piątek, 31 stycznia 2014

Co to w ogóle było?

"wróciłeś
nie całkiem
lecz słowami
znowu od początku
uczysz mnie
jak płakać z miłości
nigdy niespełnionej"
                                                         -Natalia Gaweł


Niesamowity dzień. Spotkałam chyba wszystkich, których niespodziewałam się spotkać.
No i wydaje mi się, że zdałam statę, ale to pewnie jest bardzo złudne. Poszłam na egzamin w ogóle nie przygotowana. Znaczy, coś tam czytałam, ale zasiadłam do tego o  23, bo do 17 pisałam pracę zaliczeniową na metody, później mi się nie chciało, a później poszłam do roboty, tak więc trochę to olałam. 
Już poranek był dziwny. Najpierw stwierdziłam, że chyba mnie pojebało wczoraj wieczorem i nie wiem co miałam w głowie, nastawiając budzik na 8, skoro mam na 10. Później zadzwoniła do mnie siostra z prośbą o pomoc przy pracy na maturę z polskiego. Jestem dla niej za dobra i się zgodziłam. Okazało się  też, że wzięłam pustą paczkę fajek, więc nie miałam jak się odstresować przed testem.
Następnie egzamin. J. też pomyliła godziny, tylko że na jej niekorzyść - spóźniła się pół godziny :p.
Po wszystkim, A. (przez którego zostałam dziś skomplementowana za wygląd), zaproponował, że chętnie podzieli się fajkami. No to poszłam z nim zapalić. Poczęstował mnie nawet żujżujem :p
Postałam z nim chwilę, później z J., i w międzyczasie umówiłam się z P. na huśtawkach. Byłam strasznie głodna, więc zmyłam się z wydziału i poszłam pod ścianę płaczu licząc, że mam coś na koncie. Pierwszy raz się nie przeliczyłam. W sumie nie wiedziałam, że aż tyle. W duchu modliłam się o 100 zł a tu taka niespodzianka :) I like it.
Stwierdziłam, że wpadnę na chwilę do mieszkania. Wchodząc do bloku zauważyłam wychodzącego z niego kumpla Pana X. To było dziwne. Ja gapiłam się na niego, on na mnie i nie wiedziałam czy powiedzieć mu 'cześć', czy nie. Na szczęście, on powiedział to pierwszy, więc odpowiedziałam i spytałam co tu robi. Okazało się, że z dziewczyną byli w serwisie komputerowym na dole. 
To rozpoczęło mojego mindfucka. W mieszkaniu posiedziałam dosłownie parę minut, bo P. napisała, że już idzie. Poszłam więc w miejsce, w którym się umówiłyśmy - na huśtawki. Tyle co siadłam, zobaczyłam że idzie ON. Nie od razu go poznałam. Dopiero, kiedy zauważyłam, że nie zamierza iść chodnikiem, tylko zmierza na teren zielony prosto w moim kierunku, domyśliłam się, kto to. Nie wiedziałam co mam zrobić. Najchętniej bym stamtąd uciekła, ale to by było głupie. Myślałam więc, że mu się roześmieję prosto w twarz. Nie ułatwiało mi zachowania powagi to, że szedł uśmiechając się, no i cała nasza sytuacja. Kiedy powiedział 'cześć', mnie totalnie zatkało. Widziałam, że po nim całkowicie spłynęła moja akcja, moje esemesy, wszystko. Chciał się przekonać, czy jestem obrażona i jak bardzo. Zajęło mi więc chwilę wykrztuszenie z siebie prostego 'hej'. Rozmowa była... miła? Okazało się, że istnieje sprawiedliwość na tym świecie - 2 tygodnie temu rozwalił sobie ścięgna w ręce, wylądował w szpitalu i był tam tydzień. Miło, że dał znać. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie ja mu to zrobiłam. Ale pomijając. Na koniec, zanim odwróciłam się od niego mówiąc dwukrotnie oschłym tonem 'nara', powiedział, żebym mu się pokazała kiedyś w ombre, które miałam zrobić. Ja nie ogarniam tego człowieka. Poważnie. Czekałam tylko na moment, w którym coś powie o wisiorku, a zamiast tego dowiedziałam się o jego sesji, pielęgniarkach w szpitalu i innych gównach. I znowu czuję się rozbita. Wrócił. To wszystko się znowu zacznie. Widziałam w jego wzroku, że mu się ciągle podobam. Jeszcze nie skończyłam się leczyć po ostatnich ranach, które mi zadał, a już planuje zadać kolejne. I ja mu na to pozwolę. Znowu go dopuszczę do siebie, albo sam wejdzie niespodziewanie do mojego serca, zagrzeje tam się trochę i je zmiażdży po raz kolejny. Ot, dla zabawy.

W drodze do galerii spotkałam pomkę, a w galerii chłopaka, którego P. nie chciała spotkać, bo od pół roku trzyma pożyczone od niego magazyny. A na sam koniec jakiś facet podszedł do mnie i do niej, jak stałyśmy na fajce i pytał czy nie jesteśmy z Top Model, mówił, że nas kocha i chciał nam śpiewać 'sto lat'. 
Chory dzień.

A makro nie zdałam. Ale pogadałam z facetem o Melu Gibsonie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz