Bo oczywiście, wróciłam już do Kato. Odebrał mnie z dworca Pan X. Kiedy się spotkaliśmy, to było między nami trochę dziwnie, ale nie w złym tego słowa znaczeniu. Ja byłam mega zestresowana. Hah, już nawet kiedy widziałam go z okna autobusu, przeżegnałam się, czym rozbawiłam swoją koleżankę, natomiast kiedy szliśmy, dostałam ataku śmiechu. Nie mogłam się uspokoić, a on zastanawiał się na głos, czy coś brałam albo piłam w autobusie. Oczywiście, że nie. To on na mnie tak działa. Jak narkotyk (nawet mamy taki swój skrót z R - kiedy myślę o nim na uczelni, mówię jej, że ćpam). I pomimo tego, że po tej nocy, której ostatnio tak się bałam (na całe szczęście minęła spokojnie), i tego, że na drugi dzień miałam nie wiem czemu, po prostu wyjebane, kiedy go zobaczyłam, wszystko wróciło.
Tak więc, kiedy wracaliśmy, a on zaprosił mnie do siebie na piwo, zgodziłam się bez wahania. Poszliśmy do mojego mieszkania, ja wzięłam szybki prysznic, a on szukał sobie czegoś w internecie. Dzięki Bogu czyściłam ostatnio historię haseł wyszukiwanych, więc nie dowiedział się o mojej obsesji na punkcie jego byłej ;)
Później poszliśmy do niego. I stało się to o czym marzyłam od początku weekendu majowego (o czym wiedział i oczywiście mnie poinformował, a ja rzecz jasna zaprzeczyłam xd) - kochaliśmy się. I tym razem było inaczej. Kiedy się rozbieraliśmy, robiliśmy to w bardziej romantyczny sposób. Nie tak jak zwykle - hop i koniec. Teraz było to coś. Jakaś magia w tym wszystkim. I kiedy się kochaliśmy liczył na ten romantyzm z mojej strony. Powiedział mi to.
Tak więc, kiedy wychodziłam z jego mieszkania, po 1.5 godz. zajebistych i niezapomnianych doznań, powiedziałam mu, żeby przypomniał sobie, co powiedziałam mu przed feriami, bo tego właśnie chcę. Nie wiem czy to zrobił, ale na drugi dzień było między nami ok. Podświadomie czułam, że zbliża się moment, w którym powinnam powiedzieć co czuję. On publicznie zachowywał się w stosunku do mnie tak jak na początku naszej znajomości, czyli bez dystansu, ciągle był obok, często mnie dotykał. Co więcej, wychodziliśmy razem, bo on tego chciał. Plus ten jego wyraz twarzy chwilami... Tak bardzo widziałam w jego oczach uczucie.Sytuacja wydawała się więc idealna i prosta - powiedziałabym mu o swoich uczuciach, a on tym razem nie wyjebałby mnie. Marzenia.
We wtorek coś zaczęło mi się dziać. Po kolokwium z historii (które nie wiem jak mi poszło, niby odpowiedziałam na wszystkie pytania, ale wiadomo - liczy się jakość, nie ilość) wyszłam pod wydział z R. Zobaczyłam Pana X. Był ze znajomym i pomimo, że również mnie widział, nie podszedł do mnie, nie zagadał, nic. Poszedł gdzieś z kolegą. Ale to nie było ważne. Bo jak tylko go zobaczyłam, ja poczułam w sobie tak wiele uczuć, że nie mogłam wytrzymać. Powiedziałam tylko do R, że będę płakać i rozpłakałam się. Ot tak. To było przedziwne.
Mój dzień upłyną właśnie w ten sposób. Płakałam. Siedziałam na huśtawkach i płakałam. Nie obchodziło mnie, że ktoś to widzi. Miałam w sobie tyle emocji, że musiałam je jakoś wyrzucić. Czułam też, że nie chcę być sama. Napisałam więc do Pana X. żebyśmy się gdzieś przeszli. Oczywiście zrobiłam to w sposób 'nie chcę ci się narzucać, ale cholernie chcę się z tobą zobaczyć'. Zaproponował, żebym przyszła do niego i później gdzieś pójdziemy. Podświadomość krzyczała mi, po co chce żebym przyszła. Ale taka zapłakana poszłam i tak. Wystarczyło, że przekroczyłam próg jego mieszkania, a już mnie całował. Ten człowiek jest niesamowity.
Oczywiście na pocałunkach się nie skończyło. I tym razem też było cudownie. Czułam tą bliskość między NAMI. Ale później coś się stało. Wychodząc powiedział, że to co robimy jest złe i musimy z tym skończyć. I wtedy mój dobry humor, który zawitał do mnie na moment, prysł jak bańka mydlana, a zamiast niego pojawił się na nowo płacz. Pan X. nie wiedział o co chodzi i chciał się dowiedzieć, jednak nie pozwalałam mu. Wiedziałam jednak, że to jest TEN DZIEŃ. Zaczęłam więc powoli mówić o uczuciach. Ale bardzo powoli i niewiele. Powiedziałam, że nie chcę się z nim spotykać w wakacje i po. Zaczął się denerwować wtedy.
A później poszliśmy do Silesii.
I tak siedząc sobie w maku powiedziałam mu, że mam kombo. Wychodząc zaczęło lać, więc miłym gestem, dał mi swoją bluzę <3
A później poszliśmy do mnie do mieszkania. On sprawdzał coś na necie, a ja nie miałam pojęcia, co mam ze sobą zrobić. Nie wiedziałam, gdzie położyć rękę, nogę, gdzie i jak usiąść, a kiedy przez przypadek mnie dotknął, to przebiegł mnie dreszcz. Wiedziałam, że muszę mu powiedzieć. Więc to zrobiłam. Powiedziałam wszystko co czuję do niego. On nie chciał mi powiedzieć nic. W końcu po moim jęczeniu, z wielkim zdenerwowaniem, tak na odwal się, powiedział, że nic nie czuje. Oczywiście dostałam w tym momencie ataku. Płakałam jak szalona, ale wyrzucałam z siebie słowa jak w transie. To było przedziwne. Stał zebrany do wyjścia, ale nie wychodził. Nie wiedział co ma zrobić. W końcu usiadł ponownie i powiedział mi, że to co zrobiłam było najodważniejszą rzeczą na świecie, i że podziwia mnie, bo on nigdy by się na to nie zdobył. W głowie miałam światełko nadziei, że może powie teraz to co chcę usłyszeć. Ale niestety, podtrzymywał tylko to, co powiedział wcześniej.
Znowu dostałam ataku. Ustaliliśmy, że nie będziemy rozmawiać. Bolało. Fizycznie też. Kiedy wstał do wyjścia po raz kolejny, ciągle nie ruszał się z miejsca. Patrzył na swoją bluzę, której w koniec końców nie wziął. Nie wiem ile by stał i co zrobił, ale ja wstałam i powiedziałam, że odprowadzę go do drzwi. Tak też zrobiłam, a kiedy je zatrzasnęłam, poddałam się tej ogarniającej mnie rozpaczy. Zastanawiałam się, czy myślał później o tym wszystkim.
Nie wiedziałam co mam zrobić, zadzwoniłam więc do R. Płakałam w słuchawkę. Pocieszała mnie i powiedziała, że przyjdzie niedługo. Później napisałam do O. Przeszłyśmy na skajpa i płakałyśmy obie. Bo ja na prawdę nie rozumiem, czemu on taki jest. Wg moich obserwacji opartych na intuicji i psychologicznych gównach, to coś do mnie czuje. Tylko po co miałby mnie ranić i okłamywać, że nie? Skoro nie chciał mi nigdy zrobić krzywdy, to czemu ciągle się tak zachowywał i w końcu, właśnie przez to mnie zranił?
Koło 20 przyszła Ol. i R. i postanowiłyśmy upić się na smutno. Miałyśmy 1.4 l wódki i smutną muzykę. Pomimo to... śmiałyśmy się! Nie wiedziałam, co jest nie tak, przecież powinnam tu płakać i leżeć krzyżem, a śmiałam się jak wariatka. Przyznałam się też R. że z Pan X to był mój pierwszy. Wkurzyła się porządnie na niego.
Na drugi dzień, koło 11 poszłyśmy do maka, bo miałyśmy mega kaca, a u nas wygląda to tak, że musimy wtedy jeść ;). Zamówiłyśmy sobie całą tacę jedzenia i tak konsumowałyśmy. Ja ciągle byłam w dobrym humorze, do tego bardzo ładnie ubrana (a co!). Bałam się tylko zostać sama. Czułam, że kiedy to nastąpi, to to wszystko wybuchnie. Wracałam więc do mieszkania pełna obaw. I nie wiem jakby to się potoczyło, gdyby nie to, że PRZYPADKOWO GO SPOTKAŁAM. Szedł z S., czyli z (teoretycznie) moją koleżanką. Nie wiedziałam czemu szli razem, ani gdzie. Kiedy mnie zobaczył machnął mi. Ja powiedziałam tylko 'Cześć S.' i poszłam dalej. Dziwne było, że nie zatrzymali się ani nic. Cóż. Ważne jest to, że po tym dostałam ataku. Siedziałam na ławce, próbowałam uczyć się logiki i nie rozumiałam co czytam bo za bardzo płakałam. I podczas kiedy wyglądałam najbardziej niekorzystnie, czyli smarkałam, on przeszedł koło mnie po raz kolejny. Nie odezwał się ani słowem, minął mnie ot tak po prostu. To jeszcze bardziej mnie zdołowało. Nie mogłam już wytrzymać. Napisałam do Ol., że bardzo chcę iść do Silesii. I poszłyśmy. Pijąc sobie frappe niespodziewanie poczułam ogromne nerwy. Tak znikąd. Wiedziałam, że się nie uspokoję. Napisałam więc w tajemnicy przed wszystkimi do tego dupka, z pytaniem czy odzywamy się do siebie. Po wymianie kilku smsów doszliśmy do wniosku, że tak, ale nie możemy przeginać w żadną stronę. I później było już dobrze. Dzwonił nawet do mnie próbując wytłumaczyć mi logikę przez telefon ;)
Na drugi dzień było na początku trochę dziwnie, ale później już ok. Wieczorem znowu na siebie wpadliśmy na osiedlu. Tego dnia miałam bardzo dużo energii w sobie. Ale wiedziałam, że to nie jest dobrze. Nie wiedziałam, jak mam ją spożytkować. Chciałam zrobić sobie krzywdę, bo wiedziałam, że to właśnie ją rozładuje i przyniesie mi ulgę. Całe szczęście (?) skończyło się na tym, że dla uspokojenia kupiłam sobie paczkę niebieskich LM'ow, a później poszłam z P. na Mariacką i szalałam w towarzystwie niejakiego Mateusza (hahahahahahaha), który przysiadł się do nas, a później z dwoma 40 letnimi mężczyznami, którzy stawiali nam alkohol. Było zabawnie. Czułam się dobrze. Taka wolna od problemów.
Niestety, w piątek nie było już tak różowo. Dupka nie było na zajęciach. Normalnie by mi o tym powiedział, a teraz... Zabolało. A później okazało się, że to będzie pierwszy dzień, kiedy zostanę sama. No i zaczęło się. W końcu to wszystko pękło i wybuchło. I tak sobie leżę od wczoraj, pogrążona w depresji życia, słuchając smutnych piosenek i płacząc jak bóbr.
A miało być tak pięknie.... :(
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz