W końcu. Po tylu dniach w końcu jest lepiej. Nie wiem jak to się stało.
Wczoraj było okropnie, nie widziałam już nadziei. Wszystko było nijakie. Wyciągnęłam R. do maka, żeby nie mieć tych głupich myśli. To było nasze pożegnanie z tym miejscem xd. R. objadła się tak, że musiałyśmy po drodze zatrzymywać się milion razy, bo myślała, że się zrzyga. Ale na piwo po maku miejsce znalazła. Na piwo zawsze znajdzie się miejsce ;) Poszłyśmy więc pić nad Rawę. Jak dwa żule. Ale co tam.
W międzyczasie pisałam z Panem X. Był na mnie wściekły za to, że nie poszłam na kolokwium. Pisał, że jak ZACZYNAMY (!) rozwiązywać jeden mój problem, ja na to miejsce znajduję 4 inne, i że nie potrafi mi pomóc. Spytałam go więc, czy uważa, że moi znajomi mają na mnie zły wpływ. Dostałam jednoznaczną odpowiedź. Tak jakby mi tego wcześniej już nie mówił.
Dzisiaj natomiast pytał mnie milion razy jak tam u mnie. Zlewałam go. Nieładnie. Po południu napisałam więc do P. czy nie wybrałaby się ze mną na zakupy. Trafiłam w idealny moment, bo podobno akurat wychodziła z uczelni i to był jej jedyny piątek, kiedy na niej była. Tak więc, wybrałyśmy się w poszukiwaniu prezentów dla naszych kumpli, bo jutro obie idziemy na urodziny. Ona do Krk ja do TG. Po godzinach rozważań, co byłoby prezentem doskonałym, stanęło na prezencie po prostu dobrym, czyli zwykłej wódce. Oczywiście, ja swoją jakoś upiększę ;)
Tak czy inaczej, z P czułam się po prostu... normalnie. Jak dawna ja, sprzed tych wszystkich atrakcji. Wróciłam więc do mieszkania spokojna. Postanowiłam zmienić swoje życie. Napisałam więc, po raz kolejny, dziś do Pana X. z pytaniem co dzisiaj robi, a gdy dostałam odpowiedź, powiedziałam mu, że mam ochotę coś porobić, żeby nie palić z nudów. Poszliśmy więc na spacer. Chyba był zadowolony z tego, że zabrałam się już za to wszystko. Pochwaliłam mu się też tym, że zamiast połowy paczki, wypaliłam 1 papierosa (no dobra 2, ale nie musi o tym wiedzieć xd). Chodziliśmy sobie tak po mieście i rozmawialiśmy. Oczywiście bywały momenty ciszy, ale nie przeszkadzało mi to. Znaczy, no może trochę tak, ale to jest facet - oni nie mówią za wiele przy swoich dziewczynach. I tego właśnie nie rozumiem, bo nie jestem jego dziewczyną. Anyway. Przypomniał mi się też bardzo żenujący moment, kiedy to we wtorek (?), jak czekałam na niego i w końcu się doczekałam, podszedł do nas pan żul i spytał go czy jestem jego dziewczyną. Pan X. zrobił się tak czerwony i zawstydzony jak nigdy. Było to jednocześnie żenujące i zabawne. Bo to nie pierwszy raz, kiedy ktoś bierze nas za parę. W sylwestra np. było to samo, chociaż dziewczyna widziała nas pierwszy raz w życiu, a my nawet nie gadaliśmy zbyt dużo ze sobą. To mnie zadziwia. Ale koniec już, koniec o Nim!
W końcu jest lepiej. Siedzę na parapecie i nie chcę skoczyć. Nawet coś zjadłam (!) i obejrzałam. Ciekawe ile taki stan się utrzyma. Oby jak najdłużej. Nie przejmuję się nawet tym, że brakuje mi kasy. A brakuje, to mało powiedziane. Tak trochę nie mam za co żyć. Ale co tam. Póki co, zachwycam się widokiem z okna ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz