Każdy Nowy Rok to nowe plany, które i tak nie wyjdą, albo postanowienia, których i tak nie dotrzymam.
Pomimo to, również w tym roku postanowiłam wymyślić coś, co chcę zmienić w tym nadchodzącym roku. Moje główne postanowienia dotyczą oczywiście Pana X.
No właśnie, Pan X.
Przez praktycznie cały miesiąc nie miałam komputera a wydarzyło się całkiem sporo, min. zrobiliśmy TO ponownie. I było całkiem inaczej. Ale o tym innym razem. O tym, że ponownie wydawało mi się, że coś z tego wyjdzie, a jak zwykle gówno wyszło, też.
Tylko ja wiem, jak czuję się w tej chwili, tego pierwszego dnia nowego roku. Za nic w świecie nie chcę czuć się w ten sposób w inne dni roku. Musi być lepiej. MUSI. BĘDZIE! Innego wyjścia nie ma. Nie mam zamiaru siedzieć codziennie z kieliszkiem wina musującego (bądź zwykłego, najlepiej kadarki) w ręce, z miską chipsów, czekoladą i pudełkiem chusteczek obok, chlipiąc ileś godzin, śpiewając smutne piosenki, wpatrując się przy tym w Jego zdjęcie i robiąc sobie krótki odpoczynek od tego wszystkiego poprzez sprawdzanie na fejsbóku komu z jego znajomych dała lajki ta frajerka jego ex i odwrotnie, oraz odpowiednio wszystko analizując, dorabiając sobie ideologię. NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIEEEEEEE!!! Ten rok nie może tak wyglądać! On musi być lepszy. Nie mogę być dłużej tak słaba i myśleć o nim. Ma mnie w dupie. Koniec, kropka. W tym roku poznam kogoś nowego, w kim się zakocham, i kto będzie wart tej miłości. On zostaje w 2013 roku. Wiem, że takie postanowienie miałam też rok temu, ale wtedy była inna sytuacja.
Teraz nie będę już naiwną idiotką.
Tylko czemu myśląc w ten sposób, czuję w sercu, że sama siebie próbuję przekonać, choć i tak nic z tego nie wyjdzie?
Nie chcę chyba żyć.
Poważnie.
Mam tego wszystkiego dosyć. Nigdy się od niego nie uwolnię, choćbym nie wiem jak się starała. Nigdy nie będę z nikim szczęśliwa, bo nie potrafię o nim zapomnieć i zaangażować się w coś nowego.
Jestem nieszczęśliwa.
Smutek wypełnia mnie po brzegi, od stóp, po sam czubek głowy, w ten pierwszy dzień nowego roku.
A jutro idę do lekarza.
Z jednej strony bardzo bym chciała, żeby doktorka powiedziała, że coś mi jest i na to umrę w przeciągu powiedzmy miesiąca, a z drugiej modlę się, żeby tak nie było, bo boję się fizycznego bólu.
Mały tchórz ze mnie.
Ale to rozwiązałoby wszystkie problemy. Zdążyłabym się ze wszystkimi pożegnać i to wszystko by się raz na zawsze skończyło. Bo to jest jedyne rozwiązanie tej sytuacji: śmierć. Moja czy jego - to nie jest ważne. Tylko jeżeli któreś z nas umrze, to to się zakończy. Z jednej strony chcę żyć, i wolałabym żeby to on zginął, ale z drugiej nie umiałabym żyć bez niego, ze świadomością, że już nigdy go nie zobaczę. Za bardzo go kocham.
To wszystko jest takie skomplikowane. Dlaczego? Dlaczego to nie zostało w 2013 roku? To jest jakaś moja kara, czy o co chodzi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz