Jest mi źle. Bardzo. Gorzej jeszcze nie było. Przestałam jeść. Zaczęłam płakać. Wiedziałam, że jak już zacznę, to nie będę umiała przestać. Pan X. się nie odezwał. Nie spotkałam go dzisiaj, chociaż cały dzień spędziłam na huśtawkach. Wczoraj spotkałam go 2 razy. Najpierw idąc z Ol. do banku. Szedł po drugiej stronie ulicy, ale nie jestem pewna czy mnie widział. Myślę, że gdyby tak, to chociaż by pomachał, czy coś, nie jesteśmy przecież na siebie obrażeni. No ale nie ważne. Wtedy jeszcze byłam w fazie pompy i mnie to wszystko bawiło. Później zaczęłam wchodzić w fazę smutku. Wieczorem coś mnie tknęło i postanowiłam pójść na huśtawki. Już miałam wychodzić, ale nie mogłam znaleźć słuchawek. Okazało się, że pomimo tego, że sprawdzałam milion razy, były w kurtce. Dowiedziałam się o tym dopiero jak wróciłam z powrotem do mieszkania, bo miałam dosyć szukania i na huśtawki poszłam 'bez'. Wychodząc na główny chodnik zobaczyłam... Pana X. idącego do swojego bloku. Nie wiedziałam co robić. Nie byłam pewna czy jestem gotowa z nim rozmawiać, bo boję się tego strasznie. Z drugiej jednak strony jestem ciekawa jego zachowania jak się spotkamy i zaczęłam myśleć co by tu zrobić, żeby się odezwać, tylko po to, żeby mnie usłyszał. Zadzwoniłam do mamy. Nie odbierała, a ja byłam zbyt sparaliżowana i spanikowana, żeby zrobić coś więcej. On nie odwrócił się ani razu. Pomyśleć, że gdyby nie te pierdolone słuchawki, to byśmy na siebie wpadli, albo on szedłby za mną... Chyba po prostu nie było nam wczoraj dane porozmawiać. To nie ten moment. Ale skoro wpadałam na niego przypadkiem, nie musiałam tego prowokować, to chyba w końcu do tego dojdzie? Bo mi już jego brakuje. Zaczęłam żałować, że dałam mu ten cholerny list, a na pewno tego, że napisałam w nim, że kończę tą znajomość. Liczyłam też na to, że pomimo wszystko, zadzwoni dzisiaj, tak jak obiecał. Nie wiem, może też musi sobie to wszystko przemyśleć? Znaczy, na pewno musi... Może się ogarnie? Chciałabym. Tak źle i tak nie dobrze.
Najbardziej przeraża mnie fakt, że jeżeli nie będziemy rozmawiać, to w końcu o nim zapomnę, a nie chcę. Wiem, że powinnam, ale się boję. Nie wiem dlaczego, nie rozumiem tego wcale.
Już za nim tęsknię. Gdybym nie dała mu listu, to dzisiaj spędzilibyśmy uroczy dzień we dwoje. Uroczy pod warunkiem, że mi by się na mózg nie rzuciło i nie zaczęłabym świrować jarzębiny.
Ciekawe, jak wiele razy przeczytał ten list od czwartku... Czy czyta go codziennie? Czy ma mind fucka? W ogóle myśli o mnie? Zastanawia się, czy może warto próbować? Czy jak się będzie pieprzył z E. to pomyśli o liście? Czy nie wychodził dziś przez cały dzień, bo czyta książkę? Podoba mu się? Mam tyle pytań, na które odpowiedzi nie dostanę. Za to on wie już wszystko o mnie, o tym co czuję.
Napisałam mu też, że należą mi się wyjaśnienia, po czym w końcówce dodałam, że znam go i wiem, że mi nie odpowie. Mógłby mi udowodnić, że jednak go nie znam i wyjaśnić wszystko, albo chociaż się spotkać, bo ja i tak bym powiedziała, że nie chcę tego słuchać.
Myślę, że za miesiąc, jak nie napisze, to ja to zrobię i go przeproszę. I powiem, że mi przeszło. Albo nie. Kurwa nie wiem. Nie wiem, czy umiałby się ze mną przyjaźnić po tym, jak powiedziałam mu, że go kocham. Ja daję radę (pomimo małych odpałów), tylko czy on? Bo jednak te dwa magiczne słowa zostały w końcu wypowiedziane przeze mnie. Nie da się ich cofnąć. I tego akurat nie żałuję.
Wszystko, czego potrzebuję to cierpliwość, bo wierzę w to, że kiedyś dojdzie do konfrontacji. To jest w sumie pewne. Albo, że jak już się to wszystko uspokoi, to że on zadzwoni. Tak czuje Ol.
Pożyję i zobaczę (o ile dożyję).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz