Są dni kiedy mam ochotę krzyczeć. Po prostu wyjść, rozłożyć ręce i krzyczeć, aż do porządnego nadszarpnięcia zdrowia moich strun głosowych. I właśnie w tym momencie mam taką zachciankę. Oczywiście, nie zrobię tego, jednak głębokie uczucie frustracji, które pojawiło się dosłownie znikąd, ciągle rośnie i rośnie. Zupełnie jak nadmuchiwany balonik. Robi się on coraz większy, aż w końcu BUM! I po baloniku. Ciekawe, kiedy to bum nastąpi wewnątrz mnie i da popalić wszystkim wokół, bo przecież nie będę tego trzymać w sobie. No chyba, że nikogo wtedy przy mnie nie będzie, bo stanie się to w nocy, w moim wygodnym łóżeczku, podczas słuchania jakichś smętów. Już to nawet widzę. Ja, leżąca pod kołdrą, rzucająca się po całym łóżku, z potokiem łez płynących po moich policzkach, z paznokciami wbitymi w uda i ustami otwartymi w niemym krzyku. Ale to przyniesie ulgę. Jutro już będę zrównoważona (hahaha tak lubię sobie czasem z siebie pożartować) i spokojna.
I może nie będę oglądać jego zdjęć znalezionych na fejsbókowym profilu przyjaciółki Jego eks (tak, mianowałam się dzisiaj psychopatką wariatką, bo inaczej nazwać tego nie potrafię)
I może będę mogła obejrzeć w spokoju Harrego Pottera po raz milionowy, bez tych nachodzących mnie, niechcianych myśli o Nim.
I może w końcu się uspokoję i przestanę odliczać dni do spotkania z Nim.
I może przestanę choć na chwilę myśleć o tym, co i czy powinnam Mu powiedzieć?
Może.
A może po prostu lepiej pójść teraz na łąkę i sobie pokrzyczeć? Dać wyraz frustracji teraz, zamiast niecierpliwie czekać na nadchodzącą noc i przy okazji zaoszczędzić sobie fizycznego bólu (bo bez niego się nie obędzie). Oszczędzi to też niewinne osoby, które mogłyby mi teraz stanąć na drodze.
Zdecydowanie ta opcja jest lepsza, jednak znając życie, w praktyce wybiorę poprzednią opcję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz