Jak to jest, że z dnia na dzień zamiast coraz lepiej jest coraz gorzej? I czemu nie potrafię sobie dać pomóc?
We wtorek wieczorem przyszło kolejne załamanie. Tym razem poważne. Zastanawiałam się, czy nie skoczyć z balkonu. Mieszkam na 19 piętrze, więc szanse na to, że bym to przeżyła są żadne. Teraz już myślę o tym codziennie w chwilach kiedy mój mózg sam się wyłącza. Tak, opanowałam tą sztukę. Siedzę sobie po prostu na parapecie i patrzę na osiedle wyprana ze wszystkich emocji. Mój mózg również robi sobie odpoczynek i boję się, że pewnego razu kiedy przyjdzie taki moment, po prostu to zrobię.
Zdałam sobie też sprawę z tego jak żałosna jestem. Moim najlepszym przyjacielem jest człowiek, którego kocham miłością wielką i prawdziwą, wykraczającą miliony kilometrów poza uczucie jakim darzy się zwykłego przyjaciela. Plus on o tym wie. Plus zadzwoniłam do niego we wtorek w nocy, obudziłam go, tylko po to, żeby powiedzieć mu, jak mi jest źle. A było okropnie. Pierwszy raz się tak bardzo pocięłam i wypaliłam pół paczki papierosów. Ale najgorsze jest to, że kiedyś faktycznie to przynosiło ulgę i odprężenie, a teraz to wszystko się zmieniło. Nie poczułam ani jednego ani drugiego, jedynie ogromny, ogarniający moje ciało ból.
Oczywiście mój Pan X. kazał mi się uspokoić, przestać wymyślać i iść spać. Zdenerwowałam się i rozłączyłam. Zadzwonił do mnie ponownie dopiero rano. A przecież do tej pory już dawno mogłabym nie istnieć. Nie chciałam z nim rozmawiać. Stwierdziłam, że to co zrobiłam było żenujące i postanowiłam nie odbierać. Nie dawał jednak za wygraną. Po 5 telefonach przyszedł sms od niego. Był zły. W końcu, kiedy już mu odpisałam, zadzwonił po raz kolejny. Chciał przyjść i porozmawiać ze mną. I tak zrobił.
Siedziałam więc i po raz kolejny płakałam przed nim. Mówiłam wszystko. Że moja przyjaciółka potrzebuje pomocy a ja nie potrafię jej jej dać, co czyni ze mnie potwora. Że nie umiem podejmować dobrych decyzji. Nawet nie umiem dobrać sobie znajomych. Że nie wiem co mam robić z życiem, bo te studia to chyba kompletna porażka i nie widzę siebie po nich. Że dla każdego jestem idealną rozrywką, a nie kimś. I w tym momencie przytulił mnie. Przytulił i wyszeptał 'przepraszam'. Spytałam go czemu. Nie chciał powiedzieć, ale w końcu wydusił, że dlatego, że się ze mną przespał. Nie użył słowa przeleciał, przeruchał czy innego, jak to miał w zwyczaju. Użył tego słowa. Powiedziałam mu, że nie o niego mi chodziło (no może go trochę okłamałam), i że nie musi mnie przepraszać za to, bo też tego chciałam. Zapytał mnie więc, jak to wszystko postrzegałam, naszą relację. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie wiem. Spytałam jego o to samo. I odpowiedź brzmiała identycznie jak moja. Później doszłam do wniosku, że pogubiliśmy się w tym po prostu.
Kiedy zobaczył moją rękę powiedział tylko 'no chyba Cię dziecko pojebało'.
Był zły.
Mimo to, nawet kiedy już się uspokoiłam przytulał mnie i całował. Oczywiście nie lecieliśmy sobie w ślinę, ale tak po przyjacielsku. Tak po prostu, kiedy pocieszasz kogoś. W jego ramionach czułam się tak bezpiecznie jak nigdy przedtem. Uwierzyłam, że będzie dobrze. Pomógł mi bardzo. Powiedział co powinnam zrobić z tym wszystkim i sam się tym zajął. Tak na dobry początek.
Powiedziałam mu też, że chcę skończyć z cięciem się i paleniem. Musiałam mu więc obiecać, że więcej nie zrobię sobie krzywdy. A co do palenia, to otworzył okno i wyrzucił mojego ostatniego papierosa. Szkoda, że kilka godzin później kupiłam sobie nową paczkę.
Kiedy zakończył moją 'terapię', a ja byłam już względnie spokojna i opanowana i nastawiona na to, że wszystko będzie dobrze, postanowiliśmy przejść się do maka. Przebrałam się więc z szarych, szerokich dresów i koszulki Pink Floyd (tak właśnie go przyjmowałam, plus zapuchnięte od płaczu oczy) w sukienkę. Położyłam się na łóżku a ten... klepnął mnie po tyłku. I jak on może mówić o tym, że go nie kopię xd
Tak. Po maku miałam misję naprawienia wszystkiego. I zaczęłam to robić. Po telefonie do matki wszystko się spieprzyło. Powiedziałam jej, że chcę zmienić studia, albo zacząć drugi kierunek i usłyszałam, żebym nie wymyślała. I całą litanię.
W końcu jednak się uspokoiłam i poszłam uczyć się na kolokwium. Siedziałam sobie jak zwykle na swojej ławce. Nie mogłam się na tym skoncentrować, tak więc dzisiaj nie poszłam w ogóle na to kolokwium. Co gorsza mój Pocieszyciel spytał, czy nadal palę. Bez sensu było go okłamać, więc się przyznałam. Powiedział, że mi nie da się pomóc i odszedł. Uświadomił mi tym, że moje życie jest równie żałosne jak ja.
I teraz nie wiem co mi się dzieje. Nie wiem co zrobić z rękami, nogami. Czy mam stać, leżeć czy siedzieć. W mojej głowie jest chaos. Papierosy nie pomagają. Miałam wielką ochotę się pociąć, ale nie wiem czy to by coś dało, skoro przestało mi pomagać. Drapałam się więc. Znowu chciałam skoczyć. Napisałam mu o tym, jednak nie odpowiedział. Siedziałam więc na parapecie w pogłębiającej się apatii. Pomimo upału było mi tak zimno, że założyłam polar. Nie wiem czemu, ale coraz częściej jest mi bardzo zimno, chociaż temperatura na dworze jest bardzo wysoka. Może przez to, że nie jem? Może osłabiłam już swoje ciało do tego stopnia, że nie jest w stanie wytworzyć odrobiny ciepła? Albo może to moje skute lodem serce mi na to nie pozwala?
Tak czy inaczej, jest coraz gorzej. I chcę się z tego wyplątać, na prawdę. Jedynym problemem jest to, że nie potrafię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz