wtorek, 11 czerwca 2013

Nie wiem nic

Siedzę i się nudzę. Noga boli, ale nie byłam u lekarza. Chyba powinnam się wybrać, bo siniak zamiast się zmniejszać, robi się coraz większy i bardziej fioletowy. Nie wiem, czy Pan X. jest w domu, czy w Kato, ale nie spytam. Nie zrobię z siebie kolejny raz kretynki. Jak zechce, to sam napisze. A poza tym, co mnie to obchodzi czy jest, czy go nie ma? Staram się wmówić sobie, że nic. I nie mam pojęcia co robię. Ale tak konkretnie, nie wiem nic. Dostałam znak od Boga/Wszechświata, że nie powinnam jechać i spotykać się z K. Odpuściłam koncert, ale tylko dlatego, że P. nie mogła jechać, no i też na rzecz palenia w remontowanym mieszkaniu K. Bo tak właśnie, w zamian za koncert, zaproponował, że przyjedzie i tam pójdziemy. Oczywiście nie byliśmy sami - był  z nami jakiś wspólny znajomy K. i X (który swoją drogą zgubił namiot Pana X., ale przysięgłam, że tego nie powiem. Cóż, zobaczymy, Pan X. i tak nie chce mi go pożyczyć, to co się będę mieszać. Ciekawe tylko, czy domyśla się, że go nie ma :D). Zabawny człowiek. A co do 'imprezy', to spaliłam się jak nigdy w życiu. To było mega. Trzymało mnie jeszcze przez chwilę na drugi dzień. Swoją drogą, nie pamiętam nic, z mojego dojścia do mieszkania. Wiem, że K. mnie odprowadził. Rozmawialiśmy, było zabawnie, ale na całe szczęście, do niczego nie doszło. Nie mam pojęcia, jak znalazłam się w łóżku. Wróciłam przed 3 rano, i wstałam koło 12. Ale jak weszłam do mieszkania i się położyłam do łóżka - tego nie wiem. Trudno.
W niedzielę miałam mega nudy. Poszłam posiedzieć przy rzeczce, a w międzyczasie zadzwoniłam do mamy. Gadałam z nią o niczym godzinę. Ot dla zabicia czasu. Miałam spotkać się z R., ale nic z tego nie wyszło. I tak siedziałam sobie i nie wiedziałam, co mam ze sobą począć.
Wczoraj z kolei pisałam od samego rana z K. To zabawne, jak potrafi sprawić, że uśmiecham się do monitora, czy ekranu komórki. Po południu zaproponował mi spacer do R. Zostawił aparat, a nie chciało mu się iść samemu. Stwierdziłam, 'co mi szkodzi? I tak się nudzę'. I to właśnie mu napisałam. Na miejsce dotarliśmy przed 16. Moim planem było wejście, odebranie aparatu, wyjście (jak to zawsze robiłam, kiedy ja chodziłam coś odebrać z Panem X.). Ale po paru minutach wiedziałam, że szybko nie wyjdę. Dałam sobie czas do 18. Czemu tak? Miałam sporo nauki na dzisiejszy egzamin, który wstyd byłoby oblać. No plus chciałam dostać dobrą ocenę.
Nie wiem czy to było przed 18, czy już po, ale poszłam z K. po wino. I tak to się potoczyło. Najpierw jedno wino, później drugie i trzecie. W międzyczasie dzwonił padre, który kazał mi kończyć imprezę i wracać się uczyć. Wiedziałam, że miał racje. Było późno, a ja miałam rano egzamin. Ale świetnie się bawiłam, i olałam to co mi powiedział. Pomyślałam, że mam czas do rana. Wolałam posiedzieć ze znajomymi, poprzytulać trochę K. i się pośmiać. O 24 zabrałam się za naukę. Oczywiście w mieszkaniu R. Pomagał mi jej współlokator (który swoją drogą jest chyba zajebiście mądry i obiecał mi pomóc jutro z logiką) i K. Pouczyłam się tak 40 minut i stwierdziłam, że trzeba spadać, bo to nic z tego nie będzie. Plus R. już się położyła. Tak więc, zebrałam się, a K. mnie odprowadzał. Dochodząc do mnie na osiedle zaczęło lać. Schowaliśmy się pod daszkiem przy moim bloku. Siedziałam z nim tam pół godziny, mając swoje mieszkanie jedynie parę kroków do windy. od windy i 19 pięter w górę. Nie mogłam go tam zostawić. To byłoby niegrzeczne. Deszcz nie przestawał padać, mnie gonił czas, ale siedziałam. W końcu zaproponowałam mu, żeby wszedł, bo był mega zmarznięty. No i tak poszliśmy do mnie, on posiedział i porobił coś na telefonie, a ja starałam się nauczyć cokolwiek. I tak zeszło do 3.30. Wtedy to, K. stwierdził, że się zbiera, a ja mam iść spać. Zgodziłam się. Odprowadziłam go do drzwi i uścisnęłam na pożegnanie. Tak po przyjacielsku. A dzisiaj pisaliśmy chwilę, bo okazało się, ze egzaminu nie będzie 'z powodu TYCH okoliczności' (cokolwiek to znaczy???) i będziemy mieć przepisane oceny z ćwiczeń.
Heh, ale przynajmniej jedną osobę płci męskiej (poza moim ojcem) obchodzi co u mnie i nie obawiam się, że jak sama napiszę, to wyjdę na idiotkę. Tylko co z tego, skoro i tak nie mam pojęcia co ja wyczyniam? Gdzie jest jakaś granica, która być musi? Może jakiś punkt odniesienia, cokolwiek!!! Co ja w ogóle mam robić? I czemu do cholery nie znam odpowiedzi na te pytania?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz