Mam tego wszystkiego serdecznie dosyć. Myślałam, że będzie spoko, w końcu zacznę od nowa, ułożę sobie życie, tak jak zawsze tego chciałam. Zero problemów, zero Pana X. Cóż, wg. moich znajomych jestem na niego skazana. I nie obchodzi ich, że ja tego nie chcę, i że poważnie mam dosyć znajomości z nim. Oczywiście, że cierpię i tęsknię. Ale ziarno nienawiści do niego, które wyhodowałam w sobie, jest wielkości sekwoi. Bo zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo mnie skrzywdził, i że choćbym nie wiem jak się starała, on zawsze będzie na nie. I nienawidzę go za to, że mnie pocałował w ogóle. I za wszystkie kłamstwa, którymi mnie karmił, jak głodnego psa. I za to, że był moim pierwszym, chociaż dla niego nic to nie znaczyło. I za tą całą popieprzoną sytuację. To on jest wszystkiemu winny. Nie potrafiłabym już chyba patrzeć na niego tak, jak patrzyłam kiedyś. Obrzydza mnie. Heh, teraz nawet jakby mi zaproponował związek, to bym odmówiła. Za dużo się stało i zbyt wiele razy płakałam przez niego. Postanowiłam więc zacząć od nowa. Rzecz jasna balonik z tego wyszedł.
Wczoraj miałam ten nieszczęsny egzamin z logiki. Heh, jak tylko usiadłam na swoim miejscu, wiedziałam, że zdam. Na ławce narysowany był CHARLIE THE UNICORN! I podpis 'put the banana in your ear' <3. To był znak, że zdam. Nie wiem, czy mi się udało, ale w to wierzę :D.
Po egzaminie poszliśmy całą grupą na piwo. Było świetnie :D Kupiłam sobie nową paczkę fajek i siedziałam zrelaksowana i roześmiana pod parasolkami. Okazało się też, że powinnam czuć się zaszczycona i w ogóle, bo Pan X. utrzymuje kontakt jedynie ze mną. J powiedziała mi, że nie odpisał jej nawet, czy wybierze się z nami na to piwo. Cóż. Żałosny człowiek.
Strasznie się zasiedziałam na tej naszej posiadówie. W dodatku rozładował mi się telefon, więc nie wiedziałam czy K. mi napisał i mam jechać do niego, czy nie. Jak tylko wróciłam do mieszkania, czyli jakoś przed 20, okazało się, że R. chce żebym do niej wpadła, żeby się z nią pożegnać, bo wraca do domu, a później jedzie za granicę. Zgodziłam się, i jak się okazało, K. również miał tam być.
To, że tam poszłam to był błąd mojego życia. Na początku lajtowo. Przypomniałam sobie, że są urodziny dziadka, więc do niego zadzwoniłam, podczas gdy reszta zaczęła już pić. Później dołączyłam do nich, ale po tym piwie zrezygnowałam z wódki. Po pierwsze bałam się, że rzygne, po drugie, nie jestem pewna, ale chyba dalej mam wtręt.
No i tak pili sobie, ja siedziałam i śmiałam się, dopóki nie włączyli jednej piosenki. Na wielkanoc dostałam uczuciowego świra do Pana X., przez nią. Teraz było to samo. Zrobiłam się smutna. Nie bawiły mnie wygłupy taneczno-wokalne R. Nic mnie nie bawiło. Zaczęłam rozmawiać z Kr. Powiedział mi, czemu napisał mi co napisał. Porozmawialiśmy sobie od serca o naszych problemach. Ja powiedziałam mu, że kończę z Mr. X. i muszę zacząć umawiać się z innymi. Ogólnie, bardzo spoko to było. No i później dołączyła do nas R. Wygoniła Kr. i zaczęła mi mówić, że wtedy jak była obrażona i pisała mi te wszystkie okropne rzeczy, to napisała je dlatego, że wszyscy tak pisali i nie chciała zostać sama. I, żebym nikomu tego nie mówiła, ale tak na prawdę, to ona mnie rozumie i rozumiała i zrobiła to ze względu na innych. To mnie rozwaliło. Ale później była jeszcze lepsza akcja. Chciałam już wyjść do domu. Włączyłam sobie piosenkę na pożegnanie i zaczęłam się zbierać. R. wcześniej rzucała dziwne hasła do K., w stylu: 'wyrwałeś już?', no i tym razem też rzuciła. Jak tylko zaczęłam się ubierać, a on przyszedł z łazienki, walnęła 'o twoja dupa już wychodzi'. To było żenujące. K. chciał żebym poczekała i próbował mnie zatrzymywać. Ja nie chciałam wracać sama, bo była 3 rano, ale nie chciało mi się czekać, aż skończy jeść, więc nie wiedziałam co mam robić. I właśnie wtedy się zaczęło. R. zaczęła mówić na głos do Kr., czy powinna powiedzieć K., że dla mnie zawsze będzie Pan X. na pierwszym miejscu. Kr. próbował ją uciszyć. Ale ona wtedy zaczęła mówić do K., że co by nie zrobił dla mnie, to i tak nic nie da, niczego nie zmieni. Nie miała prawa tak mówić. W ogóle nie miała prawa zabierać głosu w tej sprawie. Nie rozmawiałam z nią o tym co mam w głowie, to skąd może w ogóle cokolwiek wiedzieć o tej całej sytuacji? Że ja czekam, aż on coś zrobi. Poza tym, czyją ona jest przyjaciółką, moją, czy jego, do cholery?! Tak czy inaczej, później powiedziała już o jedną rzecz za dużo. Mianowicie, coś w rodzaju, że biedna ja nie dam sobie sama rady pójść do domku. Chciała mi pokazać, jaką sierotą jestem. A później dodała, że K. ma zostać z nią, bo ona wyjeżdża, a ze mną może się widzieć całe wakacje. Cóż, szkoda tylko, że ja w wakacje wracam do domu. No. K. chciał ze mną iść mimo wszystko, ale wtedy zaczęły się teksty do mnie w stylu 'to wszystko dla twojego dobra'. Wkurwiłam się. I to niesamowicie. Zarzuciłam torbę na ramię i zaczęłam wychodzić. Kr. podszedł do mnie i ze współczuciem przytulił na pożegnanie. Podeszła też R. Również mnie objęła i coś powiedziała, ale mnie to już nie obchodziło. Wyszłam. Nie doszłam nawet na chodnik, a łzy ciekły już po moich policzkach. Jak ona w ogóle mogła coś takiego mówić? Za chwilę przyszedł od niej sms. Przepraszała za swoje zachowanie, mówiła, że mnie kocha, że jej zależy na naszej przyjaźni i takie tam. Nie obchodziło mnie to już. Pisała mi też, o tej całej sytuacji z K. Że nie powinnam go tak traktować i wgl. W końcu odpowiedziałam jej, że w ogóle nie będę go traktować, skoro tak jej zależy. Żadnych K. ani X. Obu przestaję jakkolwiek traktować. Dzisiaj nie odzywam się już do nikogo z nich, z wzajemnością. Ciekawa jestem tylko, co R. mówiła K. na mnie. Bo obgadała mnie równo, tego jestem pewna, skoro pisała do mnie takie rzeczy.
Moje grono znajomych powoli się zmniejsza. Dobrze mi z tym. W końcu zostaną ci najbliżsi, którzy mnie nie zostawią, nie wykorzystają i będą po mojej stronie, nie po przeciwnej. Jak Ol. Byłam dziś u niej i opowiedziałam jej to wszystko. Zgodziła się ze mną w 100%, że to było popierdolone, i że R. zachowała się okropnie, do czego nie miała prawa. Najpierw sama naobiecywała K., że zrobi wszystko, żebyśmy byli razem a teraz o, jakieś cyrki. Co więcej, Ol. popiera mnie też w mojej byłej decyzji dotyczącej spraw uczuciowych. Byłej, bo teraz się wszystko rozpierdoliło i nie wiem co mam robić.
Jest też P. Z nią jest najlepiej, czuję się najnormalniej. Jak stara, dobra ja, ale to już pisałam. Mogę jej wszystko opowiedzieć, a ona i tak mnie nie ocenia. Jest mega obiektywna. Jako jedyna z moich znajomych lubi Pana X., bo nie patrzy na niego przez pryzmat tego co mi zrobił, ale jak na człowieka. I to jest zdrowe podejście.
Dzisiaj więc, poświęciłam się i swoją odpadającą nogę i latałam z nią rankiem po mieście, załatwiać jakieś sprawy.
Na angielski nie poszłam. Wiedziałam, że nie powinnam iść po logice na piwo, ale nie wiedziałam czemu. Przypomniałam sobie, że mam coś do nauki, dopiero koło 23, czyli u R. Ale oj tam oj tam, pójdę w poniedziałek. Bardziej martwię się tym, że nie wiem co mam robić z życiem. Wszystko się zjebało, a miało być tak pięknie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz