No i nic się nie stało. Nigdy się już do mnie nie odezwał, chociaż się złamałam i napisałam. Wiedziałam, że tak będzie. Może było zbyt emocjonalnie?
Napisałam mu 2 wiadomości:
1. 'Mam nadzieję, że podobała Ci się moja mała, urocza niespodzianka i że zdążyłeś ją już wykorzystać zgodnie z instrukcją :) wgl chciałabym z Tobą ostatni (?) raz pogadać bo myślę, że mogłeś źle zrozumieć mój gest. Ale pewnie a) nie masz czasu b) właśnie się za coś zabrałeś c) czytasz książkę d) już nigdy mi nie odpiszesz.'
<2 godziny bez odpowiedzi>
2. 'No i właśnie o tym chciałam pogadać: przez ostatni miesiąc ciągle wybierałeś opcję d. Po tym jak myślałam, że już nigdy się nie odezwę znowu Ci zaufałam i chciałam się z Tobą TYLKO KOLEGOWAĆ ale Ty najwidoczniej masz gdzieś mnie jako koleżankę. Tylko nie wiem po co to wszystko zaczynałeś od nowa skoro tak to zniszczyłeś. A ja serio przez ten miesiąc potrzebowałam bardzo porozmawiać bo lekarz itd. No trudno. Przynajmniej się przekonałam jaki jesteś na prawdę i jak bardzo 'szanujesz' mnie, to co Ci mówię i jak bardzo Ci 'zależy' na naszych relacjach'.
Zero odzewu. To jest jak grochem o ścianę. Mógł w końcu zaprzeczyć, ale tego nie zrobił. Nie rozumiem, dlaczego tak nagle mnie znielubił, odciął się. Znaczy mam parę teorii, ale to wszystko i tak jest bez sensu. No bo co mi po tym, jak nawet on z nią był tylko przez święta, a później znowu chciał wrócić do mnie? Sytuacja jak przez wakacje i początkowe miesiące roku akademickiego, więc prawdopodobne. Plus, jego wpatrzony w chodnik wzrok, gdy mnie z nią mijał. Jakby nie chciał, żebym się o tym dowiedziała. No i najważniejsze, jej lajki na fejsie, do smutnych, miłosnych cytatów (jestem chora i sprawdziłam wszystkie wpisy na profilu, który też lubię, i powiem szczerze, bardzo to dziwne uczucie, kiedy zdaję sobie sprawę, że obie klikamy 'lubię to' myśląc o tej samej osobie).
Zero w tym sensu i logiki i nadziei na przyszłość. Staram się zapomnieć i jednego dnia mi to lepiej wychodzi, a innego gorzej.
Pomimo, że wiem, że powinnam to zostawić, to nie umiem. Staram się, na prawdę, tylko że, coś we mnie siedzi, co mówi mi, żebym tego nie robiła. W takich chwilach, albo w tych kiedy o nim myślę, rozmawiam ze sobą w głowie. Mówię do siebie 'spokojnie, nie myśl o tym, uspokój się' i tak kilka razy. W sumie pomaga. Nie myślę tak obsesyjnie o nim, ale podświadomie czekam dnia, aż się spotkamy. Specjalnie wychodzę z mieszkania o takich godzinach, żeby mieć szansę na niego wpaść. Jeszcze mi się to nie udało, ale nie poddam się. I tak już zmanipulowałam naszym wspólnym znajomym, żeby razem pić, więc liczę, że spotkamy się wcześniej, bo inaczej będzie strasznie żenująco.
Najgorsze z tego wszystkiego jest to uczucie, które mnie wypełnia. Nie umiem być do końca szczęśliwa. Nie ważne, czy z kimś rozmawiam na całkiem inny temat, czy śmieję się do rozpuku - ono we mnie jest i mnie kłuje. Dosłownie. Ściska mnie za każdy pojedynczy kawałeczek serca i przypomina, że nie mam prawa do pełni szczęścia, bo tyle straciłam. Był dla mnie wszystkim, a ja byłam dla niego nikim. Ot, osoba którą się kiedyś znało, idealna na chwile nudy.
Znajomość z tym człowiekiem mnie zniszczyła. Nigdy już nie zaufam żadnemu facetowi, nie zaangażuję się w nic tak mocno, i wątpię, że kogoś równie silnie pokocham. To było TO COŚ, czego nie wolno w życiu przegapić. Szkoda, że okoliczności nam nie sprzyjały. Może, gdyby były inne, to teraz nie pisałabym tego, tylko siedziała z nim w pracy, zachwycona tym, co robi? Cóż, czasu nie cofnę i muszę żyć tym co jest. Pewnego dnia, to wszystko odejdzie ode mnie i będę znowu wolnym człowiekiem. Chyba, że wcześniej się z nim spotkam i to wszystko się zacznie od nowa.
Jestem mistrzem autodestrukcji i komplikowania sobie życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz