotkalibyśmy się, sami u niego albo u mnie i do czegoś by doszło, a przecież mieliśmy to skończyć. Nie wiem tylko, czy zdaje sobie sprawę z tego, że kiedyś i tak dojdzie do sytuacji sam na sam.
No ale nie ma co spekulować i nazywać go durniem, skoro to mógł nie być on.
Przedwczoraj wpadła P. i po raz pierwszy piłyśmy w naszym nowym mieszkaniu. Założyłyśmy też zespół i funclub Avril Lavigne, śpiewając przez kilka godzin jej piosenki. Było miło i zabawnie. Wydawało mi się, że jest mi dobrze tak jak jest, czyli samej. Ale nie jest.
Wczoraj myślałam, że to odpowiedni czas na pożegnanie z nim. Napisałam więc ostatni, 23 list, w którym mówiłam mu 'do widzenia'. Moje serce było temu bardzo przeciwne i przyspieszało swój rytm, za każdym razem, kiedy o nim pomyślałam. Tak to właśnie jest kochać za mocno.
Ale wakacje się już skończyły. Pora wrócić do nauki na poprawkę i skończyć z wakacyjnymi marzeniami i planami, bo i tak się nie spełnią. Trzeba zejść na ziemię. Tylko żeby ten upadek z chmur nie okazał się zbyt bolesny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz