poniedziałek, 20 stycznia 2014

'Questions, problems, answers, I've got none.'

Ostatnimi czasy zrobiłam się bardzo religijna. Co noc modlę się do Boga o to, żeby w końcu się odezwał. A przecież nie wierzę ani w jedno, ani w drugie.
Proszę też wszechświat o to, żebyśmy znowu na siebie wpadli.
I nic.
Moje prośby giną gdzieś pomiędzy miliardami próśb innych ludzi.
Czym sobie zasłużyłam na takie odtrącenie? Czemu każdy jest głuchy na moje wołanie? Czemu tak mało dla wszystkich znaczę?

Niby udaję przed wszystkimi, że poszłam naprzód, że jest mi lepiej i już zapominam. Wcale tak nie jest, ale się do tego nie przyznam.
W pewnym sensie czuję się inaczej niż w październiku. Jakbym wiedziała, że tym razem to jest koniec, ale tak na poważnie i że muszę się pożegnać z Nim i wszystkimi wspomnieniami. Tylko, że z drugiej strony nie chcę, żeby to się tak kończyło. Jakbyśmy nigdy się nie znali i jakby to wszystko nie miało miejsca. Wiem, że jest skurwysynem, któremu nie zależy, ale co ja poradzę na to, że dla Niego jestem zdolna przecierpieć wszystko? Mam różne akcje i odpały na te świństwa które mi robi, ale koniec końców, zawsze jestem w stanie mu wybaczyć, jeżeli wiem, że wróci. Bo to, że wracał jednak coś znaczyło. Teraz boję się, że będzie inaczej. I tego nie chcę. Nie dlatego, że go potrzebuję, bo tak już nie jest. Po prostu czuję się zrobiona w chuja. Myślałam, że w pewnym stopniu mu zależy. W końcu był prawie zawsze przy mnie, kiedy go potrzebowałam. Tyle się między nami wydarzyło... Dużo za dużo jak na to, żeby tak sobie odejść.

Nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić. Chciałabym znaleźć sposób na to, żeby się z nim skontaktować, ale to nasze spotkanie i odbudowanie relacji, pozostanie na zawsze naiwną mrzonką. On tego nie chce. Gdyby było inaczej, już dawno by się odezwał. I to boli najbardziej.

W mojej głowie jest tylko jedno pytanie: dlaczego. Nic więcej tam nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz