To koniec. Zostawił mnie. Dosłownie. Tak bez pożegnania, bo świrowałam dziś przed nim jarzębinę i byłam sfochana. A myślałam, że to wczorajszy dzień był zły. A tu taka niespodzianka. Poniedziałek był jedynie najbardziej żenującym dniem mojego istnienia, a nie czymś takim...
A wszystko układało się już tak dobrze... Spotykaliśmy się u niego, żeby razem się pouczyć. I było... uroczo. Po prostu uroczo i słodko. Śmialiśmy się i wygłupialiśmy. Raz ugryzł mnie w nos ;) Innym razem oparł swoją brodę na mojej głowie. Ach ten jego zarost... Wygląda w nim tak seksownie...
Na juwenalia też poszliśmy razem. I to on mi to zaproponował. Powiedział też, że jak z nim nie pójdę, to powie wszystkim, że jestem z gimnazjum (tak to jest wyglądać na 16 lat) i mnie nie wpuszczą. Było świetnie. Dopóki nie zobaczył, że palę. Wkurzył się bardzo. A później nastąpiła bardzo żenująca rzecz - spotkanie z K. Pan X. nie ukrywał swojej niechęci do niego, co było dziwne, bo w końcu są (?) kumplami. Dziwne też było to co zrobiliśmy - bo na K. czekałyśmy z P ponad 1.5 godziny. Miał przyjść w umówione miejsce, ale się nie zjawiał. Więc jak tylko Pan X. wrócił od swoich znajomych, do których wyrwał się na czas jednego koncertu (i wtedy właśnie zobaczył mnie z fajką), zdecydowaliśmy, że się zmywamy. Napisałam to K. ale w odpowiedzi dostałam desperacki telefon żebym została. Więc zostałam. Po kolejnych dziesiątkach minut, zdecydowaliśmy, że to nie ma sensu i poszliśmy do wyjścia. My z Panem X, przodem, P. z tyłu. I nagle zniknęła nam. Okazało się, że spotkała K. przy wejściu/wyjściu. Podeszliśmy więc. I co? W ogóle nie wszedł. Jak tylko to usłyszeliśmy, wraz z Panem X. w idealnej synchronizacji odwróciliśmy się i poszliśmy. Zawróciliśmy jednak po P. W drodze powrotnej poczułam się ignorowana. Ta dwójka dogadywała się ze sobą świetnie, a ja byłam tam po nic. Zrobiło mi się przykro. W końcu dotarłam do mieszkania i siedziałam z P. do 3 rano bo spóźniła się na wcześniejszy autobus.
Tak czy inaczej, następnego dnia również wybrałam się na juwenalia. Rzecz jasna, z Panem X, ale tym razem tylko we dwoje :3 Najpierw poszliśmy na obiad, a później na before w plenerze (czyt. na przystanku autobusowym). Na samych juwenaliach byliśmy krótko. Zadzwonił do niego kumpel, który przyjechał, żeby się z nim spotkać. Pan X. pytał mnie kilkakrotnie, czy na pewno chcę tu być. Wiedziałam, że chce się spotkać z kumplem, więc konsekwentnie odpowiadałam mu, że nie. Głupio by mi było zmuszać go do zostania ze mną. Oczywiście, było mi trochę smutno, ale co tam.
Koło 23 dostałam smsa. Od Niego. To był szok. Okazało się, że ten kumpel poprosił go o bycie świadkiem na ślubie. I ot tak po prostu, chciał się ze mną tym podzielić. Zrobiło mi się cieplej w serduszku, kiedy pomyślałam, że napisał właśnie do mnie, taki zestresowany, mówiąc mi o tym i dzieląc się swoimi obawami. Czułam, że znowu jesteśmy blisko.
W niedzielę znowu się widzieliśmy. Tym razem uczyliśmy się razem do dzisiejszego egzaminu, plus ja na wczorajsze kolokwium (które cudem zdałam). Oczywiście śmialiśmy się dużo i świrowaliśmy ;)
Pogodziłam się też tego dnia z R. Tak, po raz pierwszy w życiu się pokłóciłyśmy. Znaczy, ona się na mnie obraziła o to, że podobno się z niej śmiałam i osądzałam, razem z Panem X. Oczywiście to było wielkie nieporozumienie. Tak czy inaczej, już wszystko jest dobrze. Cieszę się z tego bardzo, bo to jedna z tych znajomości, na których mi zależy najbardziej.
W poniedziałek, czyli dzień mojego upokorzenia, R. nie przyszła na zajęcia, bo stwierdziła, że rzuca studia. Byłam więc sama, bo z Sz, po tym co mi powiedziała, nie zamierzam się już 'przyjaźnić'.
Tego dnia mieliśmy tzw. trening interpersonalny. Najpierw było ćwiczenie przypominające grupową terapię psychologiczną, w którym mieliśmy odsłonić swoje poglądy, osobowość, ogólnie siebie. I to było nic. Później się zaczęło... Mieliśmy wcielić się w wylosowaną rolę i przeprowadzić monolog na kartce. Ja trafiłam na kobietę, która nie może znaleźć sobie partnera. Pomyślałam, że z moimi doświadczeniami wyjdzie mi arcydzieło. Opisałam więc sporą część swoich przemyśleń na temat Pana X. i naszej sytuacji. Byłam zadowolona z siebie. Wyszło ładnie. Zadowolenie jednak poszło sobie gdzieś daleko ode mnie, kiedy kobieta prowadząca trening podzieliła nas na grupy, a ja trafiłam oczywiście do jednej z Panem X. Co gorsze, każdy z nas miał przeczytać swoje wypracowanie grupie, a pozostali mieli zgadnąć co to za sytuacja. Kiedy przyszła moja kolej na czytanie, czułam, że robię się czerwona. Byłam tak zażenowana jak nigdy. Dziękowałam Bogu, kiedy ćwiczenie się skończyło i mogłam wrócić na miejsce, daleko od Pana X. Oczywiście, pech tego dnia postanowił zostać ze mną na dłużej. Przy kolejnym zadaniu, mieliśmy wypisać 12 swoich pozytywnych cech. Następnie, ponownie, zostaliśmy podzieleni na grupy. I ja oczywiście, po raz kolejny, trafiłam na Pana X. Nie wiedziałam, czy mam śmiać się, czy płakać. Ale pomyślałam, lajtowo, nie wiem o co chodzi, może będzie dobrze. Jednak zażenowanie i dziwna atmosfera między nami nie chciały nas opuścić. W ćwiczeniu chodziło o to, żeby przypisać każdemu z grupy 2 pozytywne cechy. A następnie je przeczytać. Nie sprawiło mi trudności napisanie czegoś pozytywnego o Panu X. tak, żeby to było normalne. Ale jemu o mnie chyba odwrotnie. Kiedy przyszła kolej na czytanie moich cech przez grupę, milczał. W końcu, gdy wszyscy przeczytali, upomniałam się o jego 2 cechy. I wtedy właśnie zaczął świrować jarzębinę. Powiedział, że przeczyta mi tylko jedną. Kiedy zaczęłam mówić, żeby się nie wygłupiał i czytał drugą, zrobił się czerwony i zmyślił jakąś inną na poczekaniu. Aż ciekawi mnie co było na jego kartce. Tak więc z treningu nie wyszło nic dobrego. Chciałam się później zakopać gdzieś pod ziemią i nigdy nie odkopywać, ale niestety nie mogłam, bo nie mam łopaty ;( Tyle przegrać. Nie no dobra, jest jedna pozytywna rzecz z tego wszystkiego - zakolegowałam się z S. Nie wiedziałam wcześniej, że jest taka spoko. Wydawała się... taka nie dla mnie xd. To jak wygląda, sprawia, że odnosi się wrażenie, że jest pusta. A tu okazało się inaczej. Jest sympatyczna i w porządku.
Po treningu poszłam napisać kolokwium. Tam z kolei zaczęłam rozmawiać z P. i z Ł. (który swoją drogą, przegrał zakład i wisi mi piwo ;d). Okazało się, że oni też są spoko! Jak to jest, że zaczęłam poznawać swoją grupę dopiero pod koniec roku?! Może to to, że zostałam bez przyjaciółki przy boku sprawiło, że zmusiłam się do kontaktów z innymi, żeby nie siedzieć i nie milczeć? (No bo przecież nie samym Panem X. żyje człowiek xd) Tak czy inaczej, teraz czuję się tam pewniej. Czuję, się po prostu lubiana.
Po moich SMSowych przygodach i zaliczeniu na 3 udałam się do Pana X. z resztą materiałów na egzamin. I wtedy się zaczęło. A raczej skończyło. Nasze słodkie dni. Pouczyliśmy się chwile, Pan X. zaczął opierać swoją brodę na mojej głowie, a później położyłam się na jego kanapie. Byłam bardzo zmęczona po takim dniu i nie mogłam już usiedzieć. Oczywiście nadal wytrwale go przepytywałam z materiału. Widziałam jak na mnie patrzył. To nie było zwykłe przyjacielskie spojrzenie. I nie myliłam się. Po pewnym czasie podszedł do mnie i chciał mnie dźgać (tak, wróciliśmy w juwenalia do tego), ale się opanował. Usiadł za to koło moich nóg i objął je. Następnie pochylił się nade mną i pocałował. A później zaczął mówić, że chciałby wrócić do takiego stanu rzeczy jaki mieliśmy. Bez uczuć. Jestem głupia i zgodziłam się. Był ogień. Tyle ognia, że niemalże wybuchł pożar. Jednak do niczego konkretnego nie doszło. Nie chciałam z nim niczego tego dnia robić. Uraziłam tym jego ego. Próbowaliśmy się jeszcze uczyć, ale trochę nam nie szło. Wrócił do całowania mnie. Powiedział, że jestem zbyt seksowna, żeby siedzieć ze mną w jednym pokoju. Oczywiście poza ogniem było też trochę słodyczy. Leżąc koło siebie i przytulając się, ugryzł mnie w nos. Spytałam czemu to zrobił. Odpowiedział, że podoba mu się mój nosek ;) Niestety, wieczór skończył się tragicznie. Po kolejnej jego próbie namówienia mnie na coś więcej, i mojej odmowie, coś się z nim stało. Nie wiem o co mu chodziło, ale nie miał już humoru. Milion razy pytałam go o co mu chodzi. Mówił, że o nic. Zebrałam więc swoje rzeczy i zaczęłam wychodzić. Zajęło mu dłuższą chwilę przyjście do przedpokoju, a zawsze robi to od razu. Powiedziałam mu więc na do widzenia, że nie umie tak dobrze udawać jakby chciał. Nie odpowiedział. Na moje 'pa' również nie od razu zareagował. Po fajnym wieczorze zostały mi jedynie wspomnienia i ogromny, bolesny ślad na ramieniu, po jego zębach, który za pare dni będzie wielokolorowym siniakiem.
Gdy wróciłam do domu napisałam mu smsa, że żałuję że wyszłam, i że chciałabym naszego układu. Odpowiedział mi, że to była propozycja jednorazowa. Poczułam się, jakby ktoś mnie uderzył. Wiedziałam, ze to jest jego reakcja obronna, znam już go na tyle dobrze, że wiem, kiedy coś takiego stosuje, ale mimo wszystko. Dzisiaj więc, byłam na niego obrażona, chociaż jemu powiedziałam, że oczywiście wszystko jest w porządku. Ale nie odzywałam się do niego, nie śmiałam z jego żartów, nie reagowałam na zaczepki. I to był mój błąd. Szkoda, że o tym wtedy nie wiedziałam.... Kiedy przyszłam na egzamin, doszły mnie plotki, że on w ogóle do niego nie podchodzi. Nie chciałam w to wierzyć, przecież wczoraj uczyliśmy się razem. Dwie minuty po tym jak się dowiedziałam, zadzwonił telefon. To on się dobijał. Niestety, plotki okazały się prawdą. Powiedział, że od dzisiaj kończy studia i wraca do domu. Rozmawiając z nim czułam jak łzy płynął mi do oczu. Nie chciałam płakać, tym bardziej, ze T. i A. patrzyli na mnie. To było straszne. Nie mogłam nic mówić, bo głos mi się załamywał. Porozmawialiśmy chwilę i naszym jedynym pożegnaniem było 'pa'. Później zadzwonił do mnie i pytał o egzamin. Zawaliłam i nie rozmawialiśmy zbyt długo.
Kiedy wracałam do domu zaczęłam płakać. Zjebałam cały dzień, przez co nawet się tak na prawdę nie pożegnaliśmy. Czułam się jak kupka nieszczęścia. Zostawił mnie. Miłość mojego życia odeszła bez pożegnania. Samotność i bezradność, która mnie ogarnęła były nie do opisania. Czułam ból w całym ciele. Było mi źle. Chciałam krzyczeć. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie będzie go już przy mnie. Jestem sama. Najpierw R. teraz On.
Wieczorem napisałam mu smsa. Przeprosiłam za jarzębinę którą dziś odstawiłam. Powiedział, że może mi wybaczy. Ton żartownisia mu się włączył. Poczułam się lepiej. Nie zmienia to jednak faktu, że godzinę przed tym zdążyłam zadzwonić do domu i powiedzieć, że jutro wracam, czym wprawiłam rodziców w lekką panikę, bo słyszeli, że płaczę. Plus spakowałam się nawet. Teraz czuję, że muszę zostać. Nie wiem po co. Jego już nie ma, nikogo nie ma.
Ale może, to że się nie pożegnaliśmy znaczy, że wcale nie musieliśmy? Może spotkamy się niedługo? Moja mama twierdzi, że krótko wytrzyma w domu. Mam nadzieję. Bo gdyby to był koniec... Nawet nie chcę o tym myśleć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz