poniedziałek, 6 stycznia 2014

Hipotetycznie najgorszy rok ever

To będzie beznadziejny rok. Tak coś czuję. Nic się nie zmieni, a jak zmieni to na gorzej.
Pan X. umarł. Jest zimnym trupem w mojej głowie. A przynajmniej staram się żeby tak było.
Nie rozmawialiśmy ze sobą praktycznie przez całe święta, poza jednym epizodem, po kilkunastu dniach milczenia, kiedy napisałam do niego, czy ma nr. do P. (bo rozwaliłam telefon i ten sms do niego to był akt desperacji, bo musiałam się z nią skontaktować. Ale już wtedy pokazał, jak bardzo ma mnie w dupie. W sylwestra to samo. Dał mi jasno do zrozumienia, że nic ciekawego nie ma do roboty, ale wszystko będzie ciekawsze niż impreza u mnie. Od tamtego czasu cisza... A jestem na 99,9% pewna, że wrócił do Kato. Tak więc zmuszona zostałam do poczynienia kroków drastycznych i ostatecznych. Nie żyje. Muszę tylko zdecydować jak umarł i sobie to wszystko ładnie wkręcić.

Tylko czemu tak się stało? Przed świętami było idealnie. Spotykał się ze mną, chodził po sklepach mierząc swetry dla mojego ojca, dał mi przepiękny prezent - wisiorek z nieskończonością (pomimo wielkiej chęci kupienia mi pierścionka, co bardzo mnie rozbawiło, stwierdził, że wie co ten symbol znaczy i mu się podoba) i czekoladki (ale nie takie zwykłe, no bo gdzież). Nawet zaczęłam podejrzewać, że skoro tak się spotykamy, jest cud miód, to wszystko jest na dobrej drodze, nie siedzimy u niego w mieszkaniu, bo chce trochę zwolnić i nie uprawiać koleżeńskiego seksu, i w końcu nam to pyknie. A tu jak zwykle zaskoczył mnie. Może jak się będę nastawiać na najgorsze z jego strony, to w końcu coś wyjdzie. Co ja mówię. Na nic się nie nastawiam, bo on nie żyje.
Czuł coś do mnie za życia, tego jestem pewna. Kiedy uprawialiśmy seks, powiedziałam mu, że nie jestem jego. Widziałam, że go to zabolało i chciał mi później udowodnić, że się mylę. Po wszystkim powiedziałam, że to był odpoczynek od poczytalności. Zrobiło mu się przykro.
W ogóle co to był za wieczór. Już w sklepie, kiedy zastanawiałam się jaki sok wybrać, czułam jego obecność za mną, całą sobą. Jakbyśmy byli razem, to chyba byśmy poszli do jakiejś łazienki i się ruchnęli. Te iskry w przestrzeni między nami dało się dosłownie poczuć na własnej skórze, jestem tego pewna. Jak już szliśmy do tego sklepu, to miałam plan ruchnięcia się z nim. Tak więc, kiedy wracaliśmy, zrobiłam tak, żeby mnie do siebie zaprosił. Oczywiście nie obyło się bez focha i dziecięcej kłótni, ale cel został osiągnięty. No bo skoro zaprosił mnie wcześniej do siebie (odmówiłam), to miałam czarno na białym to, czego on oczekuje i mogłam się wprosić.
Po wszystkim dostałam nawet obiecane kakałko, bo przed w ogóle nie było o tym mowy. Ta jego niecierpliwość... On nie może wytrzymać jak ja mieszam herbatę, to co mówić, żeby poczekał aż wypiję.
Dobrze tak sobie to powspominać te miłe chwile, które i tak się nie powtórzą, bo się nie odezwie już nigdy.
 Ach.

A u lekarza okazało się to, co przypuszczałam. Policystyczne jajniki. Ale szansę na dziecko mam, jupi! Ogólnie wszystko jest w porządku, muszę jeszcze tylko odebrać wyniki cytologii, żeby mieć 100% pewność, no i zrobić kolejne badania hormonalne.

Umarła mi też świnka morska :((( Moja kochana Dżudżu :( W święta miałyśmy pożegnanie. Ale cóż, była stara i chyba na coś ostatnio chorowała. Tyle śmierci mnie otacza... To jest aż straszne. 

Przez to wszystko stwierdzam, że skoro ten rok zaczął się w taki parszywy sposób, to taki będzie już do końca. Smutek :(

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz